CLIFFHANGER na końcu tego rozdziału. Zostanie rozwiązany już jutro, ale mimo wszystko ostrzegam. Nie czytajcie tego rozdziału do końca, jeśli nie lubicie cliffhangerów.
Rozdział dwudziesty trzeci: Z głębin
Pierwszym, na co Harry zwrócił uwagę po obudzeniu się rankiem równonocy jesiennej, było to, że Argutus był niebieski.
Zamrugał i sięgnął po swoje okulary, nakładając je na nos, zanim spojrzał na niego ponownie. Ale nie, oczy go nie zwodziły. Mały wąż omenu mienił się błękitem, kolorem, który zaginał się i przetaczał po jego łuskach z każdym jego ruchem, jakby był lustrem, które ktoś ustawił naprzeciw oceanu.
– Czemu tak wyglądasz? – wymamrotał Harry.
Argutus obudził się i obrócił łepek, żeby przyjrzeć się własnemu ciału.
– Wygląda na to, że przepowiadam jakąś wizję przyszłości – powiedział, brzmiąc na zadowolonego z siebie. – Nie wiem jeszcze co to znaczy. Chyba nauczę się tego za kilka miesięcy. Czy ty wiesz, co to może znaczyć? – Potarł dłoń Harry'ego, szturchając ją przyjaźnie karkiem.
Harry spróbował go podnieść, ale Argutus łatwo mu się wymknął i zaczekał, póki Harry nie podsunął mu swojej lewej ręki, żeby mógł się na nią wspiąć.
– Nie – powiedział. – Chodzi ci o to, że za kilka miesięcy będziesz już wiedział, co oznacza taki przebłysk przyszłości, czy nauczysz się, jak wyczuwać co on może oznaczać?
– Co może oznaczać. – Argutus wspiął się po jego ramieniu i owinął wygodnie wokół barku, kiedy Harry ruszył do łazienki, żeby wziąć prysznic. Lubił, kiedy ciepła woda uderzała o jego łuski i nie słuchał, kiedy Harry mu mówił, że jest małym, dekadenckim wężem. – Nawet teraz czuję, że znaczenie jest niemal w moim zasięgu, ale ciągle mi się wymyka. Jestem tylko młodym wężem omenu. Daj mi trochę czasu.
Młodym, ale ciekawskim i strasznie aroganckim, pomyślał Harry, kręcąc głową. Argutus regularnie opuszczał jego lewe ramię, żeby pełzać po szkole i "badał" co robią inni ludzie. Ponieważ nie rozumiał angielskiego, wracał z niesłychanie zwariowanymi i wyolbrzymionymi historiami. Gdyby wierzyć mu na słowo, połowa szkoły knuła coś przeciw Harry'emu, a każde trenowane zaklęcie miało albo wywrzeć jakiś efekt na Harrym, albo na niewinnym wężu omenu, który tylko rozglądał się za czymś ciekawym do zobaczenia.
Harry dumał nad tym wszystkim tak długo jak tylko mógł. Te myśli były zabawne i pomagały mu nie zadręczać się świadomością nadchodzącej bitwy.
W każdej chwili spodziewał się otrzymać list od Madam Marchbanks albo hanarz, ostrzegający go o rozpoczęciu ataku, ale śniadanie minęło – wraz z kolejnym podjudzającym ludzi artykułem, napisanym przez kogoś, kogo Harry nie rozpoznawał, sugerującym tym razem, że Harry użył mrocznej magii na swoich rodzicach – a on nie dostał żadnej wiadomości. Teraz siedzieli na obronie przed mroczną magią, a Acies kazała im spisać wszystkie definicje Mroku, jakie znali. Nie podała im powodu.
No, jestem w stanie się domyślić powodu, pomyślał Harry, kiedy skończył swoją listę i przeczesywał umysł w poszukiwaniu innych możliwości. Pewnie zaraz powie nam jak strasznie są nieadekwatne.
Dzikość, izolująca magia, przymuszenie, zwodzenie... to były cztery, znane mu definicje mrocznej magii, a wszystko inne, co próbował potem wymyślić, okazywało się jakąś ich wariacją. Harry zmarszczył brwi patrząc na pergamin, mając nadzieję wbrew nadziei, że jego mózg stworzy coś więcej, jeśli się po prostu skoncentruje.
W połowie tej czynności zorientował się, że znowu zaczyna rozmyślać nad planami bitwy, więc poddał się z lekkim westchnieniem. Pansy zerknęła na niego, po czym szybko odwróciła wzrok, jakby usiłując udawać, że on sam wcale jej nie interesuje. Harry odchylił się na krześle, zastanawiając się po raz kolejny nad ich planami.
Snape i Regulus, który miał się pojawić w szkole za godzinę, pozostaną z nim tutaj, póki nie będzie już żadnych wątpliwości, że atak rozpoczął się w pełni, po czym wyruszą z nim na pole bitwy – chociaż Harry podejrzewał, że "tunel bitwy" pewnie byłby w tym momencie bardziej adekwatnym określeniem. Honoria będzie ich posłańcem. Większość jego sojuszników, tych bez mrocznych znaków na ramionach, zajmowało już pozycje w miejscach, w których mugolskie tunele zbiegały się z magicznymi. Lucjusz, Hawthorn i Adalrico wybrali te tunele, które będą najbardziej narażone na atak, ale trzymali się z dala od łańcuchów hanarz, żeby te ich przypadkiem nie pochwyciły.
O niczym nie zapomniał. Dokładnie tak to sobie zaplanowali. Nikt nie przysłał mu listu, informując, że nie będzie w stanie wykonać swojej roli. Harry po cichu ostrzegł ministerstwo, poprzez swój kontakt z Madam Marchbanks, że dzisiaj nastąpi atak. Nie śmiał wyjawić szczegółów swoim świetlistym sojusznikom. Równowaga między nimi, a jego mrocznymi sojusznikami była chwiejna, zwłaszcza teraz, kiedy świetliste, czystokrwiste rodziny zaczynały spiskować przeciw Harry'emu. Ponadto wielu ludzi w ministerstwie dostałoby szału, gdyby dowiedzieli się, że południowe gobliny były wolne i zdolne do podejmowania własnych decyzji w sprawie ochrony mugolskiego podziemia.
– Proszę odczytać swoją listę, panno Bulstrode.
Harry wyprostował się, mrugając i rumieniąc się, kiedy niebezpieczny wzrok Acies minął przelotnie jego twarz. Wiedział, że na pewno zauważyła jego rozkojarzenie. To cały problem, jak się ma profesorkę, której umysł jest w połowie smoczy. Nie oszukasz jej.
Milicenta odchrząknęła i zaczęła czytać. Jeśli nagłe wezwanie do odpowiedzi w jakikolwiek sposób ją zaskoczyło, to nie dała tego po sobie poznać.
– Mrok jest zwykle dziki – powiedziała. – Przykładami tego może być magia, która pojawia się w czasie nocy Walpurgii, magia rytuałów narodzin, czy magiczne stworzenia, takie jak smoki. Jednocześnie jednak mroczne sztuki często polegają na przymuszeniu. Tu przykładami mogą być sieci. – Prawdopodobnie nie istniała żadna siła na tym świecie, zdolna do powstrzymania jej przed mrugnięciem w tym momencie do Harry'ego, więc Harry nie próbował nawet ją do tego zniechęcić. – Te moce zwykle biorą swoją potęgę z dzikości tego, kto rzuca zaklęcie. Ograniczają innych, żeby same mogły być wolne i nieograniczone niczym.
– Bardzo dobrze, panno Bulstrode – powiedziała cicho Acies. – Trzy punkty dla Slytherinu. Czy ktoś z was wie, w jaki sposób zaklęcia, które są powszechnie uważane za mroczne sztuki – klątwy niewybaczalne, na przykład – pasują do tego opisu?
Kilka osób wzruszyło ramionami, inni zaczęli szeptać między sobą. Harry przechylił głowę z zainteresowaniem. Remus był pierwszym profesorem, który nauczył ich odrobiny teorii w temacie mrocznych sztuk, no i oczywiście przebrany Mulciber pokazał im klątwy niewybaczalne, ale Harry nie spodziewał się, że tę teorię można tak po prostu dopasować do konkretnych zaklęć. Przyzwyczaił się do dzierżenia magii, którą należało dzierżyć, a z moralnymi aspektami radził sobie później.
– Mroczne sztuki reprezentują częściowe poświęcenie własnej wolnej woli – powiedziała Acies. – Wielu czarodziejom i czarownicom nic nie grozi po używaniu ich, póki nie poddadzą swojej woli, póki pamiętają, że niektóre z tych klątw mogą oznaczać dla nich pobyt w Azkabanie, albo śmierć i ruinę dla ludzi, których kochają. Kiedy jednak w pełni się im poświęcają, wymieniają wolną wolę za dzikość i znacznie chętniej rzucą Crucio w sytuacji, w której znacznie łagodniejsze zaklęcie bólu by w zupełności wystarczyło.
Obróciła głowę, żeby spojrzeć na resztę klasy.
– Mam nadzieję, że będziecie o tym pamiętać, kiedy zaczniecie praktykować mroczne sztuki. Nigdy nie poddajcie swojej wolnej woli. Żadna potęga nie jest tego warta.
– Profesor Merryweather – powiedziała Susan Bones, głosem zarówno zafascynowanym jak i przerażonym. – Czy chce pani powiedzieć, że... że mroczne sztuki są w porządku o ile się w nich nie zatracimy?
– Myślę o nich z perspektywy osoby, która już ich używała, panno Bones – powiedziała Acies niewzruszonym tonem. – Oczywiście, że różnią się między sobą z perspektywy ofiary. Wygląda jednak na to, że uważa panna wszystkie klątwy bólu za mroczne sztuki. Czy wlicza panna w to Anapneo?
Susan zmarszczyła brwi.
– Ale to po prostu pomaga komuś, kto się krztusi. To nie jest klątwa bólu!
– Owszem, jest – powiedziała Acies. – Zadaje komuś ból.
– Ale to nie to samo co Crucio – sprzeciwiła się Susan.
– Trzy punkty dla Hufflepuffu – powiedziała Acies. – Już zaczynacie widzieć różnice między nimi. To jest integralna część obrony przed mroczną magią, ta wewnętrzna ochrona i zdolność do racjonalnego myślenia o zaklęciach, bez względu na to, jakie nie byłyby ich efekty. Inny sposób na poddanie swojej wolnej woli to poddanie się strachowi. – Harry powiedział sobie, że Acies nie powiedziała tego, patrząc znacząco na Margaret, że tylko to sobie wyobraził. – Kiedy ktoś zaczyna krzyczeć ze strachu przed mrocznymi sztukami, poddaje się tym samym i poświęca się całkowicie, podczas gdy częściowe poświęcenie – czyli zwykła ostrożność – w zupełności by wystarczyło.
Harry usłyszał, jak Margaret burczy pod nosem coś wulgarnego, ale nie był w stanie usłyszeć niczego więcej, bo jego blizna eksplodowała bólem.
Nawet opadając na kolano, widząc jak Milicenta sięga ku niemu, a Pansy wykonuje ruch, który szybko wycofała, Harry pozostał spokojny. Spodziewałem się tego. To prawdopodobnie pierwszy znak rozpoczęcia ataku. Voldemort jest tak podekscytowany, że już nie jest w stanie opanować swojej radości, a połączenie między nami jest otwarte.
Szybko zorientował się, że ponowne otwarcie oczu było błędem, ponieważ nie zobaczył przed sobą sali do obrony, a mglisty świat snów, jak w przypadku wizji domu Weasleyów, którą miał tuż przed tym jak Voldemort ich zaatakował. Wstał szybko i rozejrzał się dokoła. Był na plaży, tuż obok linii morza.
Rozpoznał ją – była to plaża w Northumberlandzie, na której został zaatakowany przez śmierciożerców, na której jechał na jednorożcu, na której razem ze swoim ojcem i Connorem świętowali przesilenie letnie.
– Potter – odezwał się za jego plecami Voldemort, głosem przesyconym satysfakcją. – Miałem nadzieję, że się tu spotkamy. Wygląda jednak na to, że źle odgadłeś. Rozczarowujące. Z głębin, Harry. Lada moment mugole usłyszą, jak z ich rzeki dochodzi śpiew.
Ból w jego bliźnie stał się w tym momencie jeszcze bardziej intensywny, a świat snów rozpadł się wokół niego na kawałki. Harry obudził się na podłodze, a Milicenta i Acies pochylały się nad nim, zasłaniając go przed zaciekawionymi spojrzeniami kolegów.
Harry leżał przez chwilę jak sparaliżowany, usiłując ustalić, o co właściwie Voldemortowi chodziło, czemu miałby pojawić się na plaży, zamiast w Londynie, czemu mówił coś o jakimś śpiewaniu, jakby nie miał o czym...
A potem Argutus wpełzł mu na twarz, sycząc z niepokojem i Harry zobaczył znowu, jak jego łuski mienią się błękitem.
Kolorem wody, odbijającej niebo.
Atak nadejdzie z wody. Nie z tuneli.
Śpiew.
Syreny, które uwolnił Voldemort!
Harry dyszał ciężko, czując jak jego umysł przeskakuje o kilka stopni, żeby dotrzeć do logicznych wniosków. Usłyszał słowo "z głębin" w swojej wizji o Voldemorcie i po prostu założył, że chodziło im o atak z tuneli. Nie miał na to żadnego dowodu. A Bellatrix mówiła ich sojusznikom o ataku, sojusznikom, którym Voldemort obiecał pomoc bazyliszków, ale tylko, jeśli będą tego potrzebować.
Głupi byłem, pomyślał ponuro Harry, kiedy jego nowe, kryształowo przejrzyste myśli rozwijały się dalej. No i "ich rzeka". Voldemort nadeśle syreny Tamizą.
Harry pozwolił, żeby jego magia go zalała, przyćmiewając ból i podrywając go na nogi w takim tempie, że zarówno Milicenta jak i Acies musiały szybko i niezgrabnie odskoczyć do tyłu. W głowie wciąż mu buzowało, ale nie ruszył się od razu, poza szybkim otarciem krwi, wylewającej się z jego blizny, ponieważ ta zaczynała mu przeszkadzać.
Te drewniane krążki – być może ich linie jednak oznaczały rzeki, a nie tunele. To nie powie mi jednak, gdzie on może się teraz znajdować. Może być gdziekolwiek w Londynie. Może być w zupełnie innym miejscu, kontaktując się z syrenami i kontrolując je z pomocą tych właśnie krążków, ale nie wiem na pewno. Jak będzie najłatwiej teraz go znaleźć?
Śmierciożerca może się do niego aportować.
Harry ruszył w kierunku drzwi do sali obrony z zamiarem znalezienia Snape'a. Plany krążyły wokół jego umysłu, nieustannie trajkocząc ze sobą nawzajem. Wiedział, co zrobi gdy tylko znajdzie Snape'a, wiedział, które bronie powinien zabrać ze sobą ze swojego kufra i wiedział, z którymi sojusznikami powinien się skontaktować – tylko tymi, z którymi miał jak.
– Harry.
Hary zamrugał i obejrzał się za siebie. Naprawdę ciężko było mu teraz pamiętać o tym, że Milicenta może martwić się o niego. Świadomość tego, że się pomylił, że jego sojusznicy są w złych miejscach, żeby przeciwstawić się planowi, z którego Voldemort nie miał zamiaru skorzystać, zdawała się stawiać go w innym świecie, ale jeśli miała coś użytecznego do powiedzenia, to powinna to powiedzieć, żeby mogli mieć to za sobą. Harry spojrzał na Milicentę, a ta odwróciła od niego twarz, jakby jego wzrok ją przerażał.
– Powodzenia – powiedziała cicho.
Harry kiwnął głową, po czym wybiegł z klasy obrony, kierując się do lochów. Jego umysł wyciągnął informację, którą na wszelki wypadek odnotował już dawno temu, ale zwykle świadomie o niej nie myślał. Snape będzie teraz prowadził lekcje. Jego sala zajęć, nie gabinet.
Biegł. Ostatnimi czasy nie używał swojego treningu, który przygotował go do szybkiego poruszania się, ale też się nie zapuścił. Znał najlepsze sposoby przemieszczania się między schodami, mijania zakrętów z szybkim zerknięciem, czy ktoś nie idzie z naprzeciwka, wiedział jak opadać z wysokości, przetaczając się bezpiecznie przez ramię, ilekroć to okazywało się być najszybszym sposobem. Znalazł się pod drzwiami klasy do eliksirów, zanim jeszcze w pełni to do niego dotarło.
Zanim jednak zdążył zapukać, ktoś złapał do za ramię. Okręcił się wokół własnej osi, ale jego magia nie wzniosła się w obronie. Dotyk tej dłoni był na to zbyt znajomy.
To był Connor, krzywiący się i dotykający swojego czoła.
– Wyczułem go – powiedział cicho. – Cieszy się z czegoś, prawda? Wiem też, że rozmawiał z tobą. Domyśliłem się, że udasz się najpierw do Snape'a.
Harry przyjrzał się Connorowi przez krótki moment. Jego brat jeszcze nigdy nie walczył, nie na prawdziwym polu bitwy, więc zabranie go ze sobą mogło okazać się samobójstwem.
Jednak z drugiej strony, Connor miał zaciśnięte zęby, co sugerowało, że się nigdzie nie wybiera, a istniała szansa, nawet jeśli była tylko szansą, że jego dar przymuszenia może się przydać w odwróceniu wpływu syren.
– Atakuje z pomocą syren – powiedział Harry. – Nie tunelami, jak mi się wydawało. – Przyłożył bark do drzwi do klasy eliksirów i wyważył je, przerywając Snape'owi w pół słowa.
Snape pochwycił wzrokiem jego spojrzenie i nie tracił oddechu na cokolwiek równie trywialnego jak ochrzan za przerwanie mu zajęć; zamiast tego zrobił kilka długich kroków w jego kierunku. Harry spotkał się z nim pomiędzy ławkami, pełnymi wielkookich, trzeciorocznych Puchonów i Krukonów, po czym kiwnął lekko głową, nakłaniając do pochylenia się ku niemu. Jakaś nadopiekuńcza część jego umysłu ostrzegła go, że najlepiej by było, gdyby otaczający ich ludzie nie dowiedzieli się, że Snape nosi na przedramieniu mroczny znak. To była wiedza powszechna, oczywiście, ale tak młodzi uczniowie nie potrzebowali przypomnienia.
– Voldemort atakuje Londyn, ale syrenami, nie przez tunele – powiedział Harry. – Potrzebuję, żebyś mnie do niego aportował, podążając za swoim piętnem. Wezmę tylko kilka rzeczy i możemy lecieć.
Snape nie kłócił się z nim. Zamiast tego tylko odwrócił się do klasy.
– Na jutro macie napisać wypracowanie długie na stopę o właściwościach wywarów uspokajających – warknął na klasę, po czym wyszedł za Harrym z sali. Harry wydłużył kroku gdy tylko znaleźli się poza zasięgiem spojrzeń zaskoczonych trzeciorocznych. Teraz jego celem był pokój wspólny i prezenty, jakie otrzymał od swoich sojuszników, a które mogą mu się przydać w walce. Wiedział, jak może przynajmniej dwójkę z nich przywołać z ich niewłaściwych pozycji w Londynie, więc będą musieli powiedzieć pozostałym. Harry miał tylko nadzieję, że nikt nie będzie miał zarzutów do tak nagłej zmiany planów, czy tego, że byli śmierciożercy będą musieli zabrać ich ze sobą w aportacji łącznej.
– Jak się o tym dowiedziałeś? – zażądał odpowiedzi Snape.
– Skontaktował się ze mną w środku lekcji obrony – powiedział Harry, ścierając z brwi obrzydliwy skrzep, który powoli pełzł mu w kierunku oka. Cholerna blizna. To się robi naprawdę irytujące. – Chyba po prostu chciał poprzechwalać się i pośmiać się ze mnie, że jeszcze na niego nie czekam.
To była kolejna sprawa, której Harry nie wziął wcześniej pod uwagę.
Spodziewał się mnie tam. Spodziewał się, że rozgryzę jego plan.
To był przekonujący dowód na to, że Voldemort podejrzewał, iż Harry szpieguje go w wizjach. Harry skrzywił się z rezygnacją. Nie mogę już ufać połączeniu blizny w kwestii podawania mi rzetelnych informacji na temat jego ruchów.
Podejrzewam, że to oznacza, że czas najwyższy przenieść tę wojnę do ofensywy. No dobrze więc. Nawet nie będziesz wiedział, co cię trafi, Tom.
Dotarli do drzwi pokoju wspólnego Slytherinu, a Harry wypalił "godność czystokrwistych", żeby te odskoczyły na bok. W środku siedziało kilku uczniów, którzy akurat mieli okienka. Zagapili się na niego, kiedy ich minął. Ich spojrzenia tylko nabrały intensywności, kiedy zobaczyli, że za nim idzie głowa ich domu i Gryfon.
Harry zignorował ich. Nikogo już nie powinno zaskakiwać, że Snape działał jawnie przeciw Voldemortowi, zwłaszcza po tym, jak zaatakował pod koniec trzeciego roku Bellatrix. Bardziej teraz zastanawiał się nad listą rzeczy, które mógł zabrać ze sobą do walki. Dowolna przewaga, jaką mógł mieć nad Voldemortem, mogła mu się w tej chwili przydać.
Podszedł do swojego kufra zaraz po wejściu do pokoju. Fawkes, który siedział na jego łóżku, otworzył oko i ćwierknął na niego sennie, po czym wyprostował się nagle i zaćwierkał z mocą, kiedy zobaczył jak Harry klęka i zaczyna przeszukiwać swoje rzeczy.
Najpierw gwizdek Honorii, który zawiesił sobie na szyi, oraz smocza łuska, którą dostał od Ignifer. Harry zawahał się, myśląc, czy nie powinien machnąć nią już teraz, po czym pokręcił głową, chowając ją do kieszeni. Jeśli machnie nią teraz, Ignifer nie będzie w stanie się do niego dostać przez osłony anty–aportacyjne, jakie otaczały Hogwart. Najlepiej będzie to zrobić jak już dotrze na pole bitwy, bo wtedy będzie mogła pojawić się obok niego jeszcze jedna osoba, poza byłymi śmierciożercami.
Wyciągnął kwitnącą gałązkę, którą Hawthorn podarowała mu na święta w zeszłym roku, po czym pochylił się do jednego z jej kwiatków. Miał nadzieję, że to zadziała nawet, kiedy nie znajdowała się w domu, a przykucnięta w jednym z tuneli pod Londynem, przygotowana na odparcie ataku, który, wedle jej wiedzy, miał nastąpić lada moment.
– Hawthorn? – zapytał.
Usłyszał zaskoczony wdech, ale choć przyglądał się uważnie kwiatkom, niczego nie był w stanie w nich zobaczyć. No cóż, powiedziała mu, że to służy do przesyłania głosu, a pewnie zna własne zaklęcie.
– Harry? – odpowiedziała chwilę potem Hawthorn spiętym głosem. – Używasz tej gałązki, którą ode mnie dostałeś?
– Tak – powiedział Harry, przeszukując dalej swój kufer, używając swojego kikuta do odsuwania rzeczy na bok, a dłoni do podnoszenia ich. Kompas sojuszniczy – mi niepotrzebny, ale Connorowi może się przydać, jeśli oddzieli się od pozostałych w czasie walki i będzie potrzebował upewnić się, gdzie powinien się udać. Rzucił kompas bratu, który go złapał z zaskoczoną miną. Książki, szaty, mapy, nie, nie, nie... ach, ten nóż, który dostałem od Adalrico! Harry zawiesił go u pasa, rozmawiając dalej z Hawthorn. – Plany się zmieniły. Voldemort nie atakuje tuneli. Wysyła syreny Tamizą i może też innymi rzekami, żeby te śpiewały do mugoli. Nie wiem, gdzie jest, ale jesteś w stanie go znaleźć dzięki swojemu mrocznemu znakowi, prawda? Potrzebuję, żebyś ostrzegła pozostałych i aportowała na miejsce tych, którzy nie mają znaku.
Żadnego narzekania, żadnego wahania, żadnych uwag, że Hawthorn przecież może zginąć, jeśli aportuje się teraz w sam środek gniazda śmierciożerców. Powiedziała tylko "oczywiście, Harry", po czym rozległ się dźwięk szybkich, oddalających się kroków, uderzających o kamień. Dziwny dźwięk, jak na coś, dochodzącego z kwiatka.
– Dziękuję – powiedział Harry, niepewny, czy go słyszała, czy nie, po czym odłożył gałązkę na bok i przeszukał szybko resztę swojego kufra. W oczy rzuciła mu się szklana żmija, niemal całkowicie pokryta już błękitem, więc złapał ją i wrzucił do kieszeni. Zawsze dobrze jest mieć pod ręką zapasowy świstoklik, czy to dla niego, czy kogoś innego. Teraz przynajmniej był już pewien, że jest w stanie go użyć do przetransportowania kogoś do rezydencji Malfoyów, skoro udało mu się to z Vince'em.
Draco.
Harry zawahał się. Wiedział, że Draco ma teraz starożytne runy. Klasa nie znajdowała się tak daleko, a ponieważ Harry nie miał pojęcia, czy atak już się zaczął, czy jeszcze nie, to najlepiej byłoby nie zachowywać się jak idiota i nie rzucać się pośpiesznie w wir walki, co oznaczało, że miał czas na to, żeby go zabrać ze sobą.
Ale czy chcę? Znajdzie się wtedy w niebezpieczeństwie...
Harry szybko pokręcił głową, przypominając sobie rozmowę, jaką przeprowadził z Draconem zeszłego roku, kiedy uwolnił jednorożce, a Draco zmusił go do zrozumienia, że to co czuje, jest prawdziwe. Nie. Powiedziałem mu, że nigdy nie będę mu kazał na siebie czekać, jak jakiejś żonie, która wygląda, czy jej mąż nie wrócił już z wojny. A on umie walczyć i chciałby pójść ze mną. Muszę mu przynajmniej zaoferować wybór.
Poderwał się na nogi, zamknął kufer i zerknął w dół, na Argutusa.
– Chcesz tu zostać?
– Nie! To interesujące. – Mały wąż omenu brzmiał drapieżnie. Harry pokręcił głową i wystawił rękę, żeby nadlatujący Fawkes miał gdzie wylądować.
– Zajrzymy jeszcze do klasy starożytnych run, żeby zabrać Draco – powiedział. – A potem udamy się jeszcze na chwilę do Zakazanego Lasu.
– Czy naprawdę mamy na to czas? – zapytał Connor, a oczy płonęły mu odwagą, która uderzyła Harry'ego jako niesłychanie gryfońska. – Niewinni ludzie mogą w tej chwili ginąć.
– Mogą – powiedział Harry spokojnie, mając nadzieję, że jego brat zwróci uwagę na jego słowa, a nie na mordercze spojrzenie, które rzucił mu Snape. – Ale nie muszą, a ja wolałbym nie ładować się tam na ślepo. Jeszcze nie wiemy , gdzie właściwie jest Voldemort, nie na pewno. Musimy iść, tak, ale mamy trochę czasu.
– Harry ma rację – powiedział Snape najcichszym możliwym tonem. – Mnie na przykład cieszy, że wreszcie zaczął dbać o swoje bezpieczeństwo, zamiast rzucać się na oślep prosto w niebezpieczeństwo w nadziei, że uratuje tym komuś życie.
Harry uniósł brew spoglądając na niego.
– Widzisz? Jednak potrafię uczyć się na własnych błędach – powiedział, wychodząc z pokoju. Przebiegł przez pokój wspólny Slytherinu, potem w górę po schodach, prowadzących z lochów i w dół korytarza do sali starożytnych run. Plany wciąż wirowały mu wokół umysłu, trajkocząc nieustannie, ale niektóre z nich będą musiały trzymać się na uboczu, póki nie zobaczy jak wygląda pole bitwy.
Nie przejmował się przepraszaniem profesorki za przerwanie jej zajęć, kiedy wreszcie wpadł do klasy run, tylko od razu spojrzał w oczy Draconowi, który poderwał głowę i patrzył na niego ze swojego miejsca, dokładnie naprzeciw wejścia.
– Wybieramy się walczyć z Mrocznym Panem. Idziesz z nami?
Draco mrugnął raz, tak mocno, że zdawało się to zmyć z jego oczu większość zaskoczenia. Następnie kiwnął głową, wstał i wyjął z torby różdżkę, po czym ruszył za Harrym. Harry zaczekał, aż ten zajmie swoje miejsce za jego prawym ramieniem, niezdolny do wyrażenia słowami satysfakcji, którą czuł w tym momencie.
Rzucił Draconowi zawzięty uśmiech, na co Draco odpowiedział jeszcze bardziej zajadłym. Następnie znowu byli w ruchu, a Harry poczuł, jak uśmiech mu rzednie w miarę, jak sam przeprowadza ostatnie kalkulacje czasu i przestrzeni, uznając ostatecznie, że wciąż mają jeszcze kilka minut do stracenia. Poprosi o pomoc, ale jeśli pytanie nie dotrze wystarczająco szybko do Zakazanego Lasu, to będą musieli wyruszyć sami.
Fawkes usiadł mu na ramieniu i wydał z siebie głęboki trel. Harry uśmiechnął się do niego.
– Czy mógłbyś przekazać Wielu, że przydałaby mi się ich pomoc? – zapytał.
Fawkes wydał z siebie zrezygnowany dźwięk, ubolewając nad swoim losem, że znowu musi użerać się z wężami, po czym wzleciał w górę i zniknął w kuli ognia. Harry skupił się na dotarciu do wrót szkoły, a umysł podsuwał mu kolejne możliwości.
Co jeśli Voldemort będzie w Londynie? Będziemy musieli po prostu walczyć na oczach mnóstwa mugoli i pozostawić resztę w rękach obliviatorów. Wolę użyć magii na oczach mugoli, niż narazić ich życia na niebezpieczeństwo.
Co jeśli będzie gdzie indziej? Pewnie i tak będzie w pobliżu wody. Będziemy musieli polegać na swojej magii, mam nadzieję, że nie będzie miał ze sobą większej liczby śmierciożerców.
Co jeśli coś się stanie Draco albo Connorowi?
Harry przymrużył oczy. Wówczas Voldemort, albo dowolny śmierciożerca, który będzie za to odpowiedzialny, dowie się czym jest prawdziwy ból.
Czy możemy liczyć na pomoc innych magicznych stworzeń? Nie, raczej nie. Wiem, że mogę przetransportować Wielu, ale nie byłbym w stanie zabrać ze sobą więcej niż kilku widłowęży, a centaury są za duże, żebyśmy mogli je zabrać ze sobą w aportacji łączonej. Jednorożce pewnie mogłyby nam pomóc, ale to będzie zależało wyłącznie od nich, a na tym nie mogę polegać.
Czy mamy jakiś sposób na skontaktowanie się z Regulusem? Podejrzewam, że pewnie poczuł coś dziwnego przez swój mroczny znak i przybędzie do nas, ale na to też nie mogę liczyć. Powinienem był pomyśleć o fiuknięciu do niego, gdy jeszcze byłem w szkole, ale to oznaczałoby kolejne nadłożenie drogi. Jeśli to wszyscy przeżyjemy, to będę musiał stworzyć nam jakiś szybki sposób kontaktowania się między sobą. Lusterko może zdać egzamin.
Harry był nieco zaskoczony, że nigdy wcześniej nie próbował działać w ten sposób przed skoczeniem do walki. To nie było proste, ale działało. Oczywiście, prawdopodobnie działało tylko dlatego, że nie miał pojęcia, czy Voldemort w tym właśnie momencie nie zaczął już porywać i torturować niewinnych mugoli.
Czemu on w ogóle atakuje mugoli? Czego może od nich chcieć?
To i tak nie ma znaczenia. Nic dobrego, to pewne.
Dotarli do skraju Zakazanego Lasu akurat w samą porę, żeby spotkać dumnego z siebie Fawkesa i wijący się kłąb Wielu. Harry przyklęknął, w ostatniej chwili przypominając sobie o owinięciu Argutusa wokół kołnierza szaty.
Maleńkie, złoto–zielone kobry zalały jego ciało, owijając się wokół jego nóg, piersi, karku i twarzy, przez cały czas sycząc powitania. Jeden z nich owinął się wokół szyi Harry'ego, ignorując Argutusa, jakby ten był kawałkiem drutu.
– Przybyliśmy, ponieważ pomogłeś nam, niszcząc sieć, która by nas powstrzymała. Długo zajęło ci podjęcie decyzji co do tego, jak chcesz, żebyśmy spłacili ci ten dług.
– Ale teraz już wiem – powiedział po prostu Harry, po czym obejrzał się na Snape'a, żeby upewnić się, że mówi po angielsku. – Czy myśli pan, że może pan mnie aportować ze sobą, kiedy wiszą na mnie węże?
Snape kiwnął głową, po czym spojrzał na Dracona i Connora, którzy obaj mieli równie buntownicze miny.
– Wrócę po was – powiedział. – Nie próbujcie aportować się za nami, inaczej to, co was spotka z mojej ręki sprawi, że rozszczepienie będzie się wam wydawało zabawne.
Connor skrzywił się. Draco po prostu łypnął na niego poważnie, mówiąc bez słów, że lepiej żeby Snape naprawdę się po nich wrócił.
Harry potrząsnął głową i znowu się odwrócił, tym razem kierując się do Hogsmeade i granicy osłon wokół szkoły. Świstoklik obijał mu się w kieszeni, podobnie jak nieznajomy ciężar sztyletu, przytroczonego do pasa i gwizdka na karku, wokół którego Wielu owinęło się z zaciekawieniem. Mam nadzieję, że to wszystko jednak mi się przyda.
Dotarli do granicy osłon. Harry obejrzał się na Snape'a, który złapał prawą ręką za swoje lewe przedramię. Podwinął swój lewy rękaw, odsłaniając lśniący czernią mroczny znak.
– Czy jest pan w stanie w ogóle się do niego aportować, skoro pana nie wezwał? – zapytał Harry, orientując się nagle, że w jego planie była dziura.
– Jesteśmy w stanie go znaleźć, jeśli się skoncentrujemy – powiedział cicho Snape. – Niewielu ludzi zdaje sobie z tego sprawę, ale możemy się do niego udać nawet, jeśli nas do siebie nie przyzwie, o ile jesteśmy gotowi zużyć do tego odpowiedniej ilości magii. – Przymrużył oczy. – Może celowo spróbować mnie powstrzymać przed znalezieniem go, ale nie sądzę, żeby tak było. Chce cię tam, Harry.
Jego oczy przekazały inną wiadomość. Naraź swoje życie celowo, to nie ręczę za siebie.
Harry kiwnął głową, odpowiadając na obie te informacje, po czym przysunął się bliżej do Snape'a. Wielu i Argutus syczeli zachęcająco. Harry zobaczył, jak Snape zamyka oczy, a jego twarz robi się blada i spięta.
Wąż na jego przedramieniu, czarny i lśniący chorobliwie, odwinął się z czaszki i wykonał krótki, nieprzyzwoity taniec, sunąc powoli w kierunku łokcia Snape'a. Harry zagapił się, a potem nagle świat wokół nich zniknął, zawirował i przecisnął ich przez cienki tunel. Wylądował na piasku i usłyszał ryk fal w tle.
W ogóle nie był zaskoczony, że znaleźli się na northumberlandzkiej plaży. Skrzywił się. Łajdak. Pewnie specjalnie wybrał to miejsce, mając nadzieję na wytrącenie mnie z równowagi.
Harry nie czuł się wytrącony z równowagi. Był skupiony, bystry, a jego umysł był przejrzysty i skupiony na celu. Poczuł jak Snape zaciska mu dłoń na ramieniu i odpowiedział na to szybkim kiwnięciem głowy, po czym odwrócił się, rozglądając za Voldemortem i wyciągając łuskę od Ignifer, żeby nią machnąć lekko.
Wyłapał wrażenie znajomej magii, potężnego uroku iluzyjnego i spojrzał uważnie w tym kierunku. Jego własna moc zabrała się do pracy, powoli osłabiając zaklęcie. Kiedy opadło, zobaczył Voldemorta, stojącego po środku kręgu ułożonego z krążków, z jedną ręką wyciągniętą przed siebie i niskim, nucącym dźwiękiem, dochodzącym mu z gardła, albo gdzieś z jego szat. Fioletowe kształty dwóch bazyliszków wiły się mu pod stopami. Za nim kucała dwójka nagich śmierciożerców, mężczyzna i kobieta. Harry otworzył usta w warknięciu. Greyback i Whitecheek.
Voldemort spojrzał na niego i uśmiechnął się.
A potem jego magia wzniosła się i rozwinęła wokół niego.
Harry od razu zorientował się, że Voldemort jednak żywił się mugolackimi dziećmi, a przynajmniej kimś. Poczucie mrocznej, złośliwej magii, która podniosła się z niego niczym oleisty dym, było znacznie potężniejsze od tego, jaką była kiedy spotkali się przy Norze, może nawet dwukrotnie. Harry wiedział, kiedy ta magia zwróciła się w ich kierunku, wijąc niczym jeden z bazyliszków, po czym wystrzeliła prosto w nich.
W niego i Snape'a, który wciąż się nie aportował z powrotem.
– Idź! – zawył Harry, po czym sięgnął magią i przelał w nią swoją wolę, żeby ta zabrała Snape'a z powrotem do Hogwartu po Dracona i Connora, w ten sam sposób, w jaki kiedyś zmusił Evana Rosiera do powrotu do swojego pana. Usłyszał, jak Snape znika z trzaskiem i miał kilka sekund, żeby poczuć satysfakcję z tego powodu.
A potem magia Voldemorta uderzyła w niego niczym wieloryb wybijający się ponad fale a następnie opadający z hukiem w dół.
Harry wylądował na ziemi i odkrył, że nie jest w stanie oddychać. Magia przytrzymywała go, leżąc na nim, wyciskając mu z płuc resztki powietrza, przelewając się nad nim i rozbijając się o siebie nawzajem niczym fale. I zawsze było jej więcej, coraz więcej, a Voldemort przyciskał go do ziemi i wciąż miał siły, które mógł wlewać w zaklęcie, kontrolowane przez drewniane krążki, dzięki którym mógł rozkazywać syrenom.
– Wydawało ci się, że jesteś w stanie być dla mnie wyzwaniem, Harry. – Harry usłyszał szept Voldemorta, gdzieś ponad brzęczeniem w jego uszach i ciemnością, która powoli się do niego zakradała z powodu braku powietrza. – Jak bardzo się myliłeś, jak bardzo mylą się wszyscy, którzy usiłują się zmierzyć z mocą Lorda Voldemorta.
– Flagellum Ardoris!
Harry usłyszał wrzask, wyczuł dym, zobaczył wybuch światła. Następnie nacisk zelżał na tyle, że był w stanie nabrać tchu. Powietrze jeszcze nigdy nie smakowało równie słodko. Przetoczył się i zebrał wokół siebie swoją własną magię, przeplatając wokół siebie zaklęcia tarczy, żeby więcej nie dać się tak zaskoczyć.
Kiedy obrócił głowę, zobaczył jak Ignifer Apollonis tańczy wokół drewnianych krążków, ułożonych wokół Voldemorta, podpalając jeden po drugim. Dzierżyła w dłoni bicz z płomieni, lśniący czerwienią, pomarańczem i złotem oraz bielą w miejscu, w którym zbiegały się w jej zaciśniętej dłoni, trzaskając nim z niesłychaną siłą przy najlżejszym poruszeniu nadgarstka. Gdzie nie wylądował, tam to miejsce stawało w płomieniach. Już pięć czy sześć krążków zostało spopielonych.
Uratowała mi życie.
A Voldemort lada moment ją za to zabije, teraz kiedy już minął szok zaskoczenia i ściągał swoją magię z powrotem do siebie, szykując się do kolejnego uderzenia. Harry zobaczył jak ten podnosi różdżkę. Był w stanie i bez wątpienia zaraz rzuci klątwę zabijającą.
Harry skupił się na różdżce Voldemorta i pomyślał, Expelliarmus!
Prawdopodobnie zadziałało tylko dlatego, że Voldemort nie spodziewał się ataku z tej strony, ale Harry miał to gdzieś. Cisowa różdżka wyleciała z dłoni Voldemorta i uderzyła w jego. Harry rzucił ją szybko za siebie i zrobił krok do tyłu, próbując ją złamać piętą w pół. Oparła się, niestety, jego ciężarowi. Voldemort prawdopodobnie zaczarował ją jakoś, żeby była w stanie wytrzymać tak prosty atak. Szkoda.
– Co powinniśmy zrobić?
Harry drgnął. Był tak zajęty walką, że kompletnie zapomniał o Wielu.
– Zaatakujcie duże węże i tych w kręgu, którzy pachną jak wilki – powiedział. – Gryźcie ich, naplujcie im w oczy, róbcie co chcecie, żeby tylko nie wtrącali się do mojej walki.
Usłyszał trzaski aportacji, kiedy wokół nich zaczęło pojawiać się więcej ludzi – nie wiedział jednak, czy sojuszników, czy śmierciożerców. Wielu opuściło jego ciało we wspaniałej fali, po czym zalało sobą krąg. Voldemort syczał teraz do bazyliszków, rozkazując im zaatakować, a Harry miał tylko nadzieję, że rój kobr przeżyje. Miały potężną przewagę: ich umysł był wspólny i mógł się przenieść do dowolnego ciała w roju w każdej możliwej chwili, co oznaczało, że bazyliszki będą musiały zabić ich wszystkich, żeby je tak naprawdę pokonać.
Harry poczuł ciężar na swoim ramieniu.
– Jestem – szepnął Draco. – Co mam zrobić?
– Zakryj uszy – zasugerował Harry, po czym dmuchnął w gwizdek Honorii.
Ktoś za nim ryknął śmiechem. Harry odwrócił się i zobaczył, jak Karkarow opada na kolana, łapiąc się rękami za brzuch i próbując, beznadziejnie, stłumić swój śmiech i zrobić jeszcze kilka kroków przed siebie. Za nim znajdowali się inni śmierciożercy, chociaż wyglądało na to, że Hawthorn i przynajmniej jeszcze jeden z jego sojuszników, mijali właśnie ostatnie wydmy i biegli w ich kierunku po plaży.
Bazyliszki były zajęte Wielu, a Greyback i Whitecheek znajdowali się pośród ofiar gwizdka.
Voldemort jednak był w stanie poświęcić uwagę czemuś innemu, a jego wzrok wbił się w Harry'ego.
Harry poczuł, jak jego blizna zajmuje się ogniem bólu. Zacisnął zęby i ruszył przed siebie, usiłując zachować przejrzystość umysłu, z jaką tu wylądował. Voldemort pracował nad jakimś zaklęciem, używając do tego tych drewnianych krążków. Harry'emu wydawało się, że mogły służyć do kontrolowania syren, ale to były tylko domysły. Tak czy inaczej oznaczało to, że krążki musiały zostać zniszczone. Oczywiście, teraz magia Voldemorta owijała się wokół nich ochronnie, czyniąc to niemal niewykonalnym.
Skoro trzeba, pomyślał niechętnie Harry i zaczął pożerać magię Voldemorta.
Voldemort momentalnie zorientował się, co się dzieje, oczywiście, ale jak tylko ruszył, żeby się obronić, Harry zerknął szybko na jeden z krążków, których Ignifer – teraz śmiejąca się bezsilnie, jak wszyscy – jeszcze nie zdążyła zniszczyć i pomyślał, Reducto!
Krążek wybuchł. Voldemort przymrużył oczy, a ból w bliźnie Harry'ego wzrósł tak bardzo, aż padł na kolana. Poczuł, jak Draco obejmuje go od tyłu i przycisnął się do tego pocieszającego ciepła, mimo że jego ciało było zalewane parszywą, skażoną mocą.
Harry nienawidził tego uczucia. To było niczym tonięcie w śluzie i prochach, nie był w stanie wyobrazić sobie zrobienia z tej magii części swojej własnej. Wiedział jednak, że będzie musiał ciągnąć ją dalej. Voldemort był zbyt potężny. Lada moment wymyśli, w jaki sposób jednocześnie chronić krążki i walczyć z Harrym, a wtedy sytuacja obróci się na korzyść śmierciożerców.
Nieustanny ryk i syk fal wezbrał w umyśle Harry'ego, wypełniając ciszę między jedną myślą a drugą, podając mu odpowiedź.
Nabrał głęboko tchu i otworzył się na oścież, szczęki znajdującego się w nim węża otwierały się coraz szerzej i szerzej. Opuścił całą resztę swojej magii, nawet zaklęcia tarczy, które owinął wokół siebie. Voldemort mógłby go powalić w tym momencie, gdyby tylko zareagował wystarczająco szybko.
Nie zrobił tego. Harry zamiast tego przejął jego magię i otworzył syfon po drugiej stronie, wylewając z siebie magię Voldemorta i wrzucając ją prosto do morza.
Chwilę później wrażenie śluzu i prochów zaczęło znikać, tak samo jak wrażenie, że cała ta magia, którą połknął, zaraz wyrwie mu się spod kontroli. Harry poniekąd zdawał sobie sprawę z walk wokół siebie – ktoś musiał opracować odpowiednio potężne Finite Incantatem, które zakończyło działanie gwizdka Honorii – ale bardziej interesowało go osuszanie Voldemorta z całej możliwej magii.
Voldemort zaczął sięgać po magię Harry'ego, ale zawahał się, wyraźnie obawiając się o bezpieczeństwo krążków. Harry dopilnował, żeby Voldemort srogo zapłacił za ten moment, wżynając się w jego rdzeń, przekopując magię, z którą Voldemort się urodził i rozrywając ją powoli na kawałki.
Jego wróg ryknął.
A ból w bliźnie Harry'ego wzrastał, póki nie stał się całym jego światem.
Piach, morze, ramiona Dracona i znajdująca się przed nim blada twarz o czerwonych oczach, zniknęły. Harry wiedział, że tak, to było gorsze od bólu, który musiał znieść, kiedy Bellatrix odcinała mu dłoń, ale nie przerywał przełykania. Nie był pewien, czy jest w stanie w tym momencie przerwać, albo zamknąć ten syfon – którego jednego koniec był w nim, a drugi w oceanie, jeden ciągnący, drugi wyrzucający.
– Reducto!
Merlin jeden wiedział, w jaki sposób to zaklęcie się do niego przebiło, skoro nic innego nie było w stanie tego zrobić, ale mogło to mieć jakiś związek z uwagą, którą Voldemort musiał nagle poświęcić gdzie indziej. Harry podniósł głowę, mrugając, oszołomiony i zobaczył przed sobą Dracona, roztrzaskującego właśnie kolejny drewniany krążek.
Voldemort przymrużył oczy, wyraźnie niezdolny do pojęcia, że jakiś chłopiec ośmielił się zrobić coś takiego, sprzeciwić mu się...
A potem zamarł i zaśmiał się lekko w kierunku Harry'ego.
– To chłopiec, który był w środku twojego umysłu – powiedział, głosem osłabionym od bólu i furii. – Ten, na którym ci zależy. Z przyjemnością go zniszczę na twoich oczach.
Harry odniósł wrażenie, że przechwałki Voldemorta były błędem przynajmniej pod dwoma względami. Po pierwsze, dały Harry'emu szansę na odgryzienie kolejnej części nienaturalnej magii Voldemorta i posłanie jej do morza.
Po drugie, dały Lucjuszowi Malfoyowi szansę na pojawienie się przed nimi.
– Cremo!
Reszta drewnianych krążków Voldemorta stanęła w płomieniach. Voldemort wrzasnął jak coś umierającego, jak coś głęboko zranionego, po czym obrócił się w kierunku Lucjusza, który właśnie opuszczał różdżkę i przyglądał się swojemu byłemu panu z twarzą pozbawioną jakiegokolwiek wyrazu.
Harry zebrał się w sobie. Magia Voldemorta wzbierała, zmieniała kształt, niewątpliwie mierząc w Lucjusza. Jego różdżka wróciła mu z trzaskiem do dłoni i choć jego bezróżdżkowa magia mogła być w tej chwili pochłonięta, to wciąż był niebezpieczny. Avada Kedavra wciąż mogła zabić Lucjusza.
Harry wyobraził sobie swojego wroga kompletnie pozbawionego magii i zaatakował go całą swoją wolą, celując we wszystko, czym był Voldemort.
Nie zadziałało, ale Harry wiedział, że tak będzie, wyrywając w swoim wrogu każdą możliwą ranę poza fizycznymi. Voldemort obrócił się w jego kierunku, przymrużył oczy, po czym sięgnął i zamknął syfon Harry'ego. Harry jęknął cicho z bólu, ale jednocześnie czuł też zdrową dawkę satysfakcji. Już dawno temu powinien był to zrobić. Wstrząsnęliśmy nim. Kompletnie zniszczyliśmy też dowolny plan, jaki zakładał porwanie i zabijanie mugoli. Mam nadzieję.
Jakiś głos odezwał się zza Harry'ego, wołając go po imieniu. Głos Connora.
Voldemort zwrócił się w tym kierunku. Nie wymówił słowa, ale bulgoczące, czarne światło opuściło jego różdżkę, zaklęcie, którego Harry nie rozpoznawał, wycelowane prosto w Connora. Harry nie miał czasu na powstrzymanie go.
Miał za to czas na zastanowienie się nad tym, co może się wydarzyć, a roztrajkotane plany w jego głowie wreszcie się zamknęły i pozostawiły jeden głos, który oceniał ryzyko. To była nieznana klątwa, której Connor prawdopodobnie nie przeżyje. Jeśli Connor zginie, albo zostanie zniszczony, to Harry wiedział, że niedługo potem podąży za swoim bratem. Poczucie winy rozerwałoby go na strzępy.
Z drugiej jednak strony, on sam miał przynajmniej szansę na przeżycie tej klątwy, bez względu na to, czego by nie robiła, ponieważ jego magia była znacznie potężniejsza od tej Connora, a Voldemort został znacznie osłabiony. W dodatku miał pośród sojuszników byłych śmierciożerców. Istniała szansa, że jeden z nich widział już jak Voldemort używa tej klątwy i będzie wiedział jak jej przeciwdziałać. Będą mieli motywację do uratowania go w sposób, w jaki nie mieliby przy Connorze.
Czasami jego trening w poświęcaniu się był czymś naprawdę wspaniałym, bo pomagał mu podejmować takie decyzje bardzo szybko i konkretnie.
Poderwał się i wskoczył klątwie w drogę.
Czarne ściany zamknęły się wokół niego, jego umysł zamknął się sam w sobie, a on potoczył się pośród ciemności, ciszy i zimna.
