Piękna i Bestia, z naciskiem na Bestia


Dean bardzo rzadko spieszył się do biura Bobby'ego, z reguły nie miał ku temu powodów. Jeśli już był wzywany, to nie w ważnej sprawie, więc pośpiech nie był potrzebny. Tym razem było inaczej. Szef co prawda go nie wzywał, ale dla niego to była bardzo ważna sprawa, którą musiał załatwić jak najszybciej. Chodziło o morderstwa dokonywane przez wampira. Śledztwo znowu stanęło w martwym punkcie, on i Castiel nie mogli zrobić nic, co by je przyspieszyło. Nie poszli znowu prosić Benny'ego o pomoc, Dean chciał mu dać trochę czasu, by mógł przemyśleć sprawę. Może wtedy będzie bardziej skłonny, by zaprowadzić ich do gniazda. Do tego czasu trzeba było się czymś zająć, w tym właśnie celu Dean udawał się do Bobby'ego. Miał nadzieję na jakieś śledztwo, które mogłoby im zająć do pięciu dni. Tyle powinno wystarczyć, by Benny się namyślił, a oni do tego czasu nie wynudzą się w biurze.

Zostawił Castiela w ich gabinecie, a sam poszedł do szefa. Miał nadzieję, że nie ma innych gości. Na szczęście jednak Bobby był sam w biurze, ale rozmawiał przez telefon. Dał znać Deanowi, by usiadł i chwilę zaczekał. Dopiero po kilku minutach odłożył słuchawkę i spojrzał na podwładnego.

- Czego chcesz? – zapytał nieprzyjemnie.

- Nowej sprawy – odparł Dean, niezrażony tonem szefa. To nie było nic nowego, Bobby był na co dzień nieco gburowaty.

- Tak? A kiedy w końcu złapiecie tę pijawkę? Wiesz jak długo już ją łapiecie?

- Pracujemy nad tym – zapewnił. Gdyby Bobby był świadomy tego, że anioły grzebią mu w mózgu, łatwiej byłoby się Deanowi tłumaczyć z niepowodzenia.

- Lepiej znajdźcie go szybko, prasa zaczyna nam się dobierać do tyłków.

- Przecież nie współpracujemy z nimi.

- Nie, ale zrobić zdjęcia miejsc zbrodni i wypytać kilku głupich gliniarzy o szczegóły, to żadna sztuka. Prasa wie, że zabójca pozbawia ofiary krwi. Wiesz jak go nazwali?

- Wampir z Chicago? – zażartował. To było najgłupszy przydomek z możliwych, nawet jeśli bardzo prawdziwy.

- Byłbyś świetnym dziennikarzem. – Bobby rzucił mu gazetę, jakąś mało znaną, zapewne z niewielkim nakładem, gdzie na pierwszej stronie znajdował się nagłówek: Kolejne ofiary Wampira z Chicago.

- To są jakieś jaja – stwierdził Dean, czytając kawałek artykułu. Był w nim opis niedawnej zbrodni wampira.

- Chciałbym. Dlatego złapcie mi tę pijawkę jak najszybciej.

- Zrobimy to, Bobby, już niedługo – zapewnił. – Potrzebujemy tylko jeszcze trochę czasu.

- W czasie kolejnego śledztwa niewiele zrobicie w sprawie pijawki.

- Możesz przestać go tak nazywać? – poprosił Dean.

- Wolisz wampir?

- Wolę popierdoleniec.

- Chwytliwe – przyznał Bobby. – Dobra, Neeson, dostaniecie nowe śledztwo. Daj mi chwilę.

Dean rozparł się wygodnie na krześle i patrzył, jak Bobby szuka dla nich czegoś ciekawego do roboty. Wydawało się, że trwało to wieku, kiedy w końcu wziął do ręki teczkę z aktami.

- To się nada. Morderstwo w New Jersey, ofiara została...

Bobby przerwał nagle i odłożył akta z powrotem na biurko. Dean zaniepokoił się. To nie było normalne zachowanie szefa, nigdy tak nie przerywał w pół słowa. Coś było nie tak, w dodatku jego oczy wydawały się zamglone, a on sam wyglądał na zamyślonego.

- Bobby?

Był gotowy wołać już Castiela, gdy Bobby powrócił do siebie.

- Zaraz coś dla was znajdę – powiedział, jakby wcześniej już tego nie robił. Zupełnie jakby zapomniał, co się działo przed chwilą. To mogła być tylko sprawka aniołów. Tylko one posiadały odpowiednie umiejętności, by czegoś takiego dokonać. Miało to zresztą sens. Bobby pewnie chciał im dać normalne morderstwo popełnione przez człowieka, więc anioły szybko zmieniły jego myśl. Już wcześniej grzebanie w mózgu wydawało mu się przerażające, ale teraz, gdy był tego świadkiem, przeraził się jeszcze bardziej. Będzie musiał powiedzieć Castielowi, by pilnował sowich kumpli w niebie i przekazał im, że Dean Winchester nie życzy sobie żadnego majstrowanie w głowie. Może to zapewni mu bezpieczeństwo.

Bobby w końcu podał mu jakiś świstek papieru, który okazał się faksem.

- To przyszło dzisiaj rano – wyjaśnił. – Poprosili nas o pomoc w sprawie zachorowań dzieci w Grand Island w Nebrasce.

Dean spojrzał na wydruk, który zawierał niewiele informacji. Tylko tyle, że pięcioro dzieci zachorowało i nikt do końca nie wiedział, na co dokładnie. Jeszcze jakiś czas temu stwierdziłby, że to robota dla kogoś od chorób zakaźnych, ale jeśli Bobby mu to dawał, nie miał wątpliwości, że we wszystko zamieszane jest coś nadnaturalnego.

- Biorę – powiedział, wstając z krzesła. – Zaraz zabieram Casa i jedziemy.

- Uwińcie się z tym szybko i złapcie pijawkę.

- Popierdolca – poprawił.

- Wynoś się.

Dean zaśmiał się i szybko opuścił biuro szefa, by powiedzieć o wszystkim Castielowi. Anioł ucieszył się z nowej sprawy i po szybkim spakowaniu rzeczy, partnerzy wyruszyli w drogę. Przez cały czas, kiedy prowadził, Dean zerkał na Castiela, który nie pozostawał mu dłużny. To co wydarzyło się pomiędzy nimi poprzedniego dnia, niewiele zmieniło w ich życiu. Nie zaczęli nagle okazywać sobie czułości na oczach ludzi, Dean nawet nie nazwał konkretnie ich relacji. Nie byli chłopakami, czy kochankami, po prostu... byli. To wciąż było dla nich nowe terytorium, zwłaszcza dla niego. Nie mówiąc już o tym, że to wszystko trwało niezbyt długo i dopiero oswajał się z tym, że Castiel nie zamierza już więcej uciekać.

Nie rozmawiali jeszcze ze sobą o tym, obaj nie czuli takiej potrzeby. Dean nawet się trochę obawiał, że jeśli poruszy ten temat, to zaraz wszystko się zepsuje. Dlatego wolał poczekać i zobaczyć, co się jeszcze wydarzy między nimi. Zwlekanie z rozmową i jej unikanie było nieco głupie, ale na razie nie spowodowało żadnych szkód i nic ich nie zapowiadało. Rozmawiali normalnie, nie unikali swoich spojrzeń, nie ukrywali nic przed sobą, w przeciwieństwie do poprzednich przypadków. W zasadzie, nigdy nie byli ze sobą bardziej szczerzy, nawet jeśli nie mówili o swoich relacjach. Dean przypuszczał, że Castiel, tak jak on sam, jeszcze nawet dokładnie nie wiedział, co do siebie czują. I to było w porządku. Mieli czas na wolne zapoznawanie się z tym wszystkim. Chciał doświadczyć tego wszystkiego, co oferował związek z mężczyzną, a czy był lepszy sposób, niż wspólne jego poznawanie?

Pomimo, że minęła zaledwie doba, Deanowi już podobało się to, jak wszystko się rozwijało. Powoli, bez pośpiechu. Podobało mu się to, jak Castiel bez strachu patrzył na niego z zauroczeniem, jak dotknął go delikatnie, gdy szli do samochodu. To były takie drobne gesty, a znaczyły dla niego tak wiele. Nie czuł nawet szczególnej potrzeby, by pocałować anioła, czy znowu się z nim przespać, wystarczyło to, co mieli teraz. Oczywiście miał nadzieję, że w przyszłości dojdzie do tych gestów coś więcej, bo chociaż uprawiali już seks dwa razy, czuli się bardzo niepewnie w nowej sytuacji i dopiero badali ją kroczek po kroczku. Na pocałunki i kolejny seks jeszcze przyjdzie pora, kiedy obaj będą się czuli pewnie i komfortowo w swojej nowej relacji. Zwłaszcza, że nie byli do końca pewni, jak się mają zachowywać. Wstrzymywanie się było więc dobrym pomysłem na tę chwilę. Może przy najbliższej okazji pójdą na drugą randkę. Castiel jeszcze nie był nigdy w kinie.

Dojechali do Grand Island pod wieczór. Choć zbliżająca się noc nie była najlepszą porą, by zacząć dochodzenie, Dean zdecydował, że i tak powinni odwiedzić posterunek policji, który zajmował się sprawdzaniem, czy choroba dzieci to nie celowe zarażenie.

Na posterunku nie było dużo osób, policjanci wychodzili już do domów i zostawało tylko kilku oddelegowanych do nocnej zmiany. Na szczęście szef wciąż był w pracy i to on dał im akta prowadzonego śledztwa. Oprócz postępów, były tam też szczegóły choroby. Dean tylko rzucił na nie okiem. Osłabienie układu immunologicznego, utrata sił, brak apetytu, gorączka, dreszcze, bóle mięśni. Można by to było wziąć za jakąś odmianę grypy, ale gdyby tak było, lekarze już by się zorientowali, a anioły nie zainteresowałyby się tą sprawą. Musiało chodzić o coś innego.

Najgorsze w tym wszystkim było to, że ofiarą padały dzieci. Dean wiedział, że świat nie jest różowy i dzieci także stają się ofiarami morderstw, ale mimo wszystko za każdym razem, gdy z czymś takim się spotykał, wzbierał w nim gniew. Zwłaszcza gdy sprawca chwalił się tym, co zrobił. Miał wtedy ochotę rozszarpać sukinsyna na kawałki, nigdy jednak nie miał ku temu okazji. Jako agent federalny miał regulamin do przestrzegania. Ale w regulaminie nic nie mówiono o potworach.

- Zajmiemy się tym rano – zdecydował, gdy opuścili posterunek. – Ty poczytaj akta w nocy, może na coś wpadniesz.

- Gdzie pojedziemy rano? – spytał Castiel, wsiadając do samochodu.

- Do szpitala, trzeba porozmawiać z lekarzami i zbadać dzieci. Dasz radę coś z nich wyczuć?

- To zależy, mogę spróbować.

- Dobrze.

Castiel uśmiechnął się i przez moment Dean miał wrażenie, że zaraz pochyli się w jego stronę i pocałuje. Nic takiego jednak się nie stało. To było trochę rozczarowujące.

Pojechali do najdroższego motelu, jaki mogli znaleźć. Dean miał ochotę na małą odmianę i choć raz chciał się podczas śledztwa przespać w wygodnym łóżku.

- Czy tu nie jest za drogo? – spytał Castiel, gdy Dean otwierał drzwi do ich pokoju.

- Dopiszę to do rachunku FBI – odparł i wszedł do środka. Zamówił pokój z dwoma łóżkami, chociaż bez problemu mógłby spać razem z Castielem. Oczywiście gdyby anioł spał, a nie gapił się na niego przez całą noc. Coś mu się wydawało, że wcale z tego nie zrezygnuje, jak obiecał. Wyglądało na to, że jednak będzie miał swojego prywatnego Edwarda Cullena.

Przed pójściem spać, Dean wziął jeszcze szybki prysznic. Gdy wyszedł z zaparowanej łazienki, Castiel siedział na jednym z łóżek i oglądał telewizję. Teczka z aktami leżała nietknięta obok.

- Nie miałeś czytać o sprawie? – zapytał partnera, susząc włosy ręcznikiem. Miał na sobie tylko podkoszulek i bokserki.

- Mam czas – odparł wpatrzony w telewizor anioł. Dean zerknął, co takiego ogląda.

- Looney Tunes? – zdziwił się. – Od kiedy oglądasz kreskówki?

- Próbuję zrozumieć, czemu te zwierzęta mówią i zachowują się jak ludzie.

- To kreskówka – wyjaśnił. – Zwierzęta zwykle tak robią w kreskówkach.

Castiel przekręcił głowę i z jeszcze większą uwagą wpatrywał się w ekran, by po chwili zaśmiać się cicho, gdy na głowę biednego kojota spadł ogromny głaz.

- To całkiem przyjemne – stwierdził, pochylając się bardziej w stronę telewizora. Nadal się uśmiechał, a jego oczy wręcz lśniły. Dean widział go w lepszym humorze tylko po seksie, kiedy wręcz emanował euforią i radością. Chciał go takiego widzieć częściej.

- Bo dostanie w łeb jest takie zabawne – zauważył, ale nie mówił tego poważnie. Też lubił oglądać te kreskówki. – Nie zapomnij przejrzeć akt.

Castiel w końcu odwrócił wzrok od telewizora i spojrzał na Deana, przyglądając mu się od stóp do głów. Przez moment zatrzymał się na nogach, z których sam Dean nie był szczególnie dumny. Były zbyt krzywe, jak na jego gust, ale aniołowi wydawały się podobać, a przynajmniej tak wywnioskował z zadowolenia, które dostrzegł na jego twarzy.

Dean uśmiechnął się i poklepał Castiela po ramieniu.

- Dobra, oglądaj sobie dalej, ja idę spać.

Anioł złapał go nagle za dłoń i wpatrując mu się w oczy, uścisnął ją lekko.

- Dobranoc, Dean – powiedział z uśmiechem.

- Dzięki, Cas.

Niechętnie zabrał rękę i położył się do łóżka, gasząc po drodze światło. Przez kilka minut wpatrywał się w Castiela, który znów był skupiony na telewizorze. Chciał go zaprosić do łóżka, by położył się obok, ale zrezygnował z tego. Anioł musiał mieć czas na sprawdzenie akt, nie potrzebował teraz obejmować go we śnie. Jak wrócą do domu, wtedy znów spędzą wspólnie noc. Na razie Dean zamierzał cieszyć się z tego, że w ogóle są razem. Już samo to było idealne.

Z samego rana po miłym śniadaniu w towarzystwie anioła, który od dziwo też jadł, Dean zawiózł ich obu do szpitala, w którym leżały dzieci. Wszystkie trafiły do jednego, by na wszelki wypadek nie rozpoczynać epidemii, jeśli to, na co chorowały, było zaraźliwe.

- Dowiedziałeś się czegoś z akt? – spytał Dean, gdy jechali na miejsce.

- Objawy wskazują jednoznacznie na strzygę – odparł.

- Strzygę? Co to do cholery jest?

- Można by ją nazwać duchowym wampirem – zaczął wyjaśniać. – Wysysa z ludzi energię duchową, żywi się nią jak wampiry krwią. Jej ofiary nie umierają od razu, po ataku zaczynają chorować, bo tracą układ odpornościowy.

- Czyli jest się wtedy narażonym na każdą chorobę?

- Tak. Ludzie giną od zwykłego przeziębienia tak jak przed wynalezieniem leków. Można starać się to powstrzymać, ale nawet jeśli ofiara nie umrze od jakiejś choroby, wkrótce po prostu zabraknie jej sił.

- Tak czy inaczej umiera.

- Strzyga atakuje głównie dzieci, ale ataki na osoby dorosłe też się zdarzają.

- Dlaczego akurat dzieci? – zapytał. – Dorosły ma chyba więcej energii.

- Ale nie jest tak czysta, jak ta dziecka – wytłumaczył Castiel. – Strzygi wybierają ofiary odwrotnie niż wampiry.

- Dobra, jak to zabijemy? – Miał nadzieję, że ten proces wymaga użycia brutalnej siły. Jeśli choć jedno z zaatakowanych dzieci umrze, załatwi strzygę bardzo powoli i boleśnie.

- Strzyga jest nieśmiertelna, gdy się nie pożywia. Teoretycznie, ja mogę ją zabić w każdym momencie, jeśli uda mi się ją dopaść.

- Ja nie mam anielskich mocy, więc musisz mi powiedzieć coś więcej.

- Tylko przy pomocy poświęconych kul człowiek może zabić strzygę. Gdy ta już będzie martwa, jej ofiary wyzdrowieją.

Dean odetchnął z ulgą, słysząc to. Bał się, że jest już po wszystkim i nie uda się uratować zaatakowanych dzieci.

- Jak poświecimy kulę? Potrzebujemy do tego księdza?

- Poświęcę je dla ciebie.

- Umiesz to zrobić? – Castiel spojrzał na niego z politowaniem. Jego wachlarz emocji się rozwijał. – No tak, anioł. Zapomniałem.

- Uznam to za komplement.

- Dlaczego?

- Myślisz o mnie jak o człowieku. Traktujesz jak swojego. To komplement.

- To chyba nie jest powód do radości – stwierdził. – To znaczy, jestem tylko człowiekiem, anioły są lepsze.

- Powinieneś bardziej doceniać siebie i innych ludzi, Dean. Jesteście ulubieńcami Boga.

- Bóg ma dziwny gust.

- Albo wie coś, z czego wy jeszcze nie zdajecie sobie sprawy. Zaufaj mi Dean, jesteś niesamowity.

- Czy to też opinia Boga? – zapytał, unosząc sugestywnie brwi.

- Nie, to jest... moja osobista opinia – wyznał nieco zawstydzony.

Dean uśmiechnął się.

- Dzięki, Cas. Naprawdę.

- Nie ma za co – odparł, odwzajemniając uśmiech.

Pod szpitalem Impala omal nie zderzyła się z ambulansem wyjeżdżającym na miasto. Gdy Dean wysiadał z auta zastanawiał się, czy nie pojechali przywieźć następnego chorego dziecka.

- Dobra, ty wypytasz lekarza – zdecydował Dean po wejściu do szpitala. – Ty więcej zrozumiesz z tego medycznego bełkotu niż ja.

- A ty co będziesz robić?

- Ja pogadam z rodzicami, jeśli jakichś znajdę, ale z tym nie powinno być problemu. Rodzice zawsze są blisko dziecka w szpitalu.

Przypomniał mu się pobyt Sama w szpitalu, kiedy obaj byli dziećmi. Jego młodszy braciszek zachorował na ospę i bardzo źle to znosił, musiał więc przeleżeć całą chorobę w szpitalu. Dean potrafił zliczyć na palcach jednej ręki, jak często mama opuszczała szpital z własnej woli, a nie z konieczności. Gdyby nie to, że musiała opiekować się także drugim synem, pewnie siedziałaby przy łóżku Sama cały czas.

Tak, zdecydowanie spodziewał się spotkać jakichś rodziców.

- Dobrze – zgodził się Castiel.

- Spotkamy się tutaj – powiedział jeszcze Dean, nim obaj poszli dowiedzieć się, gdzie znajdują się ich cele. Okazało się jednak, że spędzą ze sobą jeszcze chwilkę, bo wsiedli do tej samej windy, tyle tylko, że Castiel wysiadał później od niego.

Czekając na swoje piętro, Dean nie mógł przestać myśleć o tym, czy w windzie jest kamera i czy zarejestrowałaby ona wszystko, gdyby teraz Castiel pchnął go na ścianę i zaczął całować. Widział raz coś takiego w Doktorze Sexy, to był najlepszy moment odcinka.

Nim zdążył wcielić swoją fantazję w życie, drzwi windy otworzyły się piętro wcześniej i do środka weszła pielęgniarka, która skutecznie zabiła całą atmosferę. Może innym razem.

Dean w końcu wyszedł na swoim piętrze i skierował się w kierunku sal, w których trzymano dzieci. By do nich wejść, trzeba było założyć odzież ochronną i przed każdym wejściem oraz wyjściem przejść odkażanie. Wszyscy się obawiali, że choroba się rozprzestrzeni albo dzieci złapią jakiegoś wirusa.

Podszedł do oddzielającej jedną z sal od reszty szpitala szyb i zapukał w nią. Rodzice jakiejś dziewczynki, siedzący obok jej łóżka, spojrzeli na niego. Pokazał im odznakę i to wystarczyło, by opuścili pomieszczenie.

- Agent Dean Winchester, z FBI – przedstawił się, jeszcze raz pokazując im odznakę, tym razem z bliska. – Czy mogę zadać państwu kilka pytań?

- W jakim celu? – zapytała matka. – Czy FBI zajmuje się teraz chorobami?

Dean zmrużył oczy zdezorientowany.

- Przepraszam, ale czy nikt państwu nie powiedział? Policja bada, czy to nie celowe zakażenie.

- Celowe? – zdziwił się ojciec. – Kto chciałby zarazić dzieci?

- Tego właśnie próbuję się dowiedzieć – wyjaśnił Dean. – Mogą mi państwo opowiedzieć, jak odkryliście chorobę córki?

- Myśleliśmy z początku, że to tylko przeziębienie – zaczęła matka. – Miała podwyższoną temperaturę, była osłabiona. Okno w jej pokoju było tej nocy otwarte, więc to tłumaczyło wszystko.

- Ale?

- Ale lekarze powiedzieli, że to nie to – dodał ojciec. – Gdy tylko się jej pogorszyło, zabraliśmy ją do szpitala. Zbadali ją bardzo dokładnie i dowiedzieli się tylko tyle, że jej układ odpornościowy nie działa dobrze. Powiedzieli, że to nie pierwszy taki przypadek i że mają już w szpitalu inne dzieci z takim samym problemem.

- Dlaczego okno było otwarte? – zapytał. Rodziców zaskoczyło to pytanie.

- Musiało jej się zrobić gorąco w nocy – odpowiedziała matka. – Pamiętam, że je zamknęłam, gdy kładłam ją spać.

- Czy wcześniej ktoś kręcił się koło waszego domu albo córka zachowywała się dziwnie?

- Nie, nie przypominam sobie.

- Rozumiem. – Dean skrupulatnie opisywał wszystko, choć nie było mu to szczególnie potrzebne, skoro wiedzieli, co jest sprawcą. Musiał jednak sprawiać pozory normalności. – Mogę się rozejrzeć po państwa domu?

- Po co? – zapytał ojciec podejrzliwie. – Lekarze już sprawdzili, czy nie ma tam nic niebezpiecznego.

- Chciałbym sam sprawdzić, z własnym ekspertem – wyjaśnił. Castiel wybrał ten moment, by powrócić ze swojego zadania, choć miał czekać w holu na dole. To było nawet Deanowi na rękę. – Oh, właśnie idzie – powiedział i uśmiechnął się do anioła.

- Nie rozumiem – przyznał, spoglądając to na rodziców, to na Deana.

- To nasz ekspert od chorób zakaźnych, Castiel Novak – przedstawił go Dean. – Najlepiej mu się pracuje, gdy może rzucić na coś okiem osobiście.

Rodzice dalej nie wyglądali na przekonanych, ale gdy Castiel zaczął im medycznym bełkotem tłumaczyć, co podejrzewa jako przyczynę choroby, przekonał ich i dali mu klucze do domu od razu.

Pożegnali się jeszcze z małżeństwem i wrócili do samochodu. Tym razem Dean wolał zejść schodami.

- Możesz uleczyć te dzieci? – zapytał anioła, gdy obaj wsiadali do Impali.

- Przykro mi Dean, ale moje umiejętności lecznice są bardzo ograniczone, nie potrafię wyleczyć choroby wywołanej przez stworzenie paranormalne. Rafael mógłby je uzdrowić, leczenie to jego specjalność.

- Więc wołaj go, niech się na coś przyda.

- Pamiętasz, jak mówiłem, że jeden z archaniołów spalił kiedyś ludzi na popiół, gdy chronił Arki?

- Tak.

- To był Rafael.

- Ci archaniołowie są bezużyteczni, jeśli nie mogą schodzić na ziemię – stwierdził Dean.

- Mogą, muszą tylko mieć odpowiednie naczynie. Ale Rafael nie jest nam potrzebny, zresztą i tak nie zszedłby na ziemię do tak błahej sprawy.

- Więc musimy sobie radzić sami.

- To nie pierwszy raz, damy radę, zabijemy strzygę.

- Mam nadzieję.

Ich wizyta w domu chorej dziewczynki była krótka. Castiel przeszukał każdy pokój, ale w szczególności pokój dziecka. Znalazł tam ślad strzygi, która pozostawiła go na drewnianej ramie łóżka. Nie było już żadnych wątpliwości, na co polowali, teraz pozostawało tylko ustalenie planu, jak złapać strzygę.

- Może atakuje według jakiegoś wzoru – zasugerował Dean. – To domki jednorodzinne, pobudowane rzędami. Może się nie wysilała ze znajdywaniem ofiar.

- Możliwe – przyznał anioł. – Potrzebna nam mapa, by to sprawdzić.

- Jedźmy na posterunek, oni mają całkiem sporą na ścianie. Tylko najpierw coś zjedzmy.

- Jadłeś niedawno – zauważył.

- No to co? Jestem znowu głodny.

Castiel ponownie jadł z nim, a na pytanie, czemu to robi odpowiedział, że nie chce, by Dean czuł się niezręcznie jedząc samemu. Trzeba było przyznać, że to bardzo miły gest.

Na posterunku skierowali się od razu do planu miasta i korzystając z akt odnaleźli pierwszy oraz ostatni dom, w którym zachorowało dziecko. Tak jak podejrzewali, strzyga atakowała według konkretnego wzoru, w tym przypadku szła po prostu przed siebie, dom po domu. Ominęła dwa, ale Dean podejrzewał, że po prostu nie mieszkały tam żadne dzieci. Jeśli się nie mylili, w kolejce był już następny dom, ale nie wiedzieli jeszcze, który konkretnie.

- Musimy obejrzeć to osiedle dokładniej – zdecydował Dean. – Dom tej dziewczynki też tam jest.

- Czyli wracamy.

- Na to wygląda.

Zabrali jeszcze ze sobą mniejszą mapę, by w razie czego móc wszystko sprawdzić jeszcze raz, po czym wyszli z posterunku.

- Jak tylko znajdziemy kolejny cel, zastawimy na strzygę pułapkę – mówił Dean, idąc do samochodu. – Będziesz mógł ją wyczuć, gdy się pojawi w domu? Cas?

Dean zatrzymał się i odwrócił, anioł już od jakiegoś czasu nie szedł razem z nim tylko zatrzymał się w jednym miejscu.

- Cas? – zapytał, podchodząc do partnera. – Cas, nic ci nie jest? Wyczuwasz strzygę?

- Nie – odpowiedział Castiel.

Nie podobało mu się to zachowanie anioła, było dziwne i niecodzienne. Zdezorientowany spojrzał w kierunku, w którym patrzył partner i zobaczył stojącego kawałek od nich mężczyznę w garniturze. Facet był mniej więcej tego samego wzrostu, co Castiel, miał brązowe włosy z nieco dłuższą grzywką zaczesaną na lewo oraz niewielki zarost. Nieznajomy i Castiel patrzyli wprost na siebie, gdy Castiel nagle ruszył w jego kierunku. Dean podążył za nim, obawiając się, że coś niebezpiecznego może się wydarzyć.

- Castiel – odezwał się mężczyzna. – Dobrze cię widzieć.

- Nie widzieliśmy się jakiś czas.

- Kilka miesięcy.

- Cas, znasz go? – zapytał Dean, stając obok partnera.

- To Inias. Jest aniołem tak jak ja.

Dean przewrócił oczami. Powinien był się domyślić.

- Kolejny, pieprzony anioł – mruknął pod nosem. Wciąż miał w pamięci Uriela, który był dupkiem. Jedyne miłe anioły, które spotkał, to Castiel i ten kupidyn w barze. Chociaż Inias nie wyglądał na wrednego.

- Co tu robisz, Inias? – zapytał Castiel, ignorując narzekania Deana.

- Przybyłem zapolować. Tak jak ty.

- Jesteś sam?

- On nigdy nie jest sam, kochaniutki. Jest jak szczeniaczek, chodzi za mną wszędzie. – Do Iniasa podeszła młoda kobieta, ubraniem zdecydowanie różniącym się od swojego towarzysza. Dean z przyzwyczajenia obejrzał ją od stóp do głów. Miała na sobie czarne dżinsy, podkoszulek i skórzaną kurtkę. Jej figura mu się spodobała, ale gdy dotarł do twarzy, po samym jej uśmiechu wyczuł, że jej nie polubi. Nawet jej ładne zielone oczy i brązowe włosy nie mogły go przekonać.

- Nawet do łazienki? – spytał, uśmiechając się zadziornie.

- Jesteś całkiem zabawny, jak na bezmózgiego mięśniaka – stwierdziła. Zdecydowanie jej nie polubi.

Miał już się odegrać jakimś tekstem, ale nim zdążył to zrobić, Castiel stanął pomiędzy nim a kobietą, napinając wszystkie mięśnie. Był gotowy do ataku, choć kobieta nie stanowiła żadnego zagrożenia, po prostu go obraziła. Sam zresztą zaczął.

- Nie wiedziałem, że oddelegowali cię do tego zadania – zwrócił się Castiel do Iniasa, choć wciąż miał towarzyszącą mu kobietę na oku.

- Zlecili mi je krótko po twoim odejściu – odpowiedział Inias.

Czyli to była część projektu aniołów. Skoro Inias brał w nim udział, to jego towarzyszka nie mogła być przypadkowa.

- Więc skąd jesteś? – zapytał Dean kobietę. Nie uszło jego uwadze, że Castiel znowu się spiął. Czyżby był zazdrosny? – FBI? Policja? NCIS? CIA?

- Czy wyglądam ci na federalną?

- Więc kim jesteś?

- Raczej kim byłam – poprawiła. – Obecnie zajmuję się likwidowaniem różnego gówna. A przedtem? Byłam złodziejką.

- Czy to się nie kłóci z polityką niebios? – zdziwił się. To tak jak by żołnierze zatrudnili w swe szeregi terrorystów.

- Nie obchodzi mnie, co chcą zrobić aniołki w niebie. Liczy się dla mnie tylko polowanie.

- Właśnie – zgodził się z nią. – To tutaj jest nasze.

- Było wasze. Teraz jest moje.

Dean westchnął zirytowany. Nienawidził, gdy ktoś odbierał mu robotę.

- Kolego, weź swoją paniusię i zmywajcie się stąd – zwrócił się do Iniasa. Miał strzygę do złapania, nie miał czasu na użeranie się z jakąś złodziejką.

- Nazwij mnie tak jeszcze raz, palancie – ostrzegła, spoglądając na niego groźnie. Jej słowa zadziałały na Castiela jak iskra zrzucona na stóg siana. Momentalnie zbliżył się do Belli i stanął przed nią wyprostowany, mierząc ją lodowatym wzrokiem. Inias nie zrobił nic, by go powstrzymać, wprost przeciwnie, odsunął się, jakby bał się Castiela.

- Radziłbym ci nie zwracać się tak do Deana – powiedział złowrogo. – Nigdy.

Kobieta była przez moment w szoku, ale szybko na jej twarz powrócił arogancki uśmieszek i pewność siebie.

- Agresywny – stwierdziła i spojrzała na Deana. – Nikt ci nie powiedział, że wszystkie anioły trzyma się na smyczy?

- Może ty musisz trzymać tak swojego – odparł, podchodząc bliżej partnera. Dotknął go w ramię i bez najmniejszego problemu odsunął od kobiety. Castiel nadal był zdenerwowany, ale panował już nad sobą, a ogień powoli w nim wygasał.

- Widać właśnie, jaki bezczelny jest twój aniołek.

- Nie jesteśmy zwierzętami – odezwał się cicho Inias.

- Przymknij się – rozkazał mu kobieta.

Różnica pomiędzy nimi a Iniasem i jego partnerką była powalająca. Jasne, jego pierwsze stosunki z Castielem też nie były najlepsze, ale Inias sam powiedział, że są partnerami mniej więcej tak długo, co oni. A mimo to zachowywali się wobec siebie tak, jakby to była relacja pomiędzy panią i niewolnikiem. Inias wyraźnie nie potrafił sprzeciwić się tej kobiecie, cofnął się, gdy kazała mu się nie odzywać. Pomiatała nim, a on, potężna istota niebios, jej na to pozwalał. Nie mógł sobie wyobrazić, by mógł kiedykolwiek tak odnosić się w stosunku do Castiela. Patrząc tak na tę dwójkę, był wdzięczny za to, że udało im się zaprzyjaźnić pomimo początkowych różnic.

- Piękny przykład partnerstwa – skomentował i odwrócił się, by ruszyć do samochodu. Miał już dość towarzystwa tej kobiety. – Chodź, Cas, idziemy stąd.

Castiel zawahał się i jeszcze przez chwilę obserwował kobietę, nim ruszył za Deanem do samochodu. Szybko odjechali spod posterunku i wrócili do motelu.

- Ta baba doprowadza mnie do szału – powiedział, gdy zamknęli za sobą drzwi pokoju. – Widziałeś, jak ona traktuje Iniasa?

- Widziałem.

- Stary, żal mi go, naprawdę – wyznał, siadając na łóżku i rozkładając przed sobą mapę. – Dzień w dzień przebywać z tą harpią... Nie życzyłbym tego nawet najgorszemu wrogu.

Nie znał Iniasa, ale naprawdę życzył mu czegoś lepszego, niż obecnej partnerki, która kontrolowała go na każdym kroku jak psa. Choć nawet większość psów mogła się pochwalić lepszymi właścicielami.

- Jestem pewien, że Inias da sobie radę.

- Mam nadzieję. Wygląda na takiego, co odda jej swoje anielskie ostrze i da się nim dźgnąć. Dobra, koniec tematu, zabierzmy się do roboty.

- Nie mieliśmy jechać na osiedle, na którym poluje strzyga?

- Za chwilę, muszę ochłonąć. Przy okazji zaznaczymy kilka miejsc prawdopodobnego ataku na mapie.

Dean wyciągnął długopis z kieszeni i spojrzał na rozłożoną mapę. Było kilka miejsc, w których strzyga mogła zaatakować, musieli być przygotowani na to, że wybierze dom po drugiej stronie ulicy albo wróci do początku i pójdzie w drugą stronę niż poprzednio.

W kilka minut wszystko było już gotowe. Dean złożył mapę i razem z Castielem mieli już wyjść, gdy obaj usłyszeli trzepot skrzydeł i tuż za ich plecami pojawił się Inias i jego towarzyszka.

- Jak się tu dostaliście? – zapytał Dean wściekle. Wkurzało go, że kobieta cieszyła się z jego zaskoczenia.

- Inias musiał mnie wyczuć – odpowiedział za nich Castiel.

- Chcemy z wami zapolować – powiedziała kobieta. – Razem szybciej się uwiniemy.

- Nie sądzę, poradzimy sobie z Casem sami, laluniu.

- Mam na imię Bela.

- Pięknością to ty nie jesteś.

- To węgierskie imię, idioto, nie francuskie. – Bela uśmiechnęła się. – Wracając do naszej sprawy, to nie damy się z Iniasem spławić. Zapolujemy z wami, czy tego chcecie, czy nie.

- Byliśmy tu pierwsi.

- Widać niebo stwierdziło, że nie dacie sobie rady. – Jak gdyby nigdy nic, Bela rozsiadła się na jednym z łóżek, zakładając nogę na nogę. – To jak będzie?

-A mogliśmy od razu jechać na to osiedle – wymamrotał Dean. Miał wielką ochotę znowu odmówić, ale czuł, że nie wygra tej walki, Bela była zbyt uparta. Może Castiel mógłby ją wyrzucić, wyglądał na chętnego podjęcia się tego zadania, ale nieważne co zrobią, ona wróci. Znał takie jak one, zawsze wracają.

- Niech będzie – zgodził się i wzruszył ramionami, gdy Castiel spojrzał na niego z pretensją.

- Nie pożałujesz – powiedziała Bela.

Miał inne zdanie na ten temat. Już żałował.