Gościu, dziękuję za wszystkie miłe słowa, a także za zwrócenie uwagi na błąd. Oczywiście, że powinno być "do ogrodu". Niestety padliście ofiarą mojej niedbałości językowej. Mam nadzieję, że mi wybaczycie. :)
Zostawiam was z nowym, betowanym przez cudowną Pannę Mi rozdziałem. Miłego czytania!
wężomowa
Harry grzebał łyżką w swojej misce i obserwował, jak znajdujące się w niej płatki z mlekiem powoli zamieniają się w rozlazłą papkę.
Siedział przy stole już od jakichś piętnastu minut, w czasie których co najwyżej raz spróbował swojego śniadania.
Smakowało jak przemoczone skarpetki, stając mu w gardle i powodując u niego odruch wymiotny.
Tom zajmował swoje zwykłe miejsce naprzeciwko niego i już nawet nie udawał, że czyta gazetę. Najwyraźniej uznał, że obserwowanie go podczas porannej herbaty jest znacznie bardziej pasjonującym zajęciem.
– Dwa dni temu podczas śniadania zachowywałeś się jak podniecony szczeniak. Nie przeszkadzała ci nawet ta okropnie wczesna pora – odezwał się w końcu dziedzic Slytherina. – Podejrzewam więc, że coś cię trapi. Pewnie nerwy.
– Zabiłem wczoraj dwóch ludzi – wymamrotał Harry, podnosząc przymrużone oczy. – Nie potrafię nawet spojrzeć na swoje własne odbicie w lustrze. Czemu więc, do cholery, moi przyjaciele mieliby w ogóle chcieć się ze mną spotkać?
– No cóż, technicznie rzecz biorąc, to tylko nakłoniłeś ich do zabicia samych siebie – powiedział Tom. – To była obrona własna. Jestem pewien, że ta szlama będzie ci wdzięczna za ocalenie życia. Nie sprawiała wrażenia aż tak głupiej, by mogła dojść do jakiegoś mniej rozsądnego wniosku.
– Mógłbyś przestać zachowywać się, jakby nic się w ogóle nie wydarzyło?!
– A co, mam zwymyślać cię za morderstwo i zrobić ci awanturę? Byłbym niezbyt dobrym wzorem do naśladowania, gdyby moje zachowanie odznaczało się taką hipokryzją.
Harry mimowolnie prychnął.
– I tak żaden z ciebie wzór do naśladowania.
– Jak to?
Głowa niedowierzającego Harry'ego wystrzeliła w górę.
– W jakim niby świecie albo w czyim rozumowaniu stanowisz wzór do naśladowania? – odparował. – Porywasz dwunastolatków, mordujesz ludzi i zamknięty w swoim gabinecie snujesz na co dzień plany przejęcia władzy nad światem.
– A skąd wiesz, co ja tam robię? Równie dobrze mogę zajmować się szydełkowaniem.
– A robisz to?
– Oczywiście, że nie. Znacznie bardziej wolę malowanie domków dla lalek. Naprawdę nie mogę uwierzyć, że mieszkasz ze mną już prawie całe lato i wciąż jeszcze na to nie wpadłeś – powiedział z oburzeniem Tom, a kiedy usta Harry'ego mimowolnie drgnęły z rozbawieniem, uniósł brwi. – Ha, uśmiechnąłeś się. W takim razie z pewnością jestem co najmniej dobrym opiekunem, skoro potrafię cię rozweselić, nawet jeśli wydajesz się bardzo zdeterminowany, by rozżalać się nad sobą w akcie przygnębiającego heroizmu.
– To, że zachowujesz się śmiesznie wcale jeszcze nie usprawiedliwia mordowania i porywania ludzi – oznajmił Harry.
– Czyli uważasz, że dążenie do zmiany świata, jeżeli się jej pragnie, nie jest odpowiednim ideałem do zaszczepienia pośród młodych i zamiast tego lepiej pozostawić wszystko w niesatysfakcjonującym stanie rzeczy? Wolałbyś, żebym uczył cię, że nie masz prawa bronić się w sytuacjach, w których twoje życie jest zagrożone?
Harry zamrugał, zatkany słowami Toma. Ślizgon jakimś cudem sprawił, że jego racje brzmiały zupełnie właściwie i wydawały się w porządku. Ale z pewnością nie mogły takie być. Przecież mordowanie ludzi jest niemoralne, prawda? Tom nie mógł być osobą godną naśladowania, czyż nie?
– Zjedz swoje śniadanie, Harry. Znasz warunki naszej umowy. Nigdzie nie pójdziesz, dopóki nie skończysz... A może właśnie dlatego nie jesz?
– Nie jem, bo jest mi niedobrze! Przestań sprawiać wrażenie, jakby nie było mi wolno stracić apetytu po zmuszeniu dwóch osób do zabicia samych siebie! – warknął, a jego oczy rozbłysły. – Oraz po byciu wraz z przyjaciółką torturowanym w wyniku planu osoby stanowiącej ponoć mój wzór do naśladowania.
Tom wziął spokojnie łyk swojej herbaty.
– Poczujesz się lepiej, jeśli powiem, że jestem z ciebie dumny?
– Nie. – Być może. Tak. Sam nie wiedział! – Daj mi spokój. Pewnie i tak kłamiesz oraz mną manipulujesz, ty czubku. – Uśmiech zniknął z ust Ślizgona.
– Nieprawda. Nigdy bym nie przyznał, że jestem z ciebie dumny, gdybym tak naprawdę nie był. Wykształciłoby to u ciebie złe nawyki i wymagania. Na przykład, jeśli powiedziałbym, że jestem dumny, ponieważ dostałeś "zadowalający" z egzaminu, zacząłbyś wierzyć, iż nie tylko toleruję tak okropną ocenę, ale wręcz ją pochwalam. A, jako że czytałem twoje wypracowania, doskonale wiem, że tak naprawdę potrafisz zapracować na co najmniej "powyżej oczekiwań".
– Naprawdę nie chcę, byś był gdziekolwiek blisko mnie podczas moich egzaminów – stwierdził Harry po przetworzeniu przemowy Toma. Niezbyt wiedział, co mógłby jeszcze dodać. – Czy nie ma jakiejś zasady mówiącej, że należy akceptować swoich podopiecznych niezależnie od ich osiągnięć?
– Być może, ale to po prostu śmieszne. – Ślizgon wzruszył beztrosko ramionami. – Skoro jesteś mój, będziesz dawać z siebie wszystko, do cholery. Nie utożsamiam się z czymś, co jest poniżej pewnych standardów. A teraz skończ to śniadanie. Mam przed sobą dużo pracy i jeśli nie zbierzesz się w ciągu pół godziny, wybędę na cały dzień i nie znajdę czasu, by cię podrzucić.
Harry powrócił do jedzenia, podejmując staranniejszy wysiłek. Rozmyślał nad słowami Toma i nie był pewien, czy wszystko mu one rozjaśniły, czy może jeszcze bardziej pokręciły tę całą sprawę.
Piętnaście minut później był gotów do wyjścia.
Tom, przekazując Harry'ego w ręce Severusa, nie był całkowicie pewny, co myśleć o tym nowym rozwoju sytuacji. Nagle mimowolnie poczuł niechęć na myśl o oddaniu Gryfona, szczególnie biorąc pod uwagę wczorajsze zachowanie Dumbledore'a.
Wiedział, że jeśli dyrektor miałby nad tym jakąkolwiek kontrolę, nie miałby najmniejszego zamiaru zwrócić mu swojego chłopca.
Wszystko potoczyło się dokładnie tak, jak tego pragnął, pomimo że napotkał po drodze niewielkie przeszkody. Harry automatycznie zaczął kojarzyć go z pomocą. Powiedział nawet, że chce wrócić do domu, co było naprawdę wspaniałe. Wiedział, iż podjął pewne ryzyko, przyjmując taki sposób postępowania wobec Gryfona. Traktował go raczej jak adoptowane dziecko, zamiast zwyczajnie przekształcić go w żołnierza i broń, jak to powinien zrobić ze zdobytym trofeum.
Mogło doprowadzić to do pewnych swobód – a nawet już doprowadziło. Lecz Harry był jego horkruksem, co naturalnie czyniło go innym od śmierciożerców – choć wcześniej rozważał, czy nie zachować się, jakby ten fakt zupełnie niczego nie zmieniał.
Teraz jednak przekonał się, że podjął właściwą decyzję.
Wybrał drogę lojalności zamiast posłuszeństwa.
Jego śmierciożercy byli mu posłuszni, ale w kwestii ich oddania nie dałby już sobie uciąć ręki. Lojalności nie da się wymusić. Musi być dana własnowolnie. Jeśli jej zabraknie, powstały układ należy inaczej nazwać. „Sojusz" prawdopodobnie najlepiej by tu pasował.
Jego poplecznicy – a przynajmniej większość z nich – bali się go i respektowali, zamiast kochać. Mimo iż bez dwóch zdań Harry powinien darzyć go szacunkiem, o wiele lepiej będzie, jeśli go pokocha. Tom wolał, by chłopiec nie lękał się go tak, jak na samym początku – choć prawdopodobnie i tak wciąż się go trochę obawiał.
Och, wraz z czasem, gdy przyzwyczaił się do życia z nim, strach ten osłabł, jednak nie zniknął całkowicie – chłopiec wciąż pozostawał wobec niego nieufny i ostrożny. Tom wcale nie chciał pozbyć się tego nawyku. Był to prawidłowy instynkt.
Po prostu pragnął zwrócić go przeciwko reszcie świata, a nie sobie. Chciał jego bezgranicznego zaufania.
Wciąż miał jednak czas, by nad tym popracować i zachować ostrożność.
To nie był żaden sprint, tylko maraton.
Jak dotąd jego plan działał niemal perfekcyjnie. Harry zbliżył się do niego, zaczął oddalać się od Jasnej Strony i swoich przyjaciół, a nawet oszczędził mu wysiłku i sam uporał się z nieposłusznymi śmierciożercami, co znacznie przewyższało jego obecne oczekiwania. Było to jednak wspaniałe. Jego duma była szczera – nawet jeśli dziwnie było czuć ją w stosunku do kogoś innego.
Ale, no cóż, Harry był jego horkruksem i rozkwitał pod jego opieką. Miał prawo czuć się dumny z własnej, niewątpliwie znakomitej pracy.
Jego śmierciożercy wezmą te wydarzenia za ostrzeżenie, by nie atakować Gryfona, co może wyjść tylko na dobre.
Ale...
Zrobił krok w kierunku Snape'a i złapał młodszego chłopca za ramię. Harry odwrócił się lekko w jego stronę.
– Bądź ostrożny – ostrzegł go. – Użyj opaski na swoim nadgarstku, jeśli wpakujesz się w jakieś tarapaty.
– Masz na myśli Dumbledore'a? – zapytał Gryfon, swoją bystrością wprawiając go w zadowolenie. Przytaknął głową.
– Nie ufam mu – wytłumaczył, jakby Harry wcale o tym nie wiedział.
– Ale ja tak – odparł cicho chłopiec. – Ma dobre intencje. Nie zrobi mi krzywdy.
– Owszem, ale naprawdę sądzisz, że będzie chciał, byś do mnie wrócił?
– Przestań się tak martwić. Jestem zaprawionym zabójcą śmierciożerców, poradzę sobie.
– Nie lekceważ go.
– Nie lekceważ mnie.
Westchnął i puścił ramię Harry'ego, ścisnąwszy je ostrzegawczo.
– Po prostu zrób to, o co cię proszę. Dobrze, cudowny chłopcze? – Wpatrywali się w siebie. Po chwili chłopiec przewrócił oczyma, ale ostatecznie kiwnął głową.
– Nie nazywaj mnie w ten sposób. To brzmi jak imię jakiegoś naprawdę okropnego bohatera z komiksu. I ty też.
Ty też? Co to miało znaczyć? Skinął jednak głową, nie mając zamiaru prosić o wyjaśnienie. Minutę później dzieciak zniknął.
Dopiero wtedy uświadomił sobie, co Gryfon miał na myśli.
Ty też bądź ostrożny.
Czyżby Harry się o niego martwił? A może była to po prostu automatyczna odpowiedź? Czuł się lekko zakłopotany. Szybko wyrzucił tę myśl ze swojej głowy, zanim mógłby skupić się na głębszej analizie zachowania chłopca.
Teraz nie miał na to czasu.
Ty też...
Śmieszny bachor.
Gdy owiany wątpliwościami Harry dotarł do Nory, Snape od razu puścił jego ramię.
Tym razem nikt nie wybiegł mu na powitanie, co sprawiło, że żołądek mu się ścisnął. Wraz z wiszącym mu nad ramieniem mistrzem eliksirów podszedł bliżej domu i zawahał się, gdy miał zapukać do drzwi.
Czuł, jak spojrzenie Snape'a wypala mu dziurę w głowie. W momencie, w którym jego pięść zatrzymała się tuż przed drzwiami, pragnął się jedynie skulić.
Teraz żałował, że w ogóle zjadł to śniadanie – a już szczególnie, gdy nie było przy nim zachowującego się jak głupek Toma, który by go uspokoił... Już sama ta myśl była dziwna.
– Nikt cię nie wini za wczorajsze wydarzenia, Potter.
Fakt, że Snape się do niego odezwał, bardzo go zaskoczył. Jeszcze bardziej zadziwiło go jednak to, iż głos mężczyzny, choć szorstki, nie był, tak jak zazwyczaj, przepełniony nienawiścią czy drwiną. Odwrócił głowę, by spojrzeć na swojego profesora eliksirów.
Powstrzymał się przed zadaniem dziecinnego pytania typu: "A skąd pan wie?" albo "W takim razie postąpiłem właściwie?", a jedynie kiwnął raz głową.
– Dziękuję... proszę pana.
Zabrzmiało to dziwnie i Snape zaczął sprawiać wrażenie bardzo zakłopotanego – zupełnie jakby czuł się niemal równie niezręcznie co Harry. Chłopiec szybko uniósł rękę i zapukał do drzwi, by obwieścić swoje przybycie, po czym wszedł do środka.
Nagle rozległo się szuranie krzeseł. Gryfon dostrzegł, jak coś cienkiego, czarnego i znajomo wyglądającego zostaje szybko schowane przed zasięgiem jego wzroku. Zaschło mu w ustach.
– Harry! – zawołała pani Weasley, biegnąc ku niemu. – Nie spodziewaliśmy się, że nas dziś odwiedzisz. Przyszedłeś później niż normalnie. – Wzięła jego twarz w ręce i zaczęła się mu przyglądać. Następnie w ciepłym uścisku owinęła wokół niego ramiona, niemal go przy tym miażdżąc. – Tak się o ciebie martwiliśmy, kochanie. Jak dobrze, że masz się w porządku.
– Wszystko gra. – Uśmiechnął się na chwilę. – Co z Hermioną?
– Jest okej. Trochę wstrząśnięta, ale nic więcej.
Nastała cisza – nie tak niezręczna jak ta ze Snape'em, jednak Harry i tak poczuł się niewygodnie. Gdy pani Weasley wypuściła go z uścisku, przeczesał dłonią włosy. Zauważył, że Ron unikał lekko jego spojrzenia.
– Hermiona powiedziała nam, co się wydarzyło – odezwał się ku zaskoczeniu Harry'ego Fred. Ludzie nieustannie go dziś zadziwiali, nieprawdaż?
– Właśnie. Cieszymy się, że nic ci nie jest, stary – dodał George. – Musisz nas nauczyć, jak walczyć bez pomocy różdżki. To brzmi naprawdę ekstra.
Harry był jednak pochłonięty czymś zupełnie innym.
– Czy to był ten dziennik? – zapytał.
– Jaki dziennik? – odparła odrobinę zbyt szybko pani Weasley. – Właśnie nastawiałam czajnik na herbatę. Chciałbyś się czegoś napić? Obiad będzie dopiero za kilka godzin, więc może pójdziesz z chłopcami do ogrodu zagrać w Quidditcha?
– Dziennik Toma – drążył uparcie Harry, którego nagle ścisnęło w gardle. Zacisnął pięści, trzymając je przy bokach. – Dlaczego go macie? Zabraliście go z Komnaty? Jak się tam dostaliście? – Pytania gorączkowo opuszczały jego usta.
– To Ginny – powiedział w końcu Ron, a Harry uniósł brew.
– Co masz na myśli mówiąc, że to Ginny? – Zmroziło mu krew w żyłach. – Chcesz powiedzieć, że ona... jest w tej książce? – Wytrzeszczył z przerażeniem oczy.
– Ron... – zaczęła pani Weasley.
– Tak. Już poprzednio chcieliśmy ci o tym powiedzieć, ale nie byliśmy pewni, czy to nie będzie zbyt wiele na raz.
Dlaczego więc teraz mu o tym mówił, skoro jego matka wyraźnie sobie tego nie życzyła?
– Można z nią rozmawiać? W sensie... czy jest świadoma, tak jak był Tom?
Miał szczerą nadzieję, że nie, ponieważ w przeciwnym wypadku doskonale wiedział, na co została skazana.
– Tak. To jakieś dziwne zaklęcie Riddle'a. Tak sobie myślałem, że być może mógłbyś to jakoś naprawić? Znaczy... wiesz coś o czarnej magii, prawda? Hermiona tak mówiła. – Ron wyglądał na rozdartego pomiędzy czuciem odrazy i sceptycyzmu, a żywieniem zapierającej dech w piersiach nadziei, iż Harry stał się mistrzem wszystkiego, co mroczne i potrafi pomóc jego siostrze. – Albo mógłbyś zobaczyć, czy uda ci się namówić Riddle'a...
– RONALDZIE WEASLEY! Wystarczy!
Harry odwrócił gwałtownie głowę w kierunku pani Weasley. Kiedy zobaczył jej czerwoną twarz oraz załzawione oczy, ścisnęło go w środku i zamarł.
Wszyscy się w niego wpatrywali. Spojrzenie bliźniaków przepełnione było tą samą wygłodniałą nadzieją, którą miał w sobie Ron. Wśród pozostałych jednak próżno było jej szukać.
Harry mimowolnie poczuł się uwięziony. Choć spodziewał się wielu rzeczy, na pewno niczego takiego. Przełknął ślinę.
– N-nie znam się tak naprawdę na czarnej magii. Przykro mi. To znaczy... Tom nauczył mnie trochę teorii i w ogóle, ale nigdy jej nie praktykowałem... poza wczoraj. Ale nie mam nawet zielonego pojęcia, jak to zrobiłem.
Przynajmniej może nie czuli do niego nienawiści? Sam nie wiedział.
– A czy byłbyś w stanie poprosić go o pomoc? Skoro jakoś się ze sobą dogadujecie... – zaproponował cicho George. Harry pragnął zapytać: "A czy Dumbledore nie potrafi tego zrobić?", ale nie chciał, żeby wszyscy sobie pomyśleli, że nie ma zamiaru pomóc.
– Chyba... chyba mogę spróbować.
Na pewno spróbuje. Nikt nie zasługuje na tę nicość i właśnie tym argumentem przekona Toma. A przynajmniej musi spróbować.
Fred sięgnął dłonią, by wziąć dziennik, a serce Harry'ego przyśpieszyło. Kiedy bliźniak miał już przekazać mu książkę, Molly znienacka wyrwała mu ją z rąk.
– Dumbledore się tym zajmie. Przykro mi, kochanie. Nie bierz tego do siebie, ale masz tylko dwanaście lat. Nie będę ryzykować możliwej przyszłości mojej córki i... nie wyrażę zgody na to, byś zastosował to rozwiązanie. Tę magię. Jest zła.
Harry czuł, że wypowiedzenie tych słów było dla niej ciężkie. Postanowił wpatrywać się w stół.
Znów wszyscy zamilkli, a on nie wiedział, jak wypełnić tę ciszę. Stał sztywno ze skulonymi ramionami i nawet nie przestępował z nogi na nogę.
– Uważacie, że to, co wczoraj zrobiłem było złe?
Nagle wydawało się, jakby każda osoba w pokoju wstrzymała oddech. Przepełnione niepokojem i pozbawione tlenu powietrze zastygło niebezpiecznie w bezruchu.
– Nie ponosisz odpowiedzialności za to, co się stało.
Nikt cię nie wini za wczorajsze wydarzenia, Potter.
Nie obwiniali go.
Nikt cię nie wini za wczorajsze wydarzenia...
Obwiniali Toma.
Miał złe przeczucie.
