A/N: Minęły wieki od kiedy dodałam poprzedni rozdział (przepraszam!), ale na szczęście pięć pierwszych matur, pisanych dzień po dniu (a nawet rano i popołudniu) już za mną. Miejmy nadzieję, że moja blokada wenowa odpuści i będę miała możliwość częstszego update'owania.
Rozdział XXVIII
Wieść o incydencie w bibliotece rozniosła się po Hogwarcie w tempie światła. Kiedy Allyson wyszła z sypialni do pokoju wspólnego szybko zorientowała się, że kłótnia pomiędzy nią i Rose jest na ustach większości. Jej humoru nie poprawiło nawet to, że obecni w pomieszczeniu Puchoni mówili jej pozytywne słowa, kiedy obok nich przechodziła. Ubrana w szatę do Quidditcha, z miotłą opartą na ramieniu wyszła z dormitorium i w kiepskim nastroju udała się na boisko, żeby wziąć udział w treningu. Nawet po sposobie w jaki szła było widać jej emocje; szybko, jej buty co rusz dość mocno uderzały o podłogę, trzaskała prawie każdymi drzwiami. Kiedy jednak nacisnęła klamkę do drzwi wejściowych i mocno je popchnęła usłyszała dość głośny huk, za nim jęk i zorientowała się, że ktoś musiał za nimi stać. Nawet przez myśl nie przeszło jej, żeby rozważać taką możliwość.
Pospiesznie wyszła z zamku i jako pierwszą ujrzała leżącą tuż przy stopniach miotłę – jasną Błyskawicę Deluxe - i nie miała wątpliwości, kogo musiała uderzyć. I rzeczywiście, gdy spojrzała w bok dostrzegła wysokiego bruneta, ubranego w szkarłatną szatę, trzymającego się za głowę.
- Nic ci nie jest?- spytała, kucnąwszy obok chłopaka.
- Żyję.- odparł i odsunął rękę od czoła; na jego dłoni znajdowała się krew pochodząca z rozcięcia.
- W to nie wątpię.- Ally pomogła mu wstać i podniosła jego miotłę.- Nie mam przy sobie różdżki, zabiorę cię do skrzydła szpitalnego.
- Nie trzeba, poradzę sobie bez Pomfrey.- James od razu zaprotestował, a dziewczyna spojrzała na niego z uniesionymi brwiami.
- Odważny pan Gryfon boi się pielęgniarki?- spytała i po minie chłopaka od razu wiedziała, że nie będzie się więcej z nią kłócił.
Ostatnią rzeczą jakiej chciał było sprawić, żeby uważała, że boi się skrzydła szpitalnego, co zresztą nie było prawdą. Nigdy nie obawiał się ani spotkania z panią Pomfrey, ani jakiejkolwiek wizyty u Uzdrowiciela, której kiedykolwiek potrzebował. Dlatego też podążał za Puchonką, przemierzając korytarze zamku i poprawiając ją za każdym razem gdy chciała zmienić trasę na niewłaściwą. Za trzecim razem dziewczyna zacisnęła zęby i zwolniła, aby iść tuż obok niego.
- Swoją drogą, to czemu stałeś za tymi drzwiami?- spytała w końcu, kiedy byli już na pierwszym piętrze i szli w stronę szpitalnej części zamku.
- Czekałem, aż mnie uderzysz. Jutro mam sprawdzian z zaklęć, miałem nadzieję, że uderzenie będzie na tyle silne, żeby Pomfrey zatrzymała mnie w skrzydle szpitalnym. Okazuje się, że nie jesteś wystarczająco silna.- stwierdził, a Ally spojrzała na niego z uniesionymi brwiami.
- Chcesz, to mogę poprawić.- odparła, a na twarzy Gryfona od razu pojawił się szeroki uśmiech.
- I to jest Allyson, którą znam.- powiedział, a Allyson stała się tylko bardziej zdezorientowana- Oj proszę cię, chyba mi nie powiesz, że martwisz się o mnie na porządku dziennym? Moja puchoniasta koleżanka nie znosi mojego towarzystwa.
- A tak na poważnie, to co robiłeś za drzwiami? Biorąc pod uwagę godzinę, było pewnym, że prędzej czy później ktoś wyjdzie z zamku i cię uderzy.- zapytała, kompletnie ignorując jego komentarz.
- Czekałem na ciebie. I nie zapominaj, że posiadam taką całkiem przydatną rzecz, jeśli chodzi o znajdowanie ludzi.- mrugnął do niej, ale widząc niezadowoloną minę dziewczyny, niewielki uśmiech zniknął z jego twarzy- Chciałem z tobą porozmawiać.
- A, że tak z ciekawości zapytam, o czym?- stanęli przed drzwiami skrzydła szpitalnego i Allyson zapukała.
- Jak wyjdziemy.- odparł tuż przed tym jak pani Pomfrey stanęła przed nimi.
Żadne z nich się nie zdziwiło, gdy zaczęła narzekać na wszystkie rany jakie doznają zawodnicy w czasie gry i jak bardzo członkowie drużyn zajmują jej czas. Ally i James tylko wymienili spojrzenia; oboje wiedzieli, że pielęgniarka narzekała tak za każdym razem, gdy ktokolwiek z drużyny Quidditcha przychodził do niej z urazem, ale w rzeczywistości była ogromną fanką tej gry. Zawsze starała uczestniczyć w meczach, chyba że akurat przebywał w skrzydle jakiś uczeń; każdy zastanawiał się, komu tak naprawdę kibicowała, gdyż nigdy nie widzieli jej z jakimkolwiek atrybutem domu. Nie wiedzieli też, do jakiego należała kiedy uczyła się w Hogwarcie i jak do tej pory nie udało im się tego sprawdzić, więc pozostawało im tylko rozmyślanie. Teraz, ani Allyson ani James nie przyznali się, że trening się nawet jeszcze nie zaczął; nie musieli zresztą, gdyż kobieta nie zadawała prawie żadnych pytań.
Mimo tego, że rozcięcie na głowie Gryfona było bardzo powierzchowne, spędzili w skrzydle szpitalnym większość popołudnia. Tuż po tym, jak pani Pomfrey przygotowała maść i postawiła ją na stoliku obok łóżka, na którym siedział James, do pomieszczenia wbiegła Krukonka. Możliwe zatrucie się w klasie eliksirów było znacznie większym problemem, dlatego pielęgniarka wyjaśniła tylko Allyson, co ma robić, a sama pobiegła za siódmoklasistką.
- Będzie bolało.- powiedziała Puchonka, biorąc na palec wskazujący niewielką ilość gęstej, ciemnozielonej substancji o bardzo mocnym, ziołowym zapachu.
Chłopak syknął, gdy tylko palec dziewczyny dotknął rany na jego czole i przygryzł wargę modląc się, żeby do jego oczu mimowolnie nie napłynęły łzy. Pamiętał doskonale, jak zarówno jego matka w dzieciństwie jak i pani Pomfrey w szkole używały tej maści, i za każdym razem ból był taki, że kiedy skończyły jego policzki były mokre od łez. Przełknął głośno, mocno zaciskając zęby, a Allyson tylko lekko się uśmiechnęła.
- Kiedy byłam mała i rozcięłam sobie policzek, mój tata zabrał mnie do św. Munga. To jest jedno z nielicznych wspomnień z wczesnego dzieciństwa, które mam, ale z dość oczywistych powodów wryło mi się w pamięć. Pamiętam, że potwornie wtedy płakałam, nawet teraz jak o tym pomyślę czuję ten ból, jak to szczypało. Szarpałam się, gryzłam i wrzeszczałam, kiedy ojciec niósł mnie na siłę przez szpital. Pamiętam, że była z nami Alexandra, która chyba tłumaczyła wszystkim co się stało, bo mój ojciec był zbyt zajęty trzymaniem mnie. Wszędzie wpuszczano nas bez kolejki, więc szybko znalazłam się w gabinecie zabiegowym. Gryzłam, drapałam, biłam, darłam się w niebogłosy; wezwali prawie wszystkich Uzdrowicieli na oddziale, żeby mnie trzymali, kiedy wcierali mi tą maść.
- Ojciec nie wszedł z tobą?- przerwał jej zdziwiony James, a Ally potrząsnęła głową.
- Proszę cię, mój ojciec? Gdyby nie to, że ktoś musiał mnie tam zanieść i Alexandra miała dziewięć lat, to wysłałby mnie tylko z nią, w ogóle się niczym nie interesując.
- Zawsze sądziłem, że nie wziął cię do szpitala tylko dali ci jakiś eliksir, żeby rana się zagoiła, dlatego została ci blizna.
- Nie, moja blizna jest moją 'nauczką'. Poprosił – przepraszam – zażądał, żeby nie podawali mi eliksiru, dlatego że poleciałam w stronę lasu gdzie on zawsze zabraniał mi latać.- Puchonka uśmiechnęła się, odkładając miseczkę z maścią z powrotem na stolik- No, to po wszystkim.
- Już?- zapytał zdziwiony James, a Ally pokiwała głową- Ale jak? Tylko lekko szczypało.
- Widzisz, wiem z dość sporego doświadczenia, że nie ma nic lepszego niż odwrócenie uwagi. Wtedy nie skupiasz się na tym, jak bardzo cię boli tylko na tym, co ktoś do ciebie mówi. Wydaje się zbyt proste, ale jest bardzo skuteczne.
- Może powinnaś pomyśleć o zostaniu Uzdrowicielką? Z twoją wiedzą na temat eliksirów i z podejściem do pacjentów byłabyś świetna.
- Jeśli zdasz za mnie SUM-a z zielarstwa i zaliczysz je za mnie na poziomie OWTM-ów, to się zastanowię. Sądzę jednak, że raczej trudno będzie ci uchodzić za niską, szczupłą blondynkę.
Po chwili do pomieszczenia wróciła pani Pomfrey i była wyraźnie zadowolona, że Allyson nie czekała na nią. Nie była to tak skomplikowana rzecz, żeby mogła sobie nie poradzić. Dwójka uczniów zgodnie stwierdziła, że stracili dość sporo czasu i nie ma już sensu iść na trening. Mimo to Ally nie miała ochoty wracać jeszcze do dormitorium, a James postanowił jej towarzyszyć, z czego dziewczyna nie była szczególnie zadowolona. Podążał za nią bez słowa, zastanawiając się dokąd zmierza i gdy zorientował się, że zaraz zatoczą kółko postanowił się jej o to zapytać.
- Myślałam o wieży astronomicznej. O tej porze nikogo nie powinno tam być.- odparła, a James zamknął oczy.- Idę w złym kierunku?
- W bardzo złym.- chłopak wziął ją pod ramię i prowadził ze sobą, aż w końcu stanęli przed schodkami prowadzącymi na najwyższą wieżę zamku.
Tak jak się spodziewała Allyson, nikogo tam nie było. James natychmiast zdjął swoją szatę i położył ją na posadzce, żeby mogli usiąść i przez chwilę wpatrywali się przed siebie bez słowa. Byli ciepło ubrani i chłodne, zimowe powietrze w ogole im nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie, było bardzo przyjemne.
- Słyszałem o twojej sprzeczce z moją ulubioną kuzynką.- odezwał się w końcu Gryfon, a Allyson prychnęła.
- A jest ktoś, kto o niej nie słyszał?- zapytała, a James wzruszył ramionami.
- Zapewne nie. Pomyślałem jednak, że może chciałabyś wiedzieć, że większość Hogwartu uważa, że Rose zachowała się naprawdę nie w porządku. I z tego co wiem, Neville wezwał ją do siebie i napisał do jej rodziców.
- I co z tego? Z tego co słyszałam, to jest taka jak jej rodzice, więc tylko ją pochwalą.
- O nie, Ally – Rose ma ambicje po swojej matce, ale koszmarny charakter swojego ojca. Ciocia Hermiona jest zbyt sprawiedliwa, żeby tak po prostu to zignorować, chociaż wujek Ron zapewne stwierdzi, że dobrze zrobiła. On jednak nie ma za dużo do powiedzenia, szczególnie jeśli ciocia się na coś uprze.
- Tak, tak, a skończy się na tym, że stwierdzi, że pobiegłam do Longbottoma i kółko się zamknie. Muszę wymyślić coś, co sprawi, że raz na zawsze odechce jej się ze mną zadzierać.
- Myślę, że mogę ci pomóc.- James uśmiechnął się, a Allyson – choć zdarzało się to dość rzadko- słuchała go z zainteresowaniem.
Okazało się, że James się nie pomylił i już następnego dnia przy śniadaniu Rose dostała od swoich rodziców wyjca. Oczywiście, jak to zwykle bywało, gdy tylko dziewczyna otworzyła kopertę w Wielkiej Sali zapadła całkowita cisza i każdy przysłuchiwał się wrzaskom pani Weasley, i próbom jej męża mającym za zadanie uspokojenie i przekonanie jej, że nie ma o co krzyczeć. Nie za wiele one dawały i twarz Rose szybko przybrała koloru koperty. Nikt nie miał wątpliwości, że najchętniej uciekłaby albo schowałaby się pod stół.
To był jednak tylko początek kiepskich dni Gryfonki, gdyż Jamesowi szybko udało się rozpuścić po szkole informację, żeby w ramach zjednoczenia się z Allyson dokuczać Rose. Zaczynając od sobotniego poranka, dziewczyna co rusz natykała się na różne przedmioty, które choć na pierwszy rzut oka wyglądały całkiem niewinnie, kryły w sobie niemiłe niespodzianki. Wiele z nich wybuchało, kiedy tylko obok nich przeszła albo ich dotknęła, inne opryskiwały ją substancjami o nieprzyjemnym zapachu, których nie dało się usunąć z ubrań żadnymi powszechnymi zaklęciami. Poza mniejszymi złośliwościami, zdarzyło się też kilka większych wykonanych przez tych, którzy najlepiej znali Allyson i najbardziej ją lubili.
Pierwszą z nich była tajemnicza przesyłka, którą Rose dostała niedzielnego poranka w trakcie śniadania. Kiedy tylko sowy wleciały do Wielkiej Sali, każdy dostrzegł niemały karton obwiązany sznurkami, który wylądował tuż przed rudowłosą Gryfonką. Wszyscy z zaciekawieniem spoglądali w jej stronę, kiedy starannie odwiązywała wszystkie supły z trzęsącego się pudełka. Kiedy w końcu podniosła wieczko, wybałuszyła oczy i w momencie pobladła. Mrugnęła kilka razy spoglądając do środka, aż w końcu podniosła się z ławy z wrzaskiem, zrzucając pudełko na podłogę ruchem, który miał je odsunąć jak najdalej od niej.
Przy stole Gryffindoru natychmiast wybuchła panika, kiedy karton spadł na ziemię i wyszła z niego akromantula, której dużo brakowało do wielkości dorosłego osobnika, ale do najmniejszych również się nie zaliczała. Puchoni, siedzący najbliżej był pierwszymi, którzy ją zauważyli i przy ich stole w momencie zaczęło dziać się to samo, co u Gryfonów. Większość dziewczyn znalazła się na ławach i stołach, krzycząc niezrozumiałe rzeczy bardzo wysokimi głosami, spora ilość chłopaków się starała się jak najszybciej ewakuować. Ci nieliczni, którzy pozostali, przeszukiwali kieszenie w poszukiwaniu różdżek; teraz, kiedy były im potrzebna, jak na złość nie mogli sobie przypomnieć gdzie je schowali.
Minęła chwila zanim nauczyciele zorientowali się, co się dzieje; piski i wrzaski usłyszeli od razu, jednakże gwar jaki powstał utrudniał im dostrzeżenie czegokolwiek. Ich reakcje były skrajnie różne; od paniki Longbottoma, przez piski Morgan, oniemienie Hollandsa, paraliż Flitwicka i wrzaski Roberts z pytaniami, kto w ogóle wpadł na pomysł wpuszczania tego stworzenia do zamku, po przytomną reakcję Smith. Nauczycielka zaklęć była jedyną, która nie straciła głowy i po chwilowym szoku podniosła się z miejsca, wyciągając z szaty różdżkę i szybko, bez problemów rozwiązując kłopot. Kompletnie zignorowała wrzaski Hagrida, żeby nic akromantuli nie robić, ponieważ nie jest niebezpieczna dopóki nie zacznie się jej drażnić. Przy atmosferze, jaka panowała w całym pomieszczeniu, pająk nie miał możliwości nie być rozdrażnionym i nieprzewidywalnym. W końcu nie wytrzymała i wydarła się na niego, że przecież ją tylko spetryfikowała i żeby jak najszybciej zabrał ją tam, gdzie jej miejsce. Kiedy tylko gajowy opuścił Wielką Salę zaczęła krzyczeć na uczniów, starając się w jakiś sposób ogarnąc panujący w środku chaos, aż w końcu odniosło to skutek i ci, którzy nie uciekli zajęli z powrotem miejsca przy stołach.
Rose, o której wiele osób wiedziało, że panicznie boi się pająków, przez co kilkakrotnie podrzucano jej mniejsze i często sztuczne w ramach żartów, wybiegła z Wielkiej Sali z płaczem. Allyson, jak tylko usiadła, odwróciła się i wyszukała wzrokiem Jamesa w tłumie Gryfonów. Puchonka nie miała wątpliwości, że cała sytuacja była jego sprawką, kiedy zobaczyła szeroki uśmiech, który jej posłał. Shyanne i Andrew również się domyślili, ale nie powiedzieli nic poza wyrażeniem zdziwienia, że aż tak pomaga jej dokuczyć Weasley'ównie. Jak później sam powiedział, najfajniejsza była mina Rose i świadomość, że nie zostanie za to ukarany, bo nauczyciele nie będą w stanie udowodnić, że to jego zasługa. Nie był to jednak koniec.
Następnym razem Allyson wiedziała, że ma się czegoś spodziewać, ponieważ Annabelle z samego rana uprzedziła ją, że tym razem ona dołoży swoje trzy grosze. Puchonka wiedziała tylko, że była to rzecz, którą osobie z innego domu trudno byłoby wykonać ze względu na brak dostępu do dormitorium Gryffindoru, a tym samym sypialni dziewcząt z piątego roku. Wszystko stało się jasne na środowej lekcji eliksirów, kiedy to profesor Snape oddawał im ocenione wypracowania z poniedziałku. Rose, która miała je gotowe już w piątek wieczorem, nie pomyślała o tym, żeby sprawdzić pergamin i jak się szybko dowiedział cały Hogwart, na końcu jej pracy znalazł się dodatkowo poemat, który w ironiczny sposób 'wychwalał' i uwypuklał wszystkie wady nauczyciela. Oczywiście, dziewczyna dostała za tą pracę najniższą ocenę i cała grupa przez piętnaście minut wysłuchiwała wrzasków profesora, który nie miał zamiaru słuchać tłumaczeń Gryfonki, że ona nic o tym nie wiedziała.
Andrew i Charlotte wspólnie wymyślili swój wkład w całą operację; podczas środowego obiadu cała uwaga po raz kolejny skupiła się na Rose, kiedy do pomieszczenia wleciały wykonane przez Puchona i zaczarowane przez Krukonkę papierowe zwierzątka, które natychmiast zaatakowały rudowłosą dziewczynę. Ku zdziwieniu Allyson, nawet Nicholas się dołączył i dyskretnie rzucił zaklęcie na buty Gryfonki, kiedy ta zmierzała do wyjścia z Wielkiej Sali. Dziewczyna nagle stanęła, nie będąc w stanie wykonać kroku, a że Ślizgon wybrał akurat moment, kiedy większość nauczycieli jeszcze nie dotarła na posiłek, Rose przez długą chwilę stała na środku, nie mogąc ruszyć stopami. A kiedy już do Sali dotarli profesorowie, również chwilę się nagłowili zanim znaleźli odpowiednie zaklęcie odwracające, gdyż zwykłe Finite nie działało, a wszyscy myśleli, że ktoś po prostu przykleił jej buty do posadzki. Nicholas jednak miał bardziej oryginalny pomysł i zaczarował jej sznurówki, tak że sprawiały one wrażenie okropnie ciężkich i uniemożliwiały ruch, a nawet ich rozwiązanie.
Jednymi z nielicznych osób, które się nie przyłączyły byli Shyanne, Albus i Scorpius. Najlepsza przyjaciółka Allyson nie była zwolenniczką dokuczania innym i choć uważała niektóre pomysły za zabawne, sama nie chciała się przyłączać. Ślizgoni natomiast zrobili to z lojalności do Rose, chociaż nie ukrywali, że nie pochwalali tego jak się zachowała. Allyson długo nie mogła wymyślić czegoś odpowiedniego, ale w końcu jednak znalazła pomysł.
Na piątkowych eliksirach, które jak ich poinformował nauczyciel, były ostatnimi prowadzonymi przez niego gdyż od poniedziałku miała wrócić profesor Harding, profesor Snape postanowił ponownie przepytać klasę. Tym razem jednak nie wybierał osób, które były najgorsze lecz te, które najbardziej zaszły mu za skórę podczas tych dwóch tygodni. Tym sposobem na jego pytania musieli odpowiadać w większości Gryfoni; wśród nich była również Rose, której mężczyzna zadawał znacznie trudniejsze pytania, wykraczające poza poziom SUM-ów. Gryfonka znała odpowiedź na przynajmniej niektóre z nich, Allyson jednak nie chciała, żeby dziewczyna to pokazała; tuż po tym jak nauczyciel zadał jej pierwsze pytanie, bardzo dyskretnie rzuciła na Rose Silencio. Zarówno Puchoni jak i Gryfoni uśmiechali się, obserwując kujonkę ruszającą ustami podczas gdy nie wydobywał się z nich żaden dźwięk. Dziewczyna wyraźnie się denerwowała, a profesor obserwował ją spod uniesionych brwi; wszyscy domyślali się, że zdaje sobie sprawę dlaczego Rose nie odpowiada na jego pytania, ale nie dał tego po sobie poznać.
Rose tymczasem nie miała wątpliwości, że wszyscy robią jej te dowcipy specjalnie. Kiedy rozmawiała z Jamesem, ten specjalnie nie krył się z tym, że ogromna rzesza uczniów chce jej pokazać, że Allyson ma wielu przyjaciół, a nawet takich osób, które jej nie znają, ale uważają, że jest w porządku. Powiedział jej, że jedynym pewnym sposobem na zakończenie dokuczania będzie przeproszenie Puchonki, tego jednak Rose nie miała zamiaru uczynić. Dobre stosunki z Yaxley'ówną kompletnie nie były jej potrzebne, a i była pewna, że w końcu im się to wszystko znudzi. Wydawało się jednak, że niezbyt prędko; kiedy tylko szła korytarzem w obecności innych, każdy natychmiast szukał sposobu, żeby jej dogryźć.
Ostatecznie, kiedy sobotniego popołudnia trafiła do skrzydła szpitalnego, nauczyciele postanowili zainterweniować. Po tym jak jedna ze Ślizgonek rzuciła na nią zaklęcie Densangeo i Rose nie miała pojęcia jak może je cofnąć, udała się po pomoc do pani Pomfrey. Od razu pomyślała, że bardziej przydałoby jej się iść do nauczyciela zaklęć, jednakże nie wiedziała gdzie znajduje się gabinet dyrektora, a profesor Smith nie miała zamiaru prosić o pomoc, mimo że ostatecznie pielęgniarka skierowała się właśnie do niej. Po tym jak na kolacji ogłoszono, że za każdy następny żart zostanie odjęte dziesięć punktów każdemu domowi, bez dochodzenia kto tak naprawdę był sprawcą, wreszcie zaznała spokoju.
Wszystkie dowcipy przyniosły jednak oczekiwany skutek; Allyson od razu zauważyła, że Rose zaczęła ją całkowicie ignorować, tak jakby zupełnie nie istniała. Puchonce to nie przeszkadzało, a nawet wręcz przeciwnie – uważała to za coś cudownego. Tylko rywalizacja między nimi na eliksirach miała nigdy się nie zakończyć, ale to było przez wszystkich uważane za coś absolutnie normalnego. Dla nich też miało to zalety – przynajmniej miały motywację, żeby starać się pracować jak najlepiej i coraz lepiej zgłębiać sztukę warzenia eliksirów.
