Rozdział Dracona, przygotowanie do walki.

Rozdział dwudziesty ósmy: Chodzenie tymi drogami

Draco był za Harrym, więc nie mógł zobaczyć wyrazu jego twarzy, kiedy po raz pierwszy odczytał napis na kamieniach. Ale zobaczył jak lód wspina się po ścianach i z całą pewnością poczuł jak rosnąca magia Harry'ego pozbawiła go przytomności.

Na szczęście tylko na kilka chwil. Kiedy się ocknął i zebrał w sobie, żeby wstać, profesor McGonagall zagradzała Harry'emu drogę w dół korytarza.

– Nie, Harry – powiedziała stanowczo, kładąc mu rękę na ramieniu. Draco widział, że jest strasznie blada, ale nie miała zamiaru się wycofać. – Muszę wiedzieć, gdzie idziesz.

– On idzie uratować swojego brata, pani profesor – powiedział Draco, zmuszając się do przeciągania zgłosek. Włożył rękę do kieszeni, żeby poczuć ciepło szklanej butelki i uspokoić się, że jego Harry wciąż gdzieś tam jest, nawet jeśli teraz przykryła go zimna furia. – A ja mu w tym pomogę. Proszę zejść nam z drogi.

McGonagall odwróciła się gwałtownie w jego stronę i spojrzała na niego z zaskoczeniem. Draco podniósł brwi. Musiała być bardziej roztrzęsiona niż mu się wydawało, kosmyki włosów powysuwały się z jej koka. To dla niego przeważyło sprawę.

– Panie Malfoy, nie mogę pozwolić dwójce uczniów wejść prosto w niebez... – zaczęła cięto.

– W takim razie będzie pani musiała mnie powstrzymać.

Draco zamknął oczy i zwalczył ból głowy, który próbował go zwalić z nóg kiedy Harry zwrócił całą swoją uwagę na profesor McGonagall. Harry był zły i to była złość ponad wszystko, co Draco kiedykolwiek widział. Lód wciąż wspinał się po ścianach, jego delikatne wici penetrowały coraz więcej korytarza i zaczynały się pojawiać na suficie.

– Panie Potter – powiedziała McGonagall. W jej głosie nie było strachu, ale w końcu była Gryfonką, prawda? Draco wiedział, że oni nie kulą ogonów pod siebie i nie uciekają, nawet kiedy rozsądek tego nakazuje. – Nie pozwolę, żeby kolejni uczniowie znaleźli się w niebezpieczeństwie.

– Tom Riddle ma mojego brata.

Draco zaryzykował i spojrzał na twarz Harry'ego, a potem żałował, że to zrobił. Twarz Harry'ego przecinały ponure linie, ale jego oczy wrzeszczały nieprzerwanie, po prostu nie wydawał z siebie żadnego dźwięku.

– Co nie znaczy, że musi pan narażać życie, panie Potter – powiedziała McGonagall, krzyżując ręce na piersi.

Wścibska stara klępa, pomyślał Draco. Żałował, że to nie profesor Snape ich znalazł. On przynajmniej zrozumiałby, dlaczego Harry koniecznie potrzebuje pomóc swojemu bratu. Przecież dzielił z Harrym umysł.

Draco też, dlatego rozumiał, że Harry'ego nie da się teraz przekonać do zmiany zdania. Najlepsze, co można zrobić, to być cicho i iść razem z nim na misję ratowniczą, tak żeby Harry wiedział, że istnieje przynajmniej jedna osoba, która go rozumie i której nie da się opętać i zwrócić przeciwko niemu. Draco był pewien, że jeśli z nim nie pójdzie, to Harry pójdzie tam, gdzie Riddle przechowuje jego brata – prawdopodobnie Komnaty Tajemnic – kompletnie sam. I nie miał zamiaru mu na to pozwolić.

– Owszem, oznacza – powiedział Harry. Mówił teraz przez zaciśnięte zęby, jakby sam się zmagał z bólem głowy, a jego wężyca ześlizgnęła się po jego ramieniu i wystawiła łeb spod rąbka jego mankietu. – Jestem tu najlepszym człowiekiem, który może go uratować, z przyczyn, których w tej chwili nie mogę pani wyjaśnić.

– Dyrektor Dumbledore... – zaczęła McGonagall.

Harry zaśmiał się. Dźwięk brzmiał obco dla Dracona, tak bardzo był zimny i pozbawiony wyrazu. Brzmiał bardziej jak śmiech, który słyszał od Toma Riddle'a w czasie jego walki z Harrym, kiedy Draco wisiał w cieniach, bo pozwolono mu tylko obserwować, a nie pomagać. Podszedł bliżej do Harry'ego. Ostatnim razem prawie zwariował nie mogąc pomóc. Zacisnął dłoń na butelce i poczuł jak światła się przemieszczają i przytulają do jego dłoni.

– Wie pani dobrze jakie dyrektor podjął decyzje, pani profesor – powiedział Harry. – I wie pani, co powie, jeśli do niego pójdę. Może zgodzi się mi pomóc – ale nigdy nie wycofa się ze swoich decyzji. I to właśnie przez jego wybory teraz muszę iść i ratować Connora.

Draco zamrugał. Wini o to Dumbledore'a? Nie widziałem tego kiedy byłem w jego umyśle. Czy to coś nowego? Czemu mi o tym nie powiedział? Gdzie się tego dowiedział? Jego umysł zalała ciekawość, nieco tłumiąc ból głowy.

McGonagall pobladła, co było jasnym dowodem na to, że wiedziała, o czym mówi Harry. Zamknęła oczy i stała przez chwilę w bezruchu, jakby walczyła sama ze sobą. Draco skrzywił się na nią, a potem na Harry'ego. Czeka nas poważna rozmowa jak już skończymy walczyć z Tomem Riddle'em, Harry, na przykład o tym, dlaczego ufasz głowie domu Gryffindora, która próbuje cię powstrzymać przed tym, co musisz zrobić. Ponownie przysunął się bliżej do Harry'ego. Tym razem stał już tuż za jego prawym ramieniem, na tyle blisko, że słyszał jego oddech i delikatną aurę chłodu, jaką z siebie wydzielał. Lód skuwał już sufit. Draco dotknął przedramienia Harry'ego, spodziewając się, że ono też będzie zimne, i wzdrygnął się. Jego skóra była rozgrzana jakby miał gorączkę.

I robił się coraz cieplejszy w miarę jak profesor McGonagall zwlekała z decyzją, czy powinna ich powstrzymać czy nie.

No pośpiesz się, pomyślał Draco w jej kierunku. Zakaż nam i pozwól się skrzywdzić Harry'emu, albo odsuń się i pozwól mu zrobić co trzeba. Ale nie rób tego. Nie widzisz, że robisz mu krzywdę?

McGonagall wzdrygnęła się, jakby usłyszała jego myśli i przez chwilę patrzyła na niego. Draco uśmiechnął się krzywo, patrząc jej w oczy. Zmarszczyła brwi, po czym zwróciła się z powrotem do Harry'ego.

– Zaczekam godzinę, potem będę musiała już pójść z tym do dyrektora – powiedziała cicho. – Tylko tyle czasu mogę ci dać.

– Znakomicie – powiedział Harry głosem, który według Dracona odbierał temu słowu całe znaczenie, po czym odwrócił się i ruszył w stronę lochów Slytherina. Draco poszedł za nim, od czasu do czasu oglądając się za siebie na głowę domu Gryffindora. Patrzyła za nimi z pochmurną miną, ale wyglądało na to, że nie miała zamiaru wycofać się z danego słowa. Gryfoni zwykle tak mieli.

Draco spojrzał przed siebie na wyprostowane plecy Harry'ego i jego zdeterminowany krok i przez chwilę zastanawiał się, czy nie powinien nalegać, żeby chociaż spróbowali poszukać profesora Snape'a.

Wreszcie pokręcił głową. Nie. Harry musi się tym zająć i tylko go skrzywdzę, jeśli spróbuję go spowolnić. Póki co po prostu płyń z prądem, Draco. Przynajmniej będziesz przy nim kiedy świat eksploduje.


Kiedy wrócili do dormitorium Slytherinu – na szczęście pustych, wszyscy poszli już na obiad – Harry zaczął się krzątać. Otworzył stojący u stóp swojego łóżka kufer i wyciągnął z niego czarną obręcz, na której widok Draco zamrugał. Zobaczył wygrawerowaną żmiję, kiedy Harry ją obrócił, i uśmiechnął się słabo. Dobra broń, w końcu idą do Komnaty walczyć z bazyliszkiem.

Skoro już o tym mowa, Draco sięgnął na sam dół swojego kufra po to, czego potrzebował i kiedy się wyprostował, zauważył, że Harry właśnie wychodził z pokoju.

– Harry! – zawołał, wstając.

Harry obejrzał się na niego i Draco zobaczył oczy jak zasłonięte okna.

– Co?

– Idę z tobą – powiedział Draco.

Harry przez chwilę niczego nie mówił, ale powietrze wokół niego zrobiło się tak zimne, że kiedy się odezwał, Draco zobaczył jego oddech.

– Nie – powiedział cicho. – Nie będę ryzykował twojego życia. Zostaniesz tutaj. Możesz pójść i powiedzieć o wszystkim profesorowi Snape'owi. Właściwie to wolałbym, żeby się dowiedział przed dyrektorem.

Draco miał wrażenie, że to właściwie był całkiem niezły pomysł, ale niestety, będzie musiał go wykonać ktoś inny.

– Nie – powiedział. Wyjął butelkę ze swojej kieszeni i położył ją delikatnie na stoliku obok swojego łóżka. Nie chciał ryzykować, że się zbije. Następnie odwrócił się znowu do Harry'ego. – Idę z tobą – powtórzył.

Harry pochylił lekko głowę i Draco poczuł jak jego ból głowy znowu rośnie, kiedy Harry zaczął wzywać swoją moc. Kiedy Harry znowu się odezwał, brzmiał bardziej jak Tom Riddle, on sam.

– Mógłbym cię znokautować i zostawić tak bezsilnego na podłodze, Draco. Mógłbym uderzyć w ciebie zaklęciem, po którym nie pamiętałbyś czegokolwiek o dzisiejszym dniu. Mógłbym rzucić na ciebie Imperio i zmusić cię, żebyś poszedł do Snape'a i powiedział mu co tylko zechcę. Biorąc to wszystko pod uwagę, czemu wciąż mi się stawiasz?

Draco spojrzał na butelkę. Nie było w niej śladu czerwieni, która pokazywałaby, że Harry jest na niego zły. Fiolet i zieleń wirowały wściekle, tworząc widok, który wyglądał jak niebo przed burzą.

– Ponieważ tak naprawdę nic mi nie zrobisz – powiedział, spoglądając na Harry'ego. – Ufam ci.

Harry zamknął oczy.

– Nie powinienem był dawać ci tego cholerstwa – wymamrotał, powtarzając ostatnio częsty lament.

Draco czekał.

– Muszę to zrobić sam – powiedział miękko Harry. – Wiesz, czym jestem, Draco, i do czego mnie wytrenowano. Muszę iść do Komnaty i uratować Connora i wcale się nie zdziwię, jeśli przy tym zginę. Nigdzie nie jest powiedziane, że musi iść ze mną ktoś jeszcze i zginąć razem ze mną. Czemu tego chcesz?

– Ponieważ to wobec ciebie jestem lojalny – powiedział Draco. – Nie wobec Connora, czy Dumbledore'a, czy dowolnej zjebanej idei, którą mogła mieć twoja rodzina. – Z zaskoczeniem stwierdził, że się trzęsie i spróbował rozładować emocje, które zaczęły go przepełniać, podnosząc obiekt, który wyciągnął z dna swojego kufra. – I dlatego, że tylko ja tutaj najwyraźniej myślę.

Harry zamrugał, patrząc na lusterko.

– Co...

– Czułem jak myślisz, że wąż to bazyliszek – powiedział spokojnie Draco. – A lustro jest, no, może nie najlepszą bronią przeciw bazyliszkom, ale i tak lepsze to niż nic.

Oczy Harry'ego znowu stały się niepokojąco puste, po czym wykonał gest, który mógł wskazać na jego magię, albo na jego wężycę, albo na czarną obręcz, którą założył wokół prawego ramienia.

– Zdecydowanie nie wybierałem się tam z niczym. – Wyciągnął rękę po lusterko. – Ale to też się przyda. Dziękuję, że zwróciłeś mi na to uwagę.

– Ty niesiesz już dość – powiedział Draco, chowając lusterko do materiałowego futerału, a całość następnie do swojej kieszeni. – Wezmę to za ciebie.

Harry patrzył na niego przez długą, długą chwilę. Wreszcie pokręcił głową.

– Dlaczego? – szepnął.

Draco prychnął.

– Naprawdę chcesz o tym rozmawiać teraz, kiedy Riddle robi twojemu bratu Merlin wie co?

Od razu pożałował, że to powiedział, bo Harry syknął i zamknął oczy, przyciskając dłoń do skroni. Kiedy znowu otworzył oczy, były one załzawione i skupione na Draconie.

– Obawiam się, że musimy. Nie chcę zrobić ci krzywdy, ale nie chcę ci też pozwolić ze sobą pójść. Proszę, Draco. Muszę wiedzieć. Powiedziałeś, że jesteś mi lojalny. Postawiłeś się swojemu ojcu i zmanipulowałeś go dla mnie. Nie chciałeś zrezygnować z naszej przyjaźni nawet kiedy powiedziałem ci, że nie będę cię o to winił. Dlaczego?

Draco przełknął ślinę. Ręce mu się trzęsły. Nie pomagał fakt, że jego zupełnie szczera odpowiedź nawet dla niego brzmiała wyjątkowo bezmyślnie.

– Bo jesteś Harrym – powiedział. – Jesteś sobą. Tylko tyle wiem, Harry. Lubię cię i jestem ci lojalny, i jeśli mnie nie zwiążesz, albo nie rzucisz na mnie Obliviate, albo nie aportujesz się stąd, to idę z tobą.

Harry zamknął oczy. Draco stał przez dłuższą chwilę w ciszy, niepewien jaką usłyszy odpowiedź. Niemal czuł w głowie nacisk, żeby pogonić Harry'ego do Komnaty. Jeśli ten postanowi jednak tam pójść sam, to Draco naprawdę niewiele mógł na to poradzić.

I nawet nie chciał go powstrzymywać. Na tym polegała różnica między nim, a kimś takim jak profesor McGonagall – albo nawet Dumbledore'em, jeśli Harry naprawdę dowiedział się czegoś niepokojącego na temat dyrektora. On ufał Harry'emu. Ufał mu, że podejmie dobrą decyzję. Nie bał się jego magii, chyba że w sensie abstrakcyjnym. Nie sądził, żeby Harry'ego trzeba było zakuwać w kajdany, albo nakłaniać go, żeby szedł właściwą drogą. Jakąkolwiek drogę Harry wybierze, ta dla Dracona będzie ze swojej natury właściwa.

Ale ze mnie dziecko, stoję i myślę jak naiwny Gryfon.

Ale taka była prawda. A rodzice Dracona zawsze uczyli go, żeby nigdy siebie nie okłamywał. On przynajmniej wiedział, że czasem miewa myśli naiwnego Gryfona i mógł ich użyć z pożytkiem dla siebie zamiast ich unikać.

– Dziękuję.

Draco otworzył oczy i zobaczył jak Harry wyciąga w jego stronę rękę. Czym prędzej ją uścisnął, nie chcąc ryzykować, że zwlekaniem zmieni zdanie Harry'ego, po czym położył głowę na jego ramieniu, nie chcąc mu pokazać jak strasznie mu ulżyło, że Harry jednak nie spróbował go zatrzymać w pokoju siłą. Nawet nie wyobrażał sobie udręki Harry'ego, świadomego w każdej mijającej chwili, że Connor jest w niebezpieczeństwie, ale poznałby jej cień, gdyby musiał tutaj zostać, a Harry wybrałby się na spotkanie tego właśnie niebezpieczeństwa.

Harry obrócił głowę, tak że trącił nosem włosy Dracona.

– Poza tym – dodał – Sylarana właśnie mi przypomniała, że tak na dobrą sprawę nie wiem, jak wejść do Komnaty, więc wyjście z pokoju z nadzieją, że jakoś sobie poradzę, tym razem nie wypali.

Draco zaśmiał się cicho. Nawet pośrodku tego wszystkiego, nawet myśląc o stawieniu czoła Tomowi Riddle'owi, wciąż czuł jak wzbiera w nim nadzieja. Odłożył jej większą część na chwilę na bok.

– Czy możemy się tego jakoś dowiedzieć? Gdzie ty właściwie chciałeś iść, gdybyś miał tam iść sam?

– Po prostu do łazienki dziewcząt, wokół niej były wszystkie ataki – powiedział Harry. – Tam musi być wejście do Komnaty, ale nie wiem, gdzie konkretnie, Riddle zabrał mi te wspomnienia...

Przerwał nagle, zamierając i Draco zorientował się, że pewnie znowu rozmawia z Sylaraną. Trzymał język za zębami. Był zazdrosny o więź, jaka łączyła locustę z Harrym, oczywiście, że był, ale teraz naprawdę nie mieli czasu, żeby o tym rozmawiać.

– Co się stało? – zapytał, kiedy Harry pobladł.

– Sylarana uważa, że Riddle wcale nie zabrał ze sobą moich wspomnień dotyczących otwarcia komnaty, prawdopodobnie nawet ich nie zniszczył – powiedział Harry drętwo. – Jej się wydaje, że schował je do pudełka. To było najwygodniejsze dla niego miejsce, żeby je przechowywać i teraz jak o tym myśli, to wydaje jej się, że czuła niewielkie poruszenie w tamtej części mojego umysłu, kiedy petryfikowałem Neville'a.

Draco zacisnął dłoń, która wciąż nie puściła ręki Harry'ego. Widział to pudełko, kiedy miał wgląd do umysłu Harry'ego. Nie chciał tego widzieć nigdy więcej. Na swój sposób przerażało go ono bardziej niż Riddle. Riddle był otwartym zagrożeniem. Pudełko było przyczajonym.

– Musisz je otworzyć? – zapytał.

Harry znowu zamarł, najwyraźniej rozmawiając z Sylaraną.

– Pozwoli mi – powiedział Harry. – Ale boi się, że nadmiar wspomnień mnie oszołomi bez kogoś, kto by mnie uziemił, a ona będzie zajęta czekaniem aż będzie mogła szybko zamknąć z powrotem pudełko, jak tylko znajdę potrzebne mi wspomnienia. – Odetchnął głęboko i spojrzał Draconowi w oczy. – Powiedziała też, że może cię na chwilę powiązać z moim umysłem, ponieważ już kiedyś w nim byłeś. Przytrzymasz mnie, kiedy będę przeglądał pudełko?

Draco przytaknął bez chwili wahania. Nie chciał widzieć pudełka. Nie był pewien, czy jest gotów zobaczyć to, co się w tej chwili działo w głowie Harry'ego.

Ale był absolutnie pewien, że przede wszystkim nie chce widzieć Harry'ego martwym.

– Dziękuję – szepnął Harry. Jego ręka trzęsła się lekko. Draco zastanawiał się, czy bał się pudełka, czy utraty Connora, czy też może ponownego wpuszczenia Dracona do swojego umysłu. Draco miał wrażenie, że kombinacja tych trzech. Obserwował jak Sylarana pełznie w dół ramienia Harry'ego.

Wziął głęboki wdech, próbując się przygotować, kiedy Sylarana owinęła się wokół jego nadgarstka, wiążąc ich ręce razem.

Nic nie byłoby w stanie go na to przygotować.

Znalazł się wśród złota i światła i hałasu, czarnego pola pełnego światła. Niewiele przez to wszystko widział i prawie nic nie słyszał. Pieśń była ogłuszająca. Draco się skrzywił. Piękna, ale tak strasznie głośna... jak Harry był w stanie spać, mając coś takiego w głowie?

Ja mu pomagam.

Draco podskoczył i obrócił się. Pośród złotych płomieni jaśniała złota struga. Po chwili zorientował się, że to musiała być Sylarana. Słyszał jej głos i choć syczała i wiedział, że na pewno nie mówiła po angielsku, i tak mógł ją zrozumieć. Westchnął lekko. Czekajcie tylko aż powiem o tym ojcu. Nigdy w to nie uwierzy.

Jeśli mu o tym powiem. Bo jeśli on potem spróbuje tego użyć przeciw Harry'emu...

I to on skrzywdził Harry'ego. Gdyby nie ten pamiętnik, to nic takiego by się nie wydarzyło.

Draco skupił się na tym, co mieli teraz zrobić. Jego własne myśli były poplątane i niepewne, tak, ale teraz ważniejszy był Harry. Ruszył za złotą smugą i po chwili dotarli do pudełka. Obok niej kulił się kosmyk lśniącego mroku i złota. Draco podejrzewał, że to jest Harry, a przynajmniej jego manifestacja. Pudełko wyglądało równie koszmarnie jak zawsze, chociaż teraz zamiast zamków, które Draco widział na nim ostatnim razem, owijały je pierścienie równie jasne co locusta.

Jesteś gotów, Harry? – zapytała, a ciche potwierdzenie Harry'ego dotarło do nich ze wszystkich stron. Draco poczuł jak Sylarana zwraca się w jego stronę. – Trzymaj go jak będzie nurkował.

Draco kiwnął głową i wyciągnął dłoń, owijając kosmyk przeplatanego mroku i złota wokół palców. Wyglądało na to, że to wystarczy.

Sylarana zmieniła pozycję, rozluźniła uchwyt i pudełko się otworzyło.

Draco poczuł jak ogarnia go strach, kiedy wieko uchyliło się lekko, a ciemność i chłód momentalnie zaczęły się z niego wylewać. Ale Harry wszedł do środka, przeglądając wspomnienia bez lęku, szukając tych, których potrzebował, a Draco musiał z nim iść, musiał tam z nim wpaść, musiał go uziemiać, być jego kontaktem z rzeczywistością, kiedy Harry rozrzucał wspomnienia na boki i szukał.
Draco oczywiście widział niektóre z tych wspomnień, bo nie było szans ich przeoczyć, kiedy stał tuż obok Harry'ego.

Harry czytający książkę pod kołdrą przy zaklęciu Lumos i uczący się w panice zaklęcia tarczy, przekonany, że Voldemort może wrócić już jutro i zabije Connora, jeśli Harry nie będzie gotów...

Lily przykucnęła przy Harrym i poprosiła go, żeby jeszcze raz spróbował rzucić zaklęcie. Wiedziała, że to bolało, ale powiedziała, że uda mu się tylko, jeśli będzie ćwiczył dalej. Harry przełknął ślinę i spróbował zaklęcia jeszcze raz. Tym razem się udało...

Lily szepcząca Harry'emu, że wszystko będzie dobrze. Głaskała go po głowie i kołysała się lekko. Miał tylko cztery latka, był niemal za młody, żeby to pamiętać, ale pamiętał, że pokłócił się z Connorem i głowa zaczęła go boleć i nie przestawała, póki jego matka nie przyszła i nie ukoiła go kilkoma słowami. Słowa były jego lekiem...

Remus Lupin mówiący coś o maltretowaniu...

Draco zawył. Płonął, ogień otoczył go ze wszystkich stron jak znaleźli to wspomnienie. Draco wyczuł, że złote światło i piękna pieśń wcale nie lubiły tego wspomnienia. Miało spłonąć i nigdy więcej nie zawracać głowy Harry'emu. Nie powinno go było być w pudełku.

Naprawdę nie powinno – powiedziała Sylarana z wyraźnym zaniepokojeniem. – To się stało po tym jak przestał używać pudełka. Skąd to się tam wzięło? Harry? Harry!

Ale Harry ich nie słyszał. Draco odniósł wrażenie, że Harry był już głęboko pod nimi, nurkując coraz głębiej w ciemność i jeśli nie znalazł jeszcze potrzebnego wspomnienia to pewnie dlatego, że się zgubił w wirze niemal zapomnianych bzdur, które tutaj wrzucił, wszystkich żali i lęków i drobnych zazdrości.

Patrzył jak Connor jest w centrum uwagi, podczas gdy on jest tak cichy i zdystansowany, że wszystkim się wydawało, że wcale nie chce ich uwagi. I nie chciał, tak mu się przynajmniej wydawało, ale czasami jej potrzebował, a tajemnica między nim a ich matką nie wystarczała. I musiał przestać tak myśleć, bo jeszcze zacznie zazdrościć swojemu bratu, bo może go tym skrzywdzić, a przecież nie mógł na to pozwolić, prawda?

Patrzył jak James puszcza latawce z Connorem i żałował, że nie dzieli takiej samej więzi z ojcem co jego brat. Ale James i Connor byli do siebie podobni, do tego James nie bardzo rozumiał miłości Harry'ego do książek i czemu by miał? Harry i Lily nie powiedzieli mu co robią. Nie miał żadnych podstaw, żeby go rozumieć. Ale ta niezrozumiała tęsknota wciąż tam była.

Harry spojrzał w górę po tym jak wykonał bezróżdżkowo zaklęcie przywołania i zobaczył jak jego ojciec stoi w drzwiach i gapi się na niego. Harry spojrzał mu w oczy wyzywająco, czekając aż James jakoś zareaguje, zapyta go co się stało, skąd zna bezróżdżkową magię i czemu nikomu o tym nie mówił. Zamiast tego James odwrócił się i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Nigdy o tym nawet nie wspomniał. A Harry zobaczył strach w oczach swojego ojca i zakopał ziarno niechęci głęboko w otchłań swojego umysłu, żeby nigdy nie miało okazji wykiełkować i wyrosnąć na pogardę.

Harry leżał na trawie przed swoim domem kompletnie wykończony od ćwiczenia magii i zaczął porządkować w głowie serię zwyczajów czystokrwistych, których się tego dnia nauczył. Gdzieś w głębi jego umysłu, rozległ się niemal niesłyszalny skrzek, że jest zmęczony i chce iść spać. Ale nie miał okazji się pouczyć tego dnia, bo Syriusz i Remus przyjechali z wizytą i zrobiono wielką ucztę z okazji urodzin Syriusza. Musiał teraz nadrobić stracony czas. Voldemort nadchodził. Harry nie mógł sobie pozwolić na bycie dzieckiem.

Powtarzał swoje przysięgi raz za razem i czasem je strasznie nienawidził, ale zawsze łapał i gasił tę nienawiść zanim ta zdążyła się posunąć za daleko.

Draco wytrzymał je wszystkie, chociaż podejrzewał, że w swoim prawdziwym świecie płakał i gorąco pragnął przytulić Harry'ego. Wreszcie poczuł jak Harry wznosi się w pudełku i kieruje do wyjścia, trzymając ze sobą wspomnienia z otwarcia Komnaty Tajemnic.

Draco zauważył je tylko przez moment, lecąc za Harrym. Kiwnął głową. Czyli zlew, z wężem na kurku i jeśli wężousty rozkaże mu się otworzyć w wężomowie, wykona rozkaz. Dobry sposób chronienia Komnaty przed praktycznie wszystkimi poza potomkami Slytherina.

Myślał o tym wszystkim, bo wspomnienia pozostawiły go oniemiałym z szoku. To za chwilę minie i porozmawia z Harrym, ale do tego czasu...

Otworzył oczy i odkrył, że jest z powrotem w swoim ciele. Sylarana odwinęła mu się z nadgarstka i śmignęła po szatach Harry'ego, owijając mu się wokół szyi i sycząc kojąco. Tak przynajmniej zdawało się Draconowi.

Żałował, że nie rozumie jej syczenia. Żałował, że nie może znaleźć słów na wszystkie emocje, jakie go zalały po tym, co przeżył w pudełku. "Przykro mi" nie brzmiało wystarczająco, tak samo jak "Harry, wszystko w porządku?". Co naprawdę chciał powiedzieć to "Czy nie chciałbyś rzucić Crucio na swoich rodziców?", ale miał wrażenie, że Harry nie przyjąłby tego dobrze.

Harry wymamrotał coś w wężomowie, syczące słowa wylewały się z jego ust w nieprzerwanym ciągu. Wreszcie wziął głęboki oddech i zamknął oczy. Draco patrzył jak jego maska opada znowu na swoje miejsce, zakrywając cały jego ból i wszystkie inne emocje. Draco potarł swoje policzki i poczuł tam ślady łez.

– Harry – szepnął, czując, że to dobry start.

Harry spiął ramiona.

– Przestań – warknął. – Musimy iść ratować Connora. A przynajmniej ja muszę.

– Wciąż idę z tobą – zapewnił go Draco, klepiąc się po kieszeni, do której schował lusterko. Wyszedł za Harrym z pokoju. – Ale martwię się o pudełko. Czemu tam były wspomnienia, których tam nie powinno było być? Jakim cudem użyłeś pudełka, jeśli Sylarana je zamknęła?

– Myślę, że pudełko się niemal otworzyło, kiedy... kiedy to się stało – powiedział Harry głosem pełnym emocji, której Draco nie był w stanie zidentyfikować. – Wtedy udało mi się tam wrzucić to wspomnienie. – Jego głos nabrał na sile. – To i tak było niedorzeczne. Już pamiętam. Remus miał zamiar oskarżyć moją matkę o maltretowanie mnie. – Prychnął. – Głupie, nie?

– Ale to prawda – powiedział Draco.

Harry obrócił się i Draco zamilknął. Harry wciąż miał w oczach tę zimną furię i zdesperowaną potrzebę zrobienia czegokolwiek, gnania na pomoc Connorowi, ale teraz trząsł się cały i wyglądał jakby był o krok od znacznie gorszego wybuchu. Draco wyczuł, że niewiele potrzeba było do odpalenia tego wybuchu. Zobaczenie własnych wspomnień wstrząsnęło Harrym. A on zanurkował jeszcze głębiej od Dracona. Merlin jeden wiedział, co zobaczył.

W tym momencie Draco zrobił prywatną decyzję. Kiedy to wszystko się skończy, kiedy Harry odzyska Connora i będzie w stanie myśleć o czymkolwiek innym, Draco zaciągnie Harry'ego do kogoś, kto będzie w stanie mu pomóc, siłą, jeśli będzie trzeba. Profesor Snape będzie jego pierwszym wyborem. Potem pójdzie do swoich rodziców. Na Merlina, uda się nawet do wilkołaka, jeśli będzie musiał.

Nikt nie miał prawa robić czegoś takiego jego przyjacielowi i ujść z tego bez kary.

Harry zdawał się nie zauważyć decyzji Dracona. Być może po prostu potrzebował chwili ciszy. Kiwnął głową, a jego twarz złagodniała.

– Dziękuję, że tego nie skomentowałeś, Draco.

To tobie się tak wydaje, pomyślał Draco i poszedł za Harrym do łazienki na drugim piętrze.


Zanim zdążyli się tam dostać, oczywiście, miejsce było już oblężone przez innych uczniów, chodzących wokół napisu, i profesorów, którzy starali się ich przegonić. Harry rzucił na nich zaklęcie kameleona zanim jeszcze wyszli zza zakrętu. Draco skrzywił się, bo wrażenie było cokolwiek nieprzyjemne, ale musiał przyznać, że działało. Zakradli się do łazienki i nikt ich nie zauważył. Nawet zawodzący duch dziewczynki, która wyjrzała z jednej z toalet. Draco był za to naprawdę wdzięczny.

Harry podszedł prosto do zlewu ze swoich wspomnień i pochylił się prosto w stronę kurka, na którym był niewielki grawerunek węża. Syknął. Draco wyszedł z założenia, że powiedział słowo "Otwórz się", bo zlew momentalnie zaczął wirować. Pojawiło się białe światło, tak jasne, że Draco obejrzał się nerwowo na ducha, ale jak spojrzał z powrotem, pod nimi ział tunel prowadzący w nieznane.

Draco skrzywił się, myśląc o całym błocie, który tam musi być.

– No chodź – powiedział Harry, okazując bardzo gryfoński brak strachu i wskoczył do tunelu. Draco skrzywił się z rezygnacją, po czym wskoczył zaraz za nim.

Zjeżdżalnia, na którą trafili, pełna zakrętów, ostrych zjazdów w różnych kierunkach i desperackich prób nie zgubienia własnej różdżki czy lusterka, nie przypadła Draconowi do gustu. Z determinacją ignorował cały śluz, jaki przyklejał mu się po drodze do szat, tak samo jak pragnienie do skrzeku, jakby był jakimś pierwszorocznym. Wyląduje i wszystko będzie dobrze, a jak już będzie po wszystkim, łącznie z pomocą Harry'emu, to zmusi Harry'ego do kupienia mu nowych szat.

Harry nagle zniknął przed nim. Draco próbował się przygotować, ale nie był w stanie się czegokolwiek złapać.

Wystrzelił z końca rury i przywaliłby twardo w ziemię, ale Harry krzyknął "Wingardium Leviosa!" i go złapał. Draco delikatnie wylądował na ziemi, poklepał się po kieszeni, upewniając się, że lusterko wciąż jest całe, po czym kiwnął do Harry'ego. Różdżka Harry'ego pojaśniała od Lumos, ale nie oświetliła na dobrą sprawę jego twarzy; zamiast tego sprawiła, jakby był na skraju szaleństwa. Kiwnął do Dracona i ruszył przed siebie, z oczami wbitymi w ziemię przed nimi. Draco przełknął ślinę, kiedy usłyszał trzask spod stóp Harry'ego, który brzmiał podobnie do pęknięcia kości.

Ale dotarli już tak daleko, że nawet jeśli się bał, to nie miał zamiaru się wycofać i zostawić Harry'ego samego tylko przez coś takiego. Szedł za nim.

Harry szedł pośród rozrzuconych kości jakby widział coś takiego każdego dnia i z tego, co Draco wiedział o jego życiu rodzinnym, może nawet tak było – albo i gorzej. Sam Draco krzywił się na widok szkieletów i starał się trzymać od nich z daleka, nawet jeśli jego oczy nalegały na przeskakiwaniu z jednego na drugi i identyfikowaniu ich. Szczur, mysz, nietoperz...

Zapiszczał, kiedy zobaczyli ogromną wylinkę węża, owiniętą wokół siebie jak pajęcza sieć.

– Co to jest? – szepnął.

– Będziemy tu walczyć z bazyliszkiem – przypomniał mu Harry.

Draco spojrzał na niego i odkrył, że Harry stoi z odchyloną głową i przygląda się wylince jakby ta była zwykłym składnikiem eliksiru, który trzeba posiekać do odpowiednich rozmiarów. Obrócił się i zerknął na Dracona, a Draco przełknął ślinę. Harry znowu zrobił się zimny. Właściwie, jak teraz zaczął się temu przyglądać, zobaczył lekką parę zimna dochodzącą z ziemi w miejscu, w którym stał Harry.

Draco nie miał pojęcia jak Harry to robi, jak udało mu się tak bardzo skupić na nienawiści do Toma Riddle'a po tym jak zobaczył wspomnienia o swoich rodzicach i o wszystkim co mu zrobili, ale nie był w stanie go o to zapytać. Zaraz mieli stanąć do walki.

Draco nie był pewien co o tym myśleć. Przyjął do wiadomości, mniej więcej, że pewnego dnia będzie musiał walczyć w Wojnie, kiedy Mroczny Pan powróci. Ale oto był tutaj, mając zaledwie dwanaście lat – no, prawie trzynaście – i szedł w kierunku pokoju, gdzie wiedział, że będzie musiał walczyć z bazyliszkiem, a może i z opętanym bratem Harry'ego.

Co więcej, miał walczyć z Mrocznym Panem. A przynajmniej jakąś jego wersją.

Draco domyślał się, że to jasno pokazuje, po której stronie stoi. To niosło pewien komfort. Wyprostował się i ruszył za Harrym, tym razem krocząc pewniej niż wcześniej.


Harry stał przed parą ogromnych, kamiennych żmii, gapiących się na nich. Ich oczy zalśniły w świetle Lumos i Draco poczuł jak w brzuchu mu się wywraca, kiedy zorientował się, że zrobione są ze szmaragdów, tak zielonych jak oczy locusty.

Tak zielone jak Harry'ego.

Harry spojrzał na niego z powagą na twarzy.

– Ostatnia szansa żeby się wycofać, Draco.

Draco zesztywniał.

– Obrażasz mnie samą sugestią.

Harry uśmiechnął się słabo.

– Masz rację. Przepraszam.

Odwrócił się do żmii i znowu zasyczał. Draco pragnął, w chwili czystej, samolubnej zazdrości, która rozproszyła go od jego spoconych dłoni i szybko bijącego serca, zrozumieć co mówi Harry.

Ściana jęknęła i pękła, otwierając się przed nimi. Pęknięcie było dziwne, zygzakowate, przypominało Draconowi bliznę Harry'ego. Żmije zniknęły z pola widzenia. Draco podszedł do Harry'ego, żeby stanąć tuż za jego ramieniem, po czym razem weszli, stawić czoła temu, co ich tam czeka.