29.

- Hej, Jack.- zaczęła, gdy odebrał po pierwszym sygnale.

- No cześć, Carter!- powiedział z entuzjazmem, który zdziwił nawet ją. Nie, żeby jej facet był telefonicznym mrukiem, ale z jego głosu wywnioskowała, że jest w nadzwyczaj dobrym nastroju. Szkoda tylko, że musiała mu go popsuć…- Co nowego? Kiedy wracasz do domu?- zapytał, już nie mogąc się jej doczekać. Rewelacje, które usłyszał od swych pozaziemskich doradców, napełniły go euforią i niepohamowaną chęcią na to, by zobaczyć matkę swego dziecka, a raczej dzieci.

- Obawiam się, że nie dzisiaj, kochanie.- odpowiedziała powoli.

- Dlaczego? Jakieś problemy w bazie?- zainteresował się natychmiast.

- Z tego, co mi wiadomo, wszystko tam w porządku.- usłyszał.

- Tam?- zdziwił się określeniem.- Czy to znaczy, że nie ma cię w SGC? Pewnie znów poleciałaś do Nevady.- westchnął ciężko.- Ani chwili spokoju ci nie dają. Podobno tacy spece, a z byle bzdetą sobie nie radzą.- narzekał wyraźnie rozczarowany.

- W Nevadzie też mnie nie ma.- wyznała ostrożnie, żeby go nie zdenerwować.

- Jak to?- zdębiał.- To gdzie jesteś? Na księżycu?

- Tam nie byłam od otwarcia bazy.- odparła rzeczowo, wiedząc, że to bezpieczne połączenie. Ich telefony miały kodowane rozmowy. Nikt z zewnątrz nie mógł wiedzieć, o czym rozmawiali.

- Zatem? Bo czegoś tu nie rozumiem, Sam.- rzucił już nieco poirytowany.- Zatrzymała cię praca, czy z innych powodów nie wracasz na noc do domu?- spytał wprost.

- Z innych powodów, Jack. Nie denerwuj się jednak. Wszystko ze mną w porządku. To tylko tak dla pewności.- dodała zaraz.

- Samantha Carter, do jasnej cholery, mów mi tu zaraz, co się dzieje, bo nie podoba mi się kierunek, w którym zmierza ta dziwaczna rozmowa!- nakazał.

Odkąd byli parą, a nawet gdy przestał być jej bezpośrednim przełożonym, nie krzyknął na nią ani razu, jednak jego cierpliwość miała swoje granice.

- Jak mówiłam, nie denerwuj się, kochanie. Wszystko jest ok.- zaczęła.- Miałam mały wypadek w mieście i dla świętego spokoju wzięli mnie na noc do naszego szpitala, by upewnić się, że wszystko…

- CO?!- przerwał jej, jak tylko dotarło do niego, co powiedziała.- Wypadek? Jaki wypadek? Jesteś cała, kochanie?- zaczął pytać z prędkością wystrzału karabinu maszynowego.

- Jack. Jack!- powiedziała bardziej stanowczo.- Uspokój się, proszę.- dodała.- Jak mówiłam, nic groźnego się nie stało, a w szpitalu zatrzymali mnie na rutynową kontrolę.- powiedziała uspokajająco.

No dobrze, jej wersja była nieco mniej drastyczna niż rzeczywistość, ale jej partner nie musiał na razie tego wiedzieć. Może, gdy już się uspokoi, a ona wróci do domu…

- Jadę do ciebie, Sam.- stwierdził stanowczo.- Muszę na własne oczy sprawdzić, czy jesteś cała, a potem mi opowiesz, co to za „mały" wypadek. Będę za kwadrans, góra dwadzieścia minut. Nigdzie się stamtąd nie ruszaj, kochanie!- zażądał.

- Nie mogę, choćbym nawet chciała. Wiesz, że nie lubię szpitali, ale jak mus, to mus.- usłyszał.

- Zaraz będę, Samantha.- powtórzył.- I jeszcze jedno…- dodał, zanim się rozłączył.

- Tak?

- Kocham cię.- szepnął miękko.

- Ja ciebie też, Misiu.- uśmiechnęła się generał Carter i chwilę potem w słuchawce był już tylko ciągły sygnał.- Do licha!- wymruczała.- Nie w ten sposób chciałam mu powiedzieć.- westchnęła ciężko. Zdawała sobie jednak sprawę, że przeciąganie nie zda egzaminu, nie kiedy Jack zrozumie, że to jej ginekolog przytrzymała ją tu na noc. Będzie chciał poznać przyczyny za wszelką cenę, bo gdy chodziło o jej bezpieczeństwo, bywał uparty jak muł. Tak więc raczej nie miała wyjścia…

Tymczasem O'Neill wypadł z domu jak oparzony, zupełnie bezwiednie śląc mentalną wiadomość do swoich „gości".

- Wzywałeś, kanclerzu?- spytali Furlingowie, którzy niemal natychmiast pojawili się obok niego, jak zwykle zamaskowani dzięki urządzeniom mimicznym. Jak długo przebywali na powierzchni, musieli ich używać.

- Zbierajcie się, chłopaki!- zarządził.- Carter miała wypadek. Muszę wiedzieć, że z nią i dzieciakami jest wszystko w porządku. Mówiliście, że możecie to wyczuć. Skoro tak, potrzebuję waszej ekspertyzy.- dokończył i obaj obcy się wzdrygnęli.

- Wypadek?- zapytał Fru.- Naturalnie, że udamy się z tobą do lecznicy, Eminencjo!- zapewnił zaraz.

- Na to liczę, ale gdy już dojedziemy, bez tytułów, proszę. Nie chcemy zwracać niczyjej uwagi. Mówcie mi Jack albo O'Neill. Wszystko, byle nie „kanclerzu" czy, Boże broń, „eminencjo"!- pouczył stanowczo.

Cholera! Cały się trząsł, choć na zewnątrz wyglądał na opanowanego. Samantha miała wypadek i to teraz, gdy oczekiwała ich dzieci! Nie miał pojęcia, czy wiedziała o ciąży, ale nawet jeśli nie wiedziała, a doszłoby nie daj Boże do poronienia, to złamałoby jej serce. Tak bardzo pragnęła być matką…

- Jezu! Nie pozwól na to, Boże. Nie odbieraj nam tych cudów!- prosił Stwórcę w drodze do szpitala.

Fro i Fru, siedzący z nim w wozie, dyskretnie monitorowali stan kanclerza. Czuli jego zdenerwowanie, choć starali się nie zaglądać mu do umysłu. Jego emocje były jednak dla nich dobrze wyczuwalne. Strach, rozpacz, obawy, miłość… O'Neill kochał swoją kate ponad własne życie, a świadomość, że Samantha Carter nosiła jego potomstwo, tylko to uczucie nasilała. Nie martwił się już tylko o kobietę swego życia, ale o rodzinę, którą razem stworzyli. Te trzy istoty były dla niego wszystkim.

Dosłownie biegiem wpadł do akademii medycznej, jak tylko limuzyna się zatrzymała, a jego towarzysze podążyli za nim równie szybko.

- Generał Samantha Carter. Gdzie jest jej pokój?- spytał bez owijania w bawełnę, jak tylko dotarł do rejestracji.

- A pan jest?- spytał młody, nieznany mu pielęgniarz, który tam urzędował. Widać był tu nowy, skoro nie rozpoznał regularnego pacjenta.- Nie mogę podawać żadnych informacji o pacjentach nikomu, poza ich rodziną albo dowódcą.

- Emerytowany generał broni i doradca prezydenta USA Jonathan „Jack" O'Neill, NARZECZONY generał Carter.- przedstawił się, machając identyfikatorem, dzięki czemu chłopak stanął na baczność. Ok, nieco nagiął prawdę, ale pal to licho!

- Sir!- zasalutował.- Przepraszam, sir!

- Spocznij, kapralu.- ex oficer machnął ręką.- I mówcie mi tu zaraz, gdzie znajdę Carter, bo zaczynam tracić cierpliwość!- rzucił nie znoszącym sprzeciwu tonem.

- Pani generał jest w pokoju 202, na drugim piętrze, winda po lewej.- odpowiedział zaraz, trzęsąc się ze strachu. Że też musiał trafić na taką szychę i użyć tak lekceważącego tonu! Znając swoje szczęście, podpadł totalnie. To będzie cud, jak nie wyląduje w szpitalu na Alasce, szorując baseny do końca swoich dni!

Generał O'Neill nie słuchał więcej. On i jego… goryle (?) pędem ruszyli do wskazanej windy i wjechali na górę. Jack szybko odnalazł wspomniany pokój i mijając zdumionych jego pojawieniem się pracowników (a paru dobrze go tu znało), wszedł do środka.

- Sam…- powiedział miękko, gdy ich oczy się spotkały i w kilku krokach zbliżył się do łóżka na którym leżała wsparta o poduszki.

- Jack….- szepnęła szczęśliwa, gdy ostrożnie wziął ją w ramiona i przytulił.- Wszystko w porządku, kochanie. Jestem cała.- zapewniała, głaszcząc go po plecach. Czuła, jak napięte były jego mięśnie. Był bardzo spięty…

- Pozwól, że sam to ocenię, Carter.- poprosił, zaglądając jej w oczy, potem skinął na swoich towarzyszy.- Róbcie swoje, chłopaki. Muszę wiedzieć, że wszystko gra.- poprosił.

Jeśli Samantha zdziwiła się na widok obu kosmitów, to nie dała tego po sobie poznać, chociaż zastanawiała się, o co tu chodzi. Ku jej zdumieniu, Fro i Fru podeszli blisko łóżka i wyciągnąwszy dłonie, skupili się na czymś bardzo mocno. Trwało to zaledwie chwilę. Gdy otworzyli oczy i spojrzeli na Jacka, zapytał:

- Jaki werdykt?

- Wszystko w jak najlepszym porządku, Jack.- odpowiedział Fro.

- Samantha i jej anakete są absolutnie zdrowe.- mentalnie dodał Fru.- Nie wyczułem niczego , co mogłoby zagrażać jej zdrowiu, czy życiu waszego potomstwa.

- Dzięki Bogu!- wymamrotał kanclerz i raz jeszcze wziął ukochaną w objęcia.- Tak się bałem!- wyznał cicho.

- Hej, mówiłam, że dobrze się czuję.- powiedziała łagodnie jego dziewczyna i pocałowała go lekko w usta.- To ten drugi ma się gorzej.- dodała cicho.

- Jaki "drugi"? Mniejsza z tym.- powiedział.- Tylko ty mnie obchodzisz, Sam. Kiedy powiedziałaś mi o wypadku, aż mi serce stanęło. Musiałem się upewnić. Nie wiem, co bym zrobił, gdyby coś ci się stało.- przyznał zdenerwowany.

- Dlatego przywiozłeś naszych gości? Sprawdzali mnie, prawda?- spytała miękko.

- Tylko twoje samopoczucie, kochanie. To empaci. Czują pewne rzeczy.- powiedział szeptem.

- I są pewni, że nic mi nie jest?- spytała nie tylko z ciekawości, ale i dla własnego spokoju. Martwiła się o dziecko. Z drugiej strony, jeśli potrafili stwierdzić, że nic jej nie dolega, to czy wiedzieli, że była…?

- Na ile to możliwe, Sam- przytaknął.- Czemu pytasz? Źle się jednak czujesz?- dodał z paniką.

- Nie tylko…- odpowiedziała z wahaniem.

- Tylko co, skarbie?- spytał, patrząc na nią badawczo.

- No bo…- zająknęła się, a potem z rezygnacją sięgnęła po pudełko.- Proszę. Otwórz.- zachęciła, gdy zdziwiony wziął je do ręki.

Jack szybko rozpakował prezent i wyszczerzył się szeroko, widząc malutką bluzę hokejową z numerem 1 i swoim nazwiskiem na odwrocie.

- Dziś dostałam wyniki. Chciałam ci powiedzieć w domu, ale zdarzył się ten wypadek i…- mamrotała.

- Sam, skarbie…- przerwał jej z czułym uśmiechem.- Ja wiem…- przyznał.- Chłopaki wyczuli maluchy, gdy wychodziłaś z domu. Nic nie mówiłem, bo nie byłem pewien, czy wiesz…- dodał.

- M- Maluchy?- zdumiała się, gdy zrozumiała jego słowa.

- Yup, Carter!- mrugnął wreszcie wesoło.- Wygląda na to, że będziemy potrzebować takich dwóch.- dorzucił z zadowoleniem, potrząsając koszulką.

- Bliźniaki?- szepnęła, czując jak do oczu napływają jej łzy szczęścia. Już jedno dziecko było dla niej cudem, a on twierdził, że nosiła dwoje?

- Na to wygląda, pani generał!- potwierdził z zadowoleniem i blondynka się rozpłakała.

- Dwoje…- mówiła przez łzy.- Będziemy mieli dwoje!

- A według Fro i Fru, to dopiero początek!- powiedział jej na ucho i Samantha spojrzała na niego zdumiona.

- Huh?

- Nieważne. Potem ci opowiem. Teraz chcę tylko przytulić matkę moich dzieci.- powiedział czule.

- Więc na co czekasz, tatuśku?- uśmiechnęła się nareszcie i go pocałowała.

Jak długo tak siedzieli, czule objęci, kto wie? Ich towarzysze cichutko przycupnęli na kanapie w rogu pokoju, dając im nieco prywatności. Gdy wreszcie para wróciła na ziemię, Jack podziękował obu kosmitom i odesłał ich swoim samochodem do domu. Sam został z ukochaną na noc. Nie zamierzał jej zostawiać ani na chwilę, nawet jeśli miałby spać na niewygodnym, szpitalnym krześle. Nie było to konieczne, bo Samantha „podzieliła się" z nim łóżkiem, a przezorny Walter podesłał im ubrania na zmianę, w tym osobistą piżamę pani generał, spakowaną dla niej przez Valę i Daniela, którzy zresztą przyjechali nieco później z wizytą.

Tej nocy, choć łóżko było wąskie, przyszli rodzice zupełnie tego nie czuli, wtuleni w siebie i szczęśliwi. Może okoliczności ujawnienia ich radości nie były zbyt przyjazne, ale nie zmieniało to faktu, że ci dwoje nie mogli cieszyć się bardziej.

- Ale teraz to już chyba trochę przystopujesz, co Carter?- wymruczał, gdy zasypiali w swych ramionach.

- Zobaczę, co się da zrobić, O'Neill.- odparła.- Chyba wiesz, że w tej sytuacji sprawa psa musi zaczekać?- wymamrotała sennie.

- Do'h.- usłyszała tylko i chwilę potem oboje już spali.

TBC