Rozdział 29
Warning: Ufff, trochę mi zeszło zanim ten rozdział przybrał taką formę jaką ma teraz. Zmęczyłam się x'''D Nasze AoKise w końcu się pocałowało. Ułomnie, bo ułomnie, ale jednak! CO TAK SZYBKO, HEHESZKI XDXDXDXD *ucieka przed rozwścieczonymi fanami* Aomine w końcu dorósł, więc najgorsze za nami, teraz relacja AoKise będzie się rozwijała bardziej dynamicznie, a przynajmniej taką mam nadzieję.
Reszta przygotowań do Dni Otwartych przeminęły w dość nieprzyjemnej atmosferze, żeby nie powiedzieć, że wręcz chujowej w każdym tego słowa znaczeniu. Już nawet pominę fakt, że moja klasa kłóciła się na każdym kroku nie mogąc się ostatecznie zdecydować jak zaaranżować pomieszczenie, aby zmieściło się jak najwięcej stolików i żeby nie było ciemno jak w dupie. Dodatkowo przerabiane stroje też nie prezentowały się tak dobrze, jak dziewczyny sobie to wyobrażały, więc co chwila coś odpruwały, zszywały, zamieniały, aż w końcu zaczęliśmy się zastanawiać czy cokolwiek z tego zostanie i będziemy mieli się w co ubrać. Ale dobra, to mogłem jakoś przeboleć, naprawdę. Wszak nie byłem z nimi zżyty i to całe święto ostatecznie wychodziło mi trochę bokiem, więc nic dziwnego, że kładłem na to przysłowiową laskę. Dopóki nikt na mnie nie darł ryja i pozwalał w spokoju gmerać przy dekoracjach, do których zostałem przydzielony, to mogłem to znieść.
Niestety schody zaczynały się gdzie indziej - gdy chociażby przelotnie zerkałem na Kise, całe moje wyluzowanie, szlag jasny trafiał. Od momentu, kiedy dosadnie zdałem sobie sprawę z własnych, popierdolonych uczuć nie potrafiłem już zachować typowej sarkastycznej postawy względem niego. Za każdym razem jak widziałem, że flirtuje z jakimiś lachonami albo daje się bezpardonowo obłapywać to zalewała mnie krew. Jakoś wcześniej to mi aż tak nie przeszkadzało, pokrzywiłem się i pokurwiłem pod nosem, ale udawało mi się to przełknąć z jako taką godnością, jednak teraz sprawy przybrały inny obrót. Noż, po prostu miałem ochotę je wszystkie udusić, a potem samemu blondynowi skopać dupsko.
Ja wiedziałem, że to jest jego postawa względem najaranych ludzi. Sam mi powiedział, że niezbyt lubi być obmacywany przez obcych i niezbyt sobie radzi z dotykiem, ale musi dzielnie zagryzać zęby, bo praca od niego tego wymaga. Jasne, rozumiałem to, tylko że, kurwa, to nadal nie usprawiedliwiało dlaczego pozwalał sobie wręcz włazić na głowę. Kreowanie się na idealnego faceta może i było pożądane skoro był jakby nie patrzeć osobą publiczną, ale sęk w tym, że on nie był do końca milusi i do wszystkich nastawiony przyjaźnie. Dla bliskich przyjaciół był jak do rany przyłóż, to niezaprzeczalny fakt, ale dla reszty, pomimo założenia ultra przyjacielskiej maski, już niekoniecznie. Zawsze tak uważałem, ale teraz przekonałem się o tym stuprocentowo, gdy przyłapałem go jak wyrzucił miłosny list od jakieś laski i nawet nie zadał sobie trudu, żeby go chociaż przeczytać. Skoro zachowywał się wręcz sukowato, gdy nikt nie patrzył, to dlaczego przy szerszej widowni od razu zamieniał się w radosnego szczeniaczka merdającego ogonem i dającego się każdemu pogłaskać?
No właśnie, o wilku mowa.
- Zabij się – warknąłem pod nosem, widząc jak dziewczyna zaznacza mydłem linie na materiale spodni i przy okazji bez pardonu maca go po tyłku, a on jedynie śmieje się głupowato.
Weź mnie ktoś trzymaj. Mam dość. Ja cię pierdole, zaraz mnie coś strzeli. Bez lipy, moje myśli mnie przerażają. Mam nadzieję, że nie zacznę się zachowywać jak typowy, agresywny macho, na którego dziunie ktoś śmiał chociażby zerknąć.
Moje zachowanie też było ciutkę irracjonalne. Wkurwiać to się wkurwiałem, ale żeby mu powiedzieć co czuję, ba! Żeby chociażby jakoś spokojnie zakomunikować iż nie podoba mi się jego zachowanie to po prostu stałem z boku wylewając z siebie hektolitry jadu i przekleństw, życząc każdego, kto się napatoczył, długiej i bolesnej śmierci. Obiecałem sobie, że coś z tym zrobię, ale byłem nadal niepewny. Teraz, gdy uświadomiłem sobie w końcu, że jednak coś jest na rzeczy to nadal nic nie zrobiłem. Co prawda, znowu próbowałem uciec, ale poczucie winy i złość na samego siebie były tak silne, że musiałem się z tym pogodzić, bo chociażbym się zaparł jak osioł, zaprzeczając w nieskończoność, to niestety nic i tak by z tego nie wyszło.
Już sam fakt, że zachowywałem się względem niego zaborczo powinien zapalić mi w głowie ostrzegawczą, czerwoną lampkę. To nowość dla mnie, przecież wcześniej nie miałem żadnych skrupułów, by się przespać z jakąś inną laską, pomimo że na przykład byłem już w zadeklarowanym związku. Wymieniałem partnerki jak rękawiczki, pozwalałem im przychodzić i odchodzić, a przy tym nie czułem dosłownie nic. Samo pożądanie ciała nie sprawiało, że byłem do nich uwiązany, przecież mogłem sobie znaleźć inną, może nawet lepszą od poprzedniej, więc zazdrość była dla mnie obca. Jednak z Ryoutą jest inaczej. Osoby kręcące się wokół niego zaczęły mnie niemiłosiernie irytować. Nagle wszystko względem jego relacji z innymi ludźmi przestawało mi pasować. Nie chciałem, żeby ktokolwiek go podrywał, dotykał, czy chociażby gapił się maślanym wzrokiem. Wręcz pragnąłem, żeby był po prostu mój i jeśli oznaczało to bycie razem to byłem na to gotowy. Nawet gdyby wszyscy mieliby się dowiedzieć. Już pal licho, że był facetem - pogodziłem się z tym, że poniekąd przez niego jednak również gram w tęczowej drużynie. Moja męska duma i tak została podziurawiona jak sito, przez ostatnie wydarzenia, więc aktualnie fakt, że miał fiuta między nogami był gdzieś na samym dole listy z problemami. Za to najważniejszym było to, że nie potrafiłem z siebie wydusić dosłownie nic sensownego i wręcz unikałem konfrontacji z nim.
Wiem, jestem tchórzem, możecie się już śmiać. Nic nie mogłem na to poradzić, naprawdę z ręką na sercu, chciałbym potoczyć to dalej. Wyjaśnić sobie wszystko, wiedzieć na czym stoję i zobaczyć, czy to w ogóle ma sens. Wszak niby przyłapałem go na tym jak sobie do mnie zwalał pod prysznicem więc zakładałem, że nie jest to jednostronne uczucie, co od razu wykluczało opcje, że zostanę nierozumiany albo wyśmiany. Możliwe, że po prostu była to silna ciekawość i na samej rozmowie, by się skończyło, a potem po prostu odreagowałbym gnijąc pod łóżkiem i wyjąc z zażenowania. Ale to nadal była jakaś opcja, niezbyt szczęśliwa, ale to zawsze coś.
Ale oczywiście mój mózg stwierdzi, że to pierdoli i będzie zachowywał się tak jak mu się żywnie podoba. Więc ostatecznie każda nasza rozmowa zaczynała się od ubliżenia mu, po czym przeradzała się w kłótnię, którą ostatecznie kończyło odejście obrażonego na śmierć Kise. Tak, cholernie umiałem w interakcje międzyludzkie. Wręcz wybitnie mi szło, gdzie mój medal za ponadprzeciętne zdolności?
Potem kląłem na czym świat stoi, obiecując sobie w myślach, że następnym razem inaczej to rozegram, ale oczywiście były to złudne nadzieje. Kulminacyjnym momentem był pierwszy dzień Drzwi Otwartych, gdzie zostaliśmy przydzieleni do tej samej zmiany, co skończyło się praktycznie bójką na zapleczu, gdy Ryouta nie mógł już wytrzymać ciągłego dogryzania i podkładania mu nóg. Jak rozwydrzony gówniak robiłem to z premedytacją, żeby się potknął, a tym samym znokautował klientki do których radośnie szczerzył zęby. Wiem, przegiąłem, ale nie mogłem już tego wytrzymać. Oczywiście kawiarnia okazałą się wielkim sukcesem, przez samą obecność modela i kolejka oczekujących ciągnęła się przez praktycznie cały korytarz, a nawet dziewczyny wpadły na pomysł wprowadzenia rezerwacji. Więc nic dziwnego, że większość bab chciała, żeby to właśnie je blondyn obsłużył i przy okazji bezwstydnie się do niego przystawiały. To było ponad moje siły, więc po prostu zachowałem się jak skończony dupek. Nikt nie jest zdziwiony, ale tak szczerze to po części tego nie żałuję.
Jednak to ostatecznie nabrało takiego rozmachu, że nawet reszta klasy zauważyła iż jest coś zdecydowanie nie tak. Tym oto sposobem zostałem z nim rozdzielony na zmianach co zamiast mnie uspokoić to jeszcze bardziej zdenerwowało, no bo jak to tak, teraz nie mogłem go pilnować. Chcieli mnie nawet wycofać z obsługi klientów i uziemić przy zaparzaczu kawy, ale obiecałem, że się ogarnę. Tak oto spędziłem drugi dzień w towarzystwie Schiruvii przy jej stoisku z jedzeniem. Nie spytała mnie o nic, tylko kazała poczekać, aż skończy zmianę, po czym dostałem na pocieszenie kilka naleśników z owocowym kremem i polewą czekoladową. Mówiłem już jak bardzo ją kocham? Zdecydowanie potrafiła czytać mi w myślach i nie naciskała, gdy byłem naprawdę mało skory to zwierzeń. W duchu cieszyłem się, że jednak postanowiłem odwiedzić właśnie ją. Jakoś nie chciałem widzieć żadnego z Pokolenia Cudaków i poszedłem jedynie obejrzeć wspólny spektakl klas A, bo dziewczyna uparła się, że musi to koniecznie obejrzeć. Prawie zginąłem, gdy okazało się, że Akashi gra rolę księżniczki i porobiłem kilka fotek dla upamiętnienia tej jakże podniosłem chwili. Falbaniasta kiecka w cudownym różowym kolorze falowała przy każdym jego ruchu, a czerwone włosy zdobiła spinka w kształcie motylka. Gustownie, rąbałbym jak drwal las. Kurwa, po prostu złoto oblane złotem w posypce ze złota. Zawyłem się na śmierć, przez co potem przez resztę dnia bolał mnie brzuch, ale warto było - chociaż humor poprawił mi się na tyle, żeby to jakoś przetrwać i zacząłem w miarę logicznie myśleć.
Dzięki temu trzeciego dnia, stwierdziłem, że zachowuję się jak paskudny bachor i najwyższy czas się ogarnąć. Możecie mi wierzyć, naprawdę irytowało mnie moje własne postępowanie. Cud się stał, chwalmy boginię pornosów i tak dalej. Naprawdę sam siebie nie poznaję, chyba mi ktoś podrzucił do żarcia narkotyki, albo wymienił mózg na lepszy model. Chociaż nie, nie ma tak dobrze, bo nadal byłem spierdolony do kwadratu, smuteczki. Nie można mieć wszystkiego, czy coś.
Pełen dobrych chęci, najpierw obskoczyłem stoiska z jedzonkiem, żeby się napchać i nie zemrzeć na swojej zmianie z głodu, po czym skierowałem się w stronę kawiarni. Wślizgnąłem się niepostrzeżenie do środka, ale oczywiście, przy mojej wybitnej gracji, prawie niechcący zepsułem jedną z dekoracji w postaci wyciętego ze styropianu i pomalowanego błyszczącą, srebrną farbą księżyca. W pierwszym momencie spanikowałem, ale gdy odkryłem, że był po prostu przylepiony na taśmę, to jakoś udało mi się doczepić go z powrotem do ściany, ale niestety przez to kątem oka zobaczyłem ryj Kise.
Zakląłem szpetnie, zaciskając dłonie w pięści. Myślałem, że już go tutaj nie spotkam. Celowo się spóźniłem, żeby przypadkiem na niego nie wpaść, ale oczywiście ta tleniona ciota musiała mi popsuć plany. Stał przy kotarze oddzielającej przebieralnię od reszty pomieszczenia, otoczony wianuszkiem rozchichotanych dziewczyn, które wręcz jak pijawki się do niego przyczepiły. Ze zdumieniem odkryłem, że jedną z nich jest ta dziewucha, która ostatnio mu dała list miłosny. Od razu ją poznałem przez charakterystycznie kruczoczarne włosy sięgające pasa. Do tego widząc ją z bliska, musiałem przyznać, że jest bardzo ładna i zgrabna. Szlag by to, niebezpieczna z niej sztuka. Od razu poczułem jak żyłka zaczyna mi niebezpiecznie pulsować na czole, jednak nie mogłem ich tak po prostu ominąć. Stali mi idealnie na drodze, a przecież nie będę się negliżował przy wszystkich. Nudystom jeszcze nie jestem. Jeszcze. Heheszki.
Odwalając w duchu zdrowaśki, aby utrzymać trzeźwość myślenia, podszedłem bliżej w idealnym momencie, aby usłyszeć urwane zdanie:
- … i co z moim listem? To znaczy nie chcę od ciebie wyciągać odpowiedzi! – zamachała się rękami, rumieniąc lekko – Po prostu sam fakt, że go przeczytałeś mi wystarczy!
- Oczywiście, że przeczytałem – Ryouta uśmiechnął się do niej łagodnie – Dziękuję za twoje uczucia, ale niestety nie mogę ich odwzajemnić.
- Ahhh, jest ktoś inny? – wypaliła zanim zdążyła się ugryźć w język, po czym spłoniła jeszcze mocniej – Nie! Znaczy… uh…
- Nie mam nikogo i nie jestem zainteresowany, wybacz – pogłaskał ją pocieszająco po głowie.
Tego było już za wiele. Tak jak się w tym momencie wkurwiłem, to nawet słów nie mam, żeby to opisać. Ten jebany szmaciarz, nie dość, że okłamywał ją w żywe oczy, to jeszcze udawał dżentelmena, mamiąc uroczymi słówkami. Byłem w ciężkim szoku, że łykały dosłownie wszystko co im wciskał i jeszcze dodatkowo były w siódmym niebie, kiedy je pocieszał. I pozwalał się oczywiście macać. Każdy, kurwa, wie, że dotyk boskich rąk wybitnego modela Kise Ryouty uleczy każdą chorobę i złamane serce. Bez lipy, potwierdzone info. Chciało mi się wyć. Trzymajcie mnie, bo zaraz wybuchnę. Pierdolony w dupę żigolo.
Ze złością przeszedłem obok nich, celowo zderzając się ramieniem z blondynem tak mocno, że ten aż na chwilę stracił równowagę, po czym warknąłem:
- Radziłbym przejrzeć w końcu na oczy, księżniczko. Ten palant nawet twojego listu nie otworzył tylko wyrzucił od razu do śmieci – wskazałem kciukiem na oniemiałego chłopaka.
Dziewczyna i jej przyjaciółki jak na zawołanie wytrzeszczyły oczy, rozwierając usta w kształcie litery „o", po czym zerknęły na niego w osłupieniu.
- Um… to prawda? – spytały chórem świdrując go wzrokiem.
- Ależ oczywiście, że nie! Nie słuchajcie tego idioty, po prostu jest zazdrosny, że tak piękne kobiety się nim nie zainteresowały – Kise nerwowo się zaśmiał, unosząc dłonie w obronnym geście – Przecież nie mógłbym tego zrobić.
- Mógłbyś, jebany konfidencie – skrzywiłem się z obrzydzeniem i nie chcąc czekać na jego odpowiedź, zniknąłem za ciemną kotarą.
Wypuściłem głośno powietrze z płuc, czując jak adrenalina zaczyna mnie opuszczać, a ciało robi się dziwnie miękkie. Dopiero teraz dotarło do mnie co najlepsze zrobiłem. Ja cię pierniczę, przecież on mnie zabije Naprawdę nie mogłem się powstrzymać i chociaż raz trzymać swój długi jęzor za zębami? Że też nie jestem na tyle odważny, kiedy przychodzi do rozmawiania o moich potrzebach i uczuciach. Wtedy magicznie przestaję być taki wyszczekany – nie mam już do siebie siły. Ale też z drugiej strony wcale tego tak naprawdę nie żałowałem. Należało mu się, a przynajmniej w moim pokrętnym rozumowaniu. Może teraz chociaż trochę przemyśli swoje zachowanie. Miałem ochotę się gorzko roześmiać - przygadał kocioł garnkowi, wcale nie byłem od niego lepszy.
Potrząsnąłem głową, wzdychając ciężko i zacząłem rozpinać guziki od swetra. Musiałem się pospieszyć, żeby nikt mi nie zmył głowy za to, że się spóźniłem. Jakoś ostatnie czego teraz potrzebowałem to jakaś laska susząca mi głowę o byciu punktualnych. Moje nerwy nie wytrzymałyby podwyższonej dawki decybeli, już i tak czułem się wystarczająco chujowo. Ktoś drący mi się nad uchem jest zdecydowanie niewskazany.
Strój kelnera okazał się trochę za mały w barach, ale jeśli pominąć ten drobny fakt, to prezentował się niczego sobie. Naprawdę dziewczyny odwaliły kawał dobrej roboty. Wygładziłem marynarkę dłońmi, po czym sięgnąłem po krawat, kiedy nagle kotara zafalowała i do środka wpadł zziajany Ryouta. Jego wściekłe spojrzenie znalazło moją jakże zacną osobę, po czym w dwóch susach znalazł się tuż obok i złapał ręką za poły koszuli. Złote tęczówki wręcz rzucały we mnie błyskawicami, usta były zaciśnięte w wąską linię, a klatka piersiowa unosiła się, a to znów opadała w szaleńczym rytmie. Określenie, że był zdenerwowany było niedopowiedzeniem. On po prostu emanował wszechogarniającym wkurwem. Ale oczywiście ja, zamiast zachować się dojrzale, to uśmiechnąłem się do niego kpiąco i spytałem:
- Chcesz czegoś ode mnie?
- Tak! Ty… ty…! – jego ramiona zadrżały – Jak mogłeś mi to zrobić? - zmrużył ze złością oczy
- Niby co?
- Nie udawaj idioty! Przez ciebie praktycznie straciłem fanki! Wiesz jak się musiałem napocić, żeby to odkręcić?!
- Nie wiem i gówno mnie to interesuje – warknąłem, mając ochotę na niebie splunąć – Skoro okłamywanie wszystkich i potem czerpanie z tego goszyści jest ci na rękę, to jesteś po prostu szumowiną…
Przerwało mi silne uderzenie w policzek. Z zaskoczeniem zatoczyłem się do tyłu, opierając o ścianę i mimowolnie złapałem się za bolące miejsce. Kise stał przede mną z wysoko uniesioną pięścią, oddychając ciężko. Dopiero po chwili ogarnąłem, że on najzwyczajniej w świecie mnie uderzył. On. Nie kto inny jak on. Ze wszystkim ludzi na świecie, właśnie on. Jebnął mnie. Mnie. Swojego wręcz idola, któremu zawsze nadskakiwał jak głupi. Kurwa, czy wy to czaicie? Ogarniacie umysłem ten kosmos? Co tutaj się odjebało, ja nawet nie. Z wrażenia, aż zapomniałem mu oddać - zamiast tego patrzyłem się na niego z kretyńską miną, rozmasowując pieczącą skórę. Dobrze, że miałem ciemną karnację, bo najpewniej musiałbym obsługiwać potem klientów z zaczerwienioną mordą, co niezbyt mi odpowiadało.
Pomimo, że na zewnątrz panował gwar to wydawało mi się, że nas samych otacza głucha cisza. Słyszałem każdy chrapliwy wdech i wydech, każde szybsze bicie serca, każde drgnienie napiętego ciała. I możecie mnie uznać za sukinsyna, ale naprawdę ten widok, sprawił mi niewyobrażalną radość. Coś ciepłego rozlało się wewnątrz mnie, sprawiając, że byłem dumny z tego do czego go doprowadziłem. Jestem najwyraźniej chorym pojebem, ojejciu, cóż za wstrząsające odkrycie.
- Mam dość – jego głos drżał, gdy w końcu zaczął mówić – Nie wiem czym sobie zasłużyłem, że mnie tak traktujesz. Obraziłem cię? Naprzykrzyłem? Nie wiem, zrobiłem cokolwiek co sprawiło, że chcesz mnie zgnoić? – podniósł głowę, rzucając mi wyzywające spojrzenie – Jeśli tak to po prostu powiedz! Jeśli nie będziemy rozmawiać to niby jak mamy się zrozumieć?!
- Nie wiem – odparłem głupio – Szkoda sobie strzępić język.
- Kurwa – aż podskoczyłem, słysząc w jego ustach przekleństwo – No jasne. Po co masz się w ogóle starać. Po co masz marnować czas na taką osobę jak ja. Pewnie, lepiej po prostu mnie traktować jak śmiecia, a potem się jeszcze obrażać. Zawsze mi przytykałeś, to prawda, ale nigdy nie posunąłeś się do takich świństw, Aominecchi!
- Bo co? Bo powiedziałem twojej faneczce, że najzwyczajniej w świecie zdeptałeś jej uczucia, a potem okłamałeś, żeby wyjść na dżentelmena? Ogarnij się!
- Myślisz, że ja się o to prosiłem? – żachnął się – Naprawdę sądzisz, że mam czas czytać te wszystkie durne listy z wyznaniami od kobiet, które widzą we mnie jedynie ładną twarz i pieniądze? Naprawdę chciałbym widzieć ich minę, jakby się dowiedziały, że tak naprawdę nie opływam w luksusy i ledwo wiążę koniec z końcem – uśmiechnął się gorzko, przeczesując grzywkę palcami – Modeling opiera się na słodkich kłamstewkach, zresztą cały świat tak działa. Czemu mam się czuć winny, skoro najpewniej ta cała miłość jest jedynie do mojej doskonałej postaci wykreowanej w ich głowach? Nie, żeby mi to nie odpowiadało, im bardziej mnie uwielbiają tym lepiej, ale przecież nie mogę być taki w rzeczywistości. Muszę wydzielać granicę. Muszę się jakoś odseparować, żeby nie oszaleć!
- Też mi coś – prychnąłem – Dlatego pozwalasz, żeby właziły ci na głowę, dajesz się macać i na dodatek udajesz głupa za każdym razem, gdy dochodzi do poważnych wyznań? Dobre sobie – z każdym kolejnym słowem, byłem coraz bardziej zirytowany - Tak naprawdę to gówno z tego jest prawdą, a ty jedynie dusisz się w oparach swojego zachowania i słów bez pokrycia. Wkurwia mnie to. Jasne, ja nie mówię, że masz od razu porzucić maskę pana idealnego, ale bycie w zgodzie ze sobą w trochę większym stopniu, przyniesie ci więcej korzyści niż strat.
- Nie wiem o czym mówisz – zerknął na mnie niepewnie – Dlaczego miałoby cię to denerwować? Nie moja wina, że one same się do mnie pchają, przecież nie mogę ich odtrącić
- Co ze strefą komfortu? Co z twoimi lękami? Co z twoją przeszłością?
Nieświadomie podszedłem do niego bliżej, nie zważając na to, że w jego oczach widać było narastający strach. Tak szczerze to byłem już na granicy wytrzymałości i skoro nawet oberwałem za swoje chamskie słowa to nie miałem teraz zamiaru uciekać. Musiałem to pociągnąć do końca, chociażby Ryouta miał mnie w ostateczności na zawsze znienawidzić.
- Jestem modelem, muszę sobie poradzić z niechcianym dotykiem…
- Super, naprawdę fajnie, że przezwyciężasz swoje słabości, ale przecież możesz to robić w ograniczonej formie. Na przykład tylko na sesjach – dźgnąłem go palcem w pierś – A nie, że pozwalasz jakimś wymalowanym lalom wskakiwać sobie na kolana. Są jakieś kurwa, granice.
- Jesteś ostatnią osobą, która mogłaby mnie o tym pouczać, Aominecchi!
- Fakt, jestem szmatą, ale teraz rozmawiamy o tobie.
- I niby naprawdę przeszkadza ci to, że daję się wykorzystywać?
Zagryzł ze zdenerwowania dolną wargę, wbijając we mnie coraz mniej ogarniające spojrzenie. Najpewniej sam nie wiedział jak seksownie w tym momencie wyglądał - miałem ogromną ochotę zasmakować tych ust. Zgnieść je swoimi w brutalnym pocałunku, przejechać językiem, badając ich nierówną fakturę, po prostu naznaczyć, aby wiedział, że od tego momentu należą również do mnie. Ale nie mogłem tego zrobić. Jeszcze nie. Całą swoją siłą woli, wstrzymałem się przed tym, po czym wymamrotałem:
- Tak. Przeszkadza mi.
- Nie pieprz – zachichotał nerwowo co bardziej brzmiało jak histeryczna czkawka – Ważne, że potem moje noty idą w górę. Jestem popularny i kochany przez tłumy, a to jest dla mnie najważniejsze!
- Dlaczego próbujesz sam siebie okłamywać?
- Ja z tego żyję!
- Sądzę, że twoje koneksje by się nie zmniejszyły, gdybyś stał się bardziej asertywny. Nie chodzi o to, żebyś nagle zgrywał niezdobytego twardziela i wszystkich odpychał, ale więcej nieustępliwości by ci nie zaszkodziło.
- Mówisz to tak, jakbyś był o mnie zazdrosny…
Czekałem, aż to powie. Naprawdę starałem się na to przygotować, jednak kiedy usłyszałem to proste zdanie, po prostu zamarłem, czując jak cierpnie mi całe ciało. Pokaźnych rozmiarów lodowa gula, stanęła mi w gardle, przez co miałem problem nawet z wzięciem głębszego wdechu. Organizm wręcz wrzeszczał, że to jest dobry moment, aby stad spierdolić w podskokach i zapomnieć o całej sprawie, ale stwierdziłem, że to nie czas na słuchanie instynktów. Skoro już i tak się zbłaźniłem po całości to nie chciałem potem tego żałować. Kto wie, czy jeszcze kiedykolwiek zebrałbym się na odwagę, by przeprowadzić z nim tak intymną rozmowę? Pewnie nie.
Odchrząknąłem cicho, żeby pozbyć się chrypki, po czym mruknąłem:
- A co jeśli bym ci powiedział, że tak?
- Dobry żart - jego źrenice zwęziły się w niedowierzaniu.
- Chyba właśnie dostałem kosza.
- Aominecchi, jesteś chory? – jego głos złagodniał, gdy przyłożył mi dłoń do czoła – Masz gorączkę…?
- Jak ty czasami wolno kapujesz.
- Co…?
Zrobił tak durną minę, że resztka mojego zdrowego rozsądku dosłownie wyparowała, dając sercu przejąć stery. Wiedziony jakimś poronionym uczuciem przyłożyłem do jego ust krawat, którego wcześniej nadal kurczowo ściskałem w zaciśniętej dłoni, po czym nachyliłem się dociskając swoje wargi do materiału. Specjalnie nie zamknąłem oczu, aby móc obserwować niedowierzanie, szok, a na samym końcu totalne ogłupienie, które wykrzywiło tą piękną buźkę. Potem plułem sobie w brodę, co mnie napadło, żeby całować go przez ten pierdolony krawat, ale w tym momencie nie myślałem trzeźwo. Może po części nie chciałem mu się narzucić skoro nie wiedziałem jak zareaguje na mój buziak, chociaż bardziej prawdopodobnym jest, że po prostu spietrałem przez samą wizję, że naprawdę mógłbym to zrobić.
Odsunąłem się od niego niepewnie, przełykając głośno ślinę, po czym bąknąłem:
- Zastanów się nad tym.
Po czym, jak najszybciej mogłem, spierdoliłem za kotarę, zostawiając go samemu sobie ze zbaraniałą miną. Miałem nadzieję, że jeszcze tam będzie trochę stał jak spetryfikowany, bo nie miałem ochoty znowu dostać od niego w ryj. Odwalałem zdrowaśki, żeby też nie próbował mnie gonić, ani rozmawiać, bo zdecydowanie wyczerpałem na dzisiaj limity porażającej elokwencji i ogarnięcia umysłowego. Jak dobrze, że chociaż miałem co robić, dzięki temu nie musiałem za bardzo skupiać się na rozbieganych myślach, które aktualnie wręcz rozsadzały mi głowę.
Drżącymi palcami zawiązałem pod szyją krawat, po czym z przyklejonym uśmiechem do mordy, podszedłem do jednego ze stolików, aby odebrać zamówienie.
Ja wiem, że mówiłem iż nie jestem gotowy na konfrontacje z Kise, po tym pseudo pocałunku, ale zdecydowanie nie podobał mi się fakt, że już od trzech dni nie było go w szkole. Kiedy następnego ranka ledwo udało mi się zmusić, żeby jednak odpuścić sobie wagary i niczym potępiony dowlokłem się do klasy, mając dusze na ramieniu, okazało się, że moje nerwy pójdą na marne, bo on nie ma zamiaru się pojawić. Z jednej strony mi ulżyło, a z drugiej lekko się zawiodłem. Naprawdę chciałem go zobaczyć. Nawet jeśli miałoby się to skończyć kolejnym spotkaniem trzeciego stopnia z jego pięścią. Czyżbym odkrył w sobie pokłady wcześniej niezgłębionego masochizmu? Chuj wie, ale fakt pozostawał faktem. Czas się leczyć.
No ale, kiedy nie przylazł też i później, to się delikatnie mówiąc wkurwiłem. Mój spierdolony mózg podsuwał mi coraz to nowsze obrazy czarnych scenariuszy w których Ryouta zmienia szkołę, puszcza gorące ploteczki, że jestem pedałem, a nawet dokonuje spektakularnego samobójstwa. Weź mnie ktoś, czy ja naprawdę musze być aż tak pojebany? Głowo zluzuj trochę obroty, bo się przegrzejesz i jeszcze bardziej uszkodzić. Zacząłem się nawet poważnie zastanawiać, czy przypadkiem tuż po narodzinach jakaś nieuważna pielęgniarka nie upuściła mnie na podłogę, bo naprawdę moja ułomność zaczynała wymykać się spod kontroli.
Wydałem z siebie odgłosy przypominające zarzynanego walenia i oparłem brodę na dłoni, mając już po dziurki w nosie pesymistycznych wizji. Czy ja się kiedykolwiek ogarnę? Pewnie nie. Chociaż, czym ja się tak naprawdę przejmuję. Walić to. Zresztą to też nie jest do końca moja wina, tylko Kise! Wybrał sobie, kurwa, idealny moment, aby skosztować radości płynącej z bycia leserem. Wracaj już do szkoły ty tleniona pindo, bo zwariuję, jak nie pogadamy. Potem mi będzie płacił za straty moralne, nie ma że nie.
- Proszę o ciszę – nawet nie zauważyłem, kiedy pan Asoda wszedł do klasy i stanął przy swojej kozetce – Zanim zaczniemy lekcję wychowawczą, muszę wam przekazać, że wasz kolega jest chory. Dlatego moje pytanie jest następujące, kto mieszka najbliżej Kise i będzie mógł mu przekazać materiał, który go ominął? Nie musicie się martwić, sam przygotowałem odpowiednie kserówki – delikatnie trzasnął plikiem kartek o blat – Więc?
- Ugh… no ja.
- Świetnie, mógłbyś to dla niego zrobić?
- I tak nie mam wyjścia.
- Trochę więcej entuzjazmu, na pewno będzie ci wdzięczny, a ty będziesz miał na koncie kolejny dobry uczynek!
- Tsk… tak, psze pana.
Usłyszawszy za plecami zrezygnowany głos Haizakiego, momentalnie wpadłem na wręcz genialny pomysł. Na śmierć zapomniałem, że przecież oni są sąsiadami, ba! Wręcz mieszkają naprzeciwko siebie. Skoro Ryouta nie chciał przyjść do mnie, to ja w ostateczności musiałem się pofatygować i pójść do niego. Nie dam mu się wiecznie przede mną chować, pieprzony tchórz. Nie będzie ciągle uciekał od konfrontacji, szczególnie po tym jak już wyłożyłem praktycznie całą kawę na ławę i nawet go pocałowałem! I co z tego, że przez krawat, liczą się intencje, wiec się zamknijcie. Że też wcześniej na to nie wpadłem, noż doprawdy, teraz będę się pławił w swoim geniuszu.
Na szczęścia lekcja wychowawcza była naszą ostatnią, więc szybko napisałem Akashiemu i na wszelki wypadek Tetsu maila, że dzisiaj nie będzie mnie na treningu, bo mam coś ważnego do załatwienia, po czym, niczym rasowy nindża, doczepiłem się do wychodzącego Shougo. Chciałem to załatwić na tyle dyskretnie, żeby się nie pokapował, że go śledzę, ale problem zaczął się wtedy, gdy wyszliśmy ze szkoły. Przecież mieszkałem w zupełnie innym kierunku, a jestem na tyle wysoki, że nie było szans, abym się zlał z tłumem. Koniec końców i tak mnie zauważy, a potem najpewniej obije mordę, że co ja niby najlepszego odpierdalam. Jakoś niezbyt podobała mi się ta wizja, więc przełykając całą swoją męską dumę, przyspieszyłem aby go dogonić, po czym złapałem za ramię.
- No hejeczka.
- Ja pierdolę, a ty tu czego? – orzechowe tęczówki spojrzały się na mnie jak na robaka.
Ahahaha. Cóż za przyjemne powitanie, aż się wzruszyłem. Zmieliłem w ustach wiązankę barwnych epitetów określających jego osobę, po czym odparłem:
- Nie bądź taki nieprzystępny.
- Zaraz cię zdzielę.
- Nie bij mnie, jestem delikatny! – zawyłem teatralnie.
- Masz pięć sekund, żeby mi wyjaśnić dlaczego za mną leziesz, a potem cię skopię – zagroził, strącając moją namolną rękę.
- Co będziesz tak sam wracał do domu, z tego co wiem to kawał drogi stąd, więc pozwól, że ci potowarzyszę.
- Ha?!
- No mi odmówisz, miii? – zatrzepotałem rzęsami, wydymając usta w dziubek.
- Jesteś obleśny – skrzywił się, po czym nagle zrobił głupią minę, jakby go właśnie olśniło – Chcesz, żebym cię zaprowadził do Ryouty, co?
- Geh, a myślałem, że uda mi się tam dostać incognito – mruknąłem.
Nie było najmniejszego sensu go okłamywać, zresztą jaki inny powód miałbym mieć, aby się do niego doczepić. Nasze relacje były oziębłe i napięte, żeby nie powiedzieć iż wręcz nerwowe. Co prawda, potrafiliśmy chwilę porozmawiać, ale zaraz potem albo ja albo on rzucił kurwą i względną harmonię szlag jasny trafiał. Jasne, nie był aż takim chujem jak na początku myślałem, nawet go akceptowałem, bo pomimo wszystkiego miał swoją ludzką stronę i jednak wtedy mnie nie wsypał, ale nadal nie potrafiłem go chociażby odrobinkę polubić. Zresztą i vice versa, on też raczej nie pałał do mnie jakąkolwiek sympatią - stroniliśmy od siebie jak mogliśmy nawet będąc w jednej klasie. Nie, żeby mi to przeszkadzało, dawne wyimaginowane urazy i uprzedzenia nie mijają z dnia na dzień, ale teraz się to trochę pokomplikowało, bo potrzebowałem jego pomocy. To ironia losu, że ze wszystkich ludzi, akurat teraz mogłem liczyć jedynie na niego.
- Teraz rozumiem – uśmiechnął się pod nosem złośliwie.
- Coś czuję, że zaraz mi odmówisz – zerknąłem na niego podejrzliwie – Ja wiem, że między nami nie jest zbyt pięknie, ale naprawdę…
- Nie kończ, bo się zrzygam, przez tą szczerość – uciszył mnie stanowczym ruchem dłoni.
- Ale…
- Zaprowadzę cię pod jednym warunkiem, zamknij swoją wyszczekaną jadaczkę – warknął widząc jak moje usta ponownie otwierają się, żeby coś powiedzieć.
Zamrugałem kilka razy nie mogąc wyjść z podziwu, że tak szybko udało mi się uzyskać jego zgodę. Bułeczka z masełeczkiem, czyżby moje zdolności przekonywania się polepszyły? A może to mój wrodzony urok osobisty w końcu zniewolił także i jego? Szok i niedowierzanie, jestem wstrząśnięty nie zmieszany. Nawet zapomniałem z tego wszystkiego się oburzyć, że znowu mnie obraża. Uśmiechnąłem się kretyńsko i wciskając ręce w kieszenie spodni od mundurku, grzecznie zacząłem za nim dreptać.
