O OBIADACH I LINIACH CZ. 2/3


O wiele później, Z powrotem w Bibliotece

Spostrzegawcza Lily: Dzień 39

Suma Obserwacji: 274

Nie gubcie się.

Szczerze. Na serio. Po prostu tego nie róbcie. I zdecydowanie nie gubcie się sami. Czy to nie pierwsza zasada bezpieczeństwa, którą rodzice wpajają dzieciom? „Nie oddalaj się sama, dziecko. To niebezpieczne"? To idzie ręka w rękę z zasadą dotyczącą nieznajomych, która także jest przeklęcie ważna. A choć jestem doskonale świadoma, iż moja mama bywa ciamajdą, a ojciec puszcza wszelkie gadki na temat porad, których większość nie ma żadnego powiązania z życiem czy rzeczywistością, od czasu do czasu wiedzą, co mówią. Przypuszczam, że nie mylili się z tą zasadą.

Dlaczego ja się nie słucham?

Na brodę Merlina, czasami zastanawiam się, jakim cudem dożyłam siedemnastki.

Ale rzecz w tym, że zgubienie się brzmiało na bajeczną myśl. Siedziałam smętnie w bibliotece, nie wiedziałam gdzie jest James, nienawidzę Transmutacji i chciałam mieć jakąś przestrzeń. Zapewne istniały lepsze sposoby, żeby ją sobie zapewnić niż bezcelowe przechadzanie się po zamku, ale w tamtym momencie zdawało się to najlepszą odpowiedzią. Mogłabym się poszwendać, myśląc nad tym, co czai się w moim sercu. I po co tworzyć tak wielki i magiczny zamek, jeżeli nie chce się, żeby ludzie go zwiedzali? Nie ma innego powodu… a przynajmniej tak zdecydowałam. Zatem zostawiłam wszystkie rzeczy na stoliku biblioteki i wyruszyłam.

To było dobre uczucie. Naprawdę dobre.

Myślę, iż ludzie zapominają, jak cudowny jest spacer. To znaczy wiem, że wszyscy ci antro-jacyś-tam-osobnicy gadają o naszych zbieracko-łowieckich przodkach, którzy ciągle się przenosili, ponieważ podążali za jedzeniem, ale czy kiedykolwiek pomyśleliście, że może oni po prostu to lubili? Może stwierdzili „Słuchajcie, gryzie mnie ten incydent z wełnianym mamutem, pójdę na długi spacer, żeby się otrząsnąć. Chcecie pójść ze mną?" i plemię poszło. Ponieważ życie było wtedy ciężkie, wiecie. Mogę się założyć, że mieli mnóstwo problemów. I założę się, że rozwiązywali je najlepiej podczas przechadzek. A co najmniej jestem pewna, że zapalczywe kobiety-zbieracze myślały „Ugh. Przeklęci, durni samce alfa. Potrzebuję od nich przestrzeni" i sobie szły.

To naprawdę logiczne. Pomyślcie o tym. Wszak faceci zawsze byli frustrujący, neandertalczycy czy nie. Tak jest zapisane w historii.

Cóż, cokolwiek to było, mnie pasowało. Ruszyłam schodami na górne piętra i dałam się ponieść stopom. Miałam gdzieś kierunek. Chciałam tylko pomyśleć.

Bo rzecz w tym, iż miałam po dziurki w nosie swojego zachowania. Docierałam do samego koniuszka liny. Nie wiedziałam tylko, co z tym zrobić.

Wiem, że odpowiedź wydaje się bardzo oczywista. Znajduje się tuż pod moim nosem. Wspominałam o niej już wcześniej, prawda? Nie chcę nie być z Jamesem, chcę szczerze spróbować, co z tym będzie. Lecz pragnienie, a robienie to zupełnie różne filiżanki herbaty i w tym momencie się potykam. Łatwo jest sobie myśleć „James chce się wybrać na randkę? Cudnie! Lubię randki. Chodźmy". Wypowiedzenie tych samych słów do niego to już coś całkiem innego, tak jak pójście, kiedy nadejdzie odpowiednia pora. Ponieważ dla każdego centymetra mojej osoby, który chciał zachować się jak trzecioroczna – podskakując, śpiewając i okręcać się – przez całą sytuację, ta sama liczba centymetrów chowała się w kącie, potrząsając głową i przypominając sobie o wszystkim, co mogłoby – bardzo możliwie stałoby się – pójść nie tak.

No bo spójrzcie na wczoraj! Mimo, iż wiem, że mu na mnie zależy, James nadal robi to, co chce, kiedy chce. Czasami jego mózg nie nadąża za impulsami, a w jakiej mnie to stawia pozycji, co? Słucham wściekła o ataku wieprzowym od Remusa w Skrzydle Szpitalnym, w takiej. Wiem, że nie powinnam czepiać się wszystkich wad Jamesa – Merlin wie, iż mam ich tyle samo, jeśli nie więcej. Mam na myśli, iż jestem gorsza od Jamesa w tym gonieniu mózgu za impulsami. Albo siedzę i rozmyślam nad wszystkim do upadłego, albo reaguję bardziej impulsywnie od niego. James jest przynajmniej konsekwentny. On zawsze reaguje przez kaprys, nie emocję. Nie ze mną te numery. Czasami nawet ja nie wiem, czego po sobie oczekiwać. To nie może dobrze wróżyć.

Jesteśmy skomplikowani, James i ja. W takim sensie, że mamy do przekopania sześć lat złego napięcia oraz błędnych wyobrażeń. Widzieliście, jak wczoraj szybko się wszystko obróciło? Jak szybko może stać się coś takiego? W jednej chwili kłócimy się o Amosa, a w następnej wymieniamy się zgryźliwymi zniewagami na temat ludzi, którymi już nie jesteśmy. Co to znaczy? Czy można o tym tak po prostu zapomnieć?

Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Bo choć jedna część mnie twierdzi, że to niemożliwe, druga mówi „Czy nie zrobiłaś tego zeszłego wieczoru? Nie rozwiązałaś problemu? Dlaczego nie możesz zrobić tego jeszcze raz?"

Ale czy mamy robić to jeszcze raz? I znowu? I jeszcze? Co jeśli mamy zbyt wiele problemów do rozwiązania? Kto chce żyć w takim problematycznym związku?

Jak tak to się wyłoży, to odpowiedziałabym, że nikt, ale wtedy pozostaję z alternatywą nie bycia z Jamesem, a to jest… głupie. No bo co, w ogóle nie spróbujemy? Nawet jeśli to skomplikowane, nie powinniśmy się przynajmniej postarać?

Ale wtedy mogłoby się nie udać. A taka perspektywa boli o wiele bardziej niż brak starania.

A więc teraz jestem tchórzem. Uroczo. Tego właśnie pragnie usłyszeć każdy Gryfon.

Ale to takie sprawy, wobec których czarownica ma prawo tchórzyć, prawda? No rzućcie dziewczynie kość. To normalny odcinek życia!

Byłam taka zajęta sortowaniem tego wszystkiego w głowie, tak zatracona we własnych myślach, iż nie zdawałam sobie sprawy, jak daleko zaszłam ani gdzie wylądowałam, kiedy po prostu szłam przed siebie. Prawdę mówiąc pewnie w ogóle nie zwróciłabym na to uwagi – jeszcze nie skończyłam rozmyślać – gdyby nie fakt, że moje roztargnione stopy jakimś sposobem zaprowadziły mnie do lochów, a następnie prosto w jakiegoś człowieka.

- Oomph!

Trzask.

Coś zasyczało przy moich nogach.

- O Boże, tak strasznie przepraszam…

Podniosłam wzrok znad roztrzaskanej fiolki oraz wciąż syczącego oraz parującego płynu rozlanego w fioletowej kałuży na podłodze u moich stóp, mając na końcu języka jeszcze dłuższą wiązankę przeprosin. Jednakże gdy ujrzałam, z kim się zderzyłam – i jak wściekle on wyglądał – zabrakło mi słów.

Do diabła.

- Ja pierdolę… patrz, gdzie cholernie chodzisz, szlamo!

Moje dotychczasowe spotkania z Evanem Rosierem były na szczęście ograniczone do wysłuchiwania jego drwiących dowcipów podczas lekcji oraz sporadycznych krótkich starć podobnych do tego. Nie znałam go dobrze, ale chyba nie jest szokiem powód czy fakt dlaczego nie chciałam tego zmieniać – biorąc pod uwagę, iż „szlama" była jego zwyczajną częścią powitania. A choć zwykle udaje mi się pozostać nienaruszoną przez tych, którzy zechcą rzucać we mnie tymi słowami, chyba nikt nie może mnie winić, że nie szukam sobie takiej atencji. Evan właśnie uosabiał taką atencję. Rzecz jasna, nigdy siebie nie tolerowaliśmy.

A to było jeszcze zanim poznałam prawdę na temat jego okropnej rodziny.

Odruchowo odsunęłam się do tyłu i skuliłam pod furią widoczną w zimnych oczach Evana. Dopiero, kiedy przypomniałam sobie, z kim się mierzę, zorientowałam się, że nie powinnam była okazywać żadnego lęku. Wiedziałam, że popełniłam pierwszy – cóż, drugi, jeśli liczyć wpadnięcie na niego – błąd, kiedy jego błękitne oczy zalśniły satysfakcją.

Ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, dobiegł mnie zza niego inny głos.

- Rosier, co się stało, do cholery?

Jack Avery wyszedł na korytarz z sali klasowej, którą dopiero opuścił Evan, a jego barczysta postura wypełniała większość drzwi. Ogarnął scenę zmrużonymi oczami – Evana, mnie, fioletową miksturę plamiącą podłogę. Skupił wzrok na kałuży, po czym spojrzał gwałtownie na Evana.

- Ty pieprzony matole. To…

- Zamknij się, Avery. To nie była moja wina. – Evan zamachnął się niecierpliwie w moją stronę. – Weszła we mnie ta cholerna szlama.

- Nie zwracałeś uwagi, tak samo jak ja! – krzyknęłam.

Evan przeniósł na mnie miażdżące spojrzenie.

- Nie wiedziałem, że muszę oglądać się na prawo i lewo przed wyjściem z klasy, Evans.

- Zniszczone? – odezwał się następny głos zza Jacka. Obrócił się razem z Evanem, ukazując trzeciego członka trio. Nie wiem dlaczego zdziwił mnie widok brata Syriusza, Regulusa, który stał w progu. – Do diabła – dodał, kiedy zobaczył na ziemi roztrzaskaną fiolkę.

- Przepraszam – powtórzyłam, bo nie wiedziałam, co innego powiedzieć. Gdy znowu spojrzeli na mnie, zaczęłam się wiercić nieswojo. – Jeżeli to było na lekcję, mogę powiedzieć Abbott, że to moja wina…

Avery prychnął pogardliwie.

- Na lekcję? Na Merlina, spadaj, Evans.

Przypuszczam, że to była wystarczająca odpowiedź, choć już wcześniej coś podejrzewałam. Cały ten scenariusz był zbyt podobny do tego, o którym opowiedziała mi Emma, gdzie Mac tworzył tajemniczy eliksir z tymi nikczemnymi postaciami. Najwyraźniej o to tutaj chodziło (i chyba powinnam się cieszyć, że Mac już dłużej w tym nie uczestniczył). Wszystko to dawało mi niespokojne przeczucie i wiedziałam, że im mniej będę w to zamieszana, tym lepiej. Chciałam unieść dumnie podbródek i po prostu odejść, ale przezwyciężyła mnie ciekawość i jakimś cudem zorientowałam się, że spoglądam na fioletową ciecz rozlaną przy moich stopach. Z podłogi nadal unosiły się niewielkie obłoki pary.

- Co to jest za cholerstwo? – zapytałam, robiąc krok w kierunku kałuży. – Dlaczego tak paruje? Co wy…

Evan poruszył się tak prędko, iż nie miałam nawet czasu, żeby dokończyć pytanie. Wyciągnął swoją różdżkę, machnął nią i wymazał bałagan w zapomnienie. Odskoczyłam przestraszona, przenosząc spojrzenie z nagle czystych kamieni na Evana, który patrzył na mnie wilkiem, chowając różdżkę do kieszeni szaty. Jack otwarcie piorunował mnie wzrokiem, podczas gdy Regulus stał obojętnie w drzwiach. Spojrzałam z powrotem na Evana.

- Czy przez to miałam być mniej podejrzliwa? – zapytałam beznamiętnie.

- Pilnuj własnego przeklętego nosa! – warknął Jack.

- Mam gdzieś, co sobie myślisz – powiedział złośliwie Evan, podchodząc do mnie o krok – i nie wyobrażam sobie, żeby obchodziło to kogokolwiek innego. Kto powie, że to wszystko miało w ogóle miejsce? Twoje słowo przeciwko naszemu, szlamo. Jak myślisz, komu ludzie uwierzą?

- Dobrze wiesz, że to stek bzdur – odparowałam, ale chciałabym czuć się tak samo pewnie, jak brzmiałam. Gdy Jack zachichotał z uznaniem, a Evan uśmiechnął się z otwartą wrogością, chciałam kontynuować, wytknąć im, jacy są kłamliwi, że oczywiście ludzie mnie wysłuchają, ale nie byłam taka naiwna, żeby w to wierzyć. No bo gdyby do tego doszło, jestem pewna, że wysłuchaliby mnie Dumbledore albo McGonagall, ale co bym powiedziała? „Wyzywali mnie i posprzątali bałagan, który wyglądał mi podejrzanie. Ukarzcie ich"? To chyba nie byłby przekonujący argument.

Jednak prędzej szlag mnie trafi, zanim pozwolę Evanowi i jego kumplom myśleć, że mnie pokonali. Zmusiłam się do wyprostowania i lekceważącego prychnięcia.

- Nie mam na to czasu – powiedziałam, celowo odsuwając się od trio. – Skoro i tak nikt mi nie uwierzy, na pewno nie będziecie mieć nic przeciwko, jeżeli na następnym spotkaniu mimochodem wspomnę Dumbledore'owi o tym pouczającym wydarzeniu. Tak właśnie myślałam. Jeżeli to wszystko…

Odwróciłam się, gotowa do ostrożnego odejścia do zakrętu, za którym mogłabym pobiec w każdym kierunku, w którym nie zmierzałaby ta trójka. Nie trzeba było próbować ich wkurzyć – wiedziałam, że nie powinnam była tego robić – ale słowa poszły na wiatr i już w żaden sposób nie mogłam sobie pomóc, nie licząc odejścia, dlatego tak właśnie chciałam zrobić.

Na moim ramieniu zacieśnił się uchwyt przypominający imadło.

Obróciłam się i serce stanęło mi w piersi. Evan stanął nade mną groźnie.

- Potrzebujesz czegoś? – zapytałam gniewnie.

- Tak – odparł Evan i Merlinie, gdyby spojrzenia mogły zabijać. – Trzymaj się z daleka od naszych spraw, do cholery. A jak już przy tym jesteśmy, zostaw w spokoju mojego brata.

Uniosłam brwi. – Chodzi ci o MJ'a?

Evan przybrał jeszcze bardziej rozgniewaną minę i próbowałam się nie skrzywić, kiedy zacisnął boleśnie palce na mojej ręce. Przez chwilę pomyślałam, że być może usłyszał o dzisiejszym poranku, o tym jak pchnęłam MJ'a w kierunku socjalizacji, ale to zdawało się bardzo nieprawdopodobne. Od-pustkowienie MJ'a było zbyt nowe. Ale nie ukrywałam faktu, że czułam do niego sympatię, że chciałam mu pomóc. Możliwe, że MJ powiedział coś Evanowi, chociaż nie pojmowałam dlaczego chciałby rozmawiać ze swoim starszym bratem. Zamiast cieszyć się, iż ktoś opiekował się jego wyraźnie skołowanym młodszym bratem, ten wyglądał na zgorzkniałego. Cokolwiek wiedział o moich stosunkach z MJ'em – nie podobało mu się to. I chyba nie pomagał fakt, że całkowicie zapomniałam, iż to ja nadałam mu przezwisko MJ. Evan parsknął pogardliwie na jego wzmiankę.

- MJ – splunął z wyraźną drwiną. – Jak gdyby był twoim przeklętym pupilkiem czy coś. Nazywaj go jak chcesz, szlamo, ale zapamiętaj, że nadal ma na nazwisko Rosier. To ma pewne znaczenie dla ważnych ludzi.

Ważnych ludzi. Boże, te głupoty wywoływały u mnie mdłości.

- Mam gdzieś jego nazwisko. - Spiorunowałam go wyzywającym spojrzeniem. – Twój brat to dobry dzieciak.

Evan zaśmiał mi się prosto w twarz.

- Dobry dzieciak. Tak sądzisz?

- Tak. – Uniosłam podbródek i pomyślałam o MJ'u, ignorując Evana.

- A twój Święty Potter? Czy on sądzi, że Maurice jest takim „dobrym dzieciakiem"?

Niespodziewana wzmianka o Jamesie troszeczkę zbiła mnie z tropu i byłam jedną z największych idiotek, że pozwoliłam to zobaczyć Evanowi. Gdy tylko zobaczył moje zawahanie, uśmiechnął się i przysunął bliżej. Zrobiłam krok do tyłu.

- Co tu mamy? – zadrwił z uśmieszkiem na twarzy. – Uderzyłem w czułe miejsce, Evans? Wiesz, może Święty Potter choć raz nie gada bzdur. Może wie, co mówi. Przecież nikt nie wie lepiej niż rodzina.

Przez sposób, w jaki to powiedział wiedziałam, iż spodziewał się po mnie reakcji. Myślał, iż nie wiedziałam, że są spokrewnieni, co sam Merlin wiedział, że mogłoby być prawdą, ale na szczęście nią nie było, dlatego nie doznał satysfakcji mojego szoku. Zamiast tego zrobiłam coś, czego zapewne nie powinnam była robić (absolutnie nie powinnam) i zaśmiałam się w jego twarz.

- Och, niewątpliwie. Szczególnie w rodzinie tak zżytej, jak wasza. – Mój sarkazm był oczywisty i dostałam reakcję, której ja chciałam, kiedy tym razem to Evan się zawahał, wyraźnie zaskoczony moją nonszalancją. Ale nie mogłam się tutaj zatrzymać, nie kiedy to on był zmieszany. Słowa po prostu ze mnie wypadły, zgryźliwe i głupie. – Ale powiedz mi coś – rzekłam z drwiącą życzliwością, przyglądając mu się krytycznie – jak to jest? No bo James jest Prefektem Naczelnym, kapitanem Quidditcha, jednym z najlepszych uczniów w naszej klasie, a ty… co? Rozrzucasz fiolki eliksirów po korytarzu? To musi boleć, bycie podrzędnym kuzynem…

A wtedy Evan się rzucił.

Wszystko wydarzyło się w ciągu mniej niż nanosekundy. Wydając bezbożny odgłos, Evan wpadł we mnie, zmuszając do wycofania się do tyłu, dopóki nie uderzyłam ciałem o ścianę za sobą. Głowa tak mocno stuknęła o kamienną ścianę, że przez chwilę miałam kropki przed oczami, ale zachowałam równowagę i usłyszałam zduszony okrzyk Regulusa „Rosier!" w tym samym czasie, co ostry i brutalny głos Evana zabrzmiał tuż nad moją twarzą.

Najwyraźniej tym razem to ja uderzyłam w czułe miejsce. Szkoda, że nie mogłam się tym cieszyć.

- …nie wiesz o czym, cholera, gadasz! – syczał wściekle, mówiąc tak szybko, że wyrazy zmieszały się ze sobą. Przegapiłam początek tej tyrady. – Pieprzona mądrala. Szlamowata suka. Myślisz, że wszystko wiesz, Evans? Myślisz, że jesteś nietykalna? Zobaczymy.

- Złaź ze mnie – wysapałam, mocując się z nim, próbując wysunąć ramię z jego stalowego uchwytu. – Puszczaj i cofnij się albo przysięgam na Merlina, że pójdę prosto do Dumbledore'a…

Ale Evan dawno przestał słuchać i nie potrzebowałam długo, żeby zdać sobie z tego sprawę. Rozkazy i groźby już na niego nie podziałają. Przez mój idiotyzm popchnęłam go za daleko i choć nie wiedziałam dokładnie, co zamierzał zrobić, wiedziałam, że serce waliło mi w piersi i Evan nie zamierzał się odsunąć. Nie myślałam, kiedy pozwoliłam mu przyszpilić się do ściany. Byłam w pułapce, bardziej niż sobie wyobrażałam.

Odwróciłam głowę na bok i zobaczyłam, że Jack się przesunął i teraz blokował lewą drogę ucieczki, podczas gdy Regulus stanął po prawej. Żaden z nich nie wyglądał, jakby miał pomóc Evanowi w ataku, ale nie wyglądali także na zainteresowanych odciągnięciem go ode mnie. Jednakże trzymali różdżki w rękach i to wystarczyło, żeby wprawić mnie w stan ostrożności – ale poczułam też nadzieję, kiedy zorientowałam się, iż pewnie dostanę się do mojej ukrytej w kieszeni szaty.

Gdy Evans nie przestawał pluć obelgami i potwierdzeniami własnej wyższości, wsunęłam ramię, którego nie trzymał w śmiertelnym uścisku, do kieszeni szaty, zaciskając palce na cienkim drewnie mojej różdżki. Jeżeli Regulus widział, co robię ze swojego stanowiska po prawej stronie, nic nie powiedział.

Mój umysł szybko przeszedł na tryb przetrwania, powtarzając mantrę „Oddychaj. Nie upuść różdżki. Nie upuść różdżki". Nie mogłam pokonać całej trójki, wiedziałam o tym. Ale z nich wszystkich, Evan zdawał się fizycznym zagrożeniem, Avery magicznym i wiedziałam, że z tym mogę coś poradzić. Gdybym mogła… tylko…

Plan nie mógł przyjść wcześniej. Jak zdecydowałam się pozbyć dwójki, Evan zdawał się sięgnąć swych granic. Zaczął wrzeszczeć i właśnie zamierzał znowu pchnąć mnie na ścianę, kiedy zrobiłam tak, jak ojciec uczył mnie za każdym razem, kiedy byłam młodsza i wychodziliśmy na miasto – wykopałam kolano z taką siłą, na jaką było mnie stać, potem pchnęłam resztkami siły, sprawiając, że Evan zachwiał się i upadł.

Rozkoszowałam się zdolnością odetchnięcia przez zaledwie parę sekund, zbyt zajęta wyciągnięciem różdżki i oszołomieniem Avery'ego nim zdążyłby mnie przekląć, następnie uciekłam pod przeciwną ścianę zanim Regulus uzyskałby czysty strzał. Rzeczywiście miejsce, w którym przed chwilą stałam zostało przypalone przez czerwony błysk, kiedy Avery padł, a Evan jęczał na ziemi. Obróciłam się gwałtownie, rzucając następnym zaklęciem w Regulusa, ale nie trafiłam. Nie wiem, jakimi rzucał we mnie urokami, ale na szczęście chybiały mnie o włos, uderzając w ścianę obok.

Regulus i ja staliśmy od siebie półtora metra z wyciągniętymi różdżkami, czekając aż to drugie znowu zacznie strzelać zaklęciami. Byłam tak skoncentrowana na różdżce Regulusa, że nie pomyślałam o fakcie, iż nie pokonałam całkowicie Evana, dopóki nie poczułam nagle ręki na kostce. Nabrałam gwałtownie powietrza, czując serce podchodzące do gardła, przenosząc wzrok na podłogę, kiedy Evan pociągnął…

- Drętwota!

Padłam na posadzkę. Głupia, głupia, głupia. Przeklinałam swój idiotyzm, kiedy upadłam, zaciskając powieki i czekając na nadejście nieprzytomności, czekając na zapomnienie, zastanawiając się, co się teraz wydarzy, do diabła…

A wtedy uścisk na mojej kostce rozluźnił się.

Oddychając ciężko, uchyliłam niepewnie jedną powiekę.

Evan zsunął dłoń na posadzkę, kiedy całe jego ciało zwiotczało. Gapiłam się otumaniona, powoli zdając sobie sprawę, że nie trafiło mnie zaklęcie, że upadłam tylko dlatego iż Evan mnie pociągnął… że to on leżał nieprzytomny na ziemi…

Podniosłam wzrok.

A tam, przyciskając różdżkę do karku Regulusa, stał Syriusz.

Ogarnęła mnie taka ulga, że niemal zaszlochałam.

- Rzucasz uroki na niewinne dziewczyny w korytarzach? – odezwał się twardo i beznamiętnie Syriusz. – Mama byłaby taka dumna, Reg. Opuść różdżkę.

- Odczepsię, Syriuszu – splunął Regulus, wciąż celując we mnie różdżką.

- Opuść ją – warknął znowu Syriusz i wbił różdżkę mocniej w gardło Regulusa. Gdy nie wyglądało na to, że Regulus się posłucha – dodając do tego fakt, że chociaż celował różdżką bezpośrednio we mnie, nie zwracał na mnie żadnej uwagi - wzięłam sprawy w swoje ręce. Poruszając się prędko, rozbroiłam go krótkim:

- Expelliarmus!

Różdżka Regulusa wyfrunęła mu z dłoni i uderzyła w ziemię przy moich stopach.

Jeżeli spodziewałam się jakiegokolwiek podziękowania od Syriusza za zainterweniowanie, nie dostałam go.

- Wstawaj – powiedział i dopiero po chwili zorientowałam się, że mówił do mnie, biorąc pod uwagę, że nadal sztyletował spojrzeniem tył głowy Regulusa. Nie zabrał różdżki z gardła swojego brata. Kiedy się nie ruszyłam, Syriusz spojrzał krótko na mnie. – Lily – powiedział. – Wstawaj.

Nie wiem czy chodziło o to, iż zwrócił się do mnie po imieniu – pewnie mogłabym zliczyć na palcach jednej ręki liczbę razy, kiedy nazwał mnie inaczej niż „Evans" – albo to był prosty fakt, że adrenalina przestała płynąć w moich żyłach, a mózg uspokoił się na tyle, by uświadomić sobie, iż jestem jedyną świadomą osobą na ziemi zdolną do podniesienia, lecz tak czy inaczej, poderwałam się szybko.

Gdy dotarłam do Syriusza, który wciąż celował różdżką w Regulusa, ten pierwszy chwycił mnie za ramię i pchnął za siebie. Nawet zapominając o tym, że Regulus był rozbrojony, a pozostała dwójka leżała nieprzytomna na ziemi, ten gest nadal był zaskoczeniem. Nie spodziewałam się po Syriuszu tego męskiego, opiekuńczego instynktu, a na pewno, kiedy to ja odgrywałam damę w opałach. Ale pomijając moje z góry założone poglądy, Syriusz jeszcze raz upewnił się, że stoję za nim przed odsunięciem różdżki od karku Regulusa. Jego brat stał zwrócony do nas sztywno plecami.

- Zajmij się nimi – rzekł szorstko Syriusz, pokazując na Evana i Avery'ego. – I trzymaj się od niej z daleka, do cholery. Wszyscy.

Regulus wyraźnie się najeżył na ten rozkaz, posyłając nam spojrzenie przez ramię.

- Co to? – zapytał, a każdy wyraz podsycała pogarda. – Potter pozwala ci się z nią zabawić czy co? Co mówiłeś, kiedy byliśmy młodsi? „Bracia się dzielą"?

- Byłeś w tym lepszy od Jamesa – odparł Syriusz.

- Czyż to nie interesujące?

- Przypuszczam, że na wszystko jest pierwszy raz.

Regulus nie miał na to przemądrzałej odpowiedzi a nawet gdyby miał, nie sądzę, że Syriusz chciał stać tutaj i jej słuchać. Bez żadnego ostrzeżenia obrócił się na pięcie i wskazał głową na koniec korytarza.

- Chodźmy – powiedział.

Nie musiał mówić dwa razy. Obejmując prowadzenie, szłam tak opanowanym krokiem, jak mogłam wzdłuż korytarza w stronę schodów – a przynajmniej tak sądziłam, że tam były schody. Rzadko bywałam w tej części zamku, więc nie byłam zdziwiona, że kiedy zamierzałam skręcić w lewo, Syriusz złapał moje ramię i pociągnął w prawo.

Szczerze miałam szczęście, że moje stopy w ogóle funkcjonowały. Przypuszczam, że to małe przysługi.

Boże.

Święty, pieprzony, cholerny Boże.

Czy to naprawdę się wydarzyło?

Szliśmy w milczeniu. Nie wiem, co Syriusz sobie myślał, ale byłam zbyt zajęta odtwarzaniem w głowie całej tej nieprzyjemnej scenki, przeklinając się za bycie taką idiotką, za igranie z ogniem, kiedy doskonale wiedziałam, że ci chłopcy nie obawiali się podpalenia niczego ani nikogo – tym bardziej mnie. Co by się stało, gdyby Syriusz nie przyszedł? Co by się stało, gdyby Evan już na początku pomyślał o wyciągnięciu różdżki i otumanieniu mnie? Co by się stało, gdybym nie była wystarczająco szybka, wystarczająco mądra, by się wyrwać? Co by się stało…

Zaczęło mi się kręcić w głowie. Wchodziliśmy po jakiejś tylnej kondygnacji schodów i musiałam stanąć, żeby chwycić się poręczy i zamknęłam oczy, kiedy wszystko dopadło mnie w tym samym czasie – strach, wstrząs, złość, panika. Wszystko uderzyło mnie jednocześnie. Wypuściłam długi oddech, próbując odzyskać opanowanie, ale ściskało mnie w żołądku i nogi nie chciały mnie dłużej podtrzymywać, a ja myślałam jedynie „co by się stało?"

- W porządku, Evans? – zapytał Syriusz, zatrzymując się na schodkach nade mną, kiedy chyba zorientował się, że już się za nim nie wlekę. Jednakże jego głos dobiegał z daleka, a chociaż chciałam, nie potrafiłam zmusić się do potaknięcia.

O, Merlinie. Zaraz rzygnę.

- Idź dalej – powiedziałam bez tchu, pochylając się, żeby usiąść na stopniach, mając nadzieję, że to pomoże. – No idź. Potrzebuję tylko… kręci mi się w głowie. Jedną chwilkę.

Siedzenie trochę pomogło, ale nadal byłam rozgrzana i spocona, a jak objęłam się ramionami i opuściłam głowę na kolana, czułam ostre pieczenie łez oraz panikę uciskającą mój żołądek. Wzięłam jeden głęboki wdech, potem następny, ale nic nie pomagało. Moje gardło zaczęło się zamykać, serce uderzało boleśnie o pierś. Próbowałam powstrzymać żałosny jęk, ale chyba mi się nie udało.

Poczułam na plecach niepewny dotyk ręki.

- Następstwo – powiedział cicho Syriusz tuż przy moim uchu. Jego dłoń wykonała parę niezręcznych ruchów wzdłuż mojego kręgosłupa. – Spadek adrenaliny. Oddychaj. To minie.

Och, jeeezu, dzięki, chciałam odgryźć się sarkastycznie, ale bylibyście zdziwieni, jak nisko znajdują się sarkazm i zgryźliwość na liście priorytetów, kiedy ktoś jest w stanie hiperwentylacji. A choć możecie sobie wyobrażać, że ktoś kto ma tak często takie chwile hiperwentylacji będzie już do nich przyzwyczajony, tamte chwile i ta były niestety całkiem inne.

Po pierwsze, to było mimowolne. Z radością oddałabym parę kończyn, gdyby to znaczyło, że nie będę musiała siedzieć tutaj i załamywać się przed Syriuszem Blackiem na tak-jakby-publicznych schodach. Dla mnie to nie było zabawne. Ale nie mogłam tego powstrzymać. Im bardziej próbowałam, tym gorzej było. Dlatego siedziałam sobie, przyciskając obrzydliwie spoconą twarz do kolan i starałam się nie zemdleć.

Tymczasem Syriusz siedział obok mnie, niezdarnie poklepując mnie po plecach.

Nie wiedziałam czy to polepszało, czy pogarszało sprawę.

Na szczęście potrzebowałam tylko dwóch minut, żeby odzyskać władzę nad przytłoczonym ciałem. Nadal byłam oszołomiona – tak jakby ktoś wbił we mnie szpilkę i powoli wiotczałam, niczym balon – ale przynajmniej zdołałam opanować dygotania i nie czułam już przemożnego impulsu, żeby wybuchnąć płaczem i opróżnić zawartość żołądka na schodach. Gdybym tylko mogła rozprostować się z tej pozycji embrionalnej, to chyba naprawdę byłby postęp.

- Proszę.

Oderwałam twarz od kolan tylko z niewielkim, nieatrakcyjnym odgłosem odklejania. Podniosłam wzrok, widząc jak Syriusz podsuwa mi szklankę wody. Domyśliłam się, że musiał przetransmutować coś w szklankę, a potem wyczarował wodę, ale niezbyt się tym przejmowałam, kiedy moja wysuszona buzia praktycznie zaczęła się ślinić. Moje podejrzenia zostały potwierdzone, gdy chwyciłam szklankę, wzięłam łyka i moje usta wypełnił leciutko gorzki smak wody Aguamenti. I tak ją przełknęłam, wdzięczna za jakikolwiek płyn. Przynajmniej był zimny.

Piłam w ciszy, a Syriusz tylko się przyglądał, nareszcie zabierając dłoń z moich pleców. Wykrzywiłam się nieznacznie, wypijając ciurkiem pozostałą wodę, ale nie zamierzałam narzekać. Syriusz chyba i tak zauważył moje niezadowolenie.

- Wybacz – powiedział, zabierając mi pustą szklankę. Przemienił ją z powrotem w pióro i wsadził przedmiot do kieszeni. – Aguamenti smakuje gównianie, ale tylko to znam.

- Nic nie szkodzi – odparłam, nie cierpiąc jak ochryple brzmiał mój głos mimo wody. – Doceniam.

Wtedy sytuacja mogłaby się zrobić naprawdę krępująca – no bo siedzieliśmy sobie, Syriusz i ja, przechodząc prawdopodobnie drugie najdłuższe spotkanie od początku tego semestru, a otaczało nas ze dwanaście wielkich słoni – i przypuszczam, że przez chwilę było niezręcznie, kiedy zapadła pomiędzy nami cisza.

Jestem poniekąd wdzięczna, że Syriusz nie oddaje się takiej sytuacji. Siedzieliśmy w milczeniu przez parę chwil, kiedy wypalił prosto z mostu:

- Co tam się stało, do cholery?

Nie ma to jak rozmowa na błahe tematy, co?

Psh.

Ale rzecz w tym… nie chciałam takiej rozmowy. Nie zniosłabym wtedy gadki szmatki i może Syriusz o tym wiedział a może czuł to samo. Tak czy inaczej, to nie była ta pora. Jednak to nie znaczyło, że musiałam mu opowiadać, co się wydarzyło. Gdybym wymówiła się „Nic, nic. Wymknęło się spod kontroli" i wstałabym chwiejnie, żeby odejść, nie sądzę, że Syriusz by na mnie naciskał. Byłam widocznie roztrzęsiona i pomimo jego braku taktu do mojej persony, facet nadal był człowiekiem. Uważam, że od czasu do czasu wiedział, kiedy wycofać się w porę. Zapewne zostawiłby sprawę w spokoju i puściłby mnie.

Ale chociaż nie musiałam, skończyło się na tym, że opowiedziałam mu wszystko. Nie wiem czemu. Po prostu wydawało mi się, że powinnam to zrobić. A może nawet byłam mu to winna – wiecie, skoro przyszedł, uratował mi tyłek i w ogóle. Przynajmniej tyle mogłam uczynić.

Poza tym stwierdziłam, że wiedziałam dlaczego tak naprawdę pytał i od razu stało się oczywiste, że moje podejrzenia nie były mylne. Wiedziałam, że bardziej przejmował się tym, co jego brat robił na tamtym korytarzu niż tym, co się tam wydarzyło. Mrużył oczy ilekroć wspominałam imię Regulusa, choć jego brat jedynie opłakiwał utratę eliksiru, a na koniec wypalił kilka zaklęć. Powiedziałam o tym Syriuszowi, ale zbył to wzruszeniem ramion. Jednak wiedziałam, jak to jest kochać i nienawidzić swoje rodzeństwo, więc powiedziałam mu to, co chciał usłyszeć. Jeżeli ktokolwiek potrafił przejrzeć maskę bezinteresowności, to ja.

- Jesteś dobra. Szybka – powiedział Syriusz, kiedy dotarłam do części, gdy się pojawił, przez chwilę wszystko sobie przyswajając. Posłałam mu pytające spojrzenie, nie wiedząc, co miał przez to na myśli. Wzruszył ramionami. – Wyszedłem zza zakrętu, kiedy kopnęłaś Evana. Jeszcze go od siebie nie odepchnęłaś, a już przeklęłaś Avery'ego. Wiedziałem, że odgrywasz ulubienicę w klasie, ale nie pomyślałbym, że masz instynkt, by pokazać na zewnątrz swoje wymyślne umiejętności. Ale jesteś szybka. Trzech na jednego to kiepskie szanse dla każdego. Załatwiłaś dwóch z nich w ciągu paru sekund.

Nie sypał pochwałami, bardziej po prostu szczerze mówił, ale i tak się zarumieniłam. Nie myślałam w taki sposób o tym incydencie.

- Właściwie to nie załatwiłam ich dwóch – poprawiłam szczerze, wzdychając cicho. Czułam nadchodzący ból głowy. Podniosłam rękę, żeby potrzeć skroń. – Byłam głupia. Myślałam, że Evan dłużej będzie zwijał się z bólu. Gdybyś wtedy nie przyszedł… tak w ogóle dlaczego przyszedłeś? – zapytałam, po czym zorientowałam się jak niewdzięcznie to brzmiało. – Nie, żebym nie była niezwykle za to wdzięczna, oczywiście! To było cholernie doskonałe wyczucie czasu. Nie wiem… ale to nie ma znaczenia. Czy ty też spacerowałeś sobie po lochach?

Syriusz pokręcił głową.

- Bardziej ciekawość niż szczęście – odpowiedział, co nie miało żadnego sensu, dopóki nie wsunął ręki do kieszeni. Gdy wyciągnął znajomy, znoszony pergamin, nagle do mnie dotarło. – Kierowałem się do kuchni, kiedy zobaczyłem twoją kropkę w pobliżu tamtych. Nie wydawało mi się, że nawiązujesz nowe przyjaźnie. Pomyślałem sobie, że zobaczę, co się dzieje.

Potaknęłam, kiedy podał mi pergamin, ale ledwo słuchałam tego, co mówił. Ponieważ pomijając fakt, że właśnie zostałam zaatakowana, że dopiero co ogarnęłam się po ataku paniki, że Syriusz i ja prowadziliśmy dość cywilizowaną rozmowę, kiedy tylko wyciągnął mapę ze swojej kieszeni, mój umysł natychmiast połapał się w czymś innym.

Syriusz miał mapę, którą wcześniej oddałam Jamesowi.

To znaczyło, że James wrócił z Hogsmeade.

Kiedy?

Palce mnie świerzbiły, żeby rozłożyć pergamin i sprawdzić. Chciałam go rozerwać i pochłonąć, by upewnić się, że „J. Potter" i „E. Saunders" znajdują się na odpowiednich miejscach daleko, daleko od siebie. Pragnęłam zapytać Syriusza, kiedy ją odzyskał, czy była jakakolwiek możliwość, że James wpadł na niego przed wyjściem i wtedy dał mu mapę, czy James i Saunders mogli dalej być w Hogsmeade. Ale nie mogłam tego zrobić. Nie chciałam, by Syriusz dowiedział się, jaka jestem żałosna. Ale nie mogłam też o nic nie zapytać, więc szukałam sposobu, by zdobyć upragnione informacje, nie brzmiąc przy tym na absolutną gęś.

- Dziś rano oddałam ją Jamesowi. – Postanowiłam rzec, wbijając wzrok w złożony pergamin. – Dzięki Merlinowi, że to zrobiłam, bo inaczej byś jej nie miał.

- W ogóle nie powinien był ci jej dawać – odparł beznamiętnie Syriusz, co było strasznie dalekie od odpowiedzi, której pragnęłam.

Spodziewaj się odrobiny informacji, zostań obrażoną.

Uroczo.

- Wściekasz się, że mi pokazał? - Oburzyłam się w defensywie. – Nikomu nie powiem, jeśli tym się martwisz. Na brodę Merlina, sama z niej wczoraj skorzystałam.

- Nie chodzi o to – powiedział Syriusz, co było troszeczkę pocieszające… było, dopóki ten kretyn nie zaczął mówić dalej. – Dupek powinien najpierw nas zapytać zanim zaczął wyjawiać nasze sekrety prefektom, ale James nie myśli najlepiej w twoim towarzystwie, więc można było się tego spodziewać. Zeszłej nocy potrzebowaliśmy Mapy – wyjaśnił, patrząc spode łba. – Nie mieliśmy jej, skoro James dał ją tobie. Paskudna noc.

Och, racja. Witamy w Obwińmy Za Wszystko Lily. Moja ulubiona gra.

- Och. – Nie wiedziałam czy czuć niepokój, wyrzuty sumienia, czy ciekawość. Jak zwykle wygrały moje wścibskie instynkty i spojrzałam na Syriusza tak niewinnie, jak potrafiłam. – Nie miałam świadomości… James musiał zapomnieć. Do czego jej potrzebowaliście?

Syriusz prychnął głośno, szybko się orientując, co robię.

- Szukasz więcej sekretów, Evans? – spytał. – Nie wyciągniesz ich ode mnie.

- Nie szukam – mruknęłam, choć oczywiście tak było. Czyż nie zawsze ich szukałam? Ale pociągnęłam lekceważąco nosem. – Nie obchodzi mnie, co wyczyniasz ze swoim czasem.

- Nie byłem tylko ja. James też tam był.

- James miał wczoraj szlaban.

- Szlabany się kończą, Evans.

A James był dziś rano zmęczony, przypomniałam sobie nagle, chcąc zadać samej sobie kopniaka. Oczywiście. To nie ja go wymęczyłam, nie wymęczyło go czyszczenie trofeów, to była wina jego kumpli. Szczerze mówiąc, ta perspektywa podobała mi się bardziej. Czułam się mniej odpowiedzialna. Jednak dalej byłam zaciekawiona. Czy to miało coś wspólnego z tamtą rzeczą z tamtym w tamtym miejscu z chłopakami? Zapewne. A może to była inna rzecz z tamtym w tamtym miejscu z chłopakami. Sam Merlin wiedział, że ta grupka zawsze coś kombinowała. Chyba powinnam czuć wdzięczność, że dziś rano nic nie eksplodowało, co jest typowe, kiedy są w coś zamieszani Huncwoci. Powiedziałabym, że być może dojrzewają, ale chyba to sam fakt, że są w swoich działaniach przebieglejsi.

- Remus musiał być przygnębiony – powiedziałam z roztargnieniem, próbując zachować spokój i nonszalancję, jakbym cały czas dyskutowała o nocnych nieszczęściach. Jednak Syriuszowi się to nie spodobało. Zrobił się spięty i zrzędliwy.

- Co? – zapytał szorstko, mrużąc oczy. – Dlaczego tak mówisz?

- Bo jest chory – odpowiedziałam, przeszywając go wzrokiem, że tak się najeżył. Gdy to sprawiło, że Syriusz spojrzał na mnie jeszcze gorzej, miałam mały napad złości. – No co? Nie wolno mi nawet znać statusu zdrowia twoich przyjaciół? Wczoraj widziałam go w Skrzydle Szpitalnym, a dzisiaj nie był na lekcjach. Nie potrzeba geniusza, żeby to rozgryźć. Ale przypuszczam, że choroba Remusa to kolejny super sekret przyjaciół, tak? Lily wstęp wzbroniony. Merlinie, daruj sobie. Przykro mi, że i tym sekretem musiałeś się ze mną podzielić. Już więcej to się nie zdarzy.

Słuchał mojego sarkazmu z krytycznym spojrzeniem. Już nie patrzył wściekle, jedynie przyglądał mi się i oceniał, ale nie było to wcale mniej niepokojące. Ale nie zamierzałam mu pokazywać swojego podenerwowania.

- Wiesz co? – odezwał się oschle. Właściwie to brzmiał, jakby był pod niechętnym wrażeniem. – Jesteś zbyt bystra dla własnego dobra. James powinien wiedzieć lepiej niż umawiać się z inteligentną laską. To nie sprzyja interesom.

- Nie umawiam się z Jamesem – odparłam szybko, bo ten szczególny temat był teraz troszeczkę zbyt bolesny. Jednak, jeśli Syriusz wyczuł, że uderzył w czuły punkt, nie okazał tego. Posłał mi sardoniczne spojrzenie.

- Wiem – mruknął, wstając. Westchnął lekko i spojrzał na mnie z góry. – Gotowa?

- Em, tak. – Potrzebowałam chwili, ale wsparłam się o barierkę i moje stopy cudem podtrzymały mój ciężar. Troszeczkę rozmazał mi się wzrok, ale oprócz tego zdawało się, że wróciłam do siebie po tym napadzie hiperwentylacji. Syriusz czekał, aż zbiorę się w sobie, potem pokazał ruchem głowy w górę schodów i zaczął się wspinać. Podążyłam za nim.

Byłam pewna, że idziemy tylnymi schodami prowadzącymi z lochów do jednego z pomieszczeń przy Wielkiej Sali – tymi, które przylegały do Pokoju Wspólnego Ślizgonów – ale wylądowaliśmy w ogromnie długim korytarzu, więc to pokazuje, ile tak naprawdę wiem. Lecz Syriusz nie wyglądał na zagubionego, zatem cieszyłam się, że objął prowadzenie. Śledziłam posłusznie jego kroki, idąc u jego boku, kiedy szliśmy długim korytarzem.

Gdybym poczekała wystarczająco długo, Syriusz na pewno zainicjowałby jakąś rozmowę, nawet jeśli byłyby to tylko kpiny pod moim adresem, ale musiałam mu coś powiedzieć – chciałam – więc tym razem, to ja przerwałam milczenie.

- Dziękuję – wypaliłam, wyrzucając z siebie garstkę słów. – Gdybyś nie przyszedł w tamtej chwili, gdyby cię tam nie było… nie wiem…

- Nie przejmuj się – powiedział szybko Syriusz, wzruszając nerwowo ramionami. Patrzył przed siebie, ale nawet długie włosy nie mogły ukryć rumieńca, który rozlewał się na jego szyi. Odchrząknął niezręcznie. – Zapomnij o tym.

Co było chyba najgłupszą prośbą, jaką można sobie wyobrazić.

Na brodę Melina, czy nie sądził, że gdybym mogła, to bym tak zrobiła?

- Zapomnieć? Serio? – Spojrzałam na niego z niedowierzeniem. Gdy Syriusz kontynuował drogę, chwyciłam go za ramię, zmuszając do zatrzymania. Popatrzył na mnie bardzo niechętnie z napiętym grymasem na poczerwieniałej twarzy. Miałam to gdzieś. Nie mogłam pozwolić, żeby tak to zbył. – Nie wiem, jak często ratujesz przypadkowe dziewczyny przed nieprzyjaznymi kretynami – stwierdziłam sucho – ale to wszystko jest dla mnie dość nowe, więc będziesz musiał mi przebaczyć, jeżeli ta nowość jest jeszcze świeża.

Syriusz westchnął ciężko.

- Evans…

Uszczypnęłam go w ramię. Mocno.

- Hej

- Nie lekceważ tego! – rozkazałam, nie mogąc uwierzyć, iż gotów był zignorować całą sprawę – jak gdyby przerwał swobodną debatę! W mojej głowie odgrywały się uczucie napierającego na mnie ciała Evana oraz wstrząsy bólu, kiedy uderzyłam głową o ścianę. Próbowałam pozbyć się tych wspomnień. – Nie musiałeś przychodzić – powiedziałam, patrząc mu prosto w oczy. – Nie musiałeś, ale to zrobiłeś. I nie wiem czy to dlatego, że był tam twój brat, czy może z mojego powodu, ale tak czy inaczej, jestem wdzięczna… naprawdę wdzięczna. Nienawidzisz mnie. Mogłeś mnie tam zostawić, ale nie zrobiłeś tego. Więc dziękuję ci.

Syriusz wiercił się w miejscu. Wyglądał, jakby nie miał nic przeciwko, gdyby nagle z sufitu spadł wielki głaz i przygniótł go swoją masą. Wyrwał mi ramię i wolną ręką szarpnął za krawat, jakby go przyduszał. Jeszcze raz odchrząknął, unosząc ramiona w kolejnym wzruszeniu, po czym pewnie przypomniał sobie moją reprymendę i szybko znieruchomiał. Potrzebował parę chwil, żeby wyrzucić z siebie więcej niż kilka niezrozumiałych, przygnębionych odgłosów.

- Nie nienawidzę cię – udało mu się wydusić tonem, który był jednocześnie zduszony i zirytowany. Rozwiązał palcami krawat, ale wciąż bawił się jego końcami. – Na brodę Merlina, Evans, już to przerabialiśmy.

- Może to nie jest nienawiść – odparłam cicho – ale zdecydowanie nie jest to nic pozytywnego.

Syriusz spojrzał wymownie w sufit, tak mocno ciągnąc za krawat, że zsunął się z jego szyi i sfrunął po jego boku. Jeden koniec zamiótł posadzkę, a drugi tkwił w jego zaciśniętej pięści.

- No cóż, okłamałaś mnie – powiedział i nagle nie wiercił się, a poruszał, wbijając we mnie piorunujące spojrzenie. Od razu zmarszczyłam brwi, nie mając pojęcia, co on wygaduje. Syriusz był więcej niż szczęśliwy, żeby wyjaśnić. – Tamtego wieczoru na szlabanie powiedziałaś mi, że wycofasz się, dopóki nie naprostujesz głowy. Nawet ty przytaknęłaś, że tak będzie najlepiej. Ale następnego przeklętego wieczoru wróciłaś do wciągania Jamesa do całej sprawy…

- To niesprawiedliwe! – krzyknęłam, czując jak twarz pali mnie ze wstydu. Nie zamierzałam przerabiać tamtego wieczoru z Syriuszem. Zmusiłam się do skupienia na czym innym. Kłóciłam się, prawda? Racja. Tak, kłóciłam. – Gdy poprosiłeś mnie wtedy, żebym trzymała się z daleka od Jamesa, próbowałam. Mówiłam poważnie. Zamierzałam się wycofać do przerobienia sytuacji z Amosem. Ale ta sprawa dotyczyła dwóch osób i twój durny przyjaciel miał gdzieś moje starania! Więc wybacz, jeśli wziąłeś to jako osobistą zdradę, ale nie chciałam, żeby tak to wyszło. Tak w ogóle to nie była twoja sprawa! Nie powinnam była się zgadzać!

- Ale zgodziłaś – odparował Syriusz, obracając się i celując we mnie oskarżycielsko. – Zgodziłaś się, ponieważ wiedziałaś, że Jamesowi będzie lepiej!

- Nie, ty myślałeś, że Jamesowi było lepiej… dalej myślisz, że Jamesowi jest lepiej. – Odtrąciłam jego palec. – O to tutaj chodzi! Myślisz, że James nie powinien mieć ze mną nic wspólnego!

To była prawda – oboje o tym wiedzieliśmy – ale Syriusz wciąż mrużył oczy.

- Nie powiedziałem tego – rzekł.

- Nie musiałeś – burknęłam, splatając ramiona i gotując się ze złości. – Remus powiedział mi, dlaczego kłócisz się z Jamesem. Tamtego dnia na dziedzińcu po tym jak odszedłeś. Powiedział mi.

Twarz Syriusza pociemniała. Starałam się nie czuć zbyt wielkich wyrzutów sumienia, przypominając sobie, że chciałam go zezłościć. Tak, może nie powinnam była tego mówić – przecież były delikatniejsze sposoby, żeby wyznać te informacje i czy był ktoś, komu nie powiedziałam o prywatnej rozmowie z Remusem? – ale byłam wściekła, on kłamał i gniewne słowa opuściły moje usta nim zdołałabym je zatrzymać.

Wmawiałam sobie, że na to zasłużył, że zachowywał się chamsko, małostkowo, irracjonalnie i tak dalej, ale to też nie było do końca sprawiedliwe. Rozmowa w jakiś sposób wzrosła od szczerego podziękowania do słownej awantury i Syriusz miał trochę racji w tym, co mówił – ale ja również.

W każdym razie jego wściekłe spojrzenie zamieniło się w głośne, zgorzkniałe, niedowierzające prychnięcie.

- Cholera jasna – powiedział – czy mamy przed tobą jeszcze jakieś sekrety?

- Miałam prawo wiedzieć! – upierałam się, chociaż to mogło być bardziej dyskusyjne niż chciałam przyznać. Zignorowałam drobne wgniecenie w moim argumencie, stwierdzając, że jeśli będę wystarczająco surowa, Syriusz może nie zarzuci mi omyłki. No wiecie, może. – To dotyczy mnie, prawda? Przecież nie jest tak, że nie zrozumiem, bo dość wyraźnie określiłeś swoje zdanie, kiedy na tamtym szlabanie opowiedziałeś mi o zeszłym roku! Ale chyba nadal nie powinnam brać w tym udziału, tak?

Syriusz wykrzywił twarz w poirytowaniu.

- To jest pomiędzy mną, a Jamesem – powiedział.

Pomiędzy nim, a Jamesem? Czy on robi sobie jaja?

- Może część – przyznałam, starając się o choćby odrobinę racjonalności, choć przeważnie chciałam tupać wkoło, plując i przeklinając w oburzeniu. – Ale teraz mnie do tego wciągnąłeś i to nie fair. Myślisz, że chcę, żeby James się dla mnie zmieniał? Że nie chciałabym, aby był sobą?

- To nie chodzi o ciebie! – krzyknął Syriusz. – Chodzi o Jamesa i jego przeklętą potrzebę sprawdzenia się!

- Sprawdzenia przed kim? – spytałam wyzywająco. – Przede mną?

Syriusz machnął lekceważąco ręką, znowu prychając.

- Przed tobą, rodzicami, Dumbledorem, Carringtonami… kto to wie, kurna? – Zmrużył oczy. – Ja wiem tylko tyle, że na pewno niczego nie ułatwiasz. I sam Merlin wie, że już wcześniej udało ci się obrócić świat Jamesa do góry nogami. Nie pojmujesz – powiedział, potrząsając głową. – Nie wiesz, jak działa James, dobra? Nie wiesz, czym dla niego jesteś, co reprezentujesz.

Nie podobało mi się, jak to powiedział – co ja reprezentuję – jak gdybym była jakimś uniwersalnym symbolem, a nie funkcjonującą, czującą osobą z krwi i kości. Zrobiło mi się niedobrze.

- Co masz na myśli przez „co reprezentuję"? Co ty mówisz?

Syriusz westchnął długo, zarzucając krawat na szyję i zaciskając palce na włosach z frustracji. Odwrócił się na chwilę ode mnie, pozornie próbując wziąć się w garść, po czym obrócił się ze stalowym wzrokiem. Opuścił ręce po bokach.

- On ma… on ma do ciebie coś takiego, nie? – odezwał się w końcu, ale nie podobało mi się jak to wypowiedział. Coś. W najlepszym wypadku był to degradujący wypełniacz. – Przez przeklęte lata byłaś tym nieuchwytnym wzorem, tą jedną osobą, którą James zawsze przekładał nad nami wszystkimi i postrzegał jako coś… sam nie wiem. Lepszego, jak sądzę. Byłaś dla niego okropna, ale jakimś cudem, zawsze lepsza.

Poruszyłam się skrępowana. – To nie…

- Zeszły rok był paskudny – ciągnął Syriusz, ignorując moje wtrącenie. – Wiesz o tym, powiedziałem ci. A żeby teraz to zrekompensować, James myśli, że też musi stać się lepszy. Gdzieś po drodze wszystko pogorszyłaś. Jesteś lepsza – zadrwił oschle Syriusz – a jeśli go lubisz, to musi znaczyć, że on także jest lepszy. A jeżeli nie, to będzie starał się taki być, do diabła. Nieważne czy będzie sobą – czy jak nieszczęśliwy przez to będzie – on myśli, że musi stać się taką osobą. A z kim mógłby zrobić to lepiej – dokończył sardonicznie, wbijając we mnie znaczący wzrok – jak nie z samym wzorcem?

Nie cierpiałam tego słowa. Cholernie nienawidziłam.

Wzorzec.

Nie byłam niczyim cholernie przeklętym wzorcem.

- Więc uważasz, że tylko tym jestem? – zapytałam cicho, zaskakując nawet siebie tym, jak chłodno brzmiał mój głos. – Czyimś cholernie dobrym przykładem? I tylko to łączy mnie z Jamesem? Jakaś chora mieszanka poczucia winy i obowiązku?

Syriusz nareszcie miał na tyle przyzwoitości, by wyglądać na lekko ochrzanionego.

- Nie, nie całkiem – powiedział powoli, ale drań musiał nad tym pomyśleć! – To bardziej…

- Bo pozwól, że ci coś powiem – przerwałam mu, podchodząc bliżej, aż Syriusz i ja staliśmy nos przy nosie i patrzyłam wściekle w jego zdziwioną twarz – mylisz się. Okropnie się mylisz. Nie rozumiesz, ani trochę. I może gdybyś rzeczywiście porozmawiał na ten temat z Jamesem, wysłuchał, co próbuje ci powiedzieć zamiast być zaślepionym własną samolubną potrzebą odzyskania starego towarzysza takim, jakim był… - urwałam, prychając z obrzydzeniem. – Cóż. Może wtedy nie powodowałbyś tych wszystkich idiotycznych problemów, co?

Syriusz wpatrywał się we mnie beznamiętnie, jego wyraz twarzy przeszedł od szoku do kamiennej obojętności w ciągu paru sekund. Lecz bez względu na pustość jego miny, oczy miał rozjaśnione i kalkulujące, kiedy patrzył na mnie, niczym odłamki szarej stali szukające sobie ofiary. Jeżeli tego właśnie szukał, nie zamierzałam dawać mu okazji. Byłam zbyt wściekła. Nie zamierzałam ulegać.

No bo tak szczerze, jakie to było cholernie obraźliwe. Jak całkowicie i kompletnie bezduszne oraz ograniczone, by mieć czelność patrzeć na mnie i Jamesa, stwierdzając, że łączy nas jakieś oszukańcze poszukiwanie satysfakcji. Syriusz nie miał przeklętego prawa wygadywać takich rzeczy, ponieważ nie miał bladego pojęcia, co się dzieje pomiędzy mną, a Jamesem. Nie był nami. Nie był częścią tego związku. A jako przypatrujący się outsider miał tyle samo wiarygodności, co zwykła muszka latająca sobie po pokoju – nieważne, jakie zajmuje stanowisko w życiu Jamesa. Najwyraźniej to nic nie znaczyło, jeżeli mogła go zatruć własna głupota.

I tym to było. Głupotą. Wiedziałam już o tym wcześniej, ale stojąc teraz w tym miejscu, słuchając tych bzdur, nie miałam do niego żadnej sympatii.

Za kogo on się uważał? Szczerze. Za kogo?

Częściowo nie chciałam stać tutaj dalej, żeby to rozgryźć. Ta część mnie chciała zadać mu dobrego, mocnego kopniaka – mimo, że niedawno uratował mój tyłek – i odmaszerować w furii gniewu i zirytowania. Gdybym podążyła za tym impulsem, Syriusz naprawdę by na to zasłużył.

Ale – o dziwo – nie ta część dyktuje moimi czynami. Bo chociaż zrobienie gniewnej sceny dałoby mi ogromną satysfakcję, byłaby ona krótka. Jeżeli chciałam wydobyć cokolwiek z tej konwersacji – naprawdę coś zrobić z Syriuszem i jego cholernie szalonymi teoriami – musiałam zostać do końca i zobaczyć, jak to się rozegra. Nie mogłam być dziecinna i odejść. Nie warto.

A to – tak, zgadzam się – było szalenie postępowe i dojrzałe z mojej strony.

Nie wiem, co ostatnio wsypują do soku dyniowego, ale czyni cuda z moim usposobieniem.

- No co? – zapytałam wyzywająco, kiedy Syriusz nie wyglądał na skłonnego do odpowiedzi. Uniosłam podbródek, patrząc na niego prowokująco. Może miałam cień dojrzałości i tak dalej, ale to nie znaczyło, że zrezygnuję z okazji konfrontacji z nim. To było bardzo zadowalające. – Nie masz na to jakiejś wnikliwej psychologicznej analizy? Nareszcie ktoś wbił ci do głowy trochę cholernego rozumu?

- Jak myślisz, kto zna go lepiej? – odparł beznamiętnie Syriusz. – Ty czy ja?

- Normalnie postawiłabym na ciebie – przyznałam niechętnie – ale biorąc pod uwagę fakt, że zachowujesz się teraz całkiem idiotycznie, być może zmienię zdanie.

Nie była to odpowiednia pora, ale jakimś cudem moje słowa wydobyły z Syriusza niechętne parsknięcie śmiechu, a uśmieszek, który pojawił się na jego ustach był o wiele mniej zgorzkniały niżbym się spodziewała. Być może to ten brak zgorzkniałości i niespodziewany przebłysk rozbawienia nakłoniły mnie do następnych słów. A może poszłam za duchem, ciesząc się doświadczeniem bycia choć raz brutalnie szczerą – i brutalnie poprawną.

- Posłuchaj – powiedziałam, chwytając się odrobiny rozsądku oraz spokoju, by móc tego dokonać. Westchnęłam cicho. – Zwykle nie wypominam ludziom ich durnoty, dobra? Nie miałam do tego prawa, skoro zazwyczaj sama gadam bzdury. Ale tym razem wypominam tobie, a jeśli jesteś jakimś przyjacielem Jamesa i jakimś logicznym człowiekiem, wysłuchasz mnie.

Nie trzeba było długo czekać, żeby uśmieszek Syriusza zamienił się w markotną minę.

- Wiesz, Evans…

- Cisza – poleciłam, unosząc palec. – Dosyć powiedziałeś. Teraz moja kolej. Poćwiczymy twoje umiejętności słuchania. Może zdołasz je wykorzystać w przyszłych rozmowach, które będziesz prowadził lub nie, co?

Nie wiedziałam skąd się brał ten zdrowy rozsądek, ale zdawał się załatwiać sprawę w zasłużeniu sobie… cóż, jeśli nie na szacunek Syriusza, to przynajmniej niechętne milczenie i zastosowanie się do moich próśb (eee, wymuszonych próśb) o jego uwagę. Przypuszczam, że ktoś tak zwykle prostacki i szczery do bólu, jak Syriusz potrafił rozpoznać podobną taktykę i ostrożnie ją zaakceptować.

Co do mnie, to podobało mi się bycie tą apodyktyczną. Może mam w sobie cechy dominujące czy coś.

- Opowiem ci coś o mojej rozmowie z Remusem i jakie spustoszenie mam ostatnio w głowie przez twoją małą teorię – zaczęłam, przebijając Syriusza surowym spojrzeniem. – Nie jesteś idiotą za takie myślenie o Jamesie – przyznałam niechętnie. – Kiedy Remus mi powiedział… cóż, ja też zaczęłam się zastanawiać. Wiem, że James nie jest taki, jak kiedyś i wiem, że taki podoba mi się bardziej. Nie jestem tak zawzięta, by twierdzić inaczej. Ale jesteś idiotą – dodałam, opierając ręce na biodrach – za ciągłe myślenie tak samo po zastanowieniu się nad Jamesem przez więcej niż pół sekundy. A jak na kogoś, kto jest uważany za jego autorytet, uważam, że to dość żałosne, iż połapałam się szybciej od ciebie.

Syriusz najeżył się na moje przytyki. – To nie…

- Ach! Słuchamy, pamiętasz? – Potrzeba było chwilki – i dość podminowanej miny – ale Syriusz po raz kolejny się przymknął. Kiwnęłam głową z satysfakcją. – Dobrze. Cieszę się, że to załatwiliśmy. Ponieważ, uwierz albo nie, nie chcę, by James udawał dla mnie kogoś innego… o czym mu powiedziałam, kiedy rozmawialiśmy o tym zeszłego wieczoru.

Syriusz otworzył szerzej oczy.

- Ty… ty z nim o tym mówiłaś? – wydukał oszołomiony.

Ha. Zbiłam go z tropu, co?

Serio, powinnam mieć bicz albo coś.

Przytaknęłam z wielką satysfakcją.

- Tak, mówiłam. Widzisz, istnieją takie malutkie rzeczy, jak szczerość i komunikacja. James i ja je testujemy, sprawdzamy, co z nich wyjdzie. – Namyśliłam się chwilę, po czym zapytałam: - Obraziłbyś się, gdybyśmy my je przetestowali? Najlepiej bez obrażania się, co drugi komentarz?

Syriusz roześmiał się bez cienia wesołości. – Ja? To ty jesteś…

Uniosłam rękę.

- Nie wiem, co zamierzałeś powiedzieć, ale brzmiało na obelgę.

Syriusz zacisnął usta, zastępując początkowy docinek fuknięciem zirytowania. Wpatrywał się we mnie, nie wyglądając na zbytnio zadowolonego moją prośbą, ale nie odrzucił mi jej w twarz, co wzięłam za dobry znak. Po kilkunastu napiętych sekundach ciszy, Syriusz ruszył się. Wydał długie, sfrustrowane westchnięcie i mruknął:

- Chyba muszę do tego usiąść.

Gdy przeszedł obok mnie i usadowił pod ścianą korytarza, mój żołądek podskoczył. Zamierzał pozwolić mi mówić. Nie wiem dlaczego, ale nie spodziewałam się tego. Myślałam, że on może odejść, mając dosyć słuchania mojego głosu. Dopiero co pozwolił mi się wygadać, ale z drugiej strony nie dałam mu zbyt wielkiego wyboru. Ale nie chciałam wymuszać tej rozmowy, bo to prawdopodobnie doprowadziłoby mnie donikąd. Musieliśmy zrobić to spokojnie i racjonalnie – wiem, to nie były moje mocne cechy, ale potrafiłam je dość dobrze udać, kiedy trzeba było. A myślę, że teraz nadeszła taka pora.

Kiedy Syriusz usiadł, poszłam w jego ślady i zajęłam miejsce obok niego na podłodze.

- Mogę zacząć pierwsza? – zapytałam.

Po chwili Syriusz przytaknął.

W porządku.

Zaczynamy.

- Wiem, że martwisz się o Jamesa – zaczęłam powoli, przypatrując się moim niespokojnym dłoniom zamiast patrzeć na Syriusza, bo tak było łatwiej. – Wiem, że się martwisz i wiem, że to musi wyglądać tak, jakbym sobie przyszła i paplała na temat spraw, o których nie mam zielonego pojęcia, ponieważ nie byłam przy tym przez ostatnie sześć lat. I może na pewne sposoby masz w tym rację… ale w innych jej nie masz.

Odwróciłam głowę, postanawiając, że słusznie byłoby przynajmniej na niego patrzeć, kiedy mówię to wszystko, bez względu jak bardzo mi się to nie podobało… i prawie się uśmiechnęłam, widząc, że Syriusz wpatruje się pusto w ścianę przed nami. A więc nie tylko ja byłam niespokojna. Poniekąd było to pocieszające. Jednakże musiał wyczuć na sobie mój wzrok, bo odwrócił głowę, żeby na mnie spojrzeć. Jego wzrok był zdecydowanie mniej krytyczny niżbym się spodziewała. Może dlatego łatwiej mi było kontynuować.

- Ty i ja zdajemy się sądzić, że oczekujemy od Jamesa dwóch całkiem innych osób – podjęłam cicho, wzruszając ramionami – i może tak jest, na pewien sposób. Nie wiem, co myślisz o mnie albo o Jamesie, ale sądzę, że chcesz odzyskać przyjaciela i nie zdałeś sobie sprawy, że już go masz. Jest po prostu… inny niż wcześniej. To się nie zmieni ze mną czy beze mnie. Jak mógłby nie być inny? Powinieneś o tym wiedzieć lepiej ode mnie.

- To nie takie proste – odparł Syriusz i to zdanie było tak znajome – właściwie jedno z moich ulubionych – że znowu poczułam impuls, by się uśmiechnąć. Nie zrobiłam tego, ale chciałam. Syriusz zdecydowanie nie miał wesołej miny. – Istnieje pewien punkt, gdzie zmiana jest tak ogromna, że nie może być przypadkiem. James nie może być szczęśliwy w takim stanie.

- Naprawdę w to wierzysz? Że nie jest szczęśliwy?

Syriusz przeniósł wzrok na ścianę.

- Widziałem szczęśliwego Jamesa i nie wyglądał tak, jak teraz.

Zabolało, ale nie pozwoliłam zbić się z tropu. To nie miało być bezpośrednie uderzenie we mnie, nawet jeśli wydawało się osobiste. Później mogę wylizać sobie rany. Jeżeli uważałam, że się myli, musiałam to udowodnić.

- Wiesz, jest różnica pomiędzy szczęściem a beztroską – powiedziałam, nerwowo nakręcając sobie na palec kosmyk włosów. Syriusz zwrócił oczy z powrotem na mnie, marszcząc brwi. Wzruszyłam ramionami. – James był kiedyś beztroski… zapewne do punktu nieostrożności i przypuszczam, że jest w tym jakieś oczywiste szczęście. Ale to nie to samo. Jedno nie powoduje drugiego. A po tym wszystkim, co przeszedł nie sądzę, że James znowu będzie taki beztroski. Nie będzie taki sam. Nawet ty musisz to dostrzegać.

- Nie oczekuję, że będzie taki sam

- Nie?

- Obraza – oskarżył mnie Syriusz, ale potrząsnęłam głową.

- To nie była obraza, tylko normalne pytanie. – Być może z odrobiną ukrytej zniewagi, więc muszę uważać.

Syriusz burknął, ale nie kłócił się. W roztargnieniu zaczął szarpać za nitkę w spodniach.

- Nie oczekuję, że będzie taki sam – powtórzył, choć tym razem z mniejszą pasją. – To nie… są pewne rzeczy, których nie rozumiesz… rzeczy, których James po prostu by nie zrobił, a robi. I wybacz, Evans, ale uważam, że przez ciebie.

- Możliwe – powiedziałam, choć oczywiście to była góra nonsensu. Jednak musiałam mu przytaknąć albo wycierpieć następne twierdzenie o zniewadze. – Albo, no wiesz, sam mógłby tak postanowić.

- Nie.

- Dlaczego? Bo wcześniej by tego nie zrobił? Syriuszu, wiesz jakie to zacofane? Porównujesz go do osoby, którą był dwa lata temu. Świat się zmienia. Ludzie się zmieniają.

- Nienawidzę tego słowa – jęknął Syriusz, opierając głowę o ścianę. – Każdy używa tej wymówki.

Roześmiałam się, a ten dziwny dźwięk odbił się echem w dość cichym korytarzu. Syriusz przechylił głowę w moją stronę z uniesionymi brwiami, ale nie wiedziałam, jak wytłumaczyć, że najwyraźniej mieliśmy ze sobą więcej wspólnego niż chcieliśmy przyznać.

- Uwierz albo nie – wyjaśniłam z lekkim uśmiechem – zwykle mam takie same odczucia. Ale tym razem obawiam się, że zrobiłam wyjątek.

- Tylko dlatego, że działa na twoją korzyść – prychnął Syriusz.

- Obraza – powiedziałam.

- Nie bezpośrednia – odparł. – To prawda.

- Niby czemu?

Syriusz poruszył się, odchylając nieznacznie od ściany i opierając łokcie na zgiętych kolanach.

- Teraz bardzo fajnie jest tutaj siedzieć i rozsiewać swoje mądrości, Evans, ale to byłaby całkiem inna sytuacja, gdyby nasze role zostały odwrócone. Gdyby James znowu zaczął zachowywać się, jak on…

- To co ty uważasz za jego normalne zachowanie – poprawiłam.

Syriusz wywrócił oczami. – Jasne. Dobra. Gdyby James znowu zaczął się zachowywać, według mnie, jak on, mogę się założyć, że byłabyś cholernie wpieniona. Wściekałabyś się na niego, że nie jest tym, kim powinien być i zastanawiała czemu wyprawia takie rzeczy, do diabła. Wpadłabyś w szał, patrząc jak zmienia tak swoją skórę… właśnie tak ja się czuję – oświadczył, posyłając mi znaczące spojrzenie. – Łatwo jest siedzieć tutaj w zadowoleniu, kiedy jesteś po zwycięskiej stronie. Masz Jamesa takiego, jakiego pragniesz. Gdyby było inaczej, zachowywałabyś się tak, jak ja.

Klasyczny przykład zamiany miejsc i w większości przypadków słuchanie tego spowodowałoby, że skuliłabym się skruszona i przemyślała wszystkie osądy, które kierowałam wobec Syriusza. Miał rację. Argumentowałam za zwycięską stroną i Merlin wiedział, że to zawsze było prostsze. Lecz w jego logice było wgniecenie, którego nie zdołałabym odkryć, gdyby nie wszystkie wczorajsze zdarzenia. Pomimo ogromnego chaosu chyba zawsze będę wdzięczna za wczorajszy dzień.

- Masz rację i jej nie masz – powiedziałam, zaskakując samą siebie własnym rozsądkiem. – I wiem, iż sądzisz, że byłeś znacząco hipotetyczny, ale naprawdę rozumiem. Wszak wczoraj to wszystko miało miejsca, prawda?

Syriusz uderzył ręką o kolano, a na jego ustach pojawił się nagły, zwycięski uśmiech.

- Właśnie! – zawołał z zadowoleniem. – James dał Diggory'emu to, na co zasłużył, a ty wpadłaś w cholerny szał! Widzisz? O tym właśnie mówię. Byłaś gotowa go zamordować, bo nie zatańczył według twojej melodii. To wszystko to samo!

- Tyle, że nie – zaprzeczyłam, piorunując Syriusza wzrokiem, przekazując iż nie ucieszył mnie jego wybór słownictwa, który śmierdział obelgami. – Czy go zamordowałam? Czy cokolwiek mu zrobiłam? Na brodę Merlina, zbeształam tego idiotę i sprawiłam, że wisiał do góry nogami przez jakieś czterdzieści pięć sekund. I tyle! Zachował się jak twój ulubiony tuman, a ostatecznie mu na to pozwoliłam – pomimo faktu, iż uważałam, że to był najbardziej absurdalny i niemądry czyn na świecie! Ja odpuściłam, ty nie!

Syriusz prychnął i zbył mnie machnięciem ręki.

- Prawdopodobnie odpuściłaś tylko dlatego, że James płaszczył się i obiecał, że wróci do bycia twoim doskonałym pupilkiem.

Okej. Myślałam, że nie będziemy się obrażać?

- Po pierwsze – rzekłam, przyszpilając go wściekłym spojrzeniem – przestań być taki wredny. Ja ciebie nie obrażam, ty masz nie obrażać mnie, pamiętasz? A po drugie… robisz mnie w konia z tymi bzdurami „doskonałego pupilka", prawda? James jest równie posłuszny, co niewytresowany szczeniak. Robi co chce, kiedy chce i choć od czasu do czasu rozważy chwilę moją opinię, nie mam żadnego wpływu… no najwyraźniej. James przeprosił wczoraj, że mnie zdenerwował, nie dlatego, że żałował tego, co zrobił!

- A tobie to pasuje? – odparował Syriusz. – Nie wściekasz się o to?

- Początkowo wściekałam – przyznałam bezwstydnie. – Uważałam, że to głupie i okrutne, i tak, coś co zrobiłby na piątym roku, a ja bym go znienawidziła. Ale tak czułam na początku. Nie dlatego byłam na niego taka zła. – Nie chciałam znowu tego wałkować, ale wiedziałam, że trzeba. Krzywiąc się lekko, zmusiłam się do ciągnięcia. – Kilka razy mówiłam mu, żeby się do tego nie mieszał, a on i tak skonfrontował się z Amosem potem skłamał na temat tego, co wyrabiał. Nadużył mojego zaufania i to mi nie pasowało. Fakt, że zrobił coś, czego nie aprobowałam nie był prawdziwym problemem. Widzisz różnicę?

Jeżeli widział, nie był jeszcze gotów się poddać. Zamiast tego kontynuował przesłuchanie.

- Więc gdyby James przestał zachowywać się, jak taki zasadniczy kretyn i znowu zaczął rozsiewać terror w zamku, nie przeszkadzałoby ci to? – zapytał.

- Pytasz czy bym to poparła? – spytałam, unosząc brew. – Bo jeśli tak, odpowiedź brzmi nie. Nadal sądzę, że większość tego, co uważacie za okropnie zabawne jest głupie, absurdalne i całkowicie niedojrzałe. – Bo takie było, ale jeśli sądziłam, że się ze mną zgodzi, to chyba zwariowałam. – Ale samo to, że uważam to za głupie – ciągnęłam – nie znaczy, że rzuciłabym Jamesa, gdyby wasza banda postanowiła pomalować na jaskrawo Wielką Salę, porwać panią Norris albo urządzić imprezę na korytarzu Zaklęć. Dopóki nikogo nie krzywdzicie i James nie okłamuje mnie w tych sprawach, mam to w nosie. Zaakceptowałam, że z Jamesem przychodzą jego idiotyczne odruchy. Umowa wiązana. Nie mogę tego rozdzielić i nie próbuję.

Syriusz przyglądał mi się podejrzliwie, lustrując moją twarz zwężonymi oczami i wyglądając, jakby próbował postanowić jak wielka część mojego przemówienia to kompletne brednie, a w co może naprawdę uwierzyć. Był przeklęcie powątpiewającym kretynem, ale przypuszczam, iż nie miał powodu, by mi ufać. Mimo wszystko jestem patologicznym kłamcą i jestem znana ze skłonności do przesady. Ale tym razem byłam szczera. Gdy widziałam, że Syriusz nie jest gotów tego zaakceptować, postanowiłam, że nadszedł czas na pomoc wizualną.

- Popatrz – powiedziałam, wyciągając z kieszeni różdżkę. Syriusz od razu się odsunął. Przewróciłam oczami – jak gdybym miała ją wyciągnąć i przekląć go w połowie rozmowy. Na serio – i przeciągnęłam ją w powietrzu, tworząc długą, jasnofioletową linię na posadzce pod naszymi stopami.

- To – powiedziałam, tworząc jedną kreskę daleko po lewej stronie linii – twój preferowany James. A to – zrobiłam drugą kreskę daleko po prawej – jest mój. Po przeciwnych stronach linii. Całkowity podział. Jednakże to – narysowałam ostateczną kreskę pośrodku tamtych dwóch – jest miejsce, w którym znajduje się James. Dokładnie pośrodku.

Syriusz zrobił minę, wyciągając własną różdżkę i tworząc nową kreskę troszeczkę na prawo od środkowej.

- To – poprawił oschle – jest bardziej aktualny James.

Och, na brodę Merlina. Szczegóły, szczegóły.

- Dobra – powiedziałam, wywracając oczami. – To aktualny James. Rzecz w tym, że nadal jest pośrodku. Nie na mojej, nie na twojej stronie, ale na własnym, bardzo irytującym, środkowym stanowisku. Nie wiem, jak ty, ale ja myślę, że wciąż mamy tutaj dość dobry układ.

Syriusz wygiął usta w uśmieszku, wpatrując się w linię.

- No pewnie. Jest bardziej po twojej stronie.

Serio. Jakbym sprzeczała się z czterolatkiem.

- Dobra, dobra! – zaśmiał się Syriusz, uśmiechając się szerzej na widok mojego najbardziej nieprzyjemnego spojrzenia, kiedy obróciłam różdżką w kierunku jego nosa. Odepchnął moją różdżkę, pozbywając się uśmieszków i chichotów, przenosząc wzrok z powrotem na linię. Przyglądał jej się kilkanaście sekund. – To chyba nie taki okropny układ – postanowił w końcu, spoglądając na mnie kątem oka. – Może.

- I może – zaproponowałam, stwierdzając, że mogę się trochę ugiąć, skoro on zdawał się robić to samo – James musi przesunąć się trochę w lewo. Wiesz, bardziej na środek. Lepszy układ.

- Lepszy układ dla mnie? – zapytał Syriusz.

- Lepszy układ dla niego – odpowiedziałam.

Syriusz zastanowił się chwilę, po czym przytaknął.

- Więc porozmawiasz z nim? – Odważyłam się spytać.

Wzdychając, Syriusz wzruszył nerwowo ramionami.

- Pomyślę – powiedział. Potem posłał mi dziwnie wdzięczne spojrzenie z ukosa. – Dobrze walczysz, Evans, wiesz o tym? Myślałaś kiedyś, żeby zostać lobbystą w Ministerstwie?

- Zapamiętam sobie – mruknęłam, ale nic nie mogłam poradzić na rumieniec dumy, który rozlał się na moich policzkach. Może to nie było idealne wyjście, może nie wszystko zostanie naprawione, ale myślę, że zrobiłam niewielką różnicę. Wiecie, nawet jeśli najmniejszą.

Może dzisiejszy dzień nie zakończy się tak paskudnie.

Siedzieliśmy w ciszy przez parę minut, a na posadzce przed nami błyszczała jasnofioletowa Linia Jamesa. Czekałam, aż Syriusz jak zwykle coś powie, ale zdawał się zbyt zatracony we własnych myślach, by zrobić ruch. Nie mogłam go winić. Jestem pewna, że nie wybierał się dzisiaj do kuchni z myślą, że wpadnie na awanturę z udziałem swojego brata, uratuje straszną przyjaciółkę-z-potencjałem swojego najlepszego kumpla, wpadnie w małą słowną awanturę ze wspomnianą wyżej straszną przyjaciółką-z-potencjałem, by potem zmienić tę awanturę w rozmowę od serca, a wynik tej konwersacji wciąż wisi w powietrzu.

Biorąc wszystko pod uwagę, idę o zakład, że w tej chwili kanapka wyglądała cholernie atrakcyjnie.

Ale nie porzucił mnie – ani dla kanapki, ani dla niczego innego – co, muszę powiedzieć, jest całkiem imponujące.

To również było dziwne. Bo rzecz w tym, że spędziłam tyle czasu na byciu poirytowaną Syriuszem, patrząc na niego z góry za bycie takim upartym młotkiem z większą ilością tłumionego gniewu niż rozumu w tej nazbyt oporządzonej głowie, iż nigdy nie myślałam o nim, jak o kimś poza byciem częścią towarzyszącego bagażu Jamesa. Pomimo naszych rozległych różnic, doceniałam fakt, iż Syriusz nie bał się szczerości. I sam Merlin wiedział, że ten idiota był lojalny – prawie do przesady. A chociaż wiem, że sama jestem obładowana całą litanią fizycznych/emocjonalnych/psychologicznych/duchowych/itd. problemów, wierzę, że od czasu do czasu posiadam przyjemną cechę charakteru.

Czy byłoby możliwe… to znaczy wiem, że mieliśmy problemy i w ogóle, ale…

- Jestem głodny – oświadczył nagle Syriusz, skutecznie wyrywając mnie z myśli. Odwróciłam głowę, patrząc jak masuje się po brzuchu, wpatrując się w niego smutno. – Potrzebuję dużej miski czegoś – postanowił, brzmiąc na zadowolonego tą perspektywą. – Nie wiem jeszcze czego, tylko tyle, że musi być ogromna. I pyszna. – Podniósł się z podłogi, otrzepując sobie spodnie. – Chodźmy. Myślę…

- Czekaj!

Okrzyk wydarł mi się z gardła nim zdążyłabym się zastanowić. Syriusz zatrzymał się, odwracając się i spoglądając na mnie z konsternacją.

- Czekaj, co? – zapytał.

Tak, czekaj, co? Bardzo chciałam zamknąć sobie te głupie, niekontrolowane usta, przeklinając absurdalne, porywcze odruchy mojego ciała. Syriusz przyglądał mi się w milczeniu, wyginając pytająco brew, kiedy poderwałam się na nogi, stojąc durnie w miejscu, sama nie wiedząc, co dalej. Moje usta także nie chciały jeszcze poinformować mnie o swoim planie.

Jednakże szybko poznałam ich zamiary.

- Tak sobie myślałam. – Usłyszałam własne słowa, które właściwie nie brzmiały tak źle. Myślenie było dobre, prawda?

- O tak? – odparł oschle Syriusz, kiedy moje usta nie były gotowe na dalszą rozmowę. – Jak ci idzie?

- Świetnie. Genialnie. – To także brzmiało całkiem dobrze, biorąc wszystko pod uwagę. Ale ja – a raczej moje usta – jeszcze nie skończyłam. – Właściwie myślałam o tobie. I o mnie. Tobie i mnie.

- Oj, Evans – powiedział Syriusz, a na jego twarzy pojawił się wszechobecny uśmieszek. – Wiem, że jestem diabelnie atrakcyjny i w ogóle, ale nie sądzę…

- Myślę, że powinniśmy zostać przyjaciółmi.

Um.

Eee.

Ja… tak?

Jedna dociekliwa brew Syriusza wystrzeliła prosto do linii włosów, by dołączyć do koleżanki.

Racja.

Chyba tak.

- Myślisz, że powinniśmy co? – zapytał niedowierzająco Syriusz, jego wstrząs był pokryty być może zbyt wielką liczbą aluzji obrzydzenia do mojego gustu. Bo, wiecie, obrzydzenie nie jest najlepszą reakcją, na którą się liczy w takiej sytuacji.

- No nie bądź taki podekscytowany – mruknęłam ironicznie, krzyżując ramiona na piersiach. – Serio, bo zakręci ci się w głowie.

- Chcesz, żebyśmy zostali przyjaciółmi? – powtórzył, jak gdybym się nie odezwała. – Mówisz poważnie?

Wiecie, jestem pewna, że to poczyni cuda na moim kompleksie niższości.

- Dlaczego nie? – odparowałam, unosząc leciutko brodę. – Wierz albo nie, jestem w połowie przyzwoitą przyjaciółką! A kiedy nie próbujemy rozedrzeć się na strzępy obelgami, chyba nie jesteśmy tacy źli. Sam mówiłeś, że przed tym rokiem nie miałeś ze mną żadnych problemów, racja? A kiedy, miejmy nadzieję, przekonałam cię, że nie jestem toksyczna dla Jamesa, to wszystko załatwia, prawda?

Syriusz przyjrzał mi się ostrożnie, przedrzeźniając moją pozycję, jak splótł własne ramiona i upierał się przy swoim.

- Jeszcze nie zadecydowałem czy uważam cię za toksyczną dla Jamesa – powiedział. – Wciąż się zastanawiam.

Och, do jasnej cholery, co za uparty idiota.

- W porządku – powiedziałam, unosząc ręce w porażce. – Wciąż się zastanawiasz. Zastanawiaj się, ile chcesz. Ale jaki byłby na to lepszy sposób niż poznanie mnie, hm? A to robią nowi przyjaciele! Poznają się nawzajem!

- Więc będę miał okazję zobaczyć twoje szalone wewnętrzne działania i wydać stosowną krytykę – dumał Syriusz, stukając palcem o brodę. Zmrużył oczy. – A co ty będziesz z tego miała?

Co będę z tego miała?

Och, to na pewno będzie kwitnąca przyjaźń.

Ale chyba szanowałam to pytanie o motyw, jeśli nie bezduszny wybór słownictwa. To była uzasadniona obawa. Co będę z tego miała? Dlaczego w ogóle próbowałam wykuć z tej wyraźnie niechętnej relacji coś bardziej produktywnego? Mogło to wyglądać na okropnie głupie oszustwo, ale faktycznie miałam swoje powody. A jeżeli ktokolwiek miał prawo o nich usłyszeć, to Syriusz, druga połowa tego zaproponowanego szaleństwa.

Przygryzłam dolną wargę.

- Chcesz prawdę? – zapytałam.

- Byłoby miło – odparł Syriusz.

- Okej. – Przytaknęłam, wypuszczając krótki oddech i próbując przesortować w głowie powody zanim wszystkie je wypaplam. – Prawda jest taka, że… cóż, ja też nigdy cię nie nienawidziłam – powiedziałam, wzruszając nieznacznie ramionami. – Bardzo to testowałeś przez te ostatnie tygodnie, ale mimo każdego twojego durnego czynu, twoje serce znajdowało się we właściwym miejscu. Jesteś lojalny. Zależy ci. Pomimo, że to boli, szanuję fakt, iż nie nabierasz się na każdy nonsens. Wytykasz ludziom ich durne pomysły… być może z odrobinę mniejszym taktem niż to konieczne, ale robisz, co musisz. Podoba mi się to. I…

- I? – podsunął.

- I nie jestem idiotką – dokończyłam, czując rumieniec na twarzy. – Mam mnóstwo cech, ale nawet ja nie jestem na tyle durna, by myśleć, że cokolwiek zaistniałoby pomiędzy mną, a Jamesem, gdybyś chociaż troszkę nie akceptował tego… mnie.

To przykuło uwagę Syriusza. Jego twarz leciutko złagodniała.

- Evans, to…

- To tylko wybój – parłam dalej, ignorując go i robiąc mały krok w jego stronę. – Na waszej długiej drodze z Jamesem, to tylko nieistotny wybój, o którym pewnie nie będziecie pamiętać za pięćdziesiąt lat. Rozwiążecie to – miejmy nadzieję, że prędzej czy później – i wiem, że może w to nie wierzysz, ale ja się tym cieszę.

- Z tobą nic nigdy nie jest nieistotne – powiedział Syriusz, wzdychając. – Nie dla niego.

To nie była pora, ale poczułam jeszcze gorętszy rumieniec na policzkach. Jednakże odepchnęłam wstyd na bok, zdeterminowana mówić dalej.

- Może – rzekłam, starając się, żeby mój głos nie brzmiał nazbyt nerwowo. – To… cóż, to możliwe, ale nie jest… nie… - urwałam, próbując odnaleźć właściwe słowa, by wyjaśnić swoją rację, ale niespodziewanie zbyt przemęczona, żeby zrobić to dobrze. Kiedy słowa nareszcie nadeszły, nie gwarantuję, że były właściwe, ale zdecydowanie… cóż, bardzo moje. – Jest tak – wypaliłam, zaskakując Syriusza nagłym wybuchem. Przyjrzał mi się ostrożnie. Ciągnęłam dalej. – Powiedzmy… powiedzmy, że my dwoje zwisamy z innych klifów, tak? Zaciskamy palce na śliskich skałach, wymachujemy nogami, wrzeszczymy i tak dalej, wyobraź sobie dramatyczną sytuację. Jeśli oboje tam wisimy i James jest jedyną osobą, która może pomóc… ciebie uratuje pierwszego. Więc jeżeli dla ciebie to wszystko jest takie samo, wolałabym nie zmuszać go do wyboru. W porządku?

To było głupie, okropnie głupie.

Klify? Palce na śliskich skałach? Wymachujące nogi? Serio?

Ale jeśli naprawdę mamy zostać przyjaciółmi, Syriusz miał prawo dowiedzieć się, jaka jestem zbzikowana. A sądzę, że to było całkiem porządne wprowadzenie.

I wiecie co?

Uważam, że ta przyjaźń ma większe szanse niż się spodziewałam, ponieważ o czymś zapomniałam, kiedy byłam taka zajęta lamentowaniem nad własną utratą zdrowego rozsądku i okazywaniem takiej skazy Syriuszowi.

O fakcie, że ten Syriusz Black… ta. Sam jest przeklęcie szalony.

Albo musi być szalony, że wysłuchał mojego hipotecznego zwisania z klifu, wpatrywał się we mnie zamyślony przez parę sekund, po czym zapytał z całkowitą powagą:

- Cóż, jak daleko znajdują się od siebie te klify?

Ta.

Wiem.

To przypominało natychmiastowy wybuch pokrewnego szaleństwa.

- Eee – powiedziałam, drapiąc się po głowie. – Chyba nie rozumiesz sensu mojej wypowiedzi.

- A co z jego różdżką? – zapytał Syriusz, zaczynając się szczerzyć. – Czy ma różdżkę? Jak już przy tym jesteśmy, gdzie są nasze różdżki? Dlaczego wisimy tam, jak nieudacznicy? Mówimy o cholernym klifie. Muszą być jakieś punkty podparcia czy coś.

Wpadł w długą, serdeczną salwę chichotów, najwyraźniej niezmiernie bawiła go moja dość poważna analogia. Ale jeśli Syriusz zrozumiał, o co mi chodziło, nie pokazywał tego. Śmiał się do siebie, potrząsając głową, jakby nie mógł uwierzyć, jaka okazałam się przyjemna.

- Jesteś zabawna – powiedział, potrząsając do mnie palcem. – Masz pewne poczucie humoru. Podoba mi się. Chciałbym wykorzystać je do złych uczynków, ale raczej byś mi nie pozwoliła.

- E, nie – powiedziałam, nie wiedząc, co innego powiedzieć. – Nie pozwoliłabym.

Syriusz westchnął dramatycznie, kręcąc głową w rozczarowaniu.

- Szkoda – rzekł, odwracając się i idąc przed siebie. – Miałabyś przed sobą świetlaną przyszłość.

Chwileczkę, gdzie on się wybiera?

- Hej, zaczekaj! – Pośpieszyłam za nim, dość szybko zrównując się z nim krokiem, pomijając fakt, że jego kroki były dwa razy dłuższe od moich. Podniosłam wzrok, patrząc spod byka na jego rozbawiony uśmiech. – To wszystko? „Miałabyś przed sobą świetlaną przyszłość"? Co to ma znaczyć, do diabła? A jeśli tak bardzo doceniasz moje poczucie humoru, dlaczego nie możemy się przyjaźnić?

- Nie powiedziałem, że nie możemy się przyjaźnić.

- A więc możemy?

- Tego też nie powiedziałem.

Serio, kto ma cholerny czas na takie głupoty?

Zablokowałam mu drogę, zmuszając do zatrzymania albo zaryzykowania zderzenia się ze mną i zrobił po trochę z obu. Gdy spojrzał na mnie pytająco, wbiłam w niego surowe spojrzenie.

- Poproszę prostą odpowiedź – powiedziałam, kładąc ręce na biodrach. – Jesteśmy przyjaciółmi czy nie?

- Dam ci prostą odpowiedź – odparł Syriusz, zamieniając pytające spojrzenie w bardziej krytyczne. – Ale najpierw mam jeszcze jedną rzecz, którą chce z tobą rozwiązać.

Mając szczerą nadzieję, iż nie zgadzam się na nic zbyt trwale szkodliwego, skinęłam głową.

- Co – zaczął beznamiętnie – tak w ogóle wyrabiasz z Jamesem, do przeklętej cholery?

Uch.

Em.

…co?

- Co ja wyrabiam? – powtórzyłam powoli, ściągając brwi.

- Tak – powiedział Syriusz i pomachał do mnie ręką. – Ty. James. Co to ma być?

Czułam, jak znowu oblewam się rumieńcem, który rozgrzał moje policzki.

- O co ci chodzi, co to ma być? My… no wiesz.

- Nie – odpowiedział pusto Syriusz – właściwie to nie wiem. Słyszałem jakieś brednie o chłopakach z potencjałem. Co to, kurna, jest? Brzmi jak jakaś medyczna dolegliwość.

- Po pierwsze, to przyjaciele z potencjałem – poprawiłam, obruszając się jego szarganiem mojego bardzo ważnego żargonu związkowego. – A po drugie to żaden medyczny termin. To zdrowiuteńki etap pomiędzy! To…

- …brednie – dokończył Syriusz, nie dając mi wytłumaczyć. – Skończone brednie, Evans, i dobrze o tym wiesz.

To… tak jakby…

Hmph!

Co za czelność!

- Nic o tym nie wiesz! – zawołałam, ale nie brzmiało to tak przekonująco, jak powinno. Syriusz miał czelność parsknąć, jakbym palnęła zdumiewająco komiczny żart, chociaż komiczny będzie jego wyraz twarzy, kiedy zadam mu szybki cios w żołądek.

- Słuchaj, powiedziałaś, że szanujesz fakt, iż wytykam ludziom brednie, tak? No to proszę bardzo – rzekł Syriusz, rozkładając ramiona, dając mi doskonałą szansę na cios znienacka, jeśli się na niego zdecyduję. – Nie jestem na tyle głupi, żeby drugi raz oskarżać cię o gierki, bo sam Merlin wie, że tamto tak dobrze wypadło ostatnim razem, ale jeśli tego nie robisz… to co robisz, Evans? Masz w ogóle pojęcie?

Naprawdę zaczęłam brać pod uwagę ten cios.

Czy miałam pojęcie? Czy miałam pojęcie?

On tak na serio? Czy poważnie mnie o to pytał? Ten gnojek. Ten głupiec. Cholernie oczywiście, że ja… ja…

Och, do przeklętego, piekielnego diabła.

Kogo ja oszukiwałam? Oczywiście, że nie miałam pojęcia. Nigdy nie miałam. Nigdy nie chciałam mieć pojęcia, gdyby okazało się to dość poważne, co mogłoby zmusić mnie do podjęcia paru istotnych zmian i niech Merlin nam dopomoże, jeśli do tego dojdzie. Syriusz miał rację. Ogromną rację.

Ale nie chciałam tego przyznawać, szczególnie jemu.

Walka szybko mnie opuściła, kiedy zdałam sobie sprawę, że nie miałam argumentów. Mogłabym sprzeczać się, używając durnych, okrężnych wymówek, ale nie było sensu. Mój opór osłabł, opuściłam ramiona i postanowiłam, że lepiej spędzić czas na wpatrywaniu się w palce, które gniotły nerwowo rąbek koszulki niż patrzeniu na Syriusza.

- To nie są gierki – mruknęłam, przynajmniej będąc w stanie się obronić. – Nigdy nie były gierkami. Ja tylko… mówiłam ci. Zmiana mnie stresuje. Dlatego staram się… powoli w to wejść. Wiesz, brodzenie w płytkiej wodzie. Powolne.

- Tyle że James nie chce brodzić – odparł beznamiętnie Syriusz. – Chce wskoczyć. Na główkę. Szybko.

Cóż, czyż to nie podsumowało mojej sytuacji w ładnej kokardce?

- Wiem o tym – odparłam ostro, słowa zabrzmiały kąśliwej niż chciałam. Głowa zaczęła mi pękać. Podniosłam rękę do skroni, pocierając lekko. – Myślisz, że nie wiem?

- To dlaczego nie wskoczysz razem z nim? – zapytał Syriusz, jakby to było takie łatwe. Gdy spiorunowałam go spojrzeniem, które o tym mówiło, zmarszczył czoło. – Co? Masz jakieś opory przed zobowiązaniem czy coś? Czy to nie jest zwykle kłopot facetów?

- To nie są opory przed zobowiązaniem! – krzyknęłam, marszcząc nos w zdegustowaniu. Pah. Miałam wiele cech, ale nie miałam przeklętej fobii przed zobowiązaniem. To znaczy… cóż, tak myślę. – Nie chcę być z nikim innym – powiedziałam, jakby to potwierdziło moją rację.

- I nie chcesz, żeby James był z nikim innym? – zapytał Syriusz.

Ta myśl przyprawiała mnie o mdłości. – Oczywiście, że nie.

- Jednak pozwoliłaś mu dziś rano pójść z Liz na obiad?

Świetnie.

Po prostu świetnie.

Czy on naprawdę musiał mi przypominać? Czemu by nie kopnąć leżącego? To mogłoby mniej zaboleć.

Zwalczyłam odruch wymiotny.

- Pozwoliłam mu? – burknęłam, być może leciutko nadąsana (a być może bardzo). – Jakbym miała cholerny wybór w tej sprawie. Przyjaźnią się, pamiętasz? Powinnam być wyrozumiała. Gdybym zrobiła awanturę, wypadłabym na nierozsądną jędzę.

Syriusz parsknął drwiąco, zbywając moje przypuszczenia.

- Pewnie, że miałaś wybór, Evans. Masz mózg! Gdyby ci naprawdę zależało, były bardziej kreatywne sposoby poradzenia sobie z problemem bez odgrywania smarkuli.

- Jakie sposoby?

Syriusz przewrócił oczami, obracając się i raz jeszcze ruszając korytarzem, zmuszając mnie do pognania za nim niczym pierwszorzędna kretynka. Gdy przemierzał korytarz, nie zwracając uwagi na moje słabe nogi, wzbił wzrok przed siebie, podejmując:

- To ty powinnaś być tą inteligentną, Evans. Nie musiałaś mu zabraniać pójścia. Mogłaś wymyślić coś pomysłowego… powiedzieć, że ty też zamierzałaś pójść do Hogsmeade. Powiedzieć, że powinien spotkać się z tobą po wszystkim. Gwarantuję, że obiad z Liz trwałby dziesięć minut, bo nie mógłby się doczekać, żeby do ciebie wrócić.

Cudownie. Teraz podsuwa mi takie pomysły.

Coś takiego na pewno bym doceniła, och, może dziś rano?

Psh.

- Nagle z tym wyskoczył! – zaprotestowałam nieco niezadowolona, że nie okazałam większego oporu, chociaż miałam do tego uzasadnione powody. – Na brodę Merlina, początkowo myślałam, że mnie rzuca! Dziewczyna posiada limit doznawania niespodzianek zanim jej błyskotliwość napotka trudności. A potem rzucił we mnie tymi randkowymi durnotami…

Syriusz zatrzymał się.

- Jakimi randkowymi durnotami?

Do diabła. Dlaczego musiałam poruszać ten temat?

- Eee. – Wierciłam się niezręcznie pod ostrym spojrzeniem Syriusza. – Cóż… em. To tak jakby… odparowałam coś o tym, że my nigdy nie jadamy obiadu w Hogsmeade, a James mógł powiedzieć coś o tym, że moglibyśmy pójść na obiad kiedy tylko zechcę, ale to musiałaby być… że nie nazwałby tego obiadem. Chciał to nazwać… eee. Randką – dokończyłam szybko. – No wiesz. Albo czymś.

Albo, no wiecie, nie czymś. Dokładnie tym. Randką.

Zaraz znowu będę mieć pokrzywkę.

- I? – zapytał Syriusz, kompletnie ślepy na fakt, iż nagle zaczęłam drapać się po ramionach. On próbował wyciągnąć ze mnie odpowiedzi. – Co powiedziałaś?

- Erm… - Merlinie, ale mnie swędziało. – Cóż, tak jakby…

- Dałaś mu kosza?

- Eee. Nie.

- Zgodziłaś się?

- Ach, nie. Nie całkiem.

Syriusz wyrzucił ręce do góry z frustracją.

- Zatem, na wszystko co magiczne, co odpowiedziałaś?

Jeeezu. Jaki drażliwy.

- Nic nie odpowiedziałam! – krzyknęłam, splatając obronnie ramiona. – Nie dał mi szansy! Palnął coś takiego, powiedział, żebym się zastanowiła i sobie polazł!

- A ty za nim nie poszłaś? – spytał Syriusz.

Zamrugałam. – Po jaką cholerę miałam za nim pójść?

- Żeby odpowiedzieć!

- Ale nie miałam odpowiedzi! Musiałam pomyśleć!

- No i?

- Nadal myślę!

Cholera jasna, jakby to była przeklęcie wielka filozofia.

O dziwo (niezbyt), Syriuszowi nie spodobała się moja odpowiedź. Wydusił z siebie długi jęk, zaciskając dłonie na włosach, jak gdyby zamierzał wyrwać je z czaszki. A choć jestem znana z tego, że od czasu do czasu wywołuję u innych taką frustrację, to serio, nie sądzicie, że ktoś tu troszeczkę przesadzał?

Uspokójże się, Dramatyczna Deb. Oddychaj czy coś.

- Mam wszelkie prawo poświęcić czas na namysł, Syriuszu…

- To randka, Evans, a nie cholerne oświadczyny.

Cóż, jeśli tak to ujmiesz. Psh.

Pociągnęłam nosem lekceważąco.

- Zachowujesz się, jakbym odmówiła. Nie zrobiłam tego. Ja tylko…

- Wciskasz kit! – krzyknął Syriusz, co chyba może zostać jego ulubionym zwrotem czy coś, bo tak często go używa. Ale chyba nie przejmował się swoim słownictwem. Zamiast tego zrobił krok w moją stronę, potrząsając głową. – Nie rozumiem cię, Evans. Naprawdę nie rozumiem. Lubisz Jamesa… nie znosiłabyś jego gówna, gdyby było inaczej. Na brodę Merlina, nawet próbujesz pogodzić się ze mną, żeby go zadowolić!

Nawiasem mówiąc to coraz mniej wydawało się genialnym pomysłem. Nie, żeby Syriusz pozwolił mi się wtrącić, żebym mu to oznajmiła. Nie przestawał mówić.

- Dajesz się przyszpilać do ściany, broniąc go przed kuzynem łajdakiem, ale nie dasz facetowi kupić sobie przeklętego piwa kremowego? Co to znaczy? Jak długo zamierzasz brodzić, Evans?

- Mówisz to tak swobodnie! – kłóciłam się, czując gwałtowny ścisk wnętrzności. – Nie pojmujesz. Gdyby chodziło o samo piwo kremowe, zgodziłabym się, ale tak nie jest. Najpierw piwo kremowe, potem… potem… to za szybko, Syriuszu! To wszystko dzieje się za szybko, do diabła!

- Czego ty się tak boisz, Lily?

Oto pytanie.

Nadeszło słowo, które konstruktywnie opisało wszystko i absolutnie nic dokładnie w tym samym czasie.

Strach.

Czego ja się tak bałam?

Istniało milion odpowiedzi, trylion możliwości i niech mnie szlag weźmie, jeśli rozróżnię jedno od drugiego. To nie była wymowna rzecz, pytanie z jednym rozwiązaniem. Nie wiedziałam, co sprawiało, że w jednej chwili chciałam przylgnąć do Jamesa, a w drugiej uciec gdzie pieprz rośnie. Nie było żadnego wyraźnego powodu, dlaczego nie powinnam chcieć zrobić dokładnie tego, co zasugerował Syriusz – chwycić dłoń Jamesa i wskoczyć razem z nim – czułam tylko serię spanikowanych wstrząsów oraz nieprzyjemnych lęków, które utrzymywały mnie w płytkich wodach. I wiedziałam, że miałam prawo odczuwać te rzeczy. Bo miałam rację. To nie była swobodna sprawa i nie mogłam sprawić, żeby taka była, i może to właśnie ta całkowita utrata kontroli kazała mi czepiać się gorączkowo wszystkich progów zwalniających. Bo jeśli ich nie złapię, jeśli nie zwolnimy…

Nie wiem.

Nie wiem, co by się wydarzyło.

Może właśnie tego się bałam.

Syriusz czekał na odpowiedź. Zorientowałam się dopiero, kiedy wyrwałam się z transu, w który wpędziło mnie jego pytanie i spojrzałam na niego, patrząc z pewnym zaskoczeniem na jego zaostrzone oczy oraz zmarszczone czoło. Przekrzywił głowę na bok, nakłaniając wyczekującym spojrzeniem.

- Nie wiem – odpowiedziałam w końcu. – Ja… nie wiem.

Spodziewałam się rozdrażnienia. „Nie wiem" było tak użyteczne, jak drewniany miecz przeciwko rozgniewanemu smokowi i miałam tego świadomość. Ale może to żałosny wyraz, który opanował moją twarz, albo pokonane zgarbienie ramion, a może jedynie pewna ilość współczucia i zrozumienia w Syriuszu Blacku, której nigdy bym się nie spodziewała. W każdym bądź razie, Syriusz przyjął moje smutne usprawiedliwienie szorstkim potaknięciem.

- W porządku – powiedział łagodnie. – Nie wiesz. Ale lepiej to rozgryź i szybko coś z tym zrób, Lily, ponieważ nie będzie brodził wiecznie. Nawet dla ciebie.

Przełknęłam ciężko ślinę i skinęłam głową. Już o tym wiedziałam.

- A w międzyczasie – dodał – tak długo, jak ty i James będziecie...

- Przyjaciółmi-z-potencjałem – podsunęłam.

- Ach. Racja. – Syriusz nie musiał przewracać oczami, bym pojęła jego myśli. – Tak długo, jak ty i James będziecie „przyjaciółmi-z-potencjałem", ty i ja będziemy… potencjalnymi przyjaciółmi.

- Potencjalnymi przyjaciółmi? – powtórzyłam bezbarwnie. – Brzmi jak termin medyczny.

Syriusz błysnął uśmiechem. – Nieprawdaż?

Nie zamierzałam podzielać jego żartu, postanawiając, że o wiele lepszą decyzją jest rozpamiętywanie jego szantażu. Problem w tym, że Syriusz nie przejmował się moim fochem.

- Musisz ostatecznie ulec albo zrezygnować, Evans – powiedział, wzruszając beztrosko ramionami. – Dlaczego nie przestaniesz wszystkim uprzykrzać życia i podejmiesz decyzję prędzej niż później?

Ponieważ nie chciałam, do jasnej cholery.

I nikomu niczego nie uprzykrzałam, na brodę Merlina.

- Jak coś poganiasz, to rujnujesz – powiedziałam, unosząc wyniośle brodę.

- Nie możesz zrujnować czegoś, co nie istnieje – odparował Syriusz i znowu podjęliśmy spacer. – Czy nie to oznacza potencjalne? Że jeszcze nie istnieje?

- James i ja istniejemy – mruknęłam, kopiąc w posadzkę.

Syriusz roześmiał się, ten mały drań.

Wtedy zrobiłam się taka rozkojarzona determinacją wymyślenia zdumiewająco wyśmienitej riposty, która zamknie mojego podśmiewającego się potencjalnego przyjaciela, iż nie zdałam sobie sprawy, że nareszcie dotarliśmy na koniec długiego korytarza, dopóki nie zostałam otoczona nowymi ścianami – ale tymi, które znałam. Jakimś cudem znaleźliśmy w jednym z mniejszych pomieszczeń przy Sali Wejściowej, które było najbliżej schodów. Tak mnie zaskoczyło znajome terytorium, że w jednej chwili wyparowała mi z głowy błyskotliwa odpowiedź. Zamiast tego westchnęłam z ulgą.

- Nareszcie – odetchnęłam, myśląc, że dobrze by było podejść do znajomych murów i poklepać je pieszczotliwie. – Miejsce, które znam.

- Myślałem, że ta twoja wycieczka polegała na zgubieniu się? – zapytał Syriusz, posyłając mi spojrzenie z ukosa, które sugerowało, iż był doskonale świadom mojego pragnienia ucałowania znajomej ziemi. – Już ci się to nie podoba?

- Przypuszczam, że tak działa na człowieka atak – powiedziałam, ale nie potrafiłam się tym nawet przejąć. Przemierzyłam szybkim krokiem pomieszczenie.

Syriusz potrząsnął głową, otwierając drzwi. Wyszliśmy do Sali Wejściowej (pomieszczenie ze znaną nazwą!), która była zdecydowanie mniej tłoczna niż zwykle, biorąc pod uwagę, że wciąż było późne popołudnie i jeszcze daleko do kolacji, żeby ludzie zbierali się w drodze do Wielkiej Sali. Nie miałam nic przeciwko. Miałam okazję na zrobienie z siebie większego głupka z mniejszą ilością świadków.

- Witaj, Salo Wejściowa – mówiłam, przechodząc z Syriuszem przez próg. – Witajcie, schody. Witaj, poręczy. Witaj…

- Zamierzasz witać każdą znajomą rzecz martwą przez całą drogę do Wieży Gryffindoru? – marudził Syriusz, ale wydawał się niechętnie rozbawiony, kiedy wskakiwałam wesoło po stopniach, uśmiechając się do znanych widoków.

- Nie. – Pomachałam obrazowi Strażnika Smoków Kinsley'a, kiedy weszliśmy na pierwsze piętro. Kinsley puścił mi oko. Smok nie wyglądał na zbytnio zadowolonego. Obejrzałam się przez ramię na Syriusza. – Zostawiłam rzeczy w bibliotece. Powitam każdą znajomą rzecz martwą przez całą drogę tam.

Syriusz zakrztusił się.

- Biblioteka? W piątek?

Wzruszyłam ramionami, szczerząc się do wszystkich radośnie zapalonych kandelabrów, choć przez okna przepływało dużo światła słonecznego. Co za marnotrawstwo doskonale dobrego wosku.

- Powinnam jeszcze tam posiedzieć – powiedziałam, wschodząc na następną kondygnację schodów. – Wiesz, niedługo egzamin McGonagall.

Syriusz prychnął.

- Egzamin McGonagall? Zwariowałaś? Do tego jeszcze wieki! A poza tym, nie powinnaś uczyć się z Jamesem? Czekaj, nie mów… jest również korepetytorem-z-potencjałem, prawda?

Jego naprawdę za bardzo bawiły moje bardzo ważne terminy związkowe.

- Nie wiem gdzie jest James – powiedziałam gniewnie, nim zdążyłabym się zastanowić, zbyt zirytowana, by zorientować się, jakie to wymowne. Dodatkowo zaczęłam głośno tupać, czego nie aprobował mój mózg. – Pewnie wciąż jest zbyt zajęty swoim och-tak-ważnym platonicznym posiłkiem z Liz w Hogsmeade, by przejmować się moim niepewnym edukacyjnym statusem.

Syriusz na to nie odpowiedział, a choć wiedziałam, że zasłużyłam na każde spojrzenie „sama to sobie zrobiłaś", które posyłał w moim kierunku, uświadomiłam sobie, że i tak na niego zerkam, przygotowana na obronę mojej żałosnej zgorzkniałości. Ale zamiast patrzeć na mnie z potępieniem, na które zasługiwałam, Syriusz pokonywał kolejne schodki, uśmiechając się do siebie. A ponieważ stwierdziłam, że już zrobiłam z siebie ogromną idiotkę i równie dobrze mogę coś z tego wyciągnąć, przybrałam gniewną minę na jego milczenie i szturchnęłam mocno w bok.

- Wiem, że nie jesteśmy jeszcze oficjalnie przyjaciółmi – zaczęłam – ale i tak powinieneś wyciągnąć mapę i powiedzieć mi, gdzie jest James. W każdym momencie.

Syriusz nawet nie mrugnął.

- Nie muszę wyciągać mapy – odrzekł. – Wiem, gdzie on jest.

Przewróciło mi się w żołądku.

Wiedział, gdzie on jest.

Wiedział, gdzie on jest!

Postanowiłam nie myśleć o tym, iż Syriusz znający miejsce pobytu Jamesa mogłoby po prostu oznaczać, iż wiedział, że James nadal był w Hogsmeade albo – co gorsza, do diabła – wciąż z Saunders, ale w innym miejscu. Zamiast tego postanowiłam wziąć jego komentarz za przekonanie samej siebie, że tajemnica lokalizacji Jamesa, która dręczyła mnie całe popołudnie, wkrótce zostanie rozwiązana.

Albo zostałaby rozwiązana, gdyby Syriusz zechciał coś jeszcze powiedzieć.

Szczerze. Czy w tych czasach dziewczyna nie może być odrobinkę subtelna?

- Każesz mi błagać, prawda? – zapytałam żałośnie, nawet nie uśmiechając się do mijającego nas profesora Crandy'ego, chociaż to bardzo wesoły i znajomy człowiek. – Chcesz, żebym przez kolejny godziny rozmyślała o wszystkich okropnych możliwościach.

- Sądzę, że odrobina rozmyślania byłaby dla ciebie zdrowa, tak – odparł po prostu Syriusz. – I dla twojej informacji, bezbłędnie odgrywasz zrzędzącą dziewczynę.

- Wciąż tam jest, prawda? – gryzłam się, biorąc uchylanie się Syriusza za oznakę wyrzutów sumienia. Niespodziewanie poczułam potrzebę, żeby usiąść i się rozpłakać. – Wciąż jest z nią. Oczywiście. Co to w ogóle za obiad? Dwunastodaniowy? Absurdalne, głupie, przeklęte… zniszczy sobie cholerną kolację! I…

Przerwał mi nagły wybuch śmiechu Syriusza.

- Ja pierniczę, może James nie jest w tym osamotniony. – Gdy przeszyłam go wzrokiem, roześmiał się głośniej. – On śpi, Evans – powiedział w końcu i świst oddechu, który wymknął mi się z ust wraz z poczuciem ulgi byłby dość żenujący, gdybym była w stanie się tym przejąć. Jednak bezwstydnie czepiałam się każdego słowa Syriusza. – Leży w swoim łóżku – sam – i był tam co najmniej od zakończenia lekcji. Wtedy przynajmniej tam go znalazłem. Więc poskrom furię zazdrości. Biedaczysko jedynie padło ze zmęczenia.

Chyba nigdy tak bardzo nie cieszyła mnie wieść o nagłym przypadku nieprzytomności.

Śpi.

On śpi.

Przez cały ten czas spał.

- Och. – Poczułam pieczenie policzków, ale nie wystarczająco, by nadrobić za kompletnie żałosne zachowanie. – Racja. Oczywiście. Śpi. Był strasznie zmęczony dziś rano.

- Cieszę się, że aprobujesz – odparł beznamiętnie Syriusz. Brzmiał tak, jakby znowu się szczerzył, ale nie mogłam zmusić się do spojrzenia. Niespodziewanie stanął. – Myślałem, że idziesz do biblioteki?

- Co? – Dopiero po chwili zorientowałam się, że już dotarliśmy na czwarte piętro i inteligentnie zaczęłam wspinać się po następnej kondygnacji schodów. Syriusz pozostał – tak, z uśmieszkiem – na półpiętrze. – Och.

Mamrocząc do siebie o cholernie głupich schodach i stopach, które poruszały się według własnych zamiarów, zeszłam po paru stopniach i stanęłam obok Syriusza. Wierciłam się niezręcznie, dopóki nie przypomniałam sobie, że nie tylko ja popaprałam kierunki.

Posłałam Syriuszowi zadowolone spojrzenie.

- Momencik. Myślałam, że ty wybierasz się do kuchni. Wielka miska czegoś, pamiętasz?

- Zmieniłem zdanie – odparł Syriusz, bo może być taki szybki i swobodny. Wskazał głową na schody prowadzące na górę. – Robię przystanek. Może zobaczę czy Śpiąca Królewna się przebudziła.

- Porozmawiasz z nim? – zapytałam.

Syriusz stuknął mnie lekko pięścią w głowę.

- Rozwiąż własne sprawy, Evans. Daj mi załatwić moje.

Odwzajemniłam się tym samym gestem.

- Skoro mamy być przyjaciółmi – powiedziałam – powinieneś wiedzieć, że mam skłonność nie trzymać się własnych spraw. Nigdy.

Nie ma to jak zacząć przyjaźń od odrobiny szczerości.

Szczególnie jeśli przyniesie mi więcej informacji.

Oczywiście nie przyniosła, ale warto było spróbować.

Zamiast tego Syriusz uniósł brew, pytając:

- A więc będziemy się przyjaźnić?

Psh. Nie da się przechytrzyć wścibskiej osoby.

Wzruszyłam ramionami, odpowiadając:

- Być może. Chyba. Ewentualnie. Może.

Ha. Postarajcie się o bardziej wymijającą odpowiedź. Serio. Spróbujcie.

Syriusz okazał odpowiedni podziw takiej umiejętności, chociaż musiał przewrócić oczami i potrząsnąć głową, by uratować twarz. Pozwoliłam mu na to, żeby pokazać jaką potrafię być pobłażliwą przyjaciółką.

- Myślisz, że poradzisz sobie sama na korytarzach? – zapytał, wskazując głową w kierunku korytarza prowadzącego do biblioteki. – Nie potrzebujesz ochroniarza, co?

- Jeśli zostanę zaatakowana, zawołam Pince – odpowiedziałam. – Jest dość zawzięta, wiesz?

Syriusz przytaknął, chichocząc, po czym obszedł mnie i podszedł do schodów. Uniósł rękę, żeby pomachać.

- Do zobaczenia – powiedział.

- Do zobaczenia – odparłam, nie mogąc uwierzyć, że ta… Merlinie, jak to nazwać. Saga? Katastrofa? Objawienie? Cóż, cokolwiek to było, dobiegało końca. I to całkiem szybko. – Syriuszu! – zawołałam nim zdążyłby się oddalić. Zatrzymał się i obrócił w połowie następnej kondygnacji.

- Co? – zapytał.

- Dzięki – powiedziałam szczerze. – Jeszcze raz. Naprawdę. Za przyjście. I za rozmowę. I za bycie moim przyjacielem.

- Nie powiedziałem, że będę…

- Pa! – krzyknęłam, posyłając mu triumfalny uśmiech i uciekając korytarzem, nim zdołałby mnie zatrzymać. Usłyszałam, jak burczy coś na schodach, ale nie zostałam, żeby dosłyszeć. Ostatecznie przyjaciele nie słuchają drugich przyjaciół, kiedy gadają głupoty. To praktycznie zapisane w kodeksie.

Przyjaciele.

Syriusz Black i ja przyjaciółmi.

Kto by pomyślał?

Cóż, oczywiście ja, skoro to był mój pomysł, ale gdybyście wspomnieli o tym wcześniej… och, jakieś pół godziny temu, powiedziałabym, że zwariowaliście. Ale to ma sens. Wszak Syriusz jest najlepszym kumplem Jamesa i nie rozstaną się, mimo obecnego sporu. Przy odrobinie szczęście to wszystko i tak wkrótce się ułoży, więc jedna przeszkoda mniej. To naprawdę może być obiecująca relacja.

A mówiąc obiecująca mam na myśli, że musi tak być, ponieważ to bardzo nieprawdopodobne, że będzie gorzej niż wcześniej. Jak to mówi moja mama, kiedy widziałeś wszystko z dołu, musisz już tylko iść do góry!

Dziękuję, mamo. Wiedziałam, że do czegoś się nadajesz.

Nie mam takich urojeń, by sądzić, że wszystko łatwo się potoczy – myślę, że Syriusz jest bardziej przywiązany do swojej strony Linii Jamesa, niż ja do mojej – ale ostatecznie mam przeczucie, że wszystko będzie dobrze. No bo jestem całkiem bajeczną przyjaciółką, kiedy się przyłożę. Dlatego się przyłożę. To takie proste.

A to, że Syriusz teoretycznie powiedział, że nie możemy być przyjaciółmi, dopóki oficjalnie nie naprostuję wszystkiego z Jamesem… cóż, zrobię to. Kiedy nie będę ciągle nękana ultimatum. I kiedy będę miała pokrzywkę pod…

Hej, chwila.

Gdzie moja pokrzywka?

Och, tu jesteś. Ale z ciebie maluteńki nicpoń, co? Gdzie twoi przyjaciele, mała pokrzywko?

Interesujące.

Hm.

Ja…

Hm.