ROZDZIAŁ 28

Koszmarny biwak

Severus

Z uśmiechem obserwowałem małżonkę zatopioną w lekturze. Jej różdżka powoli sunęła po kolejnych wersach, a wokół niej rozbrzmiewał mój głos. Długo pracowała nad zaklęciem głośnego czytania, tak by móc samemu dobierać głos lektora, ale gdy jej się to w końcu udało nie odrywała się od książek i nawet wówczas, gdy widziała korzystała z czarów. Tym razem jednak wiedziałem, że inaczej nie dałaby rady przeczytać książki. Nie widziała już ponad cztery miesiące, ale z każdym kolejnym tygodniem radziliśmy sobie coraz lepiej, nie tracąc nadziei na jej powrót do zdrowia. Cieszyło mnie, że pomimo przeciwności pozostawała w dobrym nastroju. Nie miałem pojęcia, jak teraz, gdy Eileen wiele już rozumiała i dostrzegała, miałbym radzić sobie z jej depresją. W pamięci Solem wciąż była spora luka i pomimo nieustających poszukiwań, nie udało nam się znaleźć bezpiecznego sposobu na przywrócenie pamięci.

Uśmiechnąłem się, widząc, że odkłada książkę na stolik. Przeciągnęła się, wstając z kanapy i udając, że wciąż nie wie o mojej obecności ruszyła w moją stronę. Minęła mnie z krzywym uśmieszkiem, lekko się o mnie ocierając i udała prosto do sypialni.

– Zmęczony? – spytała, gdy stanąłem w progu pomieszczenia.

– Trochę – mruknąłem, opierając się o futrynę.

– Leen została na noc u rodziców – zaczęła, podchodząc bliżej. – Tata obiecał, że wypróbują w ogródku namiot, który dostała od Amelii – zaśmiała się, opierając dłonie na mojej klatce piersiowej.

– Mój ojciec i mugolski biwak? Leen i mrówki? – Uniosłem brew. – Jestem przekonany, że wrócą do domu, zanim jeszcze rozstawią ten namiot.

– Namiot jest mugolski, ale … przepraszam, wiem, że mieliśmy nie rozpieszczać jej zaklęciami, ale tak bardzo się ucieszyła, gdy tata jej to zaproponował, że nie miałam sumienia i dałam mu kilka przydatnych zaklęć; żadne mrówki nie zaszczycą ich swoją obecnością, a ogień z ogniska nie będzie zbyt gorący i nie będzie przygasał. – Wtuliła się we mnie. – Nie gniewasz się?

– Bardzo – mruknąłem jej do ucha. – Chyba będziesz musiała mnie udobruchać.

– Co masz dziś na sobie? – spytała, lekko się odsuwając.

– Słucham? – zdziwiłem się.

– Opisz mi się – poprosiła.

– Sol, mam na sobie to … – urwałem, widząc jej nieco zawiedzioną minę. – Nigdy byś nie zgadła. – Chwyciłem ją za dłoń i przyciągnąłem do siebie, tak by mogła sama sprawdzić w co byłem ubrany. – Mam na sobie czarną pelerynę ze srebrnym zapięciem w kształcie litery S.

– Czyżby to od imienia ukochanej? – spytała zalotnie i przesunęła swoje palce do ozdobionej zielonymi kamieniami klamerki. Odpięła ją zgrabnym ruchem i peleryna opadła lekko wokół nas.

– Dokładnie tak, chociaż nikt inny o tym nie wie – wyszeptałem jej do ucha, delikatnie muskając jego płatek. – Surdut.

– Czarny? – Solem przeciągnęła palcami wzdłuż mojej piersi.

– Ciekawe skąd wiesz? – udałem zdziwienie, a ona tymczasem odpinała kolejne guziki długiej marynarki, która już po chwili dołączyła do szaty na podłodze. – Teraz najciekawsze – syknąłem jej do ucha.

– Jedwab – zamruczała, muskając koszulę.

– W istocie – odparłem, wplatając palce w jej długie loki. – Biała koszula.

– Jestem przekonana, że dotykanie tego co jest pod nią, sprawi mi o wiele więcej przyjemności – szepnęła, wyciągając delikatny materiał zza paska spodni i wsuwając powoli swoje dłonie pod spód. Sam zająłem się guzikami koszuli, podczas gdy jej dłonie wodziły wokół mojej klatki piersiowej. Przybliżyła się jeszcze bardziej i zaczęła obsypywać mój tors maleńkimi pocałunkami. Jęknąłem cicho, gdy przygryzła sutek i nieco mocniej zacisnąłem palce na jej włosach. – Jaką masz bieliznę? – szepnęła.

– Musisz sama sprawdzić – mruknąłem zmysłowym głosem.

– Zmuszasz mnie do wysiłku, Severusie – zaśmiała się. – Nie jestem pewna czy twoje majtki warte są aż takiego trudu. – Powoli przesunęła dłonie w dół. – Jak zwykle twojego rozporka broni armia małych, nieporęcznych guziczków – westchnęła, a ja przymknąłem powieki, gdy jej palce przejechały wzdłuż twardej męskości. Lubiłem wszelkie miłosne gierki z nią, ale ta zdawała mi się nie mieć końca. Z niecierpliwością chwyciłem pasek od spodni, ale powstrzymała mnie. – Nie pomagaj mi. – Syknąłem w odpowiedzi. Przymknąłem powieki i oparłem głowę o futrynę, całkowicie zdając się już na jej łaskę. Z łatwością pokonała rząd guziczków i nie musiałem już długo czekać, żeby mój sterczący członek utonął w jej ustach.

– Dziś minęło dziesięć lat – mruknąłem jej do ucha, gdy po dość sporym wysiłku, do jakiego mnie zmusiła leżeliśmy przytuleni na łóżku.

– Dziesięć lat? – zdziwiła się. – Od czego?

– Zaglądasz czasem w kalendarz? – spytałem z ironią.

– Po co mam zaglądać w kalendarz. O swoich urodzinach przypominasz mi już w lipcu i nie dajesz zapomnieć aż nie zostaniesz usatysfakcjonowany prezentem, tak samo z rocznicą ślubu, a o gwiazdce przypomina mi wszystko inne. Kalendarz mi niepotrzebny – odparła z uśmiechem. – Co było dziesięć lat temu?

– Podpowiem ci, że było to dokładnie o tej godzinie – odpowiedziałem, przyciągając ją mocniej.

– Jest jakaś pierwsza? Druga? – dopytywała.

– Druga trzydzieści – odparłem po zerknięciu na stojący na nocnym stoliku, stary drewniany zegar. – Mniej więcej wówczas z twoich ust padły słowa: „Oj, Sev, to boli. Nie przestawaj, Severus, och, boli, nie, nie przestawaj. O taaak, Severus, taaak. Tak mi dobrze, Sev." – Z rozbawieniem naśladowałem jej głos.

– Czyżbyś ty w tym samym czasie co chwila mruczał coś w stylu: „Solem, o taak, jesteś taka ciepła, o taaak, przestać, kochanie? Przestanę. Nie? O taak, Sol. Boli? Kochanie, nie boli cię nic? Merlinie, jesteś cudowna. O, taaak, Solem. Boli? Przerwijmy, zrobię ci eliksir i dokończymy. O, taaaaaaak, Sol, taaaak". – Nie pozostała mi dłużna i po chwili obydwoje zaśmiewaliśmy się z naszego pierwszego razu.

– Wtedy bałem się, że będę musiał czekać aż do nocy poślubnej – wyznałem po chwili.

– Nigdy go nie zdjęłam. – Solem odetchnęła głęboko i z uśmiechem spojrzała na swój zaręczynowy pierścionek. – Nawet w szpitalu nie mogli go zsunąć z mojego palca. To twoje zaklęcie, prawda? – Uniosła się lekko i spojrzała na mnie.

– Wszystko dobrze? – zdziwiłem się, spoglądając jej w oczy.

– Tak, ale nie zapalaj światła – odpowiedziała. – To trochę boli, jak tak nagle odzyskuję wzrok. Światło razi mnie aż tam głęboko.

– Nie zapalę i rano nie wstawaj dopóki mama nie rzuci zaklęcia, dobrze? – poprosiłem, a Solem lekko przytaknęła.

– Powiesz mi o tym pierścionku? – ponowiła pytanie.

– Od dawna wiesz? – spytałem, głośno wzdychając.

– Nie czułam w nim magii, ale … mama mi powiedziała po naszym ślubie, gdy oglądała obrączkę. – Uśmiechnęła się. – Nie wiedziała co to za zaklęcie, ale wyczuwała przepływ pozytywnej energii.

– To obrączka, nie pierścionek – odpowiedziałem, po czym pocałowałem jej lewą dłoń. – Pierścionek tylko wzmacnia jej energię; są powiązane. – Solem spojrzała na mnie pytająco. – Moja obrączka, też jest zaklęta – usprawiedliwiałem się. – Solem, przepraszam.

– Powiesz mi w końcu? – Spojrzała na mnie z rozbawieniem.

– Twój tata mnie o nie poprosił – tłumaczyłem się. – Nie byłem przekonany, ale …

– To zaklęcie wierności? – zdziwiła się.

– Nie do końca – odparłem z krzywym uśmiechem.

– Powiedz to wreszcie – ponagliła. – Nie będę się gniewać, obiecuję. Severus, wiem o tym zaklęciu od dnia naszego ślubu, nigdy o nie nie pytałam, bo ci ufam i wiem, że byś mnie nie skrzywdził, ale ostatnio czuję coś przez ten pierścionek. Od chwili, gdy ostatnio straciłam wzrok, czuję, jakbyś był cały czas obok mnie, czuję twoją aurę. Czasem nawet nie jestem w stanie stwierdzić na pewno, czy jesteś obok, czy to ta dziwna więź.

– Mam to samo – zaśmiałem się. – To chyba zaklęcie się zakończyło.

– Powiesz mi w końcu? – Solem usiadła na łóżku i spoglądała z wyczekiwaniem.

– Prosząc o twoją rękę, zapewniałem, że nigdy nie przestanę cię kochać i nigdy cię nie opuszczę – zacząłem niepewnie. – Twój ojciec stwierdził, że jestem za młody, żeby być pewnym miłości po wieczność. Nie obawiał się, że cię opuszczę, ufał mi pod tym względem, ale bał się, że kiedyś nasze uczucie może się wypalić i że ja nie pozwolę ci odejść, gdybyś przestała mnie kochać. Bał się, że nie będziesz szczęśliwa, a ja nie pozwolę szukać ci szczęścia gdzieś indziej. Jednym słowem uznał mnie za zaborczego drania i muszę się z nim zgodzić. Taki byłem w stosunku do ciebie i taki jestem. Chyba miał rację, nie umiałbym zwolnić cię z przysięgi, nawet gdybyś przestała mnie kochać. – Pochyliłem lekko głowę, ale Solem mocno ścisnęła moje dłonie, dodając mi odwagi na dalsze wyjaśnienia. – Wówczas oponowałem, ale w końcu zgodziłem się rzucić to zaklęcie na nasze obrączki ślubne. Czar miał działać do chwili, gdy nasza magia nie zmiesza się ze sobą całkowicie, wówczas, nie bylibyśmy już w stanie przerwać naszej więzi i miłości. Do tego czasu, jednak, jeśli któreś z nas przestałoby kochać drugie albo w inny sposób nie sprostało przysiędze małżeńskiej, obrączka by pękła, uwalniając od niej. – Solem wpatrywała się we mnie z uchylonymi ustami. – Nie mogliśmy zdjąć obrączek, bo nasze moce wciąż przez nie przepływały, mieszały się, a pierścionek jest częścią przysięgi małżeńskiej.

– Zostawiłeś mi uchylone drzwi – wyszeptała. – Jednocześnie łącząc ze mną swą moc, swą siłę i swą magię. Teraz już mi nie uciekniesz – mruknęła z uśmiechem ku mojej uldze i podniosła ostentacyjnie lewą dłoń, z której zsunęła odrobinę pierścionek i obrączkę. – Jesteśmy jednością, ale i tak nigdy go nie zdejmę.

– I tak nie pozwoliłbym ci odejść – wymruczałem, rozkładając się wygodnie na poduszkach. – Nie gniewasz się? Twój tata, kazał mi złożyć przysięgę czarodzieja, nie mogłem o tym mówić, dopóki czar się nie zakończy. Obawiał się, że będziesz się złościła na niego i znajdziesz sposób by zdjąć zaklęcie.

– To takie podobne do mojego taty – zaśmiała się. – Zawsze wiedział co dla mnie dobre i ufał w moje osądy, ale wolał być zabezpieczony podwójnie. I chyba już wiem, jak otworzyć tę przeklętą skrytkę.

– Myślisz, że miała otworzyć się przed nami, gdy czar jedności się umocni? – zdziwiłem się.

– Nie, myślę że skrytka chce najpierw zobaczyć wszystkich swoich spadkobierców – wyjaśniła.

– Byliśmy tam przecież … – urwałem, gdy spłynęło zrozumienie – bez Eileen – dodałem.

– Założę się, że znajdziemy w niej jedynie pełno kurzu i wyjca od taty – zaśmiała się.

– Jutro sobota, może spędzimy cały dzień na biwaku? – spytałem, przyciągając ją do siebie.

– Obiecałam tacie wolny dzień. – Solem spojrzała przepraszająco.

– Olej, zamknij wydawnictwo i zabaw się z córką.

– Z córką? – spytała, unosząc brew.

– I z mężem przy okazji – odparłem, zatapiając nos w jej włosy. – Sol, musicie pracować co sobotę?

– Nie, ale właśnie wdrażam nowe czary i muszę tam być jutro, żeby je podtrzymać, zanim zakończy się proces wiążący, a później … – zawahała się. Wiedziałem, że tak jak zawsze po odzyskaniu wzroku planuje malować do utraty tchu i wcale nie podobały mi się te plany, ale nigdy nie miałem sumienia sprowadzać jej zbyt szybko na ziemię. – Możesz tam pójść ze mną z samego rana, a później możemy udać się na mugolski biwak.

– Może byś nas namalowała? Rodzice pod namiotem to rzadki widok. – Uśmiechnąłem się do niej z czułością.

– No tak, bo mój mąż piekący kiełbaski w ognisku i oganiający się od komarów, to codzienność – zakpiła. – Sev – odezwała się po chwili – myślę, że już dojrzałam do tej decyzji.

– Co masz na myśli? – spytałem, przysypiając.

– Myślę, że rodzice byliby z tego zadowoleni – odparła nadal enigmatycznie.

– Pewnie tak, a z czego?

– Nowa księgarnia i sklepik z eliksirami w Dolinie Godryka … – Oprzytomniałem i spojrzałem z czułością w pełne łez oczy żony. – Myślę, że to spodoba im się bardziej niż pusty plac po ich domu – wyszeptała.

– Tylko jeśli jesteś gotowa – odparłem i mocno ją do siebie przytuliłem.

– Jestem.

Od dłuższego czasu zastanawialiśmy się nad filią sklepiku i kolejną księgarnią skierowaną jedynie do dzieci w Dolinie Godryka. Po cichu szukałem odpowiedniego miejsca i wciąż nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że teren po posiadłości teściów był do tego wręcz idealny. Nigdy jednak jej o tym nie wspomniałem. Odwiedzaliśmy razem to miejsce w każdą rocznicę, zawsze w ciszy mocno do siebie przytuleni, pozwalałem jej na długi wyczerpujący płacz. Nie pocieszałem i byłem wdzięczny, że i ona nie pocieszała mnie. Obydwoje potrzebowaliśmy tego dnia tylko dla swoich myśli, wspomnień. Byłem przy niej, ale starałem się być niewidzialny. Pozwalałem jej tam stać tak długo ile potrzebowała. Byłem, żeby na koniec mogła ścisnąć mnie za rękę, by pamiętała, że miała po co żyć, że byli na świecie ludzie, którzy jej potrzebowali, którzy ją kochali. I choć starałem się przypominać jej o tym każdego dnia, wówczas dawałem jej siebie jeszcze więcej.

Byłem pod wielkim wrażeniem tego, co zdołała osiągnąć w wydawnictwie. Wciąż to ojciec pozostawał głównym szefem, ale Solem wspierała go swoją wiedzą i umiejętnościami. Byłem z niej dumny, gdy godzinami potrafiła wykłócać się z ojcem o swoje racje i zwykle to ona wychodziła z batalii zwycięsko. Czasem zdawało mi się, że to wymyślna strategia Tobiasa, na dodanie jej pewności siebie. Przez pierwsze dwa lata z pokorą wysłuchiwała poleceń i przygotowywała kolejne usprawniające pracę czary, ale z czasem ta pasywność zaczęła doskwierać ojcu i coraz częściej stawał okoniem na jej pomysły.

Teraz po pięciu latach jako udziałowiec walczyła o wdrażanie swoich pomysłów, a ojciec nigdy nie dał jej odczuć, że ona ma jedynie czterdzieści procent, tylko z uwagą i szacunkiem niczym równy z równym prowadził dyskusje na temat rozwoju wydawnictwa. Bez skrępowania wydawała własne książki i pomogła nawet w przygotowaniu moich własnych na temat eliksirów i konserwowania ingrediencji. Pomimo natłoku zadań, wciąż pozostała wierna swej pierwszej miłości i z pasją wykonywała ilustracje do książeczek dla dzieci. Nie przestała także malować fiolek do sklepiku z eliksirami i te krótkie partie, które udawało jej się przygotować, wciąż cieszyły się niezwykłym powodzeniem. Płyny i pastylki musujące do kąpieli zrzuciła na Emelinę, która z czasem, jak jej dzieci dorastały szukała nowych zajęć.

– A może w sklepiku z książkami otworzylibyśmy też kącik, w którym klienci mogliby poczytać i napić się herbaty? – wyszeptała jakby do siebie.

– Yhy – mruknąłem przez sen. – Mało masz zajęć? Chcesz jeszcze koniecznie mieszać i sprzedawać herbatę?

– Chcę żeby ludzie lubili kupować książki – odparła. – A tam można by też urządzić taki kącik dla dzieci i organizować dla nich głośne czytanie i zabawy.

– Wiesz, że większość będzie przychodziła tam żeby napić się twoich mieszanek, a nie po książki? – spytałem z kpiną. – Kącik dla dzieci, to nie jest głupi pomysł, ale musiałabyś kogoś znaleźć do tego.

– Emelina …

– Łapy precz od mojej pracowniczki – warknąłem.

– Chciałabym, żeby każde dziecko mogło tam przyjść i posłuchać bajeczek – szepnęła.

– Można coś zorganizować – mruknąłem z niezadowoleniem. – Może uda się namówić nauczycielki Hogwartu na wolontariat i tak przez większość czasu nic nie robią.

– Można by organizować spotkania dla dzieci w każdą sobotę. – Solem usiadła na łóżku, a oczy świeciły jej z entuzjazmem. – Jestem pewna, że pani Pince będzie wniebowzięta. Na pewno namówię Minerwę i Aurorę. Może Aurora zgodzi się na jakieś opowiastki o niebie?

– A może ty się zgodzisz położyć spać i zajmiesz się tym jutro albo w poniedziałek? – mruknąłem zaspanym głosem i pociągnąłem ją z powrotem na poduszki.

Solem

Z uśmiechem obserwowałam śpiącego męża. Kilka ostatnich miesięcy było dla mnie bardzo trudne. Tygodnie w ciemności dłużyły mi się strasznie. Tęskniłam za widokiem twarzy swoich bliskich, uśmiechu Leen i malowaniem. Miałam pełne ręce roboty w wydawnictwie, ale bolało mnie, że nie mogłam robić tego, co lubiłam najbardziej. Dziękowałam wszystkim bogom za nasze małe szczęście, które dodawało mi sił. Dziewczynka, pomimo młodego wieku świetnie rozumiała trudną sytuację i z wyrozumiałością podchodziła do tego, że mama nie mogła uczestniczyć we wszystkich zabawach i podczas nauki.

– Śpij – mruknął Severus i przycisnął moją głowę do swojego ramienia.

Nie chciałam teraz spać i wciąż z uśmiechem patrzyłam na swego ukochanego. Podziwiałam go, za to, jak wszystko dzielnie znosił. Pracował w szkole, całymi dniami użerając się z bandą nieokrzesanych dzieciaków, a do tego jeszcze wciąż rozwijał nasz interes. W końcu było nas stać na zatrudnianie wykwalifikowanych mistrzów i Severus zdecydował się na powiększenie warzelni. Sklepem zajmowała się teraz głównie pani Vance, a Mike po uzyskaniu uprawnień do tworzenia mikstur w klasach od A do G, przejął część obowiązków Severusa i pomagał przy nadzorowaniu warzelni. Co prawda Snape nie mógł sobie odmówić warzenia i sam wciąż przygotowywał większość trudnych eliksirów i te robione na specjalne zamówienie, ale nie bał się już powierzać odpowiedzialności młodszemu koledze.

Wolne chwile poświęcał całkowicie rodzinie. Był cudownym mężem i takim samym okazał się być ojcem. Starał się nie rozpieszczać Eileen i wciąż karcił mnie, gdy to robiłam, ale obydwoje dbaliśmy, by dziewczynce nie brakowało niczego. Całe grono pedagogiczne Hogwartu uwielbiało małą Leen. Była grzeczna, błyskotliwa i podobnie jak ja uwielbiała sztukę. Ciężko było przejść obojętnie, gdy mała dziewczynka przechadzała się po zamku z dyrektorem za rękę, wskazując mu błędy w rozmieszczeniu obrazów i instruując, którego powinien się pozbyć, a jaki nabyć. Nie miałam pojęcia, po kim odziedziczyła talent do interesów, ale w prosty sposób udawało jej się przekonać Dumbledore'a, że to obrazy jej mamy powinny zajmować miejsce tych kiczowatych bohomazów, jak głośno niektóre nazywała i ku jej uciesze, malowałam wszystko, co sobie zażyczyła. Sporo też czasu poświęcała ojcu. Odwiedzała go w jego laboratorium i starała się pomagać przy siekaniu ziół, a nawet ku wielkiej uciesze Severusa, zajmowała się insektami. Czasem przekomarzaliśmy się, po którym z nas odziedziczyła więcej talentu, ale niczego nie narzucaliśmy córce. Pozwalaliśmy próbować po trochu wszystkiego co ją zainteresowało, by w przyszłości mogła spokojnie wybrać to, co lubi najbardziej.

Severus

Westchnąłem w duchu, czując na sobie wzrok żony i z krzywą miną uchyliłem jedną powiekę.

– Nie gap się, bo nie mogę spać – burknąłem i leciutko pogładziłem ją po policzku. – Kocham cię – dodałem po chwili i czule ucałowałem jej usta. Była piękna, a gdy na jej buzi rodził się uśmiech sam nie mogłem oderwać od niej wzroku. Była idealna pod każdym względem. Pomimo natłoku zajęć wciąż perfekcyjnie zajmowała się domem, dbała o mnie i Eileen. Nigdy nie zdarzyło się, by nie przygotowała sama kolacji albo zapomniała, żeby zostać w niedzielny ranek dłużej w łóżku, tak byśmy z moją małą córką mogli przygotować dla niej śniadanie do łóżka. Starała się, by Leen nie czuła dyskomfortu z powodu jej braku wzroku i nawet, gdy nie czuła się najlepiej, starała się to ukryć pod serdecznym uśmiechem. Wiele razy i ja, i matka prosiliśmy, by na czas przedłużających się migren, które towarzyszyły utratom wzroku, pozwalała sobie odpuścić i przerzuciła na nas część obowiązków, ale ona uparcie twierdziła, że lekki ból głowy nie był w stanie odciągnąć jej od zabawy.

Z każdym kolejnym rokiem, zamek zdawał się stawać bardziej przyjaznym miejscem i podejrzewałem, że duża w tym zasługa dwóch kobiet, które skradły nie tylko moje serce, ale także większości nauczycieli i personelu szkolnego. Nawet wiecznie skwaszony Filch uśmiechał się, gdy Leen przynosiła smakołyki jego kotce, a krwawy baron zdradzał jej sekrety zamku i pomagał straszyć nauczycieli. Kiedyś Minerwa McGonagall nazwała ją dzieckiem słońca, co dokładnie odzwierciadlało jej charakter. Pogodna i wiecznie roześmiana, zarażała swym optymizmem każdego. Niezwykle mądra z zapałem chłonęła wiedzę wczesnoszkolną. Nie lubiła prywatnych nauczycieli i chcąc udowodnić swoje racje, dużo pilniej uczyła się podczas lekcji z mamą albo babcią. W końcu, za namową matki, ulegliśmy córce i teraz jej edukacją zajmowała się Solem z pomocą starszej Eileen. Wiedziałem, jak trudno było żonie uczyć córkę, gdy nie widziała, ale mała nigdy nie wykorzystała matki i uczciwie podchodziła do swoich obowiązków.

– Byłeś gotów ożenić się ze mną zaraz po tym jak mi się oświadczyłeś? – spytała nagle.

– Yhy, chciałem cię namówić do ślubu zaraz po skończeniu szkoły – mruknąłem. – Rozpatrywałem nawet rzucenie na ciebie Imperiusa i za chwilę to zrobię, wstrętna kobieto, jak nie dasz mi spać – warknąłem. – Przypominam ci, że rano mamy iść do wydawnictwa.

– Kto powiedział, że mamy iść rano? – zdziwiła się.

– Ty, wiedźmo.

– Muszę tam być w okolicach południa – odparła. – Ale skoro chcesz wcześnie wstać …

– Ani mi się waż i zamknij już usta i oczy – warknąłem i spojrzałem na nią groźnie.

– I tak cię kocham – odrzekła z uśmiechem i ucałowała mnie w nos. Westchnąłem głośno i mocno ją do siebie przyciągnąłem. – Sev, myś... – nie dałem jej dokończyć. Nie zamierzałem spędzać nocy na rozmowach. Jeśli nie było mi dane móc spokojnie zasnąć, chciałem chociaż odrobinę przyjemności. Szybkim ruchem wyciągnąłem różdżkę spod poduszki, machnąłem nią w jej kierunku i mocno przywiązałem za nadgarstki do wezgłowia łóżka. Spojrzała zaskoczona i próbowała protestować, ale gdy sunąłem ustami w dół jej ciała, powoli zaczęła oddawać się rozkoszy.

– Teraz śpij wreszcie, kobieto – mruknąłem jej do ucha, gdy wciąż próbowała złapać oddech po chwilach ekstazy.

– Teraz mogę – westchnęła i z błogim uśmiechem wtuliła się w moje ramię.

.: :.

– Sev, jesteś przekonany, że to dobry pomysł zabierać Eileen do tej skrytki? – spytała, gdy kierowaliśmy się wolnym krokiem z wydawnictwa do domu rodziców.

– Myślisz o tym samym co ja? – Spojrzałem na nią z poważną miną.

– Co jeśli tam jest więcej czegoś podobnego do tych starożytnych zwojów, które tak namiętnie przestudiowałeś? – Zatrzymała się i zamyśliła przez chwilę. – Mogę rzucić na Leen czary ochronne, ale do końca nie wiemy z czym mamy do czynienia. Jeśli się okaże, że pełno tam jakichś czarnomagicznych klątw? Mogę je zablokować, a z czasem pewnie udałoby mi się je pozdejmować, ale nie chcę żeby ona to oglądała.

– Nie musimy jej otwierać, jeśli masz wątpliwości – odparłem.

– A ty nie masz?

– Mam, ale myślę, że nie musimy jej otwierać przy niej – odpowiedziałem spokojnie. – Wystarczy, że się tam z nami pokaże. Później możesz razem z nią udać się …

– Sev – krzyknęła. – Liczysz na więcej TYCH zwojów? No naprawdę, wstydziłbyś się.

– Co? – Spojrzałem na nią, unosząc brew.

– Severus, one mogą być niebezpieczne – westchnęła. – Rozumiem twoją ciekawość, naprawdę. Nie jestem głupia, Sev.

– Nigdy nie mówiłem, że jesteś, Solem – odrzekłem z pretensją.

– Wiedziałam już w szkole, że cię to interesuje, ale nie mówiłam nic, bo nigdy nie zauważyłam, żeby to miało jakikolwiek zły wpływ na ciebie, a wręcz przeciwnie. – Odetchnęła głęboko i spojrzała na mnie z wyrzutem. – Wiem, że sporo twoich eliksirów, powstało dzięki zakazanej wiedzy …

– Dzięki jednemu z nich możemy teraz starać się o kolejne dziecko – mruknąłem i po chwili pożałowałem swoich słów.

– Masz rację, przepraszam – odpowiedziała ze łzami w oczach. – Spróbujemy otworzyć tę skrytkę.

– Sol, kochanie … nie zależy mi na samym znalezieniu jakichś czarnomagicznych zaklęć, eliksirów i artefaktów. – Przystanąłem i spojrzałem jej głęboko w oczy. – To nigdy nie pociągało mnie w ten sposób, nie dla samej ciekawości, ale miałem z nią na tyle dużo do czynienia, że wiem, ile dobrego można z niej wycisnąć.

– Severus, nie odzyskam pamięci dzięki zaklęciom i eliksirom. – Odetchnęła głęboko. – Lucjusz pokazał nam dość sporo tego typu zaklęć i nie stosujemy ich nie dlatego, że ich nie znamy, pamiętasz?

– Wiem, kochanie. – Objąłem żonę ramieniem i leciutko musnąłem jej skroń. – Sam do końca nie wiem na co liczę – wyznałem. – Mam nadzieję znaleźć dalszy ciąg tego, który ukryliśmy.

– Myślisz, że jest gdzieś reszta? – Spojrzała z powątpiewaniem. – Że znajdziemy przepis, jak zniszczyć go z każdą częścią duszy?

– Na to liczę – odparłem.

– Dobrze, ale nie wejdziesz tam sam, jeśli skrytka się otworzy – powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Otworzymy ją z Eileen, a później razem, odprowadzimy ją do domu i dopiero później tam wejdziemy.

– Nie wygram, prawda? – westchnąłem.

– Nie – odpowiedziała krótko.

– Sol, pozwól mi chociaż najpierw sprawdzić samemu, czy nie ma tam żadnych klątw – próbowałem.

– Sprawdzimy to razem albo wcale – odrzekła i posłała mi twarde spojrzenie. – Jeśli nie będzie tam żadnych uroków, klątw, pułapek, pozwolę ci samemu zbadać każdy jeden pergamin jaki tam znajdziesz – dodała. – Zaklęcie ochronne wciąż na ciebie działa.

– Mamo, tato – Nie zdążyłem nic odpowiedzieć, gdy mała, czarnowłosa dziewczynka rzuciła mi się na szyję. Eileen, podobnie jak jej mama była drobnej postury. Po narodzinach, oprócz czarnych oczu, do złudzenia przypominała Solem, ale z każdym rokiem można w niej było dostrzec podobieństwo do mnie. W przeciwieństwie do swojego ojca, miała śliczną, łagodną twarzyczkę przyozdobioną maleńkim noskiem, ale jej gesty, sposób poruszania i mimika twarzy jasno wskazywały na to, kto był jej tatą. Do perfekcji opanowała krzywy uśmiech, pogardliwe spojrzenie, a nawet ironiczne uniesieni brwi. Chodziła z wysoko uniesioną głową, zwykle z udawaną kpiną wymalowaną na twarzy, a jej szaty powiewały za nią w dostojny sposób. Dziedzictwo jej ojca nie przejawiało się na szczęście w charakterze dziewczynki. Leen, w przeciwieństwie do mnie, była niepoprawną optymistką i pomimo skwaszonej pozornie miny tryskała humorem.

– Zmieścimy się w tym twoim namiocie? – Solem spojrzała na córkę, wysoko unosząc brwi.

– Co tata ci zrobił, jak mnie nie było? – Leen uważnie przyglądała się mamie. Solem spłonęła rumieńcem na wspomnienie ostatniej nocy, a moja mama, która stała w pobliżu z trudem powstrzymała śmiech.

– Co masz na myśli? – wydukała, głośno przełykając ślinę.

– Widzisz mnie – zaśmiała się dziewczynka.

– Widzę, kwiatuszku i wyglądasz ślicznie – odparła Solem i wzięła córkę na ręce. – Urosłaś?

– Babunia mnie wczoraj mierzyła i cały cal urosłam – odpowiedziała z entuzjazmem Leen i mocno objęła matkę za szyję. Sol postawiła ją z powrotem na ziemi i pozwoliła się zaprowadzić do wciąż rozstawionego namiotu. – Mogę tutaj dziś jeszcze spać? – spytała, spoglądając błagalnie na mnie. – Razem z wami i z dziadkami?

– Obawiam się, że będzie nam wszystkim troszkę ciasno – mruknąłem, zaglądając do namiotu.

– To rozstawimy drugi i możecie tam sobie spać sami z mamą, a ja z dziadziusiem i babunią, tak jak dziś – odparła rozpromieniona Leen.

– Kwiatuszku, babcia i dziadek też chcieliby troszkę odpocząć. – Solem pohamowała nieco jej plany.

– Nawet sobie nie wyobrażasz, skarbeńku, jak dobrze nam się spało dziś w nocy – wtrąciła Eileen, dając tym samym znać, że bardzo chętnie będą nas gościć na biwaku.

– I zrobiliśmy dziś z dziadziusiem zakupy rano, żeby była kiełbasa na ognisko wieczorem i dziadzio kupił też pianki do topienia, a babunia pozwoliła mi, żebym pomogła jej przy robieniu musztardy – wyliczała dziewczynka. – Musisz jej spróbować, mamusiu – prosiła. Wymieniliśmy z Solem porozumiewawcze spojrzenia i przytaknęliśmy z uśmiechem.

– Dobrze już, zostaniemy, ale w związku z tym, że nie mamy drugiego namiotu, ja śpię w domu – zakomunikowała Solem.

– A ja czuję się odpowiedzialny pilnować mamusi – pospiesznie dodałem. Spanie na ziemi, w zimnym namiocie jakoś niespecjalnie mi się uśmiechało.

– Zobacz co mam. – Mała Eileen wciągnęła mnie do namiotu. – To latarka. – Z dumą uniosła do góry brwi.

– Potrzebujesz eliksir, dziecinko? – Mama szepnęła Solem do ucha, widząc, że ta nerwowo rozgląda się po okolicy. – Migrena? – wyjaśniła, widząc jej pytające spojrzenie.

– Nie, wszystko dobrze, mamo – zaśmiała się – tylko chciałam porysować – wyznała z krzywym uśmiechem, czym zasłużyła sobie na karcące spojrzenie teściowej.

Wolałem się nie wtrącać.

– Jest sobota – krzyknęła. – Masz odpoczywać, nie pracować. Zabraniam ci.

– Mamo, po prostu chcę was namalować. Żadna praca – zapewniła Solem.

– Byłaś rano w wydawnictwie? – Tobias pojawił się przy nich znikąd, a synowa posłała mu piorunujące spojrzenie.

– Żadna praca, ha? – Eileen ze złością zacisnęła usta. – Zabraniam wam pracować w soboty – wrzasnęła na nich.

– Mamo …

– Żadne mamo – przerwała jej. – Widzisz – ilustrujesz dniami i nocami, nie widzisz – cały wolny czas poświęcasz wydawnictwu albo piszesz. Dość tego, Tobias masz jej zabronić pracować.

– Zabraniam ci pracować, Solem – odrzekł z powagą pan Snape.

– Mamo, wdrażaliśmy z tatą zaklęcia monitorujące – wyjaśniała zmartwionej teściowej. – Dziś zakończyłam jedynie proces osiadania czarów, zdaje mi się z powodzeniem i od dziś żadne z nas nie będzie musiało pracować w weekendy i święta.

– Naprawdę? – spytała zdziwiona Eileen. – Ile ilustracji zrobiłaś w nocy? – Spojrzała z krzywym uśmieszkiem na synową.

– Żadnej – odparła zbyt pospiesznie Solem.

Starałem się jak mogłem nauczyć żonę subtelnej sztuki manipulacji i kłamstwa, ale wszystko na nic. Przez te lata niczego się ode mnie nauczyła.

– I nie zamierzasz ilustrować przez cały weekend, czy tak? – Teściowa wbijała w nią ostre spojrzenie.

– Tak sobie tylko pomaluję – mruknęła młodsza pani Snape, rozglądając się n boki.

– Mama coś przeskrobała? – spytała szeptem mała Eileen.

– Nie jestem pewien – odparłem, kucając obok córki.

– Pokaż szkicownik – nakazała matka i wyciągnęła rękę.

– Tam nie ma ilustracji. – Solem pospiesznie schowała zeszyt do torby.

– Wiesz, jak lubię twoje szkice. – Starsza z kobiet uśmiechnęła się zjadliwie. – Pokazuj. – Tobias spojrzał ze współczuciem na swoją synową, a ja podszedłem bliżej, sam ciekaw co też moja żona zdążyła stworzyć od chwili, gdy odzyskała wzrok. – Dziesięć godzin temu odzyskałaś wzrok, w nocy, dodam. – Eileen wybuchnęła na młodszą kobietę ze złością. – Dobrze wiem, że twój mąż miał wczoraj nocny dyżur, a co za tym idzie położyliście się pewnie bardzo późno, a jak was znam, to bardziej adekwatne będzie stwierdzenie, że bardzo wcześnie rano. – Solem zrobiła wielkie oczy, zezując na swoją małą córkę. – Przegadaliście pewnie pół nocy – dodała pospiesznie. – Jest pierwsza, jak do cholery zdążyłaś się wyspać, zjeść śniadanie, zakończyć zaklęcia w wydawnictwie i jeszcze zapełnić cały szkicownik?

– Cały? – Nie kryłem zdumienia i pospiesznie podszedłem do matki, żeby przekonać się na własne oczy. – Jak? Kiedy? – Spojrzałem zaskoczony na żonę. – Nie widziałem … – urwałem, widząc, jak w oczach żony zbierają się łzy. Zerknąłem jeszcze raz na szkice i uśmiechnąłem się, wzdychając. – Ten pomysł ci się spodoba, mamo – dodałem pospiesznie, wiedząc, że Solem była bliska płaczu. Nie lubiła rozklejać się przy córce i wiedziałem, że to ostatnia rzecz jakiej teraz potrzebowała. Na szczęście matka zdawała się zrozumieć moje obawy i nieco przystopowała.

– Pomysł? – spytała łagodnie, po czym nakazała swojemu mężowi rozlać kawę do filiżanek.

– Znalazłaś? – Pochyliłem się do córki i spojrzałem na nią wymownie. Matka zwykle była opanowana i spokojna. Rzadko zdarzało się, że złościła się na któreś z nas w obecności małej, ale niestety nie do końca udawało jej się poskromić swój wybuchowy charakter. Nie lubiłem, gdy Leen była świadkami tego typu scen, a jeszcze bardziej, gdy widziałem, jak moja żona musi hamować się przed wybuchem płaczu, dlatego gdy tylko mogłem starałem się odciągać córkę od trudnych wydarzeń.

– Nie, tatusiu – westchnęła zrezygnowana. – One chyba wszystkie uciekły przede mną.

– Szukałaś pod tamtym ogrodzeniem?

– Tato, te żuczki się chyba chowają przede mną. – Leen zrobiła zasmuconą minę. – Jednego widziałam, ale mi uciekł.

– Pokaż mi gdzie to było, może razem uda nam się ich nałapać – zachęciłem i pozwoliłem chwycić się z rękę.

Solem

– To nowy sklep. – Ugięłam się pod wpływem miażdżącego spojrzenia teściowej.

– Sklep? – Tobias podszedł pospiesznie i pochylił się nad szkicownikiem. – Księgarnia? Z eliksirami? – dopytywał.

– Jedno i drugie – wyjaśniłam.

– Znalazłaś odpowiednie miejsce? – Pan Snape spojrzał na mnie z entuzjazmem.

– Rozmawiałam wczoraj z Severusem i … – odetchnęłam głęboko – teren, który odziedziczyliśmy po moich rodzicach wydaje się być idealny. – Eileen i Tobias wymienili zaniepokojone spojrzenia. – Wszystko w porządku, naprawdę – dodałam pospiesznie.

– Dziecko – jęknęła Eileen, kładąc dłoń na moim ramieniu – jesteś pewna?

– Sol, córuś, możemy znaleźć coś innego – dodał Tobias. – Wydawnictwo przynosi ostatnio naprawdę wysokie dochody. Stać nas na wykup odpowiednich terenów.

– Jestem pewna i mam już plany i rysunki. Chciałabym, jeśli tata oczywiście to zaakceptuje, otworzyć w tej księgarni kącik do czytania dla dzieci, może uda się zorganizować jakieś poczytanki i spotkania z autorami, moglibyśmy stawiać dzbanki z herbatą, gdyby ktoś chciał i zorganizować tam jeszcze mały kącik dla tych co chcą sobie przejrzeć książki i może piec ciastka dla dzieci, które nas odwiedzają. – W moich oczach zaszkliły się łzy. – Mama w sklepie zawsze miała duży słoik z ciastkami dla dzieci, które przychodziły z rodzicami. Wiem, że pani Emelina też piecze i … To nie była łatwa decyzja, ale jestem pewna. Chciałabym zrobić tam coś dobrego, coś, żeby ludzie o nich pamiętali. – Eileen z trudem powstrzymała łzy i mocno mnie przytuliła, a Tobias z uznaniem przeglądał projekty, jakie przygotowałam.

– Mogę ci w tym pomóc? – wyszeptała teściowa.

– Byłabym wdzięczna – odparłam z uśmiechem.

– Oprócz kącika do czytania, można też postawić kilka stolików do rysowania, może mogłabyś uczyć dzieci rysować? – zaczęła z podnieceniem Eileen. – Wciąż widzę całe mnóstwo dzieciaków, które z braku zajęcia, psocą w miasteczku albo latają po lesie. Nie raz i nie dwa, musiałam ratować jakieś biedactwo pokąsane przez leśne stworzenia, a tak będą miały gdzie pójść, pobawić się i pouczyć. Tu jest sporo dzieci w wieku Eileen. Mogłaby się też przecież z nimi bawić. Nie spuszczałabyś z niej oczu podczas pracy.

– Widziałem się ostatnio z Henrym – wtrącił Tobias, nie odrywając się od przeglądanych rysunków. – Strasznie narzeka na emerytalną nudę i podpytywał nawet o jakieś zajęcie.

– A może Severus zgodziłby się pokazywać dzieciakom jakieś eliksiry? – Pani Snape prześcigała samą siebie w pomysłach. – Przecież wciąż coś pokazuje Leen. Gdyby i w tym drugim sklepie zorganizować mały kącik? Taki cotygodniowy pokaz możliwości jakie dają eliksiry. Jestem pewna, że Severus się zgodzi.

– A ja jestem pewien, że Severus się nie zgodzi. – Zainteresowany wraz z małą dziewczynką na rękach pojawili się tuż obok nas.

– Nie chcesz pokazywać naszych sztuczek, tatusiu? – zdziwiła się Leen.

– Nie, gwiazdeczko. Nasze sztuczki zarezerwowane są tylko dla nas – odparł z wysoko uniesioną brwią.

– To dobrze, tatku, bo ja się wcale nie chcę tobą z nikim dzielić. – Mała uśmiechnęła się, ukazując szereg równych ząbków.

– Nawet ze mną? – Chwyciłam męża za rękę i oplotłam ją sobie wokół ramienia.

– Byłaś pierwsza, więc możesz się z nim całować – mruknęła Leen, łapiąc ojca za szyję – ale eliksirowe sztuczki są tylko dla mnie – wykrzyknęła.

– To jest świetne – szeptał do siebie Tobias, przeglądając szkice. – Te kolory i kształty.

– Dziadek, żadnej pracy – skarciła go wnuczka, wyrywając się ojcu i stając naprzeciwko starszego mężczyzny z założonymi na piersi rękoma.

– Masz rację, dziecinko – zaśmiał się. – Sol, Severusie, co wy na to, żebyśmy to omówili szczegółowo w poniedziałek wieczorem, w biurze?

– A co tata na to, żebym w poniedziałek zrobiła sobie dzień wolnego, a szczegóły dotyczące budowy i wyglądu obydwu sklepów omówił tata z mamą, a ja później wykonam tylko projekty i szkice? – Severus mocno chwycił mnie za rękę i z uśmiechem ucałował w skroń. – Tak sobie myślę, że może uda mi się przekonać moją zaborczą córkę, by podzieliła się jednak trochę ojcem i pozwoliła mi popatrzeć, jak warzą sztuczkowe eliksiry.

– I całą robotę chcesz zwalić na mnie, tak? – Eileen spojrzała na mnie, marszcząc brwi.

– Dokładnie tak – odparłam. – Przyda się mamie odmiana od szpitala i zabaw z wnuczką.

– I mam wolną rękę? – zmierzyła nas uważnie.

– Sklep z eliksirami ma się nie różnić od tego na Pokątnej i żadnych kącików z kawą i lizakami – mruknął Severus.

– W księgarni może mama robić co chce – odpowiedziałam, widząc błysk w oczach teściowej.

– Jakie mam fundusze? – dopytywała wciąż z poważną miną.

– Zakładaliśmy po sto tysięcy na sklep – odparłam nieco zmieszana pytaniem. – Odchodzi wykup ziemi, bo ta należy do nas, więc automatycznie może mama podnieść koszty o tę kwotę, to jakieś czterdzieści – pięćdziesiąt tysięcy. W razie potrzeby, możemy nieco zwiększyć budżet. Ostatecznie dołożymy z własnych oszczędności.

– I mogę urządzić księgarnię i ogród, jak tylko chcę? – upewniała się Eileen.

– Teraz zaczęłam nabierać wątpliwości – mruknęłam do męża, widząc zbyt duży entuzjazm na twarzy teściowej.

– Następnym razem pomyśl, zanim coś chlapniesz – odparł teatralnym szeptem, a matka zrobiła nieco zasmuconą minę, widząc moje wahanie.

– Oczywiście, że mama może zrobić co tam tylko chce i jestem pewna, że tata nie ma nic przeciwko. – Tobias uśmiechnął się szczerze. – Ja nie mam na to czasu, a mama jest w tym świetna. Zgadza się mama? – Spojrzałam błagalnie na teściową.

– No pewnie, że tak – wykrzyknęła z radością. – Te sklepy muszą jakoś pasować do siebie z zewnątrz. Severusie, czy …

– Byle nie był różowy – burknął.

– A czy …

– Tak mogą sobie przy wejściu rosnąć krzaczyska, byle nie były zbyt kwieciste – odparł, zanim matka zdążyła zadać pytanie.

– A …

– Myślałem, że dziś nie pracujemy – odrzekł z niezadowoloną miną.

Popołudnie minęło nam w dobrej atmosferze. Eileen i Tobias co i rusz kłócili się o nowe pomysły dotyczące księgarni, Severus razem z córką biegali po ogrodzie w poszukiwaniu insektów przydatnych do eliksirów, a ja z uśmiechem malowałam ten sielski obrazek. Spoglądałam z zadowoleniem na swoją rodzinę i nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że budowa akurat tych dwóch sklepików w miejscu mojego rodzinnego domu, to jeden z lepszych pomysłów. Nie zależało mi jedynie na dobrym interesie. Chciałam zrobić coś dobrego dla miasteczka. Odkąd pan Softis zamknął swój biznes, mieszkańcy Doliny Godryka musieli udawać się po potrzebne eliksiry na Pokątną, a księgarnia miała służyć przede wszystkim dzieciom, które nie uczęszczały jeszcze do Hogwartu. Byłam spokojna, powierzając cały projekt teściowej. Wiedziałam, że będzie potrafiła uczynić z tego miejsca raj dla dzieciaków, a o to głównie chodziło.

Severus

– Czy te gwiazdki są z nieba, mamusiu? – Z zamyślenia wyrwał mnie głosik córki, która wodziła paluszkiem po nadgarstku Solem oplecionym złotym łańcuszkiem, który sześć lat temu jej podarowałem.

– Ty jesteś moją gwiazdką z nieba. – Uśmiechnęła się i pociągnęła dziewczynkę na kolana.

– Te wyglądają, jak prawdziwe. – Leen dotykała kolejno gwiazdek przetkanych przez cienki łańcuszek.

Z lekkim niepokojem obserwowałem żonę. Zbladła, zadrżała, nagle zesztywniała, przyciskając mocno Leen i nie uspokoił się, chociaż z uśmiechem dalej prowadziła konwersację. Miała przyspieszony oddech i mimo tego, że radośnie rozmawiała z Leen, w jej oczach pojawił się niepokojący smutek. Jej dłonie drżały coraz bardziej, a na skroniach dostrzegłem kropelki potu. Coś złego się działo z moją żoną.

– Gwiazdeczko, poproś dziadziusia, żeby zrobił dla ciebie przedstawienie z cieni w namiocie, dobrze? – poprosiła po chwili.

– Źle się czujesz, mamusiu? – Leen przyglądała się jej twarzy z uwagą.

– Chyba zjadłam za dużo tych pianek i teraz mi trochę niedobrze – wyznała.

– To idź się połóż, a ja powiem tatusiowi, żeby podał ci ten eliksir, który mi kiedyś dał, jak się objadłam słodyczy. – Dziewczynka zeskoczyła z jej kolan i wskoczyła na moje.

– Pomogę mamusi, a ty z dziadkiem nałap cały słoik świetlików, to jutro uwarzymy razem eliksir fosforyzujący. – Z uśmiechem odprawiłem córkę i z niepokojem spojrzałem za pospiesznie oddalającą się w stronę domu żoną.

Rzuciłem porozumiewawcze spojrzenia rodzicom i pobiegłem za Solem. Zamarłem w pierwszym momencie, gdy z łazienki dobiegły mnie odgłosy wymiotowania. Złapałem za klamkę, ale pomieszczenie było obwarowane zaklęciami tak silnymi, że nie byłem w stanie ich zdjąć.

– Sol? – Zapukałem mocno. – Solem, wpuść mnie. – Czekałem chwilę, ale drzwi nie ustępowały.

– Synku? – Eileen pojawiła się tuż po mnie. – Tobias zabrał Leen na łąkę za domem – uspokoiła mnie pospiesznie. – Co się dzieje? Solem jest w ciąży? – zdziwiła się, gdy i ona dosłyszała dźwięki zza drzwi.

– Nie wiem, mamo. Nie mogę otworzyć – odpowiedziałem nerwowo. – Sol, kochanie otwórz – nalegałem.

– Pójdę po eliksir na uspokojenie – szepnęła Eileen, słysząc głośny szloch synowej. – Spróbuj tam wejść, a ja zostawię co potrzeba przed łazienką. Sprawdzę za piętnaście minut, jeśli będziesz mnie potrzebował zostanę, a jeśli nie to poczekam w salonie. – Skinąłem do matki i ponownie zapukałem do drzwi, które tym razem same się przede mną uchyliły.

Solem trzęsła się, siedząc na podłodze i wpatrywała się we mnie z błagalnym wyrazem twarzy.

– Sol, słonko. – Jednym susem pokonałem dzielący nas dystans. – Co się stało? – spytałem, mocno ją do siebie przyciągając.

– Miał to … – wyszlochała, łapiąc się za nadgarstek. – Miał na rączce.

– Wiem, kochanie. – Próbowałem ją uspokoić, delikatnie masując jej plecy.

– Nie, nie rozumiesz – wyszeptała. Chwyciłem jej twarz w dłonie i spojrzałem głęboko w oczy. – Nie rozumiesz – powtórzyła.

– Co się dzieje, Sol? – spytałem, widząc ból jaki wykrzywiał jej twarz.

– Zerwał mi ją, gdy szliśmy ścieżką do domu rodziców. – Starała się uspokoić. – Mama poszła zrobić herbatę, a tata kończył coś w ogródku. – Usiadłem obok niej, mocno ściskając drżące dłonie. – Zawinęłam mu ją wokół rączki i chciałam naprawić zapięcie, ale wtedy zadzwonił ten denerwujący dzwonek. Pamiętasz? Mieli taki skrzeczący, piszczący dzwonek przy furtce. Nienawidziłam tego dźwięku. – Lekko przytaknąłem. – Chciałam szybko otworzyć, żeby przestał piszczeć. Wzięłam Teo na rękę i pobiegłam z nim w stronę drzwi – opowiadała łamiącym się głosem. – Wtedy pisk ustał nagle i zastąpił go taki okropny buczący odgłos spuszczanych barier. Jakby ktoś walił w taki wielki gong tuż przy uchu. Tata pojawił się zaraz przy mnie i razem podeszliśmy do furtki. Uśmiechał się, uśmiechał i machał, a chwilę później … – urwała i szlochając, wpadła w moje ramiona.

– Spokojnie, kochanie. Powoli. – Lekko gładziłem jej plecy, jednocześnie przywołując stojącą przed drzwiami fiolkę z eliksirem. – Wypij to, promyczku. – Na szczęście bez protestów przełknęła zawartość buteleczki. Przytuliłem ją mocno i pozwoliłem nieco ochłonąć.

– Uderzył go zielony promień, o tu – wskazała dłonią na swoją pierś – i upadł od razu. – Łzy płynęły po jej bladych policzkach. – Uśmiechał się, uśmiechał. Nie pamiętam do kogo – westchnęła. – Jeszcze zanim zobaczyłam ten błysk, moja różdżka wyleciała mi z ręki, ale miałam drugą, w rękawie i … zrzuciłam na nas tarczę. Nie zdążyłam przed tym zielonym. Nie zdążyłam. Mama wybiegła, chociaż krzyczałam do niej, żeby się schowała. Wybiegła i odbiła promień Imperiusa, który leciał w moim kierunku. Dotknął lekko mojej tarczy, ale ponowiłam zaklęcie i chciałam je rozszerzyć na nią, ale ona walczyła. Bałam się, że jakieś zaklęcie może dosięgnąć Teo i nie zdjęłam tej tarczy, cały czas próbowałam ją wciągnąć w jej zasięg, a ona … mama … spojrzała mi tak twardo w oczy i odbiła tarczę na mnie i Teo, a później stanęła przed nami … Mamo.

– Spokojnie, Sol, spokojnie. – Mocno przycisnąłem do siebie szlochającą żonę. Nie miałem pojęcia, jak jej pomóc. Koszmar sprzed sześciu lat powrócił i obawiałem się, że mógł jej poważnie zaszkodzić. Wciąż szukaliśmy sposobu na odzyskanie przez nią pamięci i mieliśmy nadzieję, że to w końcu nastąpi. Teraz nie byłem taki pewien, czy chcę, by moja żona pamiętała. Była już pogodzona z tym co się stało. Wciąż traciła wzrok, ale poza tym była całkowicie zdrowa. Westchnąłem w duchu, zdając sobie sprawę, że ten horror będzie do niej powracał z każdym odzyskanym fragmentem wspomnień. Nie mogłem nic zrobić, nie znałem sposobu w jaki mógłbym jej pomóc.

– Nie mogli mnie zabić – wyszeptała – nie mogli, bo ona oddała za mnie życie. Słyszałam jej inkantacje, słyszałam jej głos. Nic nie mogłam zrobić. Patrzyła na mnie tak zawzięcie, a ja nie mogłam jej pomóc, bez narażania życia Teo. Zanim upadła – Solem opowiadała dalej już nieco spokojniejszym głosem – zabrałam jej zaklęcie. Spojrzała na mnie z wyrzutem, ale nie mogłam inaczej. Nie mogłam pozwolić, żeby skrzywdzili Teo. Później moja bariera opadła, ale oni mnie nie zabijali. Nie pamiętam co rzuciłam, ale bolało, bardzo bolało i … kobiecy głos, to ona rzuciła Obliviate. Zrobiło mi się ciemno i … ktoś mi go wyrwał, nie miałam już siły go trzymać. Coś mnie bardzo zabolało, tutaj – wskazała na plecy – i nie mogłam się już ruszyć. Ten łańcuszek, poczułam jak jedna z tych gwiazdeczek haczy moją skórę i rzuciłam zaklęcie naznaczenia. Wciąż był na rączce Teo, gdy mi go zabierali. – Słuchałem jej z przerażeniem. Nie potrafiłem wydusić z siebie ani jednego słowa. – Nie pamiętam ich – szepnęła spokojnym głosem.

Mocno przycisnąłem ją do siebie. Na progu łazienki dostrzegłem siedzącą, zapłakaną matkę. Nasze spojrzenia skrzyżowały się na dłuższą chwilę. Odetchnąłem głęboko i chwyciłem trzęsącą się żonę na ręce. Ułożyłem ją na łóżku w sypialni i skinąłem do matki, by podała mi odpowiednie eliksiry. Pogładziłem ją delikatnie po policzku, sam z trudem opanowując łzy.

– Myślę, że on przeżył, Severusie – powiedziała słabym głosem, mocno chwytając mnie za rękę.

– Ja też – odparłem, spoglądając na nią zmartwionym wzrokiem.

– Nie mogli go tam zabić … – urwała, próbując powstrzymać łzy.

– Wystarczy na dziś, dobrze? – poprosiłem, na co ona lekko skinęła głową. – Odpocznij.

– Poleżę tylko chwilę – odparła. – Leen, obiecałam jej …

– Ja się tym zajmę – przerwałem jej.

– Obiecałam jej, że zrobimy lampiony i puścimy je do gwiazd – dokończyła. – Odpocznę i przyjdę do was, dobrze?

– Na pewno dobrze się czujesz? – spytałem zmartwiony. – Nic się nie stanie, jeśli …

– Na pewno. – Uśmiechnęła się smutno. – Potrzebuję tylko chwilki.

– Nie spiesz się – szepnąłem, całując ją w skroń.

– Severusie. – Matka zawołała do mnie z salonu. Spojrzałem na nią zaskoczony kieliszkiem wina w jej ręku.

– Odpoczywa – powiedziałem, podchodząc bliżej.

– Synku, czy to prawda? – spytała, spoglądając mi prosto w oczy. – Czy to możliwe, że Teo … że przeżył tam? – Odetchnąłem głęboko i usiadłem ciężko na kanapie.

– W koszmarach Solem widzi, jak ktoś zabiera jej Teodora z rąk – zacząłem. – Nie mieliśmy pojęcia co to oznacza, ale wzięliśmy to za koszmar. Po prostu koszmar. Krótko po przeprowadzce do Hogwartu, Sol odebrała anonimową przesyłkę z kaftanikiem Teodora. Była pewna, że miał go na sobie tamtego dnia, ale założyliśmy, że jednak się myli. – Eileen usiadła obok ze zszokowaną miną. – Po jakimś czasie, gdy była w ciąży, odebrałem przesyłkę zaadresowaną do niej, bez nadawcy. W środku był pukiel czarnych włosów. Nie mogę mieć pewności … znalazłem na nim ślad swój i Solem. Mamo, być może ktoś nam zrobił okrutne żarty. Może ktoś ukradł kaftanik z naszego domu w Londynie, a włosy; wystarczyło mieć jeden mój i jeden Solem, ale jeśli dziś wróciły do niej wymazane wspomnienia …

– Możliwe, że ktoś chciał wam powiedzieć, że wasz syn przeżył.

– Gdzie on jest, mamo?

Kolejny rozdział: „Starzy przyjaciele"