Siedzieli na jakiejś zielonej trawie, wyglądało to jak polana niedaleko jeziora na terenie Hogwartu, ale szkoły nie było widać. Byli tam już dobrych kilka godzin, i wciąż byli w czarnej dupie jeśli idzie o Draco przywołującego patronusa i nadzieję na zakończenie tej farsy. Potter robił się już zupełnie sfrustrowany. Starał się jednak zachować cierpliwość. Od kilku dni z łatwością odnajdywał Draco w jego świadomości. Pomagał mu w tym jego własny patronus. Wystarczyło, że skupił się i natychmiast był przenoszony w pobliże Draco. Zwykle nie były to miłe okoliczności. Jednak blondyn nie robił prawie żadnych postępów w zakresie przywołania swojego ducha opiekuńczego.

- Wyobraź sobie najszczęśliwsze wspomnienie i jak już je sobie przypomnisz, to wtedy rzuć czar. To musi być coś ważnego dla ciebie. Coś co sprawia, że czujesz się szczęśliwy. – tłumaczył Potter.

- Expecto Patronum. – powiedział Draco robiąc skupioną minę, lecz nic się nie wydarzyło – Nie wychodzi. – blondyn tupnął zirytowany.

- Mi też od razu nie wyszło. Zajęło mi to prawie cały rok. – wyjaśnił brunet. Draco jęknął.

- Nie chcę tu siedzieć cały rok.

- To się skup!

- Nie potrafię!

- Nie starasz się! – powiedział Harry i zakrył sobie usta. – O boże.

- Co? Co się stało? – zapytał przerażony ślizgon

- Brzmię jak Snape, kiedy próbował uczyć mnie oklumencji.

- Uczył ciebie? – zapytał blondyn z niedowierzaniem w głosie i szacunkiem jednocześnie - Musisz być w tym dobry. – Draco spojrzał na niego z podziwem

- Żartujesz sobie ze mnie? Jestem w tym tak samo dobry jak w eliksirach. Jestem zakałą sztuki oklumencji.

- Hmm. Ktoś sprytny mógłby pomyśleć, że nie podobało ci się coś w nauczycielu. – zaśmiał się blondyn – Choć naprawdę nie rozumiem, o co ci chodziło. On jest najlepszy.

- Może dla was. Ja wynosiłem z jego lekcji tylko ujemne punkty dla Gryfindoru. Skup się Draco. Nie możesz przespać całego życia. Poćwiczmy jeszcze trochę dzisiaj. Do wieczora, zanim pojawi się to wstrętne wspomnienie z Dumbledorem, zostało jeszcze dużo czasu. A musisz odegnać tych dementorów na obrzeżach. To oni nie pozwalają ci wyjść.

- A jeśli się okaże, że to Snape musi zabić Albusa? Przyjść tu? – spytał przestraszony Draco

- Oby nie. Może się wtedy okazać, że utkniesz tu na dobre. A Lucjusz w tym czasie potłucze wszystkie rodzinne pamiątki. – mruknął Harry

- Pokażesz mi to?

- Jak je niszczy? Wiesz, to całkiem niezły bałagan… - Harry z zażenowaniem podrapał się po głowie

- Musi być naprawdę wstrząśnięty. – szepnął chłopak skubiąc kawałek swojej koszuli

- Jest. Ostatnio wyglądał tak fatalnie, gdy walczyłem z Voldemortem.

- Wtedy myślał, że umarłem… - zamyślił się Malfoy – Myślisz, że teraz umrę?

- Mam nadzieję, że jednak nie. Mogłoby się wtedy okazać, że utknę tu z tobą. A wolałbym dziś wrócić na kolację. Mama przygotowuje ciasto. – Draco przełknął ślinę słysząc te słowa

- Jaki dziś dzień?

- Wtorek.

- A dokładniej?

- Popołudnie, tak sądzę. – odparł brunet z głupkowatą miną

- Potter. – warknął z irytacja blondyn

- Co Malfoy?

- Ile tu jestem?

- Trzeci tydzień.

- A niech to martwy thestral!

- No, nie jest najlepiej. Dlatego postaraj się.

- Dlaczego to robisz? Dlaczego przychodzisz tu codziennie?

- Wcale nie codziennie. Nie było mnie tydzień.

- Ale pamiętam jak rzuciłeś czar. A potem cię tu znalazłem. A może ty znalazłeś mnie. Reszta jest jakaś rozmazana. Wszystko się tu zlewa w jedną niewyraźną kulę światła. Powtarza się jak w jakimś dziwnym zegarze. Wchodzę do pokoju życzeń. Idziemy na wieżę. A potem zabijam Albusa. Pojawia się dementor. To jakiś cholerny zapętlony koszmar! Tylko twoje pojawienie się coś zmieniło. Zostawiłeś jelenia. On je trochę odgania. Czemu jelenia?

- Mój ojciec był animagiem, jak Syriusz. To była jego forma.

- Widać każdy ojciec miał jakieś tajemnice.

- Nie każdy trzymał przeklęte artefakty pod salonem. – powiedział Harry i pożałował, że nie ugryzł się w język.

- Skąd o tym wiesz? Nigdy nikomu nie powiedziałem poza Crabbem i Goylem. Nigdy.

- Jeśli o to chodzi, to… to byłem ja i Ron. Wypiliśmy wtedy eliksir wielosokowy, myśleliśmy, że jesteś dziedzicem Slytherina. Myślę, że to Ron powiedział o tym swojemu ojcu. Dlatego wiedzieli gdzie szukać tych rzeczy. – widział, jak Malfoy robi się niemal zaróżowiony ze złości. Przez chwilę Harry myślał, że go nawet uderzy, ale powstrzymał się. Prychnął tylko oburzony. – Przykro mi. Nie sądziłem, że to tobie się oberwie.

- Teraz to chyba już nie ma znaczenia. Prawda? Cała przeszłość. Tajemnice. Przeklęte kłamstwa całe życie! Matka nie wie ciągle o niczym. Nic jej nie mówi.

- To chyba lepiej. Nie wiem, czy ona dobrze znosi złe wiadomości. A twój ojciec pewnie musiałby długo opowiadać, gdyby nagle chciał jej wszystko wyznać. Myślisz, że ona niczego się nie domyśla?

- Myślę, że przez większość czasu udaje. Jeśli się czegoś oficjalnie nie wie, to można nic z tym nie robić. Nie trzeba zmieniać wygodnej pozycji.

- To takie…

- Ślizgońskie? – zaśmiał się Draco – Ale myślę, że sprawy z ciotką udało nam się jej oszczędzić. Myślę, że nie odezwałaby się nigdy więcej do ojca, gdyby wiedziała co zrobił.

- Zależy ci na nich.

- Oczywiście. Mogę tego nie okazywać, ale wystarczająco długo krążysz po tym dziwnym labiryncie moich koszmarów, żeby wiedzieć, że wybaczę im bardzo wiele błędów. A jak było u ciebie w domu? – spytał po chwili Draco

- Fatalnie. Dursley'owie to potwory. Matka nigdy nie daruje ciotce Petunii tego co mi zrobili.

- Co się tam właściwie działo?

- Nie chcę o tym mówić. – powiedział Harry skubiąc trawę między swoimi nogami.

- Bili cię?

- Bardzo rzadko. Raczej brzydzili się mnie dotknąć. Szarpali i popychali. Zamykali w ciemnym kącie. Głodzili i obrażali. Tak. To chyba jakoś tak było. Nie koniecznie w tej kolejności.

- Przykro mi.

- Ta jasne.

- Harry. – Draco spojrzał na niego spokojnie. – Nie jestem już tym zazdrosnym baranem, który uparł się mieć wroga w Harrym Potterze. Ci ludzie powinni zostać ukarani.

- Nie chcę ich karać. Nie chcę ich nigdy więcej widzieć. Wiesz, Ginny kiedyś wpadła na pomysł ośrodka dla dzieci… myślałem wtedy, że przesadza. A jednak jak teraz o tym myślę, to wydaje się, że to nie był taki zły pomysł. Żeby móc pomagać dzieciom, które boją się wracać w wakacje do ich domów. Jak ja czy Snape.

- Snape? – Draco spojrzał na niego w szoku.

- Zapomnij , że to powiedziałem. Byłbym w dużych kłopotach gdyby się dowiedział. – Draco spojrzał na niego smutno i przytaknął.

- To ironia, że ty taki poniewierany wydawałeś się szczęśliwszy ode mnie.

- Nie pitol mi o smutnym dzieciństwie. Ciesz się, że nie utknąłeś w moich koszmarach. - parsknął Harry, ale Draco wydawał się go nie słuchać.

- Zawsze wydawało mi się, że ojciec przestał mnie kochać. Jak byłem mały bawił się ze mną, przytulał. A potem przestał. Jakbym coś zrobił. Albo nie zrobił wystarczająco dużo, żeby zasłużyć na jego uwagę.

- Może chciał cię wychować, w jego pokręconym systemie wartości.

- Tak, teraz to wiem. Ale wtedy tego nie rozumiałem. I bardzo mnie to uwierało. I chyba poniżając was, takich zadowolonych, polegających na sobie… chyba czułem się przez to lepszy.

- Ale teraz wiesz, że on… Lucjusz… że jesteś dla niego ważny?

- Tak. Chyba tak. Ale nie chciałbym nigdy w ten sposób „wychowywać" swoich dzieci. Strach się do tego przyznać, ale Ron ma naprawdę świetną rodzinę. Właśnie, a co z Ronem? – spytał Draco. Harry przełknął ślinę, ale ku jego uldze pojawił się na horyzoncie zarys szkoły.

- Patrz. Albus idzie. Może go nie zabijaj tym razem.

- Nie ma znaczenia. Potem i tak pojawia się dementor. Nie chciałem go nigdy zabić. Myślę, że gdyby nie Snape, Czar… Voldemort zabił by całą moją rodzinę.

- Idź. – powiedział Harry i poklepał go w ramię wstając z ziemi. – Wrócę jutro.

- Pozdrów Rona, jak go zobaczysz! – krzyknął Draco i pobiegł w kierunku wieży astronomicznej. Harry odetchnął z ulgą. Nie chciał przeprowadzać tej rozmowy. Jakby wypowiedzenie na głos informacji o śmierci Rona czyniło tą śmierć bardziej realną. Tutaj, w tym labiryncie koszmarów czasem mógł dostrzec jego rudą czuprynę na horyzoncie. To sprawiało, że były dni kiedy wcale nie miał ochoty wracać do rzeczywistości. Harry spojrzał jeszcze raz w kierunku Draco wchodzącego do zamku i wyjął swoją różdżkę z rękawa.

- Expecto…