A teraz pora na normalny rozdział.

Rozdział dwudziesty czwarty: Przymuszenie przeciw przymuszeniu

Snape złapał równowagę po lądowaniu z pomocą świstoklika, który Narcyza przysłała mu tego ranka sową i rozejrzał się po pomieszczeniu. To był mały, przytulny pokój pełen dużych, ściętych mrozem okien, z których Snape mógł zobaczyć połacie świeżego śniegu. Ogień buzował w dużym kominku na przeciwległej ścianie. Szybko pojawił się przy nim skrzat domowy i podał mu szklankę bursztynowego płynu, który Snape przyjął i sączył powoli. Ciepło pozwoliło zwalczyć chłód, który musiał znieść po wyjściu z Hogwartu, by móc skorzystać ze świstokliku i mdłości, które zawsze czuł po tej metodzie podróży.

– Witaj, Severusie. Cieszę się, że jednak zdecydowałeś się nas odwiedzić, mimo waszej ostatniej kłótni z Lucjuszem.

Snape odwrócił się i spojrzał Narcyzie w oczy. Kobieta miała na sobie długą suknię, wyszywaną srebrem na krawędziach i gorsecie, co Snape po chwili skojarzył jako strój przywdziewany przez mroczne czarownice, które chciały, by ich gość poczuł się swobodnie w potencjalnie wrogim mu miejscu. Snape docenił gest, ale naprawdę niewiele go on w tej chwili obchodził. I tak zwykle takie szczegóły czystokrwistej etykiety mu umykały, a on przyszedł tu się po prostu zobaczyć z Harrym.

– Przyszedłem po mojego podopiecznego – powiedział. – Gdzie on jest?

– W pokoju w dole korytarza, profesorze Snape – powiedział Draco, po czym wślizgnął się przez drzwi po przeciwnej stronie pokoju.

Snape podniósł brwi. Twarz Dracona się… zmieniła. Wyglądał, jakby przeszedł coś druzgocącego, zwycięstwo jak i porażkę, i to nadało jego oczom nowej głębi. Snape zawsze uważał, że ten chłopak prędzej czy później tak skończy, biorąc pod uwagę jego status czystej krwi i oddanie do Harry'ego, ale nie spodziewał się, że to się stanie tak szybko.

Oddalił jednak od siebie te rozważania, bo chociaż zmiana w Draconie była intrygująca, to chłopak miał tu rodziców, którzy mogli się nim zająć, a Harry nie miał nikogo aż do jego pojawienia się.

– Zabierz mnie do niego – powiedział.

– Za chwilę, Severusie. – Narcyza podpłynęła do przodu i położyła mu rękę na ramieniu. Snape zwalczył w sobie chęć, by strącić z siebie jej dłoń. Spojrzał za to na nią gniewnie. Ona odpowiedziała spokojnym wzrokiem swoich przeszywających, błękitnych oczu. – Nie podałam ci w liście żadnych szczegółów, bo nie wiedziałam, jak na nie zareagujesz, ale zanim porozmawiasz z Harrym, muszę ci o czymś powiedzieć.

Snape przechylił głowę i czekał. Czuł, jak coraz mocniej ściska go w żołądku z nerwów. To uczucie dręczyło go odkąd przeczytał list od Narcyzy i mogło go pomęczyć jeszcze przez chwilę. Przynajmniej teraz przebywał już pod tym samym dachem co Harry, a niczego innego sobie nie życzył odkąd chłopiec wyjechał do Doliny Godryka.

Narcyza wzięła głęboki oddech.

– Z tego, co Harry powiedział wczoraj Draconowi…

Snape przymrużył oczy. Mieli tu Harry'ego przynajmniej jeden dzień i nic mi nie powiedzieli? Zapamięta to sobie.

– ...jego matka próbowała mu coś zrobić – powiedziała Narcyza. – Nie wiemy, co się dokładnie stało. Ale cokolwiek by to nie było, przebiło się przez jego tarcze ślepoty w jej kierunku, jakie utrzymywał przez całe swoje życie. Odwołał się do czystokrwistego rytuału sprawiedliwości, który odebrał jej magię, po czym przybył do nas.

Snape zamrugał. Przez dłuższą chwilę nie wiedział, co go bardziej dziwi: że Harry miał dość rozsądku, by uciec do rezydencji Malfoyów, czy to, że Lily Potter, kobieta, o której zniszczeniu marzył od kilku ostatnich miesięcy, teraz była charłakiem, a możliwe, że wręcz mugolką.

– Zabierz mnie do niego – powtórzył.

Musisz zrozumieć. – Twarz Narcyzy była nieprzejednana. Snape zastanawiał się, czy Harry zdaje sobie sprawę z tego, że ma tu kolejnego obrońcę. Jeśli wciąż jest w stanie, w którym opuścił szkołę, to pewnie nie. – Odkąd tu się pojawił, Harry inaczej się zachowuje. Używa tańców do podtrzymania własnej poczytalności. Jeśli zauważysz u niego przesadnie formalny ton, nie spodziewaj się, że poprawi go po zaledwie kilku słowach. – Znowu nabrała tchu. – Wierzę, że jedyne, co chroni go przed załamaniem to świadomość, że rytuał, którego użył, nie mógł się mylić. Dlatego uważa, że może ufać tylko rytuałom.

Snape powoli kiwnął głową. To z pewnością pasowało do Harry'ego, kiedy go widział ostatnim razem. Przynajmniej mógł funkcjonować.

– Wciąż chcę się z nim zobaczyć – powiedział.

– Wiem – powiedział Draco, zaskakując Snape'a, który spodziewał się, że odpowiedź nadejdzie od Narcyzy. Odwrócił się i spojrzał na swojego ucznia. Draco patrzył na niego oczami lśniącymi od determinacji równie ostrej i zimnej co skuwający okna mróz. – Harry jest formalny, ale to jest żałośnie oczywiste, że wciąż uważa, że przymusza nas do lubienia go. Chcę się upewnić, że wreszcie z tym skończy. – Wyprostował głową i zacisnął pięści. – Pomoże mi w tym pan?

Snape uśmiechnął się. Wiedział, że nie był to przyjemny uśmiech, ponieważ jego uśmiechy nigdy nie były, ale i tak to był pierwszy, jaki w ogóle pojawił się na jego twarzy, odkąd dostał list od Narcyzy.

– Prowadź, Draco.


Harry poruszył się niemrawo i otworzył oczy. Jego zamglony umysł rozpoznał efekty wywaru usypiającego. Potrzebował mrugnąć jeszcze dwa czy trzy razy, zanim w ogóle był w stanie poruszyć głową.

Nie przeszkadzało mu to. Poczuł wywar w zapachu mleka, które Draco przyniósł mu poprzedniej nocy, ale i tak je wypił. Potrzebował odpoczynku po bardzo dziwnym Bożym Narodzeniu, spędzonym z Malfoyami, podczas którego wszystko było przejaskrawione i kujące, a pytania zdawały pojawiać się w jego uszach po tym, jak już na nie odpowiedział. Narcyza i Draco pozwolili mu oglądać razem z nimi wschód słońca, co było ich niemal corocznym rytuałem, po czym usiadł z nimi w pokoju i chłonął ciepło pomieszczenia, podczas gdy oni otwierali swoje prezenty. Harry w ogóle nie widział Lucjusza.

Ale teraz był już drugi dzień świąt i Harry podejrzewał, że będzie musiał stawić czoła faktom.

Usiadł i ze stolika obok podniósł swoje okulary. Jego palce drżały, kiedy je nakładał. Powiedział sobie stanowczo, że to nie ma znaczenia. Nikt czystokrwisty go w tej chwili nie obserwował. Nie musiał utrzymywać fasady siły – która naprawdę nie była niczym więcej jak tylko maską – dzięki której sprawiał wrażenie niepokonanego.

Wtedy drzwi się otworzyły. Harry odwrócił głowę i zobaczył jak do jego pokoju wchodzą Draco i Snape.

Momentalnie był na baczności. Harry przyjrzał się twarzy Snape'a i zobaczył na niej choć trochę wiedzy. Był wdzięczny, że Malfoyowie tak długo czekali przed wezwaniem jego opiekuna i rozumiał, czemu to zrobili; Snape wciąż miał nad nim prawną władzę. Będzie jednak musiał stąpać tutaj bardzo ostrożnie, żeby tylko czegoś nie pragnąć, byle tylko czegoś nie czuć. Inaczej mógł znowu przymusić do czegoś Snape'a wbrew woli ich obojga.

– Dzień dobry panu – powiedział i patrzył, jak zajmują swoje miejsca w pokoju – Draco usiadł w nogach łóżka, gdzie nogi Harry'ego nie sięgały, a Snape stanął obok. W pierwszej chwili Harry myślał, że Snape gdzieś jednak usiądzie, ale potem uznał, że chyba jednak się mylił. Harry kiwnął głową. Potrafił to zrozumieć. Snape prawdopodobnie będzie chciał zachować wolność ruchów, żeby w każdej chwili móc wycelować w niego różdżką, jeśli znalazł jakiś sposób, by odpędzić od siebie magię Harry'ego. Wyglądało na to, że tych kilka dni, jakie Harry spędził z dala od Snape'a dobrze mu zrobiły. Jego ciemne oczy lśniły od surowej emocji, która z pewnością nie była sympatią, którą Harry siłą z niego wyciągnął.

– Witaj, Harry – powiedział Snape i choć jego głos był miękki, to pod spodem kryła się stal. Harry się nieco odprężył. Czyli będą oskarżenia. Mogę zaoferować oficjalne przeprosiny i wreszcie będziemy to mieli za sobą.

– Przyszliśmy tu, żeby ci udowodnić, że twoje niedorzeczne podejrzenia są niedorzeczne – mówił dalej Snape.

Harry zamrugał.

– Proszę pana?

Och, proszę, niech to nie będzie to, o czym myślę. Wygląda na to, że moja magia mimo wszystko dalej trzyma go w szponach…

– Słyszałeś mnie – powiedział Snape. – Popełniłem w stosunku do ciebie wiele błędów w Hogwarcie, ale największym było ustąpienie przed tą twoją cholernie upartą logiką i twoim uporem, że zostałem twoim opiekunem tylko dlatego, że mnie do tego zmusiłeś. Dlatego udowodnię panu, panie Potter, że nie tak łatwo jest mnie zmusić do czegoś, czego nie chcę zrobić.

Harry pokręcił głową.

– Z całym szacunkiem, proszę pana, ale potrzebuje pan czasu z dala ode mnie, żeby się wyleczyć – powiedział. – Gdyby tylko pan…

– A ja mam zamiar udowodnić ci, że naprawdę chcę być twoim przyjacielem. – Draco wciął się tak gładko, że do Harry'ego dopiero teraz dotarło, że ci dwaj musieli się najpierw namówić, zanim tu weszli. Oczywiście, że tak, pomyślał. W końcu to Ślizgoni. Mają plan i chcą mnie uderzyć, kiedy jestem bezbronny. Ciekawe, czy sami zdają sobie sprawę z tego, jak bardzo są bezbronni?

– Tak wam się może wydawać – powiedział Harry. – Ale to nie znaczy, że mnie przekonacie.

– Taki właśnie mamy zamiar – powiedział Draco, rumieniąc się lekko. Harry w dalszym ciągu wyglądał na opanowanego, ale czuł, jak wszystko w środku zaczyna mu się zwijać z nerwów. – Nie sądzę, żebyśmy chcieli zrobić to samo – ciągnął Draco, zerkając na moment na Snape'a – ale to nie znaczy, że mamy zamiar się tak po prostu poddać.

– Składam formalną prośbę, byście dali mi czas na przygotowanie się – powiedział Harry. – Pięć minut, w imię Merlina. – Miał wrażenie, że w tym czasie będzie w stanie wzmocnić swoje tarcze i ściągnąć całą swoją magię do środka. W tej chwili leżała wokół niego niczym potężny wąż, rozleniwiona i zaspana, tak jak on był zanim Draco i Snape weszli do środka. Harry potrzebował tylko pięciu minut, żeby ją całą ściągnąć z powrotem.

– Nie – powiedział Draco.

Harry zamrugał.

– Przecież znasz ten rytuał, Draco – powiedział. – Wiem, że powiedziałem wszystko jak należy.

– A ja nie muszę się na to zgadzać – powiedział Draco. – Jestem dziedzicem gospodarza, który udzielił ci praw gościny. Czytałem o tym. Można odmówić prośbom gości wykonanych w imię Merlina, chyba, że zostaną one skierowane w stronę innych gości.

Harry momentalnie uchwycił się tej informacji. Faktycznie zapomniał o tym wyjątku od tego rytuału, ale w pokoju był ktoś jeszcze, kto nie mógł się w ten sposób przed tym ochronić. Spojrzał na Snape'a.

– Składam formalną prośbę, by dał mi pan czas na przygotowanie się – powiedział Harry. – Pięć minut, w imię Merlina.

Snape i Draco spojrzeli po sobie i Draco przytaknął.

– Obawiam się, że musi pan go posłuchać – powiedział.

Kierując się do drzwi, Snape w żadnym razie nie wyglądał na zrażonego. Harry tego nie rozumiał. Wydawało mu się, że tak długo jak Snape miał zamiar trzymać się tej głupiej, nierozsądnej reakcji i ciągłych prób przekonywania Harry'ego, że ten jednak nikogo nie przymusił, to teraz będzie wyglądał na przynajmniej zniechęconego. Zamiast tego wyglądał jedynie na bardziej zdeterminowanego, tak samo jak Draco, kiedy Harry spojrzał znowu na niego.

– Obiecałem ci, że jak wrócisz rozbity, to cię pozbieram z powrotem – powiedział Draco, kiedy drzwi się zamknęły. – Pamiętasz?

– Oczywiście, ale…

– No i tu jestem – powiedział Draco. – I nigdzie się nie wybieram, Harry.

Harry westchnął i pokręcił głową.

– Formalnie przepraszam cię za przymuszanie cię jak jestem gościem w twoim domu – powiedział. – Obawiałem się, że tak to się właśnie skończy, kiedy Fawkes mnie tu przyniósł, ale byłem w tamtej chwili tak załamany, że nie potrafiłem pomyśleć o innym schronieniu. Przeproszę twojego ojca i…

– Przymuś mnie.

Harry zamrugał na niego.

– Co?

– Wydaje ci się, że już to zrobiłeś – powiedział Draco, którego policzki zalały się wściekłą czerwienią. Harry otworzył usta, żeby zwrócić mu uwagę, że Narcyza czy Lucjusz na pewno nie chcieliby, by ich syn okazywał tak nieatrakcyjne emocje, ale Draco mówił dalej, zagłuszając go. – Wydaje ci się, że przymuszałeś mnie bez przerwy od ponad dwóch lat. A teraz przepraszasz za to, że szukałeś u nas spokoju i schronienia, których z desperacją potrzebowałeś dlatego, że wydaje ci się, że znowu to zrobiłeś. – Draco uderzył otwartą dłonią w materac między nimi i pochylił się w jego stronę. – Jeszcze jeden przypadek kontroli nie zrobi żadnej różnicy. Zmuś mnie, żebym zrobił coś, czego nie chcę.

Harry zadygotał, kiedy poczuł jak ściska go spirala obrzydzenia. Jego magia się już w pełni obudziła i syczała mu nieszczęśliwie do ucha. Harry opanował ją, myśląc o symbolach czystokrwistych rodzin, których nauczył się we wczesnym dzieciństwie i sprawiając, by pojawiły się one pomiędzy nimi w cienkich liniach światła.

– Nie mogę – szepnął. – Nie proś mnie o to, Draco.

– Nie chcesz? – Twarz Dracona jeszcze bardziej się zarumieniła, tak że teraz wyglądał, jakby ktoś transmutował mu głowę w dojrzałe jabłko.

– Oczywiście, że nie! – krzyknął Harry i skrzywił się, kiedy pokój wokół nich zadrżał. – Wybacz.

Draco się żachnął gestem tak lekceważącym, jakby kompletnie nie było o czym rozmawiać.

– W takim razie jakim cudem zdołałbyś mnie zmusić, żebym cię polubił, ty durny palancie? Przecież nienawidzisz przymuszenia. Przymusiłbyś kogoś do czegokolwiek celowo?

– Ale przymusiłem cię bezwiednie – szepnął Harry. – Twój ojciec powiedział, że się zmieniłeś… nie wiedziałem…

– Może ten koncept wydaje ci się straszny, Harry, ale istnieje coś takiego jak przebaczenie – powiedział Draco ciętym głosem. – Od dawna sam wybaczałeś swoim rodzicom i swojemu bratu za wszystko, co ci zrobili. I teraz ja postanawiam wybaczyć ci przymuszenie. Zauważyłem je sam i nie wiedziałem wtedy nawet, ile z naszej przyjaźni jest prawdziwym uczuciem, a ile nie. Nie ma takiej książki na świecie, w której byłbym w stanie znaleźć wszystkie moje reakcje. Jestem twoim przyjacielem i chociaż wszystko mogło się zacząć od przymuszenia, to mam zamiar kontynuować tę relację w pełnej świadomości ryzyka związanego z przebywaniem w twoim pobliżu. Tak – dodał, zanim Harry zdążył nawet nabrać tchu – mam na myśli również ryzykowanie moim życiem.

Harry nie miał zamiaru niczego na ten temat powiedzieć; chciał za to porozmawiać o ryzykowaniu wolnej woli Dracona w przyszłości, nawet jeśli teraz mu się wydaje, że jest w stanie wybrać. Zamiast tego tylko pokręcił głową.

– Nie – powiedział. – Nie możesz mi tego wybaczyć.

– Dlaczego nie? – naciskał Draco.

– Bo…

– Bo co?

– Bo pragnienie do wybaczenia mi to prawdopodobnie kolejne przymuszenie, jakie na tobie wymogłem – powiedział Harry, wreszcie znajdując odpowiedź i trzymając się jej rozpaczliwie. – Tak bardzo pragnę odzyskać twoją przyjaźń, że przymuszam cię teraz do tej całej szopki, żeby tylko cię odzyskać. Nigdy nie będę pewien co do tego, co jest efektem mojego przymuszenia, a co nie jest.

– Nie, Harry, nie będziesz mógł – powiedział Snape, otwierając drzwi i wchodząc z powrotem. Wygląda na to, że już minęło pięć minut, pomyślał Harry, żałując, że Snape nie został tam trochę dłużej. – Ale znam własny umysł. Jestem wytrenowanym oklumentą i przebywałem w pobliżu potężnych czarodziejów, którzy z przyjemnością nagięliby moją wolę do swoich potrzeb, zarówno Mroczny Pan jak i Dumbledore. Znam dotyk przymuszenia. Wiem, jakie wygląda ono w moim umyśle. Nigdy tego nie wyczułem od ciebie.

– To prawdopodobnie oznacza po prostu, że jest zbyt subtelna, żeby pan mógł ją wyczuć – zaprzeczył Harry. Dłonie mu się pociły, a jego magia wirowała wokół niego. Czuł się, jakby go zagonili na brzeg klifu i nie wiedział, co się stanie, jeśli poczuje powietrze pod piętami. Nie przychodził mu do głowy żaden czystokrwisty rytuał, który mógłby się tym dla niego zająć. O ile on był ofiarą Lily, oni byli jego i ta cała sytuacja miała miejsce tylko przez jego wpływ.

– Harry – warknął Snape. – Czyżby ci się wydawało, że jesteś potężniejszym czarodziejem od Dumbledore'a?

– Nie – powiedział Harry od razu. Na to pytanie znał odpowiedź, choć nie rozumiał, czemu Snape zadał to pytanie. Być może był to dla niego pierwszy stopień na drodze do wolności, pierwsza niezależna myśl, która wypłynęła na powierzchnię jego umysłu.

– A co z Mrocznym Panem?

Harry zadrżał, przypominając sobie jak magia Mrocznego Pana przytłoczyła go pod koniec pierwszego roku, ciężka i pełna potencjału, zdolna by go spętać i pokonać bez problemu. Wyłącznie wewnętrzna zdolność Connora do bezwarunkowego kochania wszystkich ich wtedy uratowała. Jasne, Harry podejrzewał, że od tamtego czasu urósł w siłę, zwłaszcza teraz, jak sieć feniksa prawie zniknęła z jego umysłu, ale prawdopodobnie wtedy to nie miało aż takiego znaczenia – sieć pozwoliła mu pewnie użyć całej jego siły, ponieważ starał się ochronić Connora. Voldemort i tak odniósł nad nim tryumf, a wtedy nie zajmował nawet własnego ciała. Jeśli Harry był w stanie się wzmocnić w ramach zrzucenia własnych ograniczeń, to Voldemort na pewno też.

– Nie – szepnął.

– To dlaczego wydaje ci się, że jesteś w stanie mnie przymusić, skoro zwalczyłem z siebie aury ich obu? – Snape patrzył na niego gniewnie.

Harry pokręcił rozpaczliwie głową. Klif był tuż za nim, kawałki jego już opadały za jego krawędź.

– Nie – powiedział. – J–ja pana przymusiłem. Musiałem.

– Dlaczego? – zażądał Snape.

– Moja matka powiedziała mi, że mogę się pożywiać magią innych czarodziejów – powiedział Harry. Brzytwa. Mogę się tego przytrzymać. – Jeśli wypiłem pańską moc, to mogłem pana osłabić na tyle, że pana przymusiłem.

Snape prychnął.

– Tę zdolność również posiadał Mroczny Pan – powiedział. – Miałem okazję obserwować go jak z niej korzysta, choć potem przez wiele dni był wykończony. Nie, panie Potter, nie sądzę żeby pan zrobił coś takiego.

– Zrobiłem to swojej matce – powiedział Harry i widok jej zdruzgotanego ciała, leżącego na podłodze kuchni, kiedy rytuał sprawiedliwości wreszcie z nią skończył, odbił się echem w jego umyśle niczym odległa pieśń. Snape i Draco jej nie słyszeli, ani też ich to nie obchodziło. Nie wycofali się. Dalej usiłowali zepchnąć Harry'ego z klifu.

– Nie, nie zrobiłeś. – Głos Dracona brzmiał jak smagnięcie bicza, ukąszenie, które sięgnęło celu w sposób, w jaki nawet Fenrir Greyback nie był w stanie. – Znam ten rytuał, Harry. Matka mi o nim opowiedziała. On nie mógł nie mylić. Skrzywdziłby cię, gdybyś się pomylił. A już na pewno nie odebrałby twojej matce jej magii, gdyby sobie na to w pełni nie zasłużyła. Matka mówiła mi też, że ty zdajesz sobie sprawę z tego, że rytuał miał rację, inaczej nie miałbyś się czego uchwycić.

Ma rację. Wiem, że rytuał miał rację. Wiem, że nie mógł się pomylić.

I to właśnie zrzuciło Harry'ego z klifu. Zamknął mocno oczy, spinając się i czekając na uderzenie o dno. Jego myśli wirowały wokół niego chaotycznie.

I przez nie, niczym sztylety, przemknęły ostatnie słowa Dracona.

– To znaczy, że ona się myliła, Harry. I myliła się też w innych sprawach. Jak na przykład w kwestii tego, że gdybyś nikogo nie przymusił, to nie miałbyś żadnych przyjaciół. To nieprawda. Jestem twoim przyjacielem. Snape jest twoim opiekunem. A ona się myliła, Harry.

Harry nie był w stanie wymyślić na to żadnej odpowiedzi. Przyznanie się do tego, że jego matka miała względem jego rację oznaczało podważenie rytuału sprawiedliwości, który miał rację, który nie mógł się mylić, który musiał być absolutnie słuszny…

Harry nie zauważył tej sprzeczności w swojej logice.

Nie pozwolił sobie na to, tak naprawdę, ani też nie był w stanie sam tego zauważyć jak tylko przybył do Malfoyów.

Ale oto była i jakby Harry nie starał się znaleźć dla niej obejścia, to nie był w stanie i nie zdołał, aż sprzeczność go nie pochłonęła.

Zdał sobie nagle sprawę, że znowu płacze i że ramiona Dracona go obejmują. Uwiesił się na nim. Już nie spadał, ale jego myśli i magia wciąż wirowały wokół niego w oszałamiających kręgach.

– Jestem tu – szepnął Draco. – Zawsze jest szansa, że kiedyś możesz mnie jeszcze do czegoś przymusić, albo dowiemy się, że coś konkretnego jest efektem twojego przymuszenia. To możliwe. Ale w tej chwili jestem tutaj i chcę być tutaj, i naprawdę jestem twoim przyjacielem, Harry. Obiecuję.

Harry zamknął oczy i trzymał się Dracona, pierwszy raz w życiu zdając sobie sprawę z tego jak bardzo tego potrzebuje.


Snape obserwował scenę w milczeniu. Harry trząsł się w ramionach Dracona. Jego łzy wysychały niemal tak szybko jak się pojawiały, ale to nie przeszkadzało Snape'owi. Co go zdziwiło to fakt, że się w ogóle pokazały.

Zdawał sobie sprawę z tego, że to, co zrobili, było naprawdę niemiłe z ich strony, atakowanie Harry'ego w ten sposób, kiedy był bezbronny i naciskanie na niego, aż w końcu nie przyjął tej prawdy do serca. Ale wiedział też, że gdyby dali mu trochę czasu, to istniałaby wysoka szansa na to, że już nigdy by go nie przekonali. Harry miał niesamowitą zdolność do leczenia się, Snape jeszcze nigdy nie widział potężniejszej, a Narcyza powiedziała mu, że używał czystokrwistych rytuałów do kierowania swoimi myślami. Gdyby dać mu czas, to zasklepiłyby one jego rany niczym huba, a on sam wyszedłby po drugiej stronie znacznie silniejszy – ale niezdolny do wybaczenia samemu sobie, albo słuchania swoich przyjaciół. A to, ostatecznie, doprowadziłoby do kolejnego załamania.

W ten sposób, budując na tej jednej prawdzie, w którą Harry nie był w stanie wątpić, przebili się do niego i mieli prawdziwą szansę ruszyć przed siebie.

Żaden z nas nie jest miły, pomyślał Snape, kiedy Draco wreszcie delikatnie puścił Harry'ego i kiwnął do niego. Cieszę się jednak, że Draco ma w sobie ten specyficzny rodzaj okrucieństwa. Przyda mi się ona w przyszłości, jak trzeba będzie znowu przekonać Harry'ego do czegoś.

Podszedł do łóżka i usiadł obok Harry'ego, podczas gdy Draco wyszedł z pokoju. Snape to doceniał, chociaż podejrzewał, że ta uprzejmość była tylko powierzchowna i że Draco będzie podsłuchiwał pod drzwiami.

Harry nie podnosił głowy.

– Przepraszam, że wydawało mi się, że nie zna pan dość dobrze własnego umysłu… – wyszeptał.

Snape poczuł jak jego brwi podnoszą się z irytacją. Ten dzieciak zawsze znajdzie jakieś wyjście, żeby się za coś obwinić…

– Przestań – powiedział ostro.

Harry skulił się i czekał. Drżał, chociaż w pokoju nie było zimno.

– Zdaję sobie sprawę z tego, że masz zdolność do przymuszania innych czarodziejów, jeśli tylko będziesz tego chciał – powiedział spokojnie Snape. – Wygląda też na to, że możesz mieć zdolność do osuszania innych czarodziejów z ich magii. – Teraz jak o tym pomyślał, to Harry faktycznie wspomniał coś o tym, kiedy opisywał sytuację, w której Dumbledore zaatakował Dracona, ale nie brzmiał wtedy na zainteresowanego tym tematem, więc Snape go wtedy o to nie zapytał. – Zapewniam cię, że nie mam zamiaru zostać ofiarą dowolnej z tych zdolności. Mam za to zamiar nauczyć cię jak je kontrolować.

Harry po raz pierwszy podniósł głowę. Snape'owi naprawdę ciężko przyszło nie przytulić w tym momencie chłopca, ale obawiał się, że to by podważyło powagę tego, o czym teraz z nim rozmawiał.

– Nie przyszło ci do głowy, że to się da wytrenować? – zapytał chłodno. – W takim razie to jest pierwszy raz, kiedy tak beztrosko podszedłeś do tematu swojej magii.

Harry pokręcił głową.

– Myślałem, że Connor mnie nauczy – szepnął. – Bo on też ma zdolność do przymuszania innych czarodziejów.

– I wydawało ci się, że jego zdolność przypomina twoją? – zapytał Snape.

Harry kiwnął z wahaniem głową.

– Nie są takie same – powiedział Snape. – Dar przymuszenia, jaki mają twój brat i Black – nie dał rady powstrzymać obrzydzenia ze swojego głosu, ale na szczęście Harry na nie nie zareagował – to specyficzne dary magiczne, tak jak wężomowa. Twoja zdolność do przymuszenia to bardziej efekt poboczny twojej magii, która wzywa innych czarodziejów. Dumbledore ma obie te zdolności, tak samo jak Mroczny Pan. Ty, jednakże, masz tylko jedną z nich. Gdybyś miał drugą, to zauważyłbym jej oznaki już w zeszłym roku, kiedy byłem w twoim umyśle.

Harry kiwnął głową. Snape'owi wydawało się, że chłopak już to wiedział, ale mimo wszystko postanowił powstrzymać swoje zniecierpliwienie. Okazało się to być niespodziewanie łatwe. W porównaniu do ich zwycięstwa, jakie dzisiaj odnieśli nad Harrym, szczegóły tego, co wiedział, a czego nie, naprawdę nie miały znaczenia.

Możliwe też, że dzieciak jeszcze nigdy nie był tak podatny na jego słowa jak w tej chwili. Snape będzie musiał o tym pamiętać i ostrożnie dobierać słowa.

– Twój brat cię nie nauczy. A po tym, co się stało z Lily, nie sądzę żeby chciał.

Harry wciągnął gwałtownie powietrze i pobladł. Ale kiwnął głową. Wyglądało na to, że już zdążył rozważyć, jak jego czyn zaważy na jego relacjach z ludźmi, z którymi mieszkał (Snape nie miał najmniejszego zamiaru nazywać ich dłużej jego "rodziną"). Dobrze. Tak będzie łatwiej.

– Będę cię uczył – powiedział Snape. – Nauczę cię czego tylko będziesz potrzebował – oklumencji, legilimencji, eliksirów, mrocznych sztuk. Cokolwiek, co utrzyma cię przy życiu i pozwoli nie tylko przeżyć, ale i żyć. Już dość się wycierpiałeś w swoim życiu, Harry. Zapewniam cię, wszelka niechęć, jaką żywiłem do ciebie jako do syna Jamesa, umarła na pierwszym roku, a kiedy przyszedłem do ciebie pod koniec drugiego, wiedziałem, czym ryzykuję. Raz za razem podejmowałem się ryzyka i za każdym razem z własnej woli. – Z ulgą zobaczył, że Harry naprawdę go słucha, a jego oczy otwierają się coraz szerzej. – Nie opuszczę cię.

Harry szybko zamknął oczy.

Snape, niezdolny już dłużej do kontrolowania tego impulsu, wyciągnął ręce i przyciągnął go blisko do siebie. Harry oparł się o niego i nie spojrzał w górę, za co Snape był wdzięczny. Nie sądził, żeby Harry chciał teraz widzieć jego minę.

Co Harry zrobił Lily to dopiero początek. Nic mnie jednak nie usatysfakcjonuje jak jej kompletne unicestwienie. Do tego on nawet nie tknął Jamesa czy Blacka.

Z przyjemnością osobiście dopilnuję ich zniszczenia.


Harry zawahał się przed wejściem do pokoju. Myślał o tym, żeby się nie pojawić; rytuał, którego użył Lucjusz, żeby go do siebie przyzwać, dawał mu szansę na odmowę. Ale wówczas sytuacja w rezydencji zrobiłaby się napięta i nieszczęśliwa do końca jego pobytu, a Harry chciał pozostać aż do chwili, w której będzie musiał wrócić do Hogwartu. Będzie musiał zaryzykować szansę na to, że Lucjusz może zrobić mu krzywdę.

Miał jednak wrażenie, że ta szansa była cokolwiek niewielka. Narcyza i Draco… no, na pewno zrobią Lucjuszowi coś potwornego, jeśli ten spróbuje skrzywdzić Harry'ego. Harry nie był pewien, co by to mogło być, był jednak pewien, że nie ma ochoty nawet o tym myśleć. Wystarczała mu świadomość, że chcą to zrobić, otulony w ich troskę nawet jeśli nie przebywali z nim w tym samym pokoju. Wiedział też, że jak nie oni, to Snape coś zrobi. Snape odmówił powrotu do Hogwartu, o ile Harry nie wróci tam razem z nim, a ponieważ Draco tego nie chciał, to udało mu się zaproszenie do pozostania razem z nimi.

Harry wciąż miał problem z uwierzeniem w to, że oni wszyscy czuli do niego sympatię, ale teraz już nie mógł w to nie wierzyć. Wyglądało na to, że będzie musiał się do tego przyzwyczaić.

– Proszę wejść, panie Potter.

Lucjusz wyprostował się ze swojego miejsca przy kominku, przy którym klękał i poprawiał polana pogrzebaczem – cokolwiek bezsensownie, ponieważ skrzaty domowe i tak nie pozwoliłyby ogniu zgasnąć – po czym spojrzał na niego z powagą. Harry zamrugał. Nie widział Lucjusza odkąd ten wyjawił mu jego zdolność do przymuszania, a Narcyza z Draconem nic nie wspomnieli o jego wyglądzie. Dlatego też czerwony odcisk otwartej dłoni na policzku Lucjusza go zaskoczył.

Nie dał jednak tego po sobie poznać, ponieważ to przerwałoby taniec, a także byłoby po prostu niegrzeczne, więc tylko pochylił głowę i skierował się do jednego z dwóch krzeseł. Były jedynym umeblowaniem pokoju, zrobione z surowego, ciemnego drewna, z białymi obiciami. Harry znał te kolory i wiedział, że sparowane oznaczały przeprosiny w jednym ze starszych rytuałów. Nie sądził, żeby to był przypadek.

Lucjusz zajął krzesło naprzeciw niego. Przez chwilę przyglądali się tylko sobie z rozwagą. Harry nie wiedział, co widzi Lucjusz. On widział czarodzieja czystej krwi, który wyglądał jakby właśnie przeszedł przez piekło.

Albo zaraz miał przez nie przejść, pomyślał Harry i zadrżał. No, tyle potrafię zrozumieć.

– Panie Potter – powiedział Lucjusz, przerywając ciszę – chcę pana prosić, żeby przyjął pan ode mnie dwa prezenty. – Zrobił gest i białe pudełko podniosło się z podłogi obok niego i podleciało do Harry'ego. – Najpierw ten.

Harry otworzył pudełko z zaciekawieniem, a jego magia zanuciła wokół niego; zauważył, że Lucjusz się skrzywił, ale nie powiedział ani słowa. Z trudem powstrzymał się przed gapieniem się na zawartość. To był dar sojuszu na przesilenie zimowe, gałązka oliwna wyrzeźbiona z marmuru, znak pokoju i kontynuowania negocjacji. Tradycja nakazywała, by ten szczególny dar miał na sobie jakiś niewielki urok, zwykle taki, który sprawiał, że gałązka wyglądała na żywą, by popisać się swoją siłą i przypomnieć odbiorcy o korzyściach związanych z sojuszem.

Zaklęcie Lucjusza nadało gałązce oszałamiającą, złotą aurę, którą Harry znał aż za dobrze. Dokładnie studiował historię Pierwszej Wojny, chociaż nigdy jej osobiście nie widział, ani się też nie spodziewał, że ją kiedyś zobaczy. Powoli podniósł wzrok i spojrzał Lucjuszowi w oczy.

Lucjusz potwierdził jego domysły na głos.

– Jeśli złamie pan gałązkę – powiedział – to stanie mi się krzywda.

– Co się złamie? – zapytał Harry, słysząc swój własny głos jakby ten dochodził do niego z długiego tunelu. To się dość często zdarzało w czasie jego obecnej wizyty w rezydencji, ale tym razem szok nie pochodził od tego, co zrobił Lily. Spojrzał na zaklęcie, ale nie był w stanie określić. – Pańska ręka, czy pańska noga?

Lucjusz obnażył zęby w bardzo delikatnym uśmiechu. Harry miał wrażenie, że był on bardziej skierowany do niego samego, niż do Harry'ego.

– Mój kark.

Harry delikatnie podniósł gałązkę i zobaczył jak Lucjusz zadrżał wzdłuż połączenia, które go do niej przywiązało.

– Podarował mi pan broń przeciwko panu w razie zdrady – powiedział, słysząc podziw w swoim głosie.

Lucjusz prychnął.

– Inaczej nie użyłbym takiego zaklęcia, Potter.

Harry spojrzał na niego uważnie. Nie zaufałby rzewnym protestom pełnym żalu, oczywiście, ani też zwykłym przeprosinom i Lucjusz o tym wiedział. Wyglądało na to, że jak postanawiał się poddać, to robił to na całego.

Oczywiście, to oznaczało również, że właśnie podbił stawkę ich tańca sojuszu. Harry będzie musiał poważnie przemyśleć swoją odpowiedź, zanim podaruje mu coś o równej wartości, bo to będzie oznaczało coś, co postawi go w równie bezbronnej pozycji.

Harry odłożył gałązkę z powrotem do pudełka i kiwnął głową.

– A drugi prezent, panie Malfoy?

Lucjusz ponownie wykonał gest, prawdopodobnie po prostu rzucając zaklęcie niewerbalne, niż wykonując magię bezróżdżkową i zza niego wypłynęło drugie pudełko. To otworzyło się już w drodze do Harry'ego, więc ten mógł zobaczyć umieszczoną w nim szklaną fiolkę, która zawierała w sobie niewielką ilość ciemnego płynu. Kiedy już Harry mógł przyjrzeć się jej z bliska, zorientował się, że to musi być krew.

Spojrzał Lucjuszowi w oczy.

– A to?

– Trzy krople mojej krwi – powiedział Lucjusz. – Dałem trzy krople tym, którzy starają się wskrzesić Mrocznego Pana, kiedy ci grozili życiu Dracona. Wykorzystali je, by odczytać moje prawdziwe intencje. – Zamilkł na moment i pochylił lekko głowę, przesłaniając podbródkiem swoją szyję. – Pomyślałem, że adekwatnym będzie – dodał cicho – by podarować trzy krople krwi człowiekowi, który uratował mojemu synowi życie. Wesołych świąt, panie Potter. Czy przyjmuje pan moje przeprosiny?

Harry powstrzymał się przed odpowiedzeniem mu od razu. Tu nie chodziło o Dracona czy Narcyzę, jakkolwiek wielką rolę nie mogli oni odegrać w decyzji Lucjusza. Musiał rozważyć racjonalnie, logicznie, spokojnie, czy może zaufać Lucjuszowi, że ten go nie skrzywdzi.

I zorientował się, że tak, co go nieco zaskoczyło. Gałązka zapewniała zaufanie. Tak samo trzy krople krwi.

Tak samo wiedza, która była oczywista w oczach Lucjusza, kiedy ten mrużył oczy, czując ból głowy o jaki przysparzała go magia Harry'ego, że byłby w stanie zniszczyć Lucjusza, z gałązką czy bez niej, gdyby Lucjusz go kiedykolwiek zdradził. Był potężniejszy od Lucjusza. Rytuały czystokrwiste miały zapewnić porozumienie między czarodziejami bez konieczności odwoływania się do wymiany ciosów i pozwalając wszystkim na zachowanie dumy. To był ich najstarszy i najświętszy cel.

– Przyjmuję – powiedział cicho Harry.

Lucjusz posłał mu niewielki, drapieżny uśmiech. Harry odpowiedział podobnym, jak nie identycznym. To, co było między nim i Lucjuszem, w żaden sposób nie przypominało przyjaźni, jaką Harry dzielił z Draconem, ani być–może–przyjaźni, być–może–rodzicielskiej–więzi, jaką dzielił z Narcyzą, ale i tak się dobrze rozumieli.


2 stycznia 1994

Harry Potterze,

Poproś Severusa, by cię w tej chwili przyprowadził do szkoły. Wiem, że tam z tobą jest.

Twojej matce odebrano magię, a twój ojciec opuścił Dolinę Godryka nie mówiąc nikomu, gdzie się udaje. Twój brat odchodzi od zmysłów, z Syriuszem jest nie lepiej. Remus zwraca moje listy nawet ich nie otwierając.

Czas najwyższy, żebyśmy porozmawiali.

Albus Dumbledore.