Danny zastanawiał się czy czatowanie przed szkołą na syna gubernatora było całkiem poważne. W końcu to on tutaj był dorosłym. Zastraszanie dzieci zatem nie wchodziło w grę, ale najchętniej przełożyłby gówniarza przez kolano i wyjaśnił mu ręcznie, dlaczego krzywdzenie jego córki jest złym pomysłem.

Grace wydawała się niemal zadowolona z gipsu. Steve upewnił się zresztą, żeby obżarli się lodami. Jej ręka była szczelnie pokryta malunkami i chyba nawet reklamą krewetek Kamekony, co wcale aż tak bardzo go nie zdziwiło.

Rachel nie odezwała się do niego ani słowem, jakby to była jego wina, że mała została ranna. Jakby jego poczucie winy nie było dostatecznie przytłaczające. I tak wiedział, że nie planowała zrobić niczego, bo Stan naprawdę potrzebował poparcia gubernatora. A to oznaczało, że sam musiał załatwić tę sprawę. Nie miał pojęcia tylko czy proszenie Steve'a o numer telefonu do zwierzchnika władz tego stanu to naprawdę dobry pomysł. Zapewne to była jedna z tych tajnych rzeczy, które bogacze przekazywali sobie w tajemnicy. Możliwe, że Rachel miała numer Denninga, ale wątpił, aby chciała się tym z nim podzielić.

Pomachał ostatni raz Grace, zanim skierował się w stronę pracy.

ooo

Kono wydawała się w doskonałym humorze i Danny wiedział, że to jest ściśle związane z faktem, że Steve odwiedził ich kilka razy. Nie spodziewał się, że sam będzie tak odprężony na widok alfy, ale ostatnie dni nie były łatwe chyba dla nikogo.

- Jak Grace? – spytał Steve, kiedy tylko Danny wyszedł na krótką przerwę.

Nie miał pojęcia jak alfa zawsze go znajdował, ale w kompleksach takich jak ten zapewne były wszędzie kamery. Nie chciało mu się tylko wierzyć, że Steve z nich korzystał, aby namierzać jego i Kono.

- Szczęśliwa, bo jakiś bałwan powiedział jej, że należą się jej lody każdego dnia, w którym ma złamaną rękę – odparł bez chwili wahania.

Steve uśmiechnął się do niego szeroko.

-Tak, dokładnie o tobie mówię – rzucił, starając się chociaż brzmieć na urażonego. – Małe dzieci nie mogą jeść codziennie lodów. Cukrzyca, Steven, cukrzyca – powiedział.

- Lody na bazie naturalnej śmietany są zdrowe. Wapń tak naprawdę sprawia, że chudniemy. Ciało traci sporo energii na ogrzanie pokarmu, który planuje strawić – odparł alfa.

Danny wpatrywał się przez chwilę w niego, sądząc, że to kolejny żart, ale McGarrett mówił całkiem poważnie.

- Jesteś nienormalny – poinformował go.

- To są fakty, Danny. Nauka – powiedział Steve.

Danny nie mógł się nie skrzywić. Nie był jednym z tych ekologicznych świrów, którzy karmili swoje dzieci tylko tym, co wytworzyła sama natura. Jedli warzywa, ale nie trawę. Zawsze istniała pewna granica, której nie należało przekraczać. Coś mówiło mu jednak, że Steve został stracony dla świata lata temu. To przynajmniej wyjaśniało dlaczego alfa utrzymywał swoje ciało w takiej kondycji.

Danny nie był ślepy. Zresztą ta jedna wpadka, którą zaliczył, kiedy pili z Kono na plaży, świadczyła o tym dość jasno.

- Trzymaj swoje dietetyczne łapy daleko od mojej córki – rzucił.

- Hej! Przed chwilą twierdziłeś, że przeze mnie nabawi się cukrzycy – zaprotestował Steve.

ooo

Rachel nie mówiła do niego, co było czymś całkiem nowym. Do Danny'ego dopiero trzy dni później doszło, że to może mieć coś wspólnego z osobą Steve'a. Nigdy o nim nie wspomniał. Odczuwał pewien rodzaj złości na samą myśl, że exalfa właśnie karze go za sam fakt, że pokazał się z kimś innym niż z nią. Jeśli to miało cokolwiek wspólnego z tym walniętym terytorializmem, nie planował na to zwracać uwagi.

Wystarczało mu w zupełności, że Grace uwielbiała Steve'a, a Stana nadal nie. Może to smakowało jak małe zwycięstwo i było idiotyczne, ale nauczył się cieszyć z niewielkich rzeczy. Rachel w końcu nie wiedziała, że z McGarrettem nic go nie łączyło. Byli kumplami. Z pewną dozą wahania nazwałby to przyjaźnią. Z pewnością Steve nie miałby nic przeciwko. I uwielbiał Grace, co Danny'ego początkowo zaskoczyło.

Wiele alf przed McGarrettem udawało swoje zainteresowanie jego córką, żeby dostać się do niego. Nie byli idiotami. Dzieci są ważne dla omeg. Danny jednak potrafił ich przejrzeć na wylot. Ze Stevem było jednak inaczej. Poświęcał jej całą swoją uwagę. Chwilami Danny czuł się niemal jak intruz, kiedy spoglądał na nich. Mieli jakiś taki rodzaj porozumienia, w którym się gubił. Ich więź trochę polegała na tym, co nazywali alfim biznesem, ale to nie mogła być tylko kwestia statusu. Alfy zresztą z zasady widziały w sobie konkurencję.

Grace jednak nie traktowała McGarretta jak wroga. Bardziej jak wsparcie, co początkowo go martwiło, bo to on powinien zapewnić je córce, ale Steve chyba ten kolejny raz miał rację. Grace potrzebowała czegoś innego niż wykład omegi na temat swojego zachowania. A McGarrett wydawał się dostatecznie dobrze wiedzieć dlaczego alfy czasami były idiotami, aby przestrzec jego córkę.

Spoglądał na Grace z pewną obawą, bo Steve udawał, że wrzuca ją do basenu razem z gipsem. Trzymał ją nad taflą wody i Danny wyraźnie czuł, że jego serce zaraz przestanie bić. Zawał był bliski, chociaż Grace bawiła się wyśmienicie, machając nogami i piszcząc. Jej mundurek szkolny poplamiony był farbkami, ale to nie był pierwszy raz.

- McGarrett, przysięgam, że jeśli ona wpadnie do wody, ty polecisz zaraz za nią – ostrzegł go lojalnie, wiedząc dokładnie, że chociaż siedział na wieżyczce ratownika, Steve słyszy go wybornie.

Alfa zresztą uniósł głowę i uśmiechnął się do niego wrednie, zanim zamoczył nogi Grace do kolan, a potem wyciągnął ją z wody, jakby nie ważyła kompletnie nic. Mała zaczęła się śmiać jak opętana. Danny nie byłby nawet wściekły za kąpiel w ubraniu, ale zamoczenie gipsu oznaczało kłopoty. Mała już miała obtarcia, bo temperatura na tej wyspie nigdy nie spadała poniżej dwudziestu stopni.

- Obiecujesz? – spytał Steve jak ostatni idiota.

Danny zbił tylko usta w wąską kreskę.

- Nie wiesz, że się nie rusza dziecka omegi? – spytał nagle całkiem znajomy głos.

Nie spodziewał się Cath, ale kobieta najwyraźniej była w okolicy. Co zabawniejsze, Steve wyglądał na zażenowanego swoim zachowaniem. I Danny chciał mieć moc, która sprawiałaby, że McGarrett odczuwał wstyd. To byłoby coś wspaniałego. Jak do tej pory nie pomagało nic.

- Wiem – mruknął alfa, pozwalając jej pocałować się w policzek.

- Hej Danny – rzuciła kobieta, machając do niego.

Zdjęła okulary przeciwsłoneczne, wsuwając je w swoje długie ciemne włosy i spojrzała na Grace zaskoczona.

- A co tutaj się stało? – spytała, pochylając się nad jego córką, która wcale nie wyglądała na nieszczęśliwą.

- Wypadek – odparła Grace. – Ale Danno mówi, że rasizm – dodała.

I może nie powinien był używać przy niej tego słowa, bo Cath wydawała się przednio ubawiona. Nie wątpił też, że Steve mu nie odpuści. Grace za bardzo powtarzała. To był już najwyższy czas, aby zacząć się przy niej pilnować.

- Rasizm – powtórzyła Cath. – Poważnie brzmi.

- Yhym – potwierdziła Grace. – Ale Steve mówi, że załatwimy to alfim biznesem.

- I Steve mówi – rzuciła Cath, a jej rozbawienie ewidentnie rosło.

Gdyby nie wiedział lepiej, pomyślałby, że McGarrett jest coraz bardziej skrępowany. Ostatnim razem kiedy rozmawiali o Cath, Steve zaprzeczył, aby cokolwiek ich łączyło, a potem zaprosił jego na kolację. Może to jednak był tylko wybieg, żeby go zmylić. Odwrócenie uwagi zawsze działało przednio.

- Zastanawiałam się czy nie wyciągnę cię na późny obiad – powiedziała Cath nagle. – Ale może wyciągnę po prostu was wszystkich? – zasugerowała, patrząc na niego sugestywnie.

- Co o tym myślisz, Danno? – wtrącił Steve pospiesznie.

Nie mieli w zasadzie planów, prócz tych, które zakładały, że muszą odwiedzić Kamekonę i zamówić lody. Wątpił tylko czy Cath będzie chciała jeść w miejscu, w którym są drewniane stoły i jedynie krewetki w setkach smaków.

- Gdzie chcecie wyjść? – spytał wprost.

Cath wzruszyła ramionami, patrząc na Steve'a, jakby to od niego zależała ta decyzja. Jeśli McGarrett miał płacić i tym razem, Danny nie miał nic przeciwko.

ooo

Restauracyjka nie należała do tych, na które turyści trafiają. Zostali na tarasie, gdzie widok nie był najgorszy. Danny widział sporo plaży od czasu, kiedy się przeprowadził na wyspę, ale pierwszy raz dotarło do niego, że istniały jeszcze te rejony Hawajów, których nie podprządkowano człowiekowi do końca. Plaża była kamienista i nikt się na niej nie opalał, co było przyjemną odmianą.

- Sztormy tutaj nanoszą najczęściej wszystko, co napotkają na swojej drodze – wyjaśnił mu Steve.

Możliwe, że jego milczenie wydało się po prostu podejrzane. Nawet Cath zerkała na niego niepewnie.

- Nie wierzę, że to mówię, ale tutaj jest pięknie – przyznał.

Steve prychnął.

- Oczywiście, że ci się podoba. Tutaj jest żwir, żwir oznacza beton. To prawie jak Jersey – prychnął alfa.

Grace spojrzała na niego do granic urażona.

- Dom tak nie wygląda – zaprotestowała pospiesznie.

- Oczywiście, że nie małpko. Steve po prostu nigdy na oczy nie widział miasta. Musisz mu wybaczyć – powiedział wielkodusznie.

- Możemy go zabrać na święta do babci i dziadka – stwierdziła Grace. – I pokażemy mu lodowisko – dodała z pewnością w głosie, marszcząc brwi.

Danny czekał na chwilę, w której jego córka zrozumie, że McGarrett nie jest jej prywatną własnością. Nie miał pojęcia jak przetrwają tę burzę, ale miał nadzieję, że nadejdzie, kiedy to będzie weekend Rachel i Stana.

- Wyobrażasz sobie Steve'a w jego spodenkach do surfowania w środku grudnia w Jersey? – spytał wprost. – Chcesz zamrozić fokę? – dodał, unosząc lekko brwi.

Grace przez chwilę wydawała się naprawdę przerażona.

- Posiadam ubrania – prychnął Steve.

- Nie takie do Jersey – odparła Grace. – Steve zostaje tutaj, gdzie jest ciepło – zdecydowała, co było dość wielkoduszne z jej strony.

McGarrett wcale nie wydawał się tak szczęśliwy, jak Danny sądził, że będzie. Może nie powinni z niego kpić we dwójkę. Z drugiej jednak strony obrażał Jersey. A miasto było piękne, jeśli tylko ktoś wiedział gdzie iść i co zobaczyć. A Danny był jak przewodnik po New Jersey.

Rachel przynajmniej się podobało.

- Długo zostajesz? – spytal nagle Steve.

Wydawało się, że Cath została wyrwana z własnych myśli. Może już ją nudzili. Nie wszyscy lubili dzieci, nie wszyscy nadawali się do spędzania czasu z nimi. Danny w pełni to rozumiał i zawsze popierał pary, które decydowały się na dziecko w swoim czasie. Nie było sensu się spieszyć, chociaż on akurat chciał mieć całą gromadkę przy boku jak najwcześniej.

Grace w obecnej chwili wystarczała mu za wszystko.

- Dzień, może dwa – odparła Cath. – Zależy jak wiatr zawieje. Jeśli zdobędę potrzebne informacje, wylecę nawet dzisiaj – dodała. – Jak interes?

Steve wzruszył ramionami.

- Kręci się – stwierdził alfa, ale bez enztuzjamu. – Lori nie daje sobie rady w klubie – rzucił, ewidentnie spięty.

- Kono? – spytała Cath.

Steve skrzywił się lekko.

- Kono to trudny temat – przyznał McGarrett, a potem zerknął na niego niepewnie. – Kono była moim pierwszym wyborem, jeśli chodzi o menadżera – wyjaśnił mu. – Tylko że nie chciała się tego podjąć. Mówiła ci, że odmówiła mi? – spytał.

Danny potrząsnął przecząco głową.

- Potem myślałem, że jesteś moim objawieniem, ale nie możesz pracować nocami, kiedy masz dziecko – ciągnął dalej Steve. – Kamekona ma własny interes. Chin… - urwał i faktycznie Danny też go jakoś nie widział na tym stanowisku. - Reszta – jest za młoda.

Danny widział dokładnie w czym tkwił problem. Zajmowanie się klubem nocami powinno być z zasady przeznaczone dla jakiegoś dzieciaka. Z drugiej strony to jednak sporo organizacji. Nie wiedział jak Steve teraz często tam zaglądał, ale podejrzewał, że alfa bywa tam przynajmniej cztery razy w tygodniu.

- Jeśli zatrudnię alfę, będą dokładnie takie same kłopoty jak poprzednio – westchnął Steve. – A bez Kono, to się nawet o nich nie dowiem. Zresztą… Kono niewiele pomogła ostatnim razem – dodał, nie patrząc na niego nawet.

- Może Kono jednak… - zaczęła Cath.

- Kono ma na głowie ślub – wszedł jej w słowo Danny. – A biorąc pod uwagę jak zachowują się z Adamem, dzieci będą raczej wcześniej niż później – dodał, patrząc na nią dość wymownie.

Cath prychnęła, jakby to akurat ją przednio ubawiło.

Raczej nie spodziewał się tak głębokiej zmarszczki między brwiami Steve'a.

- To nie jest twoja córka – przypomniał alfie, przewracając oczami.

ooo

Pukanie do drzwi zaskoczyło go dość mocno. Steve podrzucił ich do mieszkania dość późnym popołudniem, ale wątpił, aby cokolwiek zostawili w jego samochodzie. W końcu Grace miała z sobą jedynie szkolny plecak. Wytarł ręce w ścierkę, modląc się w duchu, żeby to nie była Rachel, bo to naprawdę był dobry dzień i nie chciał go kończyć jakąś bezsensowną kłótnią o alfę, z którym się nawet nie całował.

Otworzył w dość bojowym nastroju, a potem zamarł, bo wysoki alfa, który patrzył na niego dość skonsternowany, na pewno nie był tym, czego się spodziewał. Za nim stał kolejny mężczyzna. I obaj mieli na sobie ciemne garnitury. Jeśli ktokolwiek chciał wyciągnąć od niego haracz, zamierzał im dać do zrozumienia, że samotna omega z dzieckiem to coś bardziej niebezpiecznego niż pieprzony gang w okolicy.

- Daniel Williams? – spytał facet, a potem przecisnął przed siebie dzieciaka, który wyglądał na lekko przerażonego.

- Josh? – zdziwiła się Grace.

I Danny bardzo szybko dodał dwa do dwóch.

- Gubernator Denning – powiedział, unoszą brew odrobinę wyżej, a potem zerknął na smarkacza, który złamał rękę jego córce, pozwalając sobie na to by przybrać minę, z której zawsze korzystał podczas przesłuchań.

Dzieciak wydawał się tylko bardziej przerażony.

- Możemy wejść? – spytał Denning i pewnie nie chciał być widziany w tej dzielnicy za długo.

- Jasne, kawy? Herbaty? – rzucił, robiąc im miejsce.

Spodziewał się, że ochroniarz wejdzie wraz z nimi, ale facet został na korytarzu. A Josh przytargał z sobą ogromnego misia, na którego Grace patrzyła podejrzliwie.

- Chciałbym bardzo przeprosić za zachowanie mojego syna. Obawiam się, że reakcja szkoły nie była do końca odpowiednia – zaczął dość dyplomatycznie Denning i Danny nie spodziewał się niczego innego. – Josh? – rzucił facet ostro.

Jego syn wyprostował się i ruszył w stronę Grace, która nie wydawała się już taka nieufna jak dwie minuty temu.

- Naprawdę nie chciałem – powiedział gnojek.

Danny nie był Grace, nie dawał się tak łatwo przekupić. I planował również szerszą zemstę.

- McGarrett dał panu mój adres? – upewnił się.

Denning wydawał się zaskoczony.

- Nie do końca – zaczął mężczyzna. – Steven faktycznie wspomniał, że nie jesteśmy z żoną informowani co do zachowania Josha, ale wymogłem na szkole, aby podano mi adres pana domu. Wiem, że naruszam prywatność, ale…

- Nie ma żadnego problemu. I dziękuję za przeprosiny – westchnął Danny. – Ale jeśli on jeszcze raz zrobi coś Grace, to ja się tym zajmę sam – uprzedził.

Denning uniósł brew, jakby tego się nie spodziewał.

- Pana syn przezywa moją córkę, ponieważ się tutaj przeprowadziliśmy – poinformował faceta. – Rozumiem, że słowo haole nie należy tutaj do komplementów… - ciągnął dalej.

Denning spojrzał ostro na dzieciaka, który wiercił stopą dziurę w jego podłodze.

- Josh? – rzucił ostro facet.

- No bo… - zaczął dzieciak i urwał. – Za to też przepraszam. I już nie będę. Naprawdę nie chciałem – dodał i tym razem brzmiał szczerze.

Danny westchnął przeciągle.

- Porozmawiam z nim jeszcze raz w domu – obiecał Denning. – I jesteśmy bardzo szczęśliwi, kiedy na wyspie pojawiają się nowi mieszkańcy – dodał, patrząc na niego z wyczekiwaniem.

Prawdopodobnie w ich świecie istniał pewien protokół zachowań w takich sytuacjach, ale Danny nie był politykiem.

- Tak, raj na ziemi – zakpił, nie mogąc się powstrzymać. – Nie chcę żadnych kłopotów. Nie zamierzam skarżyć się komukolwiek, ale nie chcę, żeby ta sytuacja się powtórzyła – powiedział wprost.

Denning wydawał się zdziwiony po raz kolejny, ale chyba widział ulgę na jego twarzy. Rachel zapewne próbowałaby teraz przehandlować jego wdzięczność na coś konkretnego, ale Danny nie miał do tego nerwów.

- Co Gracie? Wybaczamy Joshowi? – spytał, bo to w końcu jego córka miała złamaną rękę.

Grace uśmiechnęła się do niego lekko.

- Przyniósł mi misia i powiedział, że już nie będzie – przypomniała. – Jasne, że wybaczamy. Poza tym – zaczęła i spojrzała na Josha. – Tobie też musimy złamać rękę. Steve mówi, że jak ktoś ma złamaną rękę, powinien jeść lody cały czas, bo jest w nich dużo wapnia, który od… odbudowuje kości – poinformowała dzieciaka, który wydawał się zafascynowany jej przemową.

- Grace – jęknął przeciągle, przeklinając w myślach Steve'a.