Cassie: Myślę, że taki był zamysł autorki – pozostawiać niedosyt po każdym rozdziale, tak żeby czytelnicy mieli ochotę na lekturę kolejnych! ;) Cieszę się bardzo, że akcja się rozwija, i dziękuję za komencik, jak zawsze :)

29. Z Małą Pomocą Przyjaciół

Następnego ranka Harry zszedł do Pokoju Wspólnego wcześniej niż zwykle; zazwyczaj wstawał między ósmą a ósmą trzydzieści, ale tego dnia obudził się o siódmej i nie był już w stanie znowu zasnąć, więc wziął prysznic, ubrał się i zszedł na dół by sprawdzić, czy ktoś przyniósł już śniadanie. Zwykle jedzenie czekało już na niego, kiedy pojawiał się w Pokoju Wspólnym, ale chłopiec nie był pewien kiedy dokładnie skrzaty je przynosiły.

Szybko zorientował się, że jego śniadanie przynoszono później, ponieważ teraz, wpół do ósmej, na stoliku leżał tylko jeden talerz ze sztućcami i kubkiem, przeznaczony dla Remusa. Skrzaty mogły jednak oszczędzić sobie kłopotu przygotowywania jedzenia dla niego, ponieważ tosty i jajecznica wciąż leżały nietknięte. Imbryk z herbatą i kubek stały z kolei na niewielkim stoliku między kominkiem i kanapą, na której leżał Remus. Kiedy Harry zauważył go, przez jeden, krótki moment pomyślał, że stało się coś strasznego; jego były profesor był straszliwie blady, jego czoło pokrywała błyszcząca warstwa potu, a pomijając lekkie dreszcze, które chłopiec dostrzegł dopiero po kilku chwilach, w ogóle się nie ruszał. Jego ręce leżały bezwładnie po bokach, a stopy podpierały ułożone jedna na drugiej poduszki. Być może to wszystko, co zaprzątało w ostatnich dniach jego myśli, sprawiło, że Harry nie przywiązywał dostatecznej uwagi do stanu Remusa, ale to, jak fatalnie teraz wyglądał, wstrząsnęło chłopcem do głębi; był koszmarnie wychudzony, a jego twarz tak blada i ściągnięta, że przypominała nagą czaszkę. Jego oczy były zamknięte i poruszały się nerwowo pod powiekami. Harry podszedł bliżej, niepewny, czy powinien go obudzić czy wręcz przeciwnie. Remus wyglądał tak, jakby sen był mu potrzebny bardziej niż kiedykolwiek, ale w tym momencie niepokój Harry'ego, że coś jest bardzo nie tak, okazał się silniejszy od rozsądku.

- Remus? - szepnął pytająco. Kiedy nie doczekał się żadnej odpowiedzi, schylił się i delikatnie dotknął ramienia Lupina.

- Remus? Co się stało?

Po kolejnej długiej chwili Remus przekręcił nieco głowę i powoli otworzył oczy. Przez moment ciężko mu było skupić wzrok, ale w końcu najwyraźniej dotarło do niego, kto się nad nim pochyla.

- Harry.

To był jedynie słaby szept. Harry poczuł strach większy, niż byłby w stanie opisać; usiadł na kanapie obok Lupina i nerwowo splótł ręce.

- Co ci jest? - powtórzył. Remus wzruszył ramionami i spróbował usiąść, ale udało mu się tylko nieco podciągnąć do góry.

- Mam zawołać panią Pomfrey?

Mężczyzna pokręcił głową, a potem znów wzruszył ramionami, jakby sam nie był do końca pewien.

- Po prostu nie czuję się zbyt dobrze.

Słysząc jego cichy głos i przerwy między wymawianymi słowami, Harry domyślił się, że Remus zdecydowanie eufemizuje swoje złe samopoczucie.

- Co jest nie w porządku?

- Nic konkretnego; po prostu jestem osłabiony i kręci mi się w głowie. Nie jestem w stanie długo wytrzymać w pozycji pionowej, więc pomyślałem, że położę się na chwilę.

Chłopiec zauważył, że Remus nie tknął nawet swojego kubka z herbatą i nie mógł się nie zastanowić, czy jego przyjaciel miał choćby siłę na to, by podnieść ten kubek, kiedy się już położył.

- Chcesz się czegoś napić?

Remus spojrzał na swoją herbatę, ale nie wyciągnął po nią ręki; jego nieudana próba podniesienia się do pozycji siedzącej dała mu chyba do zrozumienia, że na razie żaden ruch nie jest dla niego wskazany. Harry bez słowa chwycił kubek, wylał zimną herbatę do jednej z doniczek stojących na parapecie i nalał do niego świeżą, gorącą, po czym przytknął kubek do ust Lupina i pomógł mu ją wypić. Mężczyzna wypił niemal cały kubek – najwidoczniej musiał być bardzo spragniony. Przez chwilę Harry siedział obok niego w milczeniu i obserwował, jak Remus walczy o to, by nie stracić przytomności, ale w końcu wstał z kanapy.

- Zaraz sprowadzę panią Pomfrey. To nie jest normalne.

Remus tylko wzruszył ramionami bez cienia energii. Nie próbował nawet powstrzymać Harry'ego, co już samo w sobie było alarmujące; zazwyczaj robił przecież wszystko, by unikać bliskiego kontaktu z uzdrowicielami z Poppy Pomfrey na czele, ale teraz Harry nie przejąłby się nawet gdyby Remus zaczął na niego wrzeszczeć. Mężczyzna nie wyglądał dobrze – w zasadzie wyglądał o wiele gorzej niż przez całe lato. Było oczywiste, że potrzebuje pomocy i Harry zamierzał ją ściągnąć.

Na półce nad kominkiem stał pojemnik z proszkiem Fiuu, więc Harry szybko chwycił garść i wrzucił do zawsze płonącego w Pokoju Wspólnym ognia.

- Pani Pomfrey! Pani Pomfrey, jest pani tam? - wrzasnął najgłośniej jak umiał. Chwilę później głowa szkolnej pielęgniarki pojawiła się w płomieniach. Na twarzy kobiety widniał nieco karcący wyraz.

- Panie Potter, co takiego się stało, że krzyczy pan przez sieć Fiuu? Połączenie działa całkiem sprawnie – nie trzeba wrzeszczeć.

Harry przełknął ciężko i spróbował się uspokoić.

- Chodzi o Remusa. Nie czuje się dobrze, proszę, niech pani tu przyjdzie i go obejrzy!

Poppy zmarszczyła brwi.

- Czy miał kolejny atak?

- Nie, nie miał - chłopiec potrząsnął głową.

- A gdzie jest?

- W Pokoju Wspólnym Gryffindoru.

- Zaraz tam będę.

Głowa pani Pomfrey zniknęła i połączenie zostało przerwane. Harry wstał z podłogi i szybko zrobił miejsce dla pielęgniarki, by mogła bezpiecznie użyć sieci Fiuu. Minęła może minuta, kiedy płomienie ognia błysnęły zielonym blaskiem i do pokoju weszła Poppy z torbą uzdrowicielską w jednej ręce i różdżką w drugiej. Nie zwracając najmniejszej uwagi na Harry'ego podeszła do kanapy, na której leżał Remus, i uklękła przy nim. Lupin wciąż był niepokojąco blady i wydawał się co najwyżej półprzytomny; chyba nawet nie zauważył przybycia szkolnej pielęgniarki. Kobieta przez kilka chwil wymachiwała nad nim różdżką, po czym westchnęła i wstała z podłogi. Harry natychmiast do niej podszedł.

- Co mu jest?

Pani Pomfrey nie odwróciła się do niego; zamiast tego wycelowała różdżkę w Remusa i wyczarowała nosze pod jego ciałem.

- Później, panie Potter – najpierw chcę go przetransportować do Skrzydła Szpitalnego. Dopiero kiedy przebadam go dokładniej, będę w stanie stwierdzić, co mu jest.

Nie czekając na odpowiedź chłopca, Poppy przelewitowała nosze w kierunku portretu Grubej Damy i zniknęła za nim. Harry jeszcze przez moment stał bez ruchu, po czym biegiem popędził za nią. Wydawało mu się, że minęła wieczność, zanim dotarli do Skrzydła Szpitalnego; w tym czasie pielęgniarka nie odezwała się ani słowem, a Remus nawet nie drgnął. Kiedy ich dziwna, mała procesja doszła do celu, pani Pomfrey przelewitowała Lupina na jedno z łóżek i zaciągnęła wokół niego zasłony, dając w ten sposób Harry'emu jasno do zrozumienia, że teraz musi poczekać. Chłopiec usiadł na jednym z krzeseł stojących pod ścianą, ale już po kilku chwilach znów wstał i zaczął krążyć w tę i z powrotem po oddziale. Był kłębkiem nerwów... dosłownie trząsł się z niepokoju; jeszcze nigdy nie widział Remusa – ani nikogo innego – w tak fatalnym stanie i z tego, co wiedział, pani Pomfrey nie bardzo mogła temu zaradzić. To nie była grypa ani efekt źle rzuconego zaklęcia, ale skutki braterstwa krwi, które łączyło Remusa z Syriuszem. Harry już od dłuższego czasu wiedział, że ta więź w końcu zabije Lupina, jeśli nie zostanie w jakieś sposób przerwana, ale nie pozwalał, by znaczenie tego faktu w pełni do niego dotarło. Teraz jednak widział je w pełni – że Remus będzie coraz słabszy, a w końcu umrze. To nie był atak, który prędzej czy później się skończy, a kiedy to się stanie, Remus znów dojdzie do siebie i odzyska siły! Ta świadomość sprawiła, że na piersi Harry'ego zacisnęła się żelazna obręcz; zdawał sobie sprawę, że nie ma zbyt wiele czasu, by uratować Syriusza, ale zagłębił się w poszukiwania do tego stopnia, że nie uświadamiał sobie nawet, iż równie mało czasu pozostało, by uratować Remusa.

Przez kilka minut Harry słyszał tylko przytłumione odgłosy rozmowy za zasłonami, po czym wyłoniła się zza nich pani Pomfrey i podeszła do kominka. Chłopiec nie przyglądał się temu, co robiła – najprawdopodobniej chciała wezwać do Skrzydła Szpitalnego profesora Dumbledore'a, a Harry nie chciał słyszeć ich rozmowy, więc zamiast tego uniósł kotary i podszedł do łóżka, na którym leżał Remus.

Lupin był niemal tak biały jak szpitalne prześcieradła; jego oczy były zamknięte, ale Harry szybko zauważył, że mężczyzna wcale nie śpi. Jego szata wisiała na oparciu stojącego przy łóżku krzesła, na którym usiadł teraz chłopiec. Pani Pomfrey przykryła swojego pacjenta kocem, a powolne unoszenie się i opadanie jego piersi było jedynym zauważalnym ruchem.

- Remus? - spytał Harry cicho. Lupin odwrócił nieco głowę w jego stronę i uchylił lekko powieki; kiedy zorientował się, kto siedzi obok, na jego ustach pojawił się słaby uśmiech.

- Cześć, Harry.

- Jak się czujesz?

Remus wzruszył lekko ramionami i nie odpowiedział, ale jego uśmiech prawie zniknął. Harry nie zrozumiał, o czym starszy czarodziej rozmawiał z panią Pomfrey, ale miał wrażenie, że nie były to przyjemne tematy. Zanim zdążył znaleźć jakiekolwiek pocieszające słowa – które i tak brzmiałyby jak pusty frazes – zasłony za jego plecami rozsunęły się i pojawiła się między nimi pielęgniarka, a za nią profesor Dumbledore. Dyrektor podszedł do Remusa zostawiając kobietę u stóp łóżka.

- Powinieneś odpoczywać, Remusie. Sen jest teraz dla ciebie najlepszym lekarstwem - zwróciła delikatnie uwagę Lupinowi. Mężczyzna uśmiechnął się.

- Myślałem, że czeka nas teraz długa rozmowa.

- Co się stało, Remusie? - przerwał im Dumbledore. Lupin znów wzruszył ramionami.

- Cały wczorajszy dzień nie czułem się dobrze, a dzisiaj było jeszcze gorzej. To tyle.

Pani Pomfrey prychnęła z niezadowoleniem.

- Powinieneś był przyjść do mnie natychmiast, gdy tylko zacząłeś czuć się gorzej.

- Och, a jak niby miałabyś temu zapobiec?

- Mogłabym mieć cię na oku i dołożyć starań, żeby twoje samopoczucie nie pogorszyło się jeszcze bardziej!

Na ustach Remusa pojawił się kolejny słaby uśmiech.

- Zawsze bardzo ceniłem twoje umiejętności, ale nie wydaje mi się, żebyś była w stanie to powstrzymać.

Dyrektor machnął różdżką i wyczarował dla siebie krzesło, po czym usiadł na nim i spojrzał najpierw na Remusa, a następnie na pielęgniarkę.

- Co właściwie jest nie tak?

Lupin wyciągnął rękę spod koca i machnął w kierunku Poppy, by wyjaśniła całą sytuację. Kobieta westchnęła.

- Krótko mówiąc, stan Remusa się pogarsza. Jego ciśnienie jest zatrważająco niskie; więź z Syriuszem Blackiem wciąż wykorzystuje jego siły życiowe, ale problem polega na tym, że nie istnieją już niemal żadne zapasy tych sił, którymi ta więź mogłaby się żywić. Dlatego też Remus jest teraz tak osłabiony, a jak długo ta więź wciąż istnieje, jego stan nadal będzie się pogarszał.

Pielęgniarka rzuciła w kierunku Harry'ego krótkie spojrzenie, ale kiedy chłopiec nie ruszył się z miejsca, a nikt z dorosłych nie kazał mu odejść, zaczęła mówić dalej.

- Powiem ci to samo, co powiedziałam Remusowi po badaniu – on umiera. Dopóki ta więź krwi istnieje, nie mogę w żaden sposób temu przeciwdziałać. Z pomocą eliksirów i innych środków jestem w stanie nieco ustabilizować jego stan, ale to byłoby tylko tymczasowe rozwiązanie, które nie będzie działać długo.

Harry miał wrażenie, jakby jego żołądek tonął w głębokiej wodzie przygnieciony ołowianym ciężarem. On umierał. Remus umierał. To wszystko działo się zbyt szybko... brakowało czasu! Dumbledore jednak w żaden widoczny sposób nie zareagował na słowa pielęgniarki.

- Jak myślisz, ile czasu nam zostało?

- Ciężko to stwierdzić, Albusie. W każdej chwili może nastąpić kolejny atak, a wtedy niczego nie da się określić. Jeśli jego obecny stan będzie się pogarszał tak szybko jak teraz, to myślę, że bez kolejnego zasłabnięcia i tak mamy nie więcej niż tydzień. Jeśli natomiast atak nastąpi... nie wydaje mi się, żeby jego ciało mogło to wytrzymać. Tak czy inaczej czasu jest niewiele.

Dyrektor w zamyśleniu pokiwał głową, natomiast Harry zaczął nią nieświadomie kręcić. To nie mogła być prawda, pani Pomfrey musiała się mylić! To po prostu nie mogła być prawda!

- Poppy, czy myślisz, że ciało Remusa będzie w stanie wytrzymać działanie trucizny, którą chcemy mu podać? Musimy mieć pewność, że antidotum zadziała.

Remus wybuchnął krótkim, bolesnym śmiechem.

- W ostatecznym rozrachunku to i tak nie będzie miało znaczenia, Albusie.

Dumbledore nie odpowiedział, ale przez moment przyglądał się uważnie Lupinowi, zanim znów skierował wzrok na panią Pomfrey. Pielęgniarka myślała przez chwilę, po czym skinęła głową.

- Przy jego obecnym stanie nie liczyłabym na to, ale z pomocą odpowiednich eliksirów mogłabym ustabilizować go na tyle, by jego szanse na przeżycie były dość wysokie. Nie chciałabym jednak czekać zbyt długo, Albusie; za dwa, trzy dni stan Remusa może być już o wiele gorszy.

Remus skinął głową i spojrzał na dyrektora.

- Może powinniśmy porozmawiać z Severusem, Albusie. Ja... myślę, że w tych okolicznościach powinniśmy spróbować przeciąć tę więź jutro.

Po długiej chwili Dumbledore przytaknął.

- Wezwę go tutaj i wtedy o tym porozmawiamy.

Stary czarodziej wstał z krzesła i razem z panią Pomfrey zniknął za zasłonami. Harry został sam na sam z Remusem, który wpatrywał się w swoje dłonie i sprawiał wrażenie, jakby za wszelką cenę chciał uniknąć kontaktu wzrokowego z chłopcem.

- Przepraszam - powiedział w końcu bardzo cicho. - To jedyne wyjście.

Harry pokiwał głową, chociaż wszystko wewnątrz niego krzyczało, że ta decyzja jest zła.

- Powiedziałem ci już, że rozumiem, dlaczego to robisz - odpowiedział. - Nie musisz przepraszać – wszystko w porządku.

Remus zaśmiał się słabo.

- To urocza cecha, ale jesteś najgorszym kłamcą, jakiego w życiu spotkałem - w końcu spojrzał na Harry'ego. - To nie jest w porządku, absolutnie. Nie okłamałem cię, Harry – gdyby istniał jakiś sposób na uratowanie Syriusza, zrobiłbym wszystko, co w mojej mocy, żeby go wykorzystać, ale taki sposób nie istnieje. To jest najtrudniejsza decyzja mojego życia; nie traktowałem i nadal nie traktuję jej lekko.

- Wiem. Żałuję tylko, że nie udało mi się znaleźć jakiegoś innego rozwiązania, takiego, które zwróciłoby nam Syriusza.

Remus uśmiechnął się i z widocznym trudem uniósł dłoń, by ścisnąć ramię chłopca.

- Zrobiłeś wszystko co mogłeś, Harry – i na teoretycznym, czysto abstrakcyjnym poziomie rzeczywiście znalazłeś to rozwiązanie, ale ten sposób niestety nie zadziała, nawet gdybyś chciał go wypróbować. Nie starałem się tylko wyperswadować ci badań na temat nekromancji, ale sam siebie również przekonałem, że to ślepy zaułek. Brzmi kusząco i wydaje się idealnym rozwiązaniem, ale nim nie jest. Długo nad tym rozmyślałem, rozmawiałem na ten temat z kimś, kto w przeciwieństwie do nas jest ekspertem w tej dziedzinie i mogę tylko powtórzyć to, co mówiłem wcześniej – to nie jest żadne rozwiązanie. Brzmi zachęcająco, nawet obiecująco, ale nie zadziała. Pamiętaj, co mi obiecałeś.

Harry pokiwał głową i Remus znów ścisnął jego ramię, próbując dodać w ten sposób otuchy.

- Ufam Albusowi i Severusowi. To się uda, Harry – a my dwaj nauczymy się z tym żyć.

Chłopiec znów skinął głową i wstał z krzesła.

- Powinieneś odpocząć. Przyjdę jeszcze popołudniu – nie masz nic przeciwko?

- Oczywiście, że nie. Możesz przyjść, kiedy tylko zechcesz.


Harry musiał wyjść. Potrzebował świeżego powietrza po wydarzeniach poranka. Wyszedł z zamku głównym wyjściem i bez konkretnego celu zaczął spacerować po błoniach. Rzeczywistość okazała się nieubłagana; chłopiec miał nadzieję, że przed nim jeszcze co najmniej tydzień na to, by ostatecznie zdecydować, co robić. Jeśli jednak to, co powiedziała pani Pomfrey, było prawdą, to ani on ani tym bardziej Remus nie mieli już tygodnia. Jutro Dumbledore i Snape spróbują odciąć Syriusza, a to znaczyło, że jeśli on, Harry, chce uratować swojego ojca chrzestnego, to musi zrobić to wcześniej. Musi zrobić to dzisiaj.

Tętno chłopca przyspieszyło, tak samo jak tempo jego marszu, choć stało się to zupełnie nieświadomie. Kiedy wrócił do zamku, nie zastanawiał się już dłużej nad tym, co zamierzał zrobić. Musiał skontaktować się z Ronem, a przedtem jeszcze odwiedzić kuchnię. Zamierzał po prostu pozwolić, by sprawy potoczyły się własnym biegiem tak długo, jak długo wszystko będzie szło zgodnie z planem – myślenie można zostawić na później. Z tym mocnym postanowieniem Harry odetchnął głęboko i ruszył na dół do kuchni. Kiedy tam dotarł, połaskotał gruszkę i wszedł do środka. Jak zwykle powitała go gromada podekscytowanych skrzatów domowych proponując jedzenie i picie, ale Harry natychmiast zaczął przeczesywać wzrokiem pomieszczenie szukając Zgredka. Nie musiał szukać długo – Zgredek z uśmiechem od ucha do ucha ruszył w jego stronę, kiedy tylko zauważył, że Harry odwiedził kuchnię.

- Harry Potter! Czy Zgredek ma przynieść Harry'emu coś do jedzenia? A może do picia?

Chłopiec potrząsnął głową.

- Nie, dziękuję. Czy możemy gdzieś porozmawiać, Zgredku? To znaczy tak, żeby nikt nas nie słyszał?

- Czy Zgredek zrobił coś złego?

- Nie, oczywiście, że nie - chłopiec szybko zapewnił skrzata, który już zaczął się wyraźnie niepokoić. - Chciałbym po prostu z tobą porozmawiać i nie chcę, żeby ktokolwiek nas usłyszał. Czy jest jakieś miejsce, w którym bylibyśmy sami?

- Tak, jest! - odparł Zgredek i zanim Harry zdążył cokolwiek dodać lub zrobić, skrzat złapał go za ramię i z pyknięciem, które aż odbiło się echem w uszach chłopca, wylądowali w jednym z pomieszczeń zamku, w którym Harry nigdy wcześniej nie był, więc od razu rozejrzał się dookoła; trzy pozbawione okien ściany od sufitu do podłogi zasłaniały szerokie półki, na których – poprzedzielane deskami – leżało szkolne pranie. Prześcieradła, poszewki, ręczniki – można tu było znaleźć wszystko, czego uczniowie Hogwartu używali w ciągu roku szkolnego. Okno na czwartej ścianie ukazywało szkolne błonia; z tego, co widział Harry, wynikało, że on i Zgredek znajdowali się gdzieś we wschodnim skrzydle zamku. Po chwili odwrócił się do skrzata.

- Gdzie jesteśmy?

- W pralni - odpowiedział Zgredek. - Skrzaty domowe robią tutaj pranie dla uczniów, ale w czasie wakacji nikt tu nie przychodzi. Pan Harry Potter chciał porozmawiać gdzieś, gdzie jest cicho, a to jest najbardziej ciche miejsce, jakie Zgredek zna.

Harry pokiwał głową, nie bardzo wiedząc jak zacząć.

- Dobrze. Umm... Zgredku, czy pamiętasz może, co mi powiedziałeś, kiedy przyniosłeś do Wieży Gryffindoru te pergaminy, których zapomniałem?

Skrzat przechylił głowę na bok, co sprawiło, że jego wielkie uszy załopotały.

- Zgredek widział już wcześniej symbol, który Harry Potter narysował – i powiedział o tym panu Potterowi.

- Właśnie. Powiedziałeś też, że widziałeś ten symbol na książce znajdującej się w pokojach profesora Snape'a i że trzyma ją w zamkniętej gablocie.

Skrzat znów pokiwał głową, a Harry wziął głęboki wdech; wiedział, jak trudne będzie dla Zgredka to wszystko. Zgredek był do niego niezwykle przywiązany i zrobiłby niemal wszystko, by sprawić mu przyjemność, ale był również bardzo lojalny wobec swojej pracy w Hogwarcie, a zwłaszcza wobec Albusa Dumbledore'a. Jeżeli zgodzi się zrobić to, o co zamierzał go poprosić Harry, postąpi dokładnie wbrew swojej zawodowej etyce.

- Zgredku, to dla mnie naprawdę bardzo ważne – czy myślisz, że byłbyś w stanie zdobyć dla mnie tę książkę?

Skrzat zrobił krok do tyłu, a jego oczy zrobiły się wielkie jak spodki.

- Zabrać książkę profesorowi Snape'owi? Nie, Zgredek nie mógłby tego zrobić!

Harry westchnął i zaczął wolnym krokiem spacerować po pomieszczeniu.

- Wiem, że w normalnych warunkach nigdy nie zrobiłbyś czegoś takiego, i nie prosiłbym cię o to, gdyby to nie było ważne. Myślę, że to właśnie tej książki potrzebuję, żeby pomóc Remusowi.

Zgredek niepewnie przestąpił z jednej nogi na drugą.

- Pan Lupin jest bardzo chory, prawda?

- Remus umiera, Zgredku.

- Zgredkowi jest bardzo przykro to słyszeć. Zgredek chce pomóc, ale zabranie czegokolwiek, okradanie nauczyciela... Zgredek nie jest pewien, czy może to zrobić.

- Wytłumaczę ci, dlaczego to takie ważne. Syriusz... znasz Syriusza? - przerwał samemu sobie Harry nie mając pewności, czy skrzat w ogóle słyszał kiedykolwiek o Syriuszu. Zgredek pokręcił głową. - Syriusz jest moim ojcem chrzestnym. On i Remus byli dobrymi przyjaciółmi jeszcze za czasów szkolnych. Tego lata Syriusz zginął, a teraz Remus umiera, ponieważ łączy go z Syriuszem więź i Syriusz ściąga go coraz mocniej do miejsca, w którym sam się teraz znajduje. Profesor Dumbledore myśli, że jedynym sposobem na uratowanie go jest przecięcie tej więzi, ale ja myślę, że istnieje sposób, by ocalić ich obu i jednocześnie uratować Syriusza. Do tego jednak potrzebuję książki profesora Snape'a, bo najprawdopodobniej ten sposób jest w niej opisany. Muszę spróbować, Zgredku – muszę po prostu zrobić wszystko co możliwe, żeby uratować ich obu – Syriusza i Remusa.

Skrzat znów pokręcił głową i zaczął podskakiwać w miejscu. Był bardzo niespokojny i najwyraźniej poważnie zastanawiał się nad tym, co właśnie powiedział Harry.

- Zgredek nie może niczego ukraść, chociaż bardzo chce pomóc Harry'emu Potterowi. A gablotka, w której profesor Snape trzyma książkę, zawsze jest zamknięta.

- Zgredku, obiecuję ci, że zwrócę tę książkę w nienaruszonym stanie – a jeśli cokolwiek wyjdzie na jaw, wezmę na siebie całą winę; nikt nie będzie wiedział, że miałeś z tym cokolwiek wspólnego. Poza tym myślę, że jeśli tylko zechcesz, bez problemu otworzysz tę gablotkę – twoja magia jest bardzo silna. Kilka minut temu sprowadziłeś nas tutaj dzięki zwykłemu pstryknięciu palcami!nWiem, że to nie jest dla ciebie łatwe, i nie prosiłbym cię o to wszystko, gdyby istniało jakieś inne rozwiązanie – ale nie istnieje, a ja nie mam już czasu, żeby wymyślić coś innego. Jest coś, co muszę zrobić już dzisiaj, inaczej nie uda mi się uratować ani Remusa ani Syriusza. Po prostu przemyśl to, Zgredku. Proszę.

Skrzat nie wyglądał na przekonanego, ale pokiwał głową.

- Zgredek pomyśli o tym, Harry Potterze.

Pstryknął palcami i zniknął, a Harry z westchnieniem odwrócił się w stronę drzwi. Wyszedł na korytarz zza obrazu na czwartym albo piątym piętrze gdzieś we wschodnim skrzydle zamku, co dało mu dość dużo czasu na przemyślenia w trakcie drogi powrotnej do Wieży Gryffindoru. Jeśli Zgredek mu nie pomoże, będzie musiał wymyślić jakieś sposób, by samemu dostać się do kwater Snape'a.

W Pokoju Wspólnym Harry szybko upewnił się, że jest sam – co było dość oczywiste biorąc pod uwagę fakt, że Remus wciąż przebywał w Skrzydle Szpitalnym – po czym uklęknął przed kominkiem i wrzucił w płomienie garść proszku Fiuu.

- Numer dwanaście, Grimmauld Place! - krzyknął i zaczął czekać. Po kilku chwilach tuż przed nim pojawiła się twarz Kingsleya Shacklebolta, który zmarszczył brwi, kiedy rozpoznał Harry'ego.

- Czemu fiukasz, Harry? Czy to bezpieczne połączenie?

- Tak mi się wydaje. Jestem w Hogwarcie, czy to w porządku? - tak naprawdę chłopiec nie zastanawiał się nad tym, czy połączenie Fiuu między zamkiem i Kwaterą Główną jest bezpieczne, ale Kingsley wyraźnie się odprężył i kiwnął głową.

- Tak, wszystko powinno być okej. Ale dlaczego fiukasz?

- Chciałbym porozmawiać z Ronem, jeśli jest na miejscu.

- Chwileczkę, chyba jest na górze. Zawołam go.

Twarz Kingsleya zniknęła i Harry mógł rozejrzeć się po pustej kuchni Grimmauld Place. Minęły dwie minuty, potem trzy i cztery, ale w końcu drzwi otworzyły się i do środka wszedł Ron. Natychmiast podszedł do kominka i uklęknął.

- Harry, co słychać? Wszystko w porządku w Hogwarcie?

Chłopiec wzruszył ramionami.

- Jak na razie. Dostałeś mój list?

Ron pokiwał głową.

- Tak. Napisałem odpowiedź i wysłałem ją dziś rano, ale do tej pory ta cholerna kuchnia wciąż była pełna ludzi, więc nie mogłem do ciebie zafiukać.

- Czy teraz też ktoś jest w Kwaterze Głównej?

- Oprócz Kinglseya nie ma nikogo – mama jest z tatą w Ministerstwie, a Bill i Charlie pojechali odebrać Hermionę i Ginny z promu.

- Już wróciły?

Ron wzruszył ramionami.

- Mama Hermiony dostała alergii po czymś, co tam zjadła, więc Grangerowie postanowili wrócić kilka dni wcześniej, żeby mogła odwiedzić swojego rodzinnego mugolskiego lekarza. Ale na pewno nie o tym chciałeś ze mną rozmawiać?

- Nie, nie o tym. Potrzebuję twojej pomocy w pewnej sprawie.

- Jasne. Dawaj, stary.

- Muszę się dostać do Ministerstwa Magii tak, żeby nikt tego nie zauważył.

Ronowi opadła szczęka; chłopiec szybko odwrócił się by sprawdzić, czy w kuchni znajduje się ktoś, kto mógł usłyszeć te słowa.

- Co? Ale dlaczego?

Harry gestem poprosił go, by zachował cierpliwość.

- To długa historia i niełatwo ją opisać. Czy ktokolwiek powiedział ci, co się dzieje z Remusem?

Ron pokręcił głową.

- Wiem tylko tyle, że nie czuje się dobrze, a ty napisałeś, że miał dwa kolejne ataki.

- Remus umiera, Ron.

Chłopiec zbladł i znów pokręcił głową.

- Chyba sobie żartujesz.

- Nie żartuję. Łączy go z Syriuszem braterstwo krwi i jeśli ta więź nie zostanie przecięta albo Syriusz nie zostanie ściągnięty zza Zasłony, Remus umrze. Nie zostało mu już dużo czasu.

Ron zmarszczył brwi.

- Ale co to wszystko ma wspólnego z Ministerstwem Magii?

- Profesor Dumbledore, profesor Snape i Remus chcą przeciąć to połączenie. To pewnie uratowałoby Remusa, o ile w ogóle to przeżyje, ale ja myślę, że istnieje inny sposób, który uratuje też Syriusza. Do tego potrzebuję jednak dostać się do Ministerstwa, ponieważ właśnie tam Syriusz wpadł za Zasłonę.

- A co mówią na ten temat profesor Dumbledore i Remus?

Harry wziął głęboki wdech i przez moment zastanawiał się nad okłamaniem swojego najlepszego przyjaciela. Wiedział jednak, że Ron prędzej czy później i tak dowie się prawdy, więc lepiej będzie, jeśli pozna ją z ust Harry'ego.

- Oni dwaj o niczym nie wiedzą. Są przekonani, że to nie zadziała, ale ja spędziłem kilka ostatnich dni na poszukiwaniu informacji i wiem, że to się uda. Mam wszystko, czego potrzebuję, ale muszę dostać się do Ministerstwa. Myślisz, że mógłbyś mi w tym pomóc?

Ron odchylił się do tyłu i zastanowił przez chwilę.

- Co zamierzasz zrobić?

Harry potrząsnął głową.

- Nie chcesz wiedzieć. Wpadnę pewnie w poważne kłopoty za używanie magii w czasie wakacji, więc nie chcę cię w to wszystko angażować. Muszę tylko dotrzeć do Ministerstwa.

Jego przyjaciel przygryzł wargę, ale pokiwał głową.

- Nie możemy oczywiście użyć sieci Fiuu – zorientowaliby się, że podróżowała w ten sposób więcej niż jedna osoba, przez cały ten popiół.

- A jak jeszcze można dostać się do Ministerstwa?

- Windą w budce telefonicznej, której użyliśmy ostatnim razem, ale o tym też będą wiedzieć. Peleryną niewidką na pewno też ich nie oszukasz – urzędnicy wiedzą, ilu ludzi wchodzi do budki telefonicznej, bez względu na to czy są widzialni czy nie.

Harry pokręcił głową.

- Więc to też nie zadziała... Ale jakiś sposób musi istnieć!

- Nic nie przychodzi mi do głowy, stary. Oprócz...

Harry wyprostował się.

- Oprócz czego?

- Mój tata zawsze ma przy sobie awaryjny świstoklik, który jest nastawiony na jego biuro w Ministerstwie. Nie może się tam bezpośrednio aportować, bo aportować można się tylko do atrium, ale czasem zdarzają mu się akcje, kiedy musi szybko działać, zanim mugole zorientują się, że mieli do czynienia z magią, a kiedy dostaje takie nagłe wezwania, używa tego świstoklika, żeby przenieść się prosto do swojego biura. Świstoklik jest zarejestrowany i legalny, więc nikt w Ministerstwie nie zdziwi się, jeśli zostanie użyty, a poza tym nie da się ustalić, ile osób z niego skorzystało. Mógłbyś zabrać ze sobą pelerynę, wtedy nikt by cię nie zobaczył.

Harry zastanowił się nad tym przez moment.

- Czy wiesz, gdzie twój tata trzyma ten świstoklik?

Ron kiwnął głową.

- Tak, w szufladzie w swojej nocnej szafce. Ale... no, chyba mu się raczej nie spodoba, jeśli go wezmę.

Harry czuł się niekomfortowo prosząc przyjaciela o taką przysługę, ale nie miał innego wyjścia.

- Wiem, że nie mogę cię do niczego zmusić, Ron, ale to jedyny sposób na to, by uratować Syriusza. Muszę dostać się do Ministerstwa. To dla mnie ważne, bardzo ważne.

- Jesteś pewien, że to się uda?

Harry znów zamyślił się na chwilę, ale w końcu pokiwał głową.

- Jest pewna książka, którą jeszcze muszę przejrzeć, ale jeśli jest w niej to, co myślę, że jest, to tak, jestem pewien, że się uda.

Ron rozejrzał się po kuchni, jakby znów upewniając się, że nikogo w niej nie ma, po czym kiwnął głową.

- W porządku. Kiedy chcesz tam dotrzeć?

- Dziś wieczorem, jeśli dasz radę. Nie mam wiele czasu – oni chcą odciąć Syriusza już jutro.

- Mógłbym zabrać świstoklik, zanim mama i tata wrócą z Ministerstwa. Jeśli taty nie wezwą na akcję specjalną, to nie zauważy niczego do jutra, a może nawet dłużej. Ale musielibyśmy się gdzieś spotkać, a nie wiem, czy uda mi się użyć sieci Fiuu, kiedy wszyscy już wrócą. Pewnie zaczną coś podejrzewać, jeśli od razu zniknę, więc będę musiał poczekać na odpowiedni moment.

Harry skinął głową.

- Po prostu zafiukaj do Pokoju Wspólnego Gryffindoru; będę tu na ciebie czekał.

- Okej.

- Dziękuję ci, Ron - powiedział Harry szczerze. - Nie chcę pakować cię w kłopoty, ale naprawdę nie ma innego wyjścia.

- Nie martw się o to, kumplu. Bez względu na to, w jakie kłopoty się wpakuję, Fred i George i tak zawsze będą w tej dziedzinie na pierwszym miejscu, a jak do tej pory zawsze udawało im się przetrwać wściekłość mamy, więc mnie też się pewnie uda. Ale czy to nie będzie się nikomu wydawało dziwne, jeśli nagle pojawię się w Pokoju Wspólnym?

- Nikogo oprócz mnie tu nie ma; Remus jest w Skrzydle Szpitalnym, a z tego co wiem, nikt inny nie odwiedza teraz naszej Wieży.

Ron kiwnął głową.

- W porządku – zobaczę, co będę mógł zrobić. Spróbuję wymknąć się jakoś po kolacji – wtedy nie zauważą tak szybko, że mnie nie ma. A jeśli coś pójdzie nie tak, postaram się w jakiś sposób dać ci znać.

- Dzięki, Ron.

Przyjaciel Harry'ego jeszcze raz kiwnął głową, po czym zniknął, a połączenie Fiuu zostało przerwane. Harry z westchnieniem opadł na pięty; jego plan w końcu ruszył z miejsca – teraz pozostało jedynie przekonać się, dokąd go to wszystko zaprowadzi.