Rozdział 29

BELLA

Wreszcie, po paru godzinach nudnego lotu, wylądowałam we Florencji. Z małą, podręczną torbą udałam się na pobliski parking, na którym zawsze był jakiś samochód Volturi. Lepszy czy gorszy, ale zawsze był. Wrzuciłam torbę na siedzenie pasażera i miałam już wsiadać, gdy na wierzchu torby ukazała mi się ta koperta zaadresowana do niego. Ciążyła mi ona. Choć może nie tyle ten list, co sama moja tajemnica. Musiałam coś z tym zrobić, bo po prostu źle się czułam. To był taki niewidoczny ciężar, który nosiłam w swojej psychice. Na dodatek niezwykle ciężki.

Lecz w końcu musiałam podjąć jakąś decyzję. Wyciągnęłam telefon i wykręciłam numer do Alice. Czekałam chwilę na połączenie, ale Chochlik wreszcie odebrał.

– Słucham? – usłyszałam ten jej dźwięczny głosik, który ostatni raz słyszałam parę miesięcy temu.

– Cześć Alice, mówi Bella. Dzwonię, bo…

– Bella! O mój Boże! Ty żyjesz! – krzyknęła uradowana.

– Tak, słuchaj, dzwonię do ciebie w pewnej sprawie. Chodzi o to, że…

– Boże! – krzyknęła przerażona. – Edward myśli, że nie żyjesz i on… I on poleciał do Włoch, żeby… – urwała w pół słowa.

– Czekaj Al! Możesz mi wyjaśnić, dlaczego wszyscy uważacie, że nie żyję?

– No bo nawiedziła mnie wizja odnośnie ciebie, a przecież nigdy coś takiego się nie działo. Zawsze był tylko zaśnieżony obraz. A teraz widziałam jak pisałaś list i słowa: Wybacz, musiałam tak postąpić. Kocham Cię. Na zawsze twoja Bella. A potem wszystko znikło, jakbyś nie miała już przyszłości. Nie odbierałaś żadnego telefonu. Pojechałam nawet do Forks, ale twojego domu nie było. Jakby nigdy tam nie stał. A teraz Edward pojechał do Włoch, żeby…

– Żeby co Alice?

– Chce prosić Volturi o śmierć.

– A z jakiej racji, do cholery. Czy nas coś łączy? Nie!

– Bello, on…

– Nie chcę tego słuchać. I nie martw się, ja to załatwię.

– Jak?

– Nie ważne. Pa – powiedziałam i się rozłączyłam.

Jak on śmie? Co on sobie myśli? Z jakiej racji on chce się zabić? Nic nas nie łączy. I właściwie nigdy nie łączyło, bo byłam przecież tylko nic nieznaczącym epizodem jego życia. Więc dlaczego?

Volturi go nie zabiją. Jestem tego w 100% pewna. Gorzej, gdy zrobi coś głupiego i ujawni swoją naturę.

Wsiadłam do samochodu i pognałam w kierunku Volterry. O tyle dobrze, że byłam na terenie Włoch. Swoim terenie, a to ułatwiało sprawę. Pędziłam, nie patrząc na prędkościomierz, a cały czas śledziłam w głowie jego przyszłość, lecz z sekundy na sekundę ona się zmieniała. Wielka Trójca mu odmówiła, a teraz obmyślał plan, co zrobić, by ich sprowokować. Aż w końcu wizja się ustabilizowała. Nie ma to jak jeszcze zrobić show przed śmiercią. Ale dzień wybrał sobie naprawdę odpowiedni na wyjście na słońce. Dzień Świętego Marka – dzień upamiętniający wygnanie wampirów z Volterry.

No Bella, zostało ci jeszcze niecałe 45 minut.

EDWARD

Mój Anioł. Moja Bella. Moja ukochana nie żyje. Wiem, że bardzo ją skrzywdziłem, mówiąc jej te wszystkie słowa. Ale inaczej nie pozwoliłaby mi odejść. A musiałem to zrobić, ze względu na jej bezpieczeństwo. Ja sam stanowiłem dla niej zagrożenie. A po tym incydencie z Jamesem, wreszcie tak naprawdę zdałem sobie z tego sprawę.

A przez te wszystkie miesiące od naszego rozstania nie umiałem znaleźć sobie miejsca. Przenosiłem się co chwilę gdzie indziej, lecz bez niej to nie było życie. Tęskniłem za nią. Brakowało mi wszystkiego. Wesołych oczu. Pięknego uśmiechu. Niesamowicie miękkich ust. Dłoni, które za każdym razem badały moje ciało. Rozmów i czasu spędzanego z nią. Nie potrafiłem już bez niej funkcjonować. A gdy jej już nie ma, to i ja nie mogę tu dłużej być, bo nie jestem w stanie istnieć, wiedząc, że już jej nigdy nie zobaczę.

Gdy Rose do mnie zadzwoniła i powiedziała, że Bella nie żyje, z początku jej nie wierzyłem. Ale to okazało się prawdą. Wyjeżdżając z Forks nie sądziłem, że to tak się może skończyć. Nie przypuszczałem, że…

Zegar powoli zaczął wybijać południe. Musiałem to zrobić. Nie widziałem innego wyjścia. Miałbym żyć wiecznie bez niej? Nie umiałbym. Gorące słońce oświetlało dzisiejszy dzień, a tłumy ludzi świętowały. Zacząłem rozpinać guziki koszuli i powoli wychodzić z cienia. Chciałem się znaleźć tam gdzie ona, gdziekolwiek by to było.

Byłem już o krok od ujawnienia swojej natury, gdy ktoś na mnie wpadł, pchając do tyłu i cofnąłem się w cień, a znikąd pojawił się siarczysty deszcz.

– Możesz mi powiedzieć, co ty wyprawiasz? – Usłyszałem tak dobrze znany mi głos, za którym tęskniłem, a przede mną stała ona – mój Anioł. Niesamowicie blada, z cieniami pod oczami i cierpieniem wymalowanym na twarzy, a jej serce w dalszym ciągu biło.

– Bella!? – Nie mogłem uwierzyć w to, że stoi przede mną. Taka prawdziwa. Żywa. Przez wszystkie te miesiące nie było chwili, bym o niej nie myślał. I musiałem teraz to zrobić. Musiałem na nowo poczuć smak jej ust. Musiałem się upewnić, że to naprawdę ona. Pocałowałem ją, a ona z początku chyba nie wiedziała, co się dzieje, lecz gdy zdała sobie z tego sprawę, odepchnęła mnie.

– Edward, ja nie … – zaczęła mówić cicho ze spuszczoną głową, unikając patrzenia na mnie.

– Wybaczcie, że przeszkadzamy w takiej chwili – usłyszeliśmy oboje i w uliczce pojawiły się dwa wampiry, odziane w długie szaty. Feliks i Demetrii. – Ale Aro… – mówił Feliks, lecz gdy dostrzegł Bellę, znieruchomiał, patrząc tylko na nią. Chciałem odczytać ich myśli, lecz były strasznie niewyraźne. – Aro chce się z wami widzieć. – dokończył.

– Myślę, że już nie ma takiej potrzeby.

– Nalegam.

– Przeproście ode mnie Ara, ale jednak…

– Co tak długo? Aro na was czeka. – W pół zdania przerwała mi Jane. Jedna z piekielnych bliźniąt, które należało do Volturi. Automatycznie wszyscy się spięliśmy i odruchowo zasłoniłem Bellę własnym ciałem.

– Aro się niecierpliwi. – ponagliła nas.

– Wybacz Jane, ale… – zacząłem, lecz tym razem przerwała mi Bella.

– Idziemy! – oznajmiła chłodno i mnie ominęła, stając twarzą w twarz z Jane.

– Oj, będzie ciekawie. – Usłyszałem z boku cichy szept Feliksa do Demetriego. Starałem się odczytać ich myśli, ale dotyczyły głównie błahych rzeczy jak na przykład pogoda, a nie tego co się dzieje.

Jane poszła przodem, a tuż za nią Bella i nie było w niej żadnych oznak strachu. Szła niezwykle pewna siebie. Jakby wiedziała co się wydarzy. Co ją tam czeka. Nie zdawała sobie chyba sprawy, że jest na terenie rodziny królewskiej, a na dodatek, że zaraz się z nimi spotka.

Zresztą sam nie wiem. W mojej głowie pojawiało się coraz więcej niejasności. To wszystko, co teraz się działo, było niezrozumiałe. Weszliśmy do sali tronowej, gdzie Wielka Trójca już na nas czekała.

– Siostro, widzę, że zamiast jednego przyprowadziłaś półto… – zaczął Alec, drugi bliźniak z tej piekielnej dwójki, lecz gdy uważniej przyjrzał się Belli, zamilkł, chowając się w głąb komnaty, a mój Anioł wyszedł przed szereg i stanął na środku.

– Witaj Aro, Marku, Kajuszu – przywitała się, chyląc przed każdym głowę.

– Witaj Bello – przywitał się Aro z przyjaznym uśmiechem na ustach.

– Tak właśnie myśleliśmy, że to ty. – dodał ze śmiechem Marek, wskazując za okno.

– Aro, chyba powinniśmy porozmawiać – zakomunikowała i wyciągnęła rękę w kierunku wampira.

– Masz rację – odpowiedział jej z lekkim zmartwieniem w głosie i ujął jej dłoń.

O co tu chodziło? Oni się znają? Z resztą, chyba nie jest w stanie odczytać jej myśli, tak jak ja. Więc jak? Stałem tam milczący i oniemiały, obserwując to wszystko, co się dzieje. Starałem się zrozumieć, dopóki kilka rzeczy nie wydarzyło się na raz.

– Ani mi się waż! – krzyknęła Bella, odwracając się przodem do Jane, z wściekłością wymalowaną na twarzy, a potem zapadła ciemność.

BELLA

Stałam właśnie na wieży zegarowej w Volterze i myślałam nad tym wszystkim, co się dzisiaj wydarzyło. Lubiłam tu przychodzić i patrzeć na to cudowne miasteczko, w którym, zdawać by się mogło, czas płynął wolniej. Nikt się nie spieszył. Nikt nie gnał do pracy, szkoły. Widok na całą Volterrę zapierał dech w piersiach i stąd mogłam spojrzeć na wszystko z zupełnie innej perspektywy.

W dalszym ciągu nie mogłam zrozumieć tego, dlaczego on chciał się zabić. Ze względu na mnie? Przecież to nie miałoby sensu. Mam jeden wielki mętlik w głowie. Ale wiedziałam jedno. Nie mogłam pozwolić na to, by cierpiał, a tym bardziej by zginął, dlatego, że go kocham. Ale nie zmienia to faktu, że mam żal do niego o to, co mi zrobił. To za bardzo bolało i boli do tej pory, by mu wybaczyć.

– Bello – usłyszałam zmartwiony głos, a obok mnie pojawił się Aro.

– Aro, ja cię naprawdę przepraszam za salę tronową, ale Jane chciała zadać mu ból, a ja nie mogłam do tego dopuścić i mnie trochę poniosło, poza tym sam wiesz, że działamy na siebie jak płachta na byka.

– Wiem Bello, zresztą nie mam do ciebie pretensji o to, że zdemolowałaś pół zamku. I tak znudził mi się już ten wystrój, wiec teraz mam tylko pretekst, by go zmienić. Ale nie chodzi o twoją walkę z Jane, tylko o ciebie. Prawdopodobnie masz do mnie żal o to, że nie pozwoliłem ci powiedzieć Cullenom prawdy o tym, kim jesteś. A przez to straciłaś ukochanego i przyjaciół.

– Aro… – chciałam mu przerwać, ale mi nie pozwolił.

– O to możesz mnie obwiniać, bo to tylko i wyłącznie moja wina. I od teraz jeśli chcesz komuś powiedzieć prawdę o sobie, to możesz. I nie musisz mieć na to mojego pozwolenia. Tak będzie dla ciebie znacznie lepiej.

– Dziękuję ci Aro. Ale czy to cokolwiek zmieni? Bo mnie się wydaje, że nie.

– Bello, on cię kocha.

– Kocha mnie? Czy gdyby mnie kochał, powiedziałby mi to wszystko, w dodatku z kpiną w głosie? Wyśmiałby mnie, jaka to byłam naiwna, ofiarując mu całą siebie? Czy gdyby mnie kochał, powiedziałby to z taką łatwością?

– Nie wiem Bello. Wiesz dobrze, że dla mnie te wszystkie ludzkie uczucia są niezrozumiałe. Lecz gdy dzisiaj przyszedł…

– Wybacz Aro, ale nie chcę tego słuchać.

– Rozumiem.

– Bello moja droga! – dołączył do nas Marek. – Jak się miewasz?

– Eh… Bywało znacznie lepiej.

– Niebawem wszystko wróci do normy.

– Nie byłabym tego taka pewna. Ale dość o mnie. Co tam u was?

– A co ma być? Żyjemy powoli, tak jak to miasteczko. No i brakuje nam tutaj rozrywek i ciebie. Nudzimy się strasznie.

– Bez przesady. W zamku macie wszystko.

– Ale to wszystko z czasem też może się znudzić.

– Jeśli naprawdę chcecie poznać co to nuda, to idźcie do szkoły. Tam dopiero poznacie prawdziwy sens tego słowa.

– A to wcale nie jest taki głupi pomysł. Co ty na to Aro?

– Kajusz by cię wyśmiał.

– Oj tam Kajusz.

– A właśnie, gdzie on jest?

– Ma pogadankę z Jane. A tak swoją drogą, to ona robi się coraz bardziej nieznośna.

– No co ty nie powiesz.

Aro, Marek i Kajusz. To naprawdę zwariowane osobniki, tylko trzeba poznać ich od tej prywatnej strony, bo na co dzień Aro to pan i władca, którego należy słuchać i nie wolno mu się sprzeciwić. Marek to właściwie taki duch, któremu wszystko jest obojętne. Natomiast Kajusz w każdej chwili stoczyłby wojnę z kimkolwiek i tak rozwiązałby wszelkie spory i kłopoty. Lecz gdy pozna się ich bliżej, to są naprawdę cywilizowanymi istotami, które mają bzika na różne tematy, mimo swojego wieku. Owszem, na co dzień są bezwzględni w tym co robią. Nie znoszą sprzeciwu. Tylko niektórym udaje się ich poznać od tej prawdziwej strony, pozbawionej władzy, gdzie liczy się radość życia, a nie tajemnice i sprawiedliwość.

EDWARD

Nie wiem, gdzie byłem ani co robiłem. Czułem się, jakbym jedną nogą był w zupełnie innym świecie. Jakbym balansował na granicy dwóch różnych światów. Czułem się taki rozleniwiony i wypoczęty. Jak nigdy. Nie przypominam sobie, żeby tak kiedyś było. Powoli zacząłem opuszczać ten inny świat. Otworzyłem jedno oko, lecz promienie słońca oślepiły mnie i spowodowały, że z powrotem je zamknąłem. Lecz w końcu przemogłem się i powoli podniosłem powieki. Rozejrzałem się dookoła, na tyle, na ile pozwalała mi moja leżąca pozycja. Usiadłem na leżaku na którym się znajdowałem i starałem się wszystko poskładać w jedną całość. Byłem w pięknym ogrodzie, tuż obok zamku Volturi. Ale jak się tu znalazłem? Spojrzałem na zegarek. Było po siedemnastej. Ale w takim razie co działo się przez tyle czasu? Rozejrzałem się wokół, lecz było pusto. Jedynie parę metrów dalej stał czarny sportowy samochód. O ile się nie mylę, Lamborghini. Ale… O Boże! Bella! Ogarnął mnie nagły atak paniki o moją ukochaną. Co z nią? Gdzie jest? Niesamowity strach opanował całe moje ciało. Wstałem i poszedłem poszukać kogokolwiek, kto mógłby mi cokolwiek powiedzieć. Lecz po przejściu paru metrów, stanąłem twarzą w twarz z moim Aniołem.

– Gdzie się wybierasz? – zapytała chłodno, a z jej twarzy nie dało się odczytać żadnych emocji, tym bardziej z jej oczu, które były pod osłoną ciemnych okularów.

– Bella… – zacząłem, chcąc jej wytłumaczyć wszystko. – Ja muszę ci coś powiedzieć… wyjaśnić…

– Nie mamy czasu na pogaduszki. Musimy jechać. Wsiadaj – zakomunikowała, podchodząc do samochodu.

– Bella, proszę cię…

– Nie, Edward!

– Bello! Zaczekaj chwilkę – usłyszeliśmy aksamitny kobiecy głos i jak się okazało, należał on do Heidi – wampirzycy, która sprowadzała „pożywienie" dla Volturi.

– Zaraz wracam – powiedziała moja ukochana i zaczęła iść w jej stronę.

– Bella!

– Wsiadaj do samochodu i czekaj! – powiedziała ostro, a ja już się poddałem.

Nie miałem pojęcia co tu się dzieje. Siedząc na miejscu pasażera, obserwowałem je. Nie rozmawiały ze sobą, tylko przyjaźnie się do siebie uśmiechały. I mimo wszelkich starań i prób odczytania myśli wampirzycy, nie mogłem tego dokonać. Nie wiem, może mój dar zaczynał szwankować. Lecz gdy one przytuliły się do siebie, wszystko co do tej pory starałem poukładać sobie w głowie, przekształciło się w proch.

Bella po chwili wróciła i wyjechaliśmy z Volterry z piskiem opon. Opuściliśmy miasteczko, a ja nie mogłem wytrzymać tej swojej nieświadomości.

– Mogę ci zadać jedno pytanie? – powiedziałem w końcu, przerywając tę niekomfortową ciszę.

– To zależy czego będzie dotyczyć. – powiedziała, nie spuszczając oczu z drogi.

– Co się ze mną działo? Przez te parę godzin?

– Spałeś.

– Jak to spałem? Przecież wampiry nie śpią. Więc jak?

– Taki dar. – powiedziała swobodnie, nie zaszczycając mnie przez ten czas ani jednym spojrzeniem.

– Dar?

– No dar. Tak jak ty czytasz w myślach, Alice widzi przyszłość, Jasper manipuluje emocjami, a Aro za dotknięciem ręki odczytuje wspomnienia. Więcej przykładów? – powiedziała już trochę lekko zirytowana.

– Na jakiej zasadzie…

– Zmienia się bieg fali w mózgu.

– A kto dysponuje tym darem? – spytałem zaciekawiony, a Bella mocno zacisnęła dłoń na kierownicy.

– Masz jeszcze jakieś pytania?

– O co w tym wszystkim chodzi?

– Nie powinno cię to interesować. Ciesz się, że żyjesz.

– Jak w ogóle się dowiedziałaś, że jestem we Włoszech, że… chcę się zabić?

– Alice mi powiedziała. Zadzwoniłam do niej, chcąc się czegoś dowiedzieć.

– Ale jakim cudem ona myślała, że nie żyjesz?

– To nie pytanie do mnie. Gdybym wiedziała, to aktualnie bym się tym nie zamartwiała – powiedziała i zatrzymała samochód przy jakimś cmentarzu. – Ja muszę jeszcze coś zrobić. Zaraz wrócę i proszę cię, nie rób głupstw! – zakończyła, wysiadając z samochodu.

Poszła na ten cmentarz. Był stary i zaniedbany. Stanęła przed jednym z nagrobków, który jako jedyny jako tako wyglądał. Mimo dzielącej nas odległości, bez problemu mogłem odczytać to, co było na nim napisane. Spoczywały tam trzy osoby. Charlie, Renee i Edward Swan, a wszystkie daty pochodziły z XIX w. Moją uwagę przykuła jedna data. Dzień urodzin i śmierci Edwarda Swana dzieliło tylko parę dni. A Bella miała brata… Ale przecież to niemożliwe, żeby tu spoczywała jej rodzina. Ona ma 18 lat, a nie… Jest człowiekiem, więc nie może mieć ponad stu lat.

Wróciła do samochodu, a ja miałem coraz większy mętlik w głowie.

– Kim jesteś?

– To nie czas i miejsce na wyjaśnienia.

– A kiedy niby nastąpi ta odpowiednia chwila, co? – spytałem coraz bardziej zdenerwowany tym wszystkim, co się do tej pory wydarzyło.

– Edward, nie utrudniaj mi życia z łaski swojej, bo i tak jest już dosyć popieprzone! – uniosła głos, będąc już naprawdę wkurzoną. – Nie masz prawa… – zaczęła, lecz przerwał jej dzwoniący telefon. – Cześć Phil.

Hej Skarbie! Coś ty tam znowu przeskrobałaś, co?

– Już ci naskarżyli? Z resztą to nie była moja wina.

No tak, coś tam słyszałem. Załatwiłaś coś?

– Tak, ale to nie jest rozmowa na telefon. Jedyne co ci mogę powiedzieć, to to, że GPS poszedł szukać tego idioty.

Demetrii przystał na twoją prośbę?

– A skąd. Na rozkaz Ara.

No tak. Wracasz do Forks?

– Tak. Jadę na lotnisko. Mam przesiadkę w Paryżu, a potem prostoto do Seattle.

Okej. To w takim razie ja czekam i pogadamy jak wrócisz.

– Okej. Pa.

Przysłuchiwałem się tej rozmowie, a moja frustracja osiągnęła chyba najwyższy poziom.

– Zamierzasz mi kiedykolwiek powiedzieć?

– A zasługujesz? Edward, co ty sobie myślałeś? Że cię zobaczę i rzucę ci się w ramiona po tym wszystkim? Chyba się przeliczyłeś.

– Bello, myślisz, że to wszystko, co wtedy powiedziałem, to prawda, że…

– Milcz! Nie mam ochoty słuchać twoich wyjaśnień. Na obecną chwilę nie chcę cię w ogóle słuchać!

– Bello…

– Uszanuj moją prośbę, bo za chwilę to może się źle dla ciebie skończyć.

Źle dla ciebie skończyć. Źle dla ciebie skończyć. Co to ma do cholery znaczyć? Jestem w jakiejś ukrytej kamerze? A reszta po prostu nabija się z mojej naiwności i głupoty?

ҖҖҖ

Siedziałem w milczeniu, obserwując mijane widoki. Nie odzywałem się wcale. Tak jak tego chciała. Na lotnisku? Nie mam nawet pojęcia, skąd miała moje dokumenty. A w samolocie? Niby siedzieliśmy obok siebie, ale jednak osobno. Jakby to wszystko, co kiedyś nas łączyło, prysło jak bańka mydlana. Jakby tego w ogóle nie było. Jakbyśmy się nie znali. Ale w końcu po kilku godzinach lotu wylądowaliśmy w Seattle. Ale nie wiedziałem co teraz mam zrobić. Powłóczyłem się za nią na parking i stanąłem przy jej samochodzie.

– Wsiadaj! Wracamy do Forks! – wreszcie się do mnie odezwała po strasznie długim milczeniu.

– Po co? Przecież moja rodzina jest na Alasce.

– Wrócili.

– Skąd wiesz? – Ona wiedziała, a ja nie?

– Po prostu wiem.

Nie wiem. Naprawdę nic już nie wiem. Czułem się taki bezsilny w tej sytuacji. Ale wsiadłem z nią do samochodu. Mijały sekundy, minuty, ale ile konkretnie czasu minęło, nie mam pojęcia. Siedziałem milczący, patrząc przez okno, ale tak właściwie nic nie widziałem. Zorientowałem się dopiero gdzie jesteśmy, gdy Bella skręcała w dróżkę do naszej posesji. Dojechaliśmy na miejsce. Silnik samochodu ucichł, a ja nie wiedziałem co robić. W domu paliło się światło i chyba przyszedł czas, by zmierzyć się z własną rodziną. Ale czy ja jeszcze do niej należałem? Wysiadłem z samochodu i udałem się w kierunku drzwi wejściowych, lecz w moje ramiona wpadła Rosalie.

– Boże! Edward! Tak bardzo się o ciebie martwiłam. Tak bardzo się o ciebie bałam. Ja przepraszam, że…

– A od kiedy ty masz uczucia? Co? – Moje wszystkie emocje, tłumione przez te godziny, wreszcie mogły ujrzeć światło dzienne. – Ty? Przecież ty nic nie widzisz, poza własnym odbiciem w lustrze. Jesteś pusta… – chciałem kontynuować, lecz ktoś wymierzył mi siarczysty policzek, który spowodował, że moją głowę wykręciło prawie o sto osiemdziesiąt stopni. Nie bolało, ale temu wszystkiemu przyglądała się cała moja rodzina.

– Ani słowa więcej! – krzyknęła Bella, stojąca pomiędzy mną a Rosalie. – Czy kiedykolwiek starałeś się zrozumieć to, dlaczego gapi się we własne, znienawidzone oblicze? Nie przyszło ci nigdy do głowy to, że robi to po to, by jeszcze bardziej się znienawidzić? Nie masz pojęcia co czuje! Nigdy nie zrozumiesz tego, co czuje kobieta, która pragnie dziecka i nie może go mieć! Nigdy go nie przytuli! Nigdy go nie utuli do snu! Nie usłyszy słowa „mama"! Nie zobaczy jak stawia pierwsze kroki. Zaczyna mówić. Dorasta. Aż w końcu tworzy rodzinę. Ale ty przecież oceniasz po tym, kto ile czasu gapi się w lustro. Nawet nie chcę wiedzieć, jak ja wyglądam w twoich oczach, jeśli większość swojego prawie 130-letniego życia spędzam przed lustrem – mówiła, a wszystkie emocje dało się odczytać na jej twarzy. Smutek, cierpienie, tęsknotę, lecz chyba najbardziej nienawiść do mojej osoby. Patrzyła mi cały czas prosto w oczy, lecz ja po prostu ją obserwowałem. Ale po chwili odeszła.

– Kim ty do cholery jesteś?! – krzyknąłem, obracając się w jej stronę. Miałem już dość tych wszystkich zagadek, tajemnic i niewyjaśnionych sytuacji.

Zatrzymała się, lecz nie obróciła w moją stronę. Wyciągnęła tylko kopertę ze schludnie napisanym moim imieniem i nazwiskiem i trzymała tak, bym mógł ją widzieć.

– Wiesz, to jest ten przeklęty list, przez który Alice miała wizję, że chcę popełnić samobójstwo, a ty pojechałeś do Włoch, by się zabić. Nawet nie wiem dlaczego. Ta koperta zawiera wszystko, co chciałbyś wiedzieć. Zawiera to, co chciałam ci wyznać, gdy powiedziałeś, że to koniec. Tam jest napisane to, co jeszcze jakiś czas temu chciałam byś wiedział – powiedziała i z kieszeni wyciągnęła zapalniczkę, po czym podpaliła ten kawałek papieru. – Ale ty na to nie zasługujesz. Nie zasługujesz na to, by mieć rodzinę, by ktokolwiek cię kochał. Nie zasługujesz na nic. Potrafisz tylko wszystkich krzywdzić. I to już nie chodzi o mnie, tylko o cała resztę. – dokończyła, upuszczając to, co jeszcze zostało z koperty i odjechała, nie oglądając się za siebie. A ja pozostałem w tym samym miejscu, patrząc, jak prawda płonie.