Rozdział 29
Następne dni były jak wyjęte z rzeczywistości. Nie była pewna, czy to był on, mimo że to był on. Ze swoim chłodem, zdystansowaniem, ale i chwilami czułości niemalże, gdy na przykład zachodził ją od tyłu, kiedy stała za ladą sklepu, obejmował, odgarniał włosy i całował w kark, szepcząc coś. Kochała, gdy to robił i była w stanie wtedy niemalże dać się oszukać.
Od tamtej wspaniałej nocy wiedziała, że każde jej następne szczęście jest iluzją, że było lepiej tylko dlatego, że już niebawem wszystko miało się skończyć. Czuła to każdego dnia i na każdym kroku. Więc nie myślała o tym, czerpiąc z tego szczęścia garściami, chwilowo pozwalała sobie na bycie egoistką i śmiała się głośno, kiedy ostentacyjnie zrzucał ją z łóżka w związku z jej ciętym językiem. A potem uśmiechał się z takim podłym zadowoleniem.
Więc nie, nie była nawet zaskoczona, kiedy wszystko tak szybko runęło z hukiem. Dobrze wiedziała, że to się stanie. Był zbyt uparty, zbyt pogrążony w tym, co robił.
Szalenie trudno było jej się pogodzić z myślą, że bez względu na to, co uczyni, Tom Riddle, który był tak wspaniałym stworzeniem, który miał w sobie tyle piękna, potencjału i możliwości, prędzej czy później miał przekształci się w tego opętanego żądzą krwi demona. Bez niej.
Jednak musiała się z tym pogodzić i to szybko, szybciej niż myślała. Nie zdążyła dobrze nasiąknąć jego zapachem, udać, że jest dobrze przyzwoitą ilość razy, by miała czego się przytrzymać, kiedy naprawdę będzie już źle lub kiedy to się dla niej skończy.
Jeden spacer, jedno pytanie i ten dziwny niepokój, kiedy wróciła i niespodziewanie zobaczyła Burke'a za ladą.
- Gdzie jest Tom?
- Jest na górze. Źle się poczuł, a jako że nie choruje, pozwoliłem mu na to. Skoro wróciłaś, to może…
Nie dosłyszała reszty jego słów. Mrugnęła parę razy i właśnie wtedy wybuchł w niej już nie niepokój, a strach. Zawirowało jej w głowie od nagłych, przelotnych wyobrażeń, od ziszczających się możliwości.
- Dobrze, tylko sprawdzę co z nim – rzuciła pospiesznie i nie czekając na odpowiedź Burke'a, popędziła na górę - szczerze mówiąc nie spodziewając się, że go tam zastanie.
Jednak zablokowane magicznymi barierami drzwi, podpowiedziały co innego i wywróciły jej wnętrzności do góry nogami. Zajęło jej trochę czasu dostać się do środka. Myślała, że nerwy zupełnie puszczą jej w trakcie. Wszystkie jej niespokojne noce i ich strachy zdążały do tego dnia. Czuła i wiedziała, teraz, w tej chwili, kiedy pozbywała się tych blokad i pułapek, że za drzwiami nie zastanie nic dobrego.
Wdarła się być może w ostatniej chwili. Stał po środku pokoju. Ciało Hepzibah Smith leżało gdzieś obok, w okropnej, nienaturalnej pozycji. Nie poświęciła temu zbyt wiele uwagi. To on był najważniejszy. Jego oczy utkwione był w medalionie, który tkwił wyciągnięty przed nim w lewej dłoni. Coś zaczynało się wokół niego dziać, wirować i promieniować jasnym światłem. Zamarła zupełnie, by wreszcie ostatkiem tchu wydrzeć się z całej siły.
- Riddle! – Stanęła niebezpiecznie blisko. Podniósł wzrok i wszystko ucichło. Szybko pochwycił medalion i schował go do kieszeni.
Wziął głęboki, bardzo głęboki wdech. Nagle coś wróciło do niego gwałtownie i wbiło w niego. Upadł na kolana i przycisnął dłonie do klatki piersiowej. Mimo że nie wydał z siebie żadnego odgłosu, jego twarz wykrzywił grymas bólu.
Nie wiedziała, co ma zrobić. Przestąpiła parę razy z nogi na nogę. Pochwyciłaby go, gdyby nie to, że wiedziała, co przed chwilą zrobił i co robił.
Gdy na powrót otworzył oczy, były utkwione w niej i było w nich morderstwo.
- Czy ty wiesz co właśnie przerwałaś? – wysyczał powoli, wściekłość wyraźnie słyszalna w jego głosie. Usta miała zaciśnięte, widziała to napięcie w jego mięśniach. Powstrzymywał się, by nie zrobić jej krzywdy. Tylko na to miał teraz ochotę.
Pokręciła głową i cofnęła się o krok. Podniósł się z kolan i zaraz górował nad nią groźnie. Każdy cal jego przewagi nad nią był odczuwalny jak nigdy.
- Wiesz, prawda? Wytłumacz się, bo przysięgam, jestem o tyle – wyciągnął dłoń z dwoma palcami odmierzającymi niewielki odcinek – od uczynienia ci krzywdy.
Co ona miała mu powiedzieć? Na pewno nie miała zamiaru próbować go przebłagać, korząc się u jego stóp i go przepraszając, przysięgając, że uczyni wszystko…. Nie, Hermiona widząc ten brak skrupułów w jego oczach i to względem niej, nagle poczuła jakby coś z niej opadło. Może klapki z oczu lub przekonanie o swojej mocy, by móc go zmienić, ba! – zniknęła chęci czynienia czegokolwiek w związku z nim.
Tylko ta jedna rozmowa i koniec, powiedziała sobie. Koniec udawania, że to nie jest człowiek bez sumienie, że to ktoś, z kim kiedykolwiek mogłaby być szczęśliwa.
- Nie rozumiesz, że to jest agonia? – zaczęła cichym spokojnym głosem. - Dla ciebie, który nie zostaje w tobie, a trafia do kawałka martwego przedmiotu? To jest zbrodnia, którą w dodatku popełniasz sam wobec siebie. Kiedyś oszalejesz od tego.
Jego zaciśnięte pięści uniosły się nieznacznie. Teraz powstrzymywał się, by nie chwycić jej za gardło i jej nie udusić. Nawet nie drgnęła w miejscu, chcąc go uspokoić swoim pozornym opanowaniem.
- To jest moje życie, Granger, i uczynię z nim, co mi się żywnie podoba. Nie masz nic do tego. Nic. A teraz zejdź mi z oczu, zanim zrobię coś… - nabrał głęboko powietrza - po prostu zejdź mi z oczu.
- Nie.
- Słucham?
- Nie pozwolę ci tego zrobić. Matko, myślałam, że może to do ciebie doszło.
Roztrzaskał nawet bez pomocy różdżki pół swojego łóżka. Wyładowywał swój gniew. Kiedy pół sekundy później przemówił, znów mówił spokojnie.
- Co, kiedy? – spytał z irytacją i kpiną. - Dlaczego ja ciebie jeszcze za to nie zabiłem? – powiedział, nie przejmując się tym, co ona może o tym myśleć. Podszedł do niej pewnym krokiem i zacisnął dłonie na jej barkach. Nie mogła patrzeć w jego twarz wykrzywioną takim grymasem. - To ja myślałem, że ty zrozumiałaś. To, co zrobiłem w przyszłości, zrobiłem też dlatego, że ty tu byłaś. Zawsze to zrobiłem, rozumiesz? Czegokolwiek nie uczynisz, przyszłość pozostanie niezmieniona. Tłumaczyłem ci.
- Ja to rozumiem – powiedziała cicho.
- Więc co tu do cholery robisz? Dlaczego przerywasz coś, co wiesz dobrze, że i tak się stanie? Dlaczego nie znikniesz mi z oczu w tej chwili, skarbie, kiedy mam ochotę co najmniej przetrącić ci kark.
Kolejne uderzenie magii, którą wyładował na czymś za swoimi plecami. Teraz po pokoju unosiło się masa pierza.
Patrzyła przed siebie pozornie niewzruszona. Jak ona miała mu to powiedzieć, jak? Przecież dobrze wiedziała, dlaczego robić takie nonsensowne rzeczy, dlaczego postępuje wbrew logice. Dlaczego tak śmiesznie chce mu pomóc.
- Naprawdę nie chcę, byś to robił i… ja nie mogę zostawić cię teraz samego – mówiła łamiącym się głosem.
- Dlaczego? Powiedz mi dlaczego, Hermiono.
- Nie zobaczysz mnie przez najbliższe pięćdziesiąt lat, jeśli odejdę.
- Myślisz, że będę za tobą tęsknił, jeśli odejdziesz? Że to coś zmieni w moim życiu – wypowiedział zaskakująco jadowicie, aż skręciło ją w środku. - Dowiedziałem się i zobaczyłem już dość. Zwłaszcza w tej chwili. Granger… ciesz się, że cię nie zabiłem. A nie zrobiłem tego tylko i wyłącznie dlatego, że masz w przyszłości coś do zrobienia.
- Nie masz tego na myśli.
Jeszcze rano w jego ramionach czuła się jak w niebie. Wszystko było kłamstwem. Jego grą, z nią, okrutną igraszką.
Uniósł jej twarz, jego dłoń zimna i nieprzyjemna w dotyku jak nigdy. Zadrżała z przerażenia. Lord Voldemort. Nawet nie zauważyła, kiedy to się stało.
- Czy ja kiedykolwiek nie mam tego na myśli, w rozmowie z tobą? Hermiono Granger, wiedz, że jesteś dla mnie niczym więcej jak narzędziem, zabawką, kiedyś trofeum. Prócz tego brudną szlamą i bez względu na wszystko gardzę tobą, wysługuję się tobą. Zachowuję cię przy życiu tylko dlatego, że jesteś pożyteczna. Więc tak, cel uświeca środki. I jakie to piękne… i zabawne, że ty, mimo wszystko, nawet kiedy ci teraz to wszystko mówię, i tak na jedno moje skinienie, choć pozornie przez walkę czy łzy, poddasz mi się. Zawsze tak było, sam widziałem. Nigdy nie byłaś w stanie zaprzeczyć swojej naturze, temu, że należy mi się twoja lojalność i oddanie, ponieważ jestem twoim naturalnym zwierzchnikiem. Jedyną osobą, która może ci pomóc zapanować na sobą i twoją magią... Choć ty oczywiście musiałaś wymyśleć swoje ckliwe powody.
Ostentacyjnie założyła ręce na siebie. Spojrzała na niego z wyzwaniem w oczach, z takim bardzo wyraźnym „doprawdy?". Ze złością uniósł jej podbródek i szybko cofnął dłoń, przyglądając się jej, jakby właśnie skaził się czymś obrzydliwym.
- Salazar Slytherin wyłysiałby na samą myśl o tym, że cię tknąłem – powiedział wciąż przyglądając się swojej ręce. Uniósł wzrok. - Jednak nie ma go tu i już nie będzie. Teraz jestem ja i to ja ustalam nowe zasady. - Ty pieprzony hipokryto, pomyślała i zaśmiała się gorzko. Mimo wszystko to było śmieszne. Nie miał pojęcia o swoim zakręconym przodku.
- Oświeć mnie, co cię tak bawi.
- Nic a nic, poza tym, że masz największe złudzenia świata – odparła, postępując krok w tył. Zawód, ponieważ zawiodła się na nim, miażdżący jej serce. – nie ma drugiego, który potrafił się okłamywać w tak przekonujący sposób. Najlepsze jest to, że ty tego nie widzisz, pewnie nawet nie jesteś świadomy, że to robisz. Mogę się założyć, że prowadzisz ze sobą długie monologi, w których usprawiedliwiasz swoje działania, odnajdujesz logiczne wyjaśnienie dla wszystkiego i robisz to niemal automatycznie. Jesteś bystry, może genialny, to pewnie nie stanowi dla ciebie problemu.
- Wiesz, ile kobiet sądzi, że je kocham?
Pokręciła do siebie głową, uśmiechając się gorzko.
- Nigdy, nawet przez chwilę nie miałam tego złudzenia. – Wzięła głębszy wdech. Postanowiła zmienić temat. - Masz zamiar stworzyć kolejny horkruks? Kolejny raz rozerwać się na kawałki? – spytała, tylko pozornie głupio.
- Tak.
Widząc ból tak wyraźnie wypisany na jej twarzy, zaśmiał się okrutnie i kontynuował.
- O tak, Granger. Mam zamiar zrobić wszystko to, o czym pamiętasz. Grindelwald został już pokonany. Sama wiesz, że teraz moja kolej.
Spuściła wzrok, zagryzając wargi. Wiedziała, że zabrzmi słabo.
- Nie musisz niszczyć. Jestem równie ciemna co ty i nie robię tego. Nie rozumiesz? Mógłbyś znaleźć sobie inną, lepszą drogę – wyszeptała naiwnie, desperacko.
- Czy ty jesteś skończoną kretynką? Nic nie zmieni tego, co zamierzam zrobić, kim mam się stać. A już na pewno nie ty.
- Tak. Faktycznie. To nie ma najmniejszego sensu. To po prostu nie może się zdarzyć.
.. Jestem skończoną, za… szlamowatą kretynką. Nic dziwnego.
Spojrzał na nią szeroko otwartymi oczyma, kiedy po tym tak po prostu skierowała się do drzwi.
- Co robisz? – spytał wyraźnie ze złością.
- Jak to? – warknęła. - To, co chcesz, bym zrobiła. Mam zamiar zniknąć ci z oczu, jeśli tak stawiasz sprawę. Sama znajdę sposób, by wrócić do swojego czasu. – Wzruszyła ramionami. – I już. A jeśli nawet nie, to cóż, znajdę swoje ukrycie, swoje miejsce. Bo na pewno nie mam zamiaru patrzeć, jak niszczysz siebie. To mnie za bardzo boli – odpowiedziała szczerze.
Odwróciła się od niego. Z prawdziwym zamiarem, by już nigdy go nie oglądać. Znów szła ku drzwiom. Sięgała po klamkę.
- Teraz nie odejdziesz, suko – wysyczał to z taką ilością jadu, że aż zamarła. – Jeszcze z tobą nie skończyłem.
Uśmiechnęła się do siebie, kiedy nie patrzył. Choć to był raczej smutny grymas wyrażający pełne zrozumienie. Oczywiście, że tak. On mógł się jej pozbyć, mógł kazać jej odejść, ale to nie mogło być tak, że to ona odchodzi, w ten sposób. Jako szlama, powinna przecież błagać go, by zmienił zdanie. A ona śmiała odwrócić się do niego plecami, powiedzieć, że ma dość. Jemu, dziedzicowi Slytherina, który okazał jej swoją łaskę!
Kiedy odwróciła się z powrotem, jej twarz była nieczytelną maską, jak za starych, dobrych czasów. I Merlinie, gdyby nie to, że była przyzwyczajona do jego mocy latającej wściekle na wszystkie strony, do tego otumaniającego, niewidzialnego dywanu, to może by już się popłakała, padła do jego stóp, prosząc o jego wybaczenie.
Zamiast tego, nie wiedząc dlaczego, znów się uśmiechnęła.
- Miarka się przebrała.
Potem tak po prostu zaczęły latać między nimi klątwy. Jedna za drugą. Była zbyt zmęczona, by mogło ją to wszystko dostatecznie zaboleć. Wczoraj o tej porze tarzali się w łóżku, a teraz szła za innym instynktem, wcielając w życie dokładnie wszystko, czego nauczył jej w przyszłości.
Wiedziała, że nie wygra tej walki i nagle może wcale nie chciała. Nikt jej nie powiedział, że ona nie umrze tu, teraz. To była tylko kwestia czasu, zanim trafi ją jakaś parszywa klątwa. Był w absolutnym szale po tym, co mu powiedziała.
Rozpieprzył już pół pokoju. Po podłodze walało się mnóstwo odłamków. Poszło lustro, jego łóżko nie istniało… Cholera, naprawdę musiał to wszystko wziąć do siebie. Kątem oka zobaczyła nawet latające kartki i skrzywiła się. Śmieszne, że przez chwilę zatroszczyła się o jego książki.
Z coraz większym trudem unikała jego natarcia. Ona zaczynała się męczyć, on właściwie stał w miejscu i bez trudu odpierał jej ataki. Może powinna użyć czegoś, czego nie mógł jeszcze znać? Tyle że to nie był czas na myślenie nad chronologią zaklęć, to był czas na działanie. Nie wiedziała, że jest tak szybka. Budynek musiał się trząść od ich zabawy, jakim cudem nie spróbował wpaść tu jeszcze żaden z właścicieli sklepu?
Coś, jakiś błysk po jej prawej stronie odciągnął jej uwagę. W tej samej chwili jego klątwa uderzyła ją w pierś, straciła oddech i odfrunęła do tyłu, przy okazji zrywając ze sobą coś ze ściany.
Będąc w szoku nie od razu poczuła, co się stało. Dopiero po chwili to do niej doszło.
- Dlaczego to zawsze ja tak kończę? – wyszeptała gniewnie, ale i ze słyszalnym strachem. Zaraz po tym zamknęła oczy. Ból był zamraczający.
Riddle zbliżył się. Nie widziała tego, ale poczuła jego hulającą wokół wściekle magię, która naparła na nią groźnie.
- Zrozumiałaś więc? – wysyczał pochylając się nad nią, dobijając ją do podłogi, bo zastygła w jakieś irytującej, pół leżącej pozycji.
Wydała z siebie przy tym dziwny dźwięk, jakby to ją zabolało, jakby nagle była taka delikatna. Jej wzrok odbiegł gdzieś na bok, a potem wrócił do niego. Wolałby nigdy nie zobaczyć tego w jej oczach. Wyciągnęła ku niemu dłoń, która mocno zacisnęła się na jego ramieniu.
- Riddle? – wypowiedziała to z takim lękiem, że na jego twarz wdarło się zmieszanie. Skąd się to wzięło? To coś w jej oczach.
Wtedy to zobaczył. Krew. Cała masa krwi wypływająca spod jej pleców. Powiększająca się, przerażająca, zupełnie nie mająca sensu kałuża.
Przez chwilę nie mogło to do niego dotrzeć.
Zerknął na jej twarz. Patrzyła na niego ze strachem. Przecież nigdy się nie bała. Nawet jego.
Zmarszczył brwi, a jego dłoń mimowolnie powędrowała do tej kałuży. Wsunął swoją dłoń pod plecy i zamarł.
Nadziała się. Zerwała ze sobą ten hak ze ściany, który wcześniej podtrzymywał ogromne lustro. I on był teraz w niej. A on go jeszcze dopchnął, przyciskając ją do podłogi.
- Wpadka, co, Riddle?
To był cud, że jeszcze oddychała, że jeszcze nie straciła przytomności. Tylko magia mogła utrzymywać ja przy życiu. Nie było innego wyjścia. Kiedy pomyślał o tym ogromie wewnętrznych obrażeń, pogłębiających się z każdą sekundą, pierwszy raz w życiu zrobiło mu się słabo. Odchylił się do tyłu i popatrzył na nią z niedowierzaniem.
Hermiona Granger była przerażona, ponieważ umierała. Tak naprawdę. To były jej ostatnie minuty, a prędzej sekundy życia.
- Hermiono – wyszeptał przestraszony. Różdżka wypadła mu z dłoni. Na nic nie mogła mu się już zdać. Dokonał swego. Jego druga dłoń, cała we krwi, sięgnęła do jej twarzy i policzka. – Wszystko będzie w porządku. – Powiódł zakrwawionymi, drżącymi dłońmi wzdłuż jej ramion, jakby chcąc dodać jej otuchy. – Nie zamykaj oczu i patrz na mnie, dobrze? Musisz na mnie patrzeć.
Głos ugrzązł mu w gardle. Nie mógł jej stracić, nie wiedział czemu, ale to nie mogło się tak skończyć. Nie teraz. Nie mogła umrzeć. Przecież była mu potrzebna. Później mogła umierać sobie, kiedy i ile razy chciała, ale nie kiedy z nią nie skończył. Jego najcenniejsza zdobycz, jego skarb pluł obficie krwią, a jedyne, co potrafił, to patrzeć prosto w jej przestraszone oczy. Nawet nie mrugnąwszy, nie mógł mrugnąć. Podniósł ją nieco. Był tak wściekły na siebie. Łzy płynęły z jej oczu i widział, że strasznie cierpi, że nie może nabrać powietrze. Najpewniej miała przebite któreś płuco. Jej ostatnie chwile miały być mordęgą w jego ramionach.
- Tom…
- Tak? – spytał, brzmiał zdezorientowanie, miał minę, jakby trochę nie wiedział, co się dzieje.
- Nie wiesz, co sobie postanowiłam na długo, zanim tu przybyłam…
- Co? – Trzymał ją i naprawdę nie wiedział, dlaczego tak drżą mu ręce. Od napięcia najpewniej. To miało się stać za chwilę, lada moment miała przestać oddychać. A przecież nie mogła.
- Przyrzekłam sobie, że kiedyś jednak powiem ci te dwa słowa.
Na chwilę odzyskała jeszcze odrobinę sił. Strasznie się bała, że odpłynie w trakcie, ale jednocześnie miała w sobie dość ślizgońskiej determinacji. Wielu ludziom wystarczała przecież siła woli, czyż nie? Jej też mogła, zwłaszcza kiedy robiło się coraz ciemniej, coraz ciężej. Tyle że to były chyba dwa najtrudniejsze słowa w jej życiu. Może zwyczajnie nie była z tych prawdziwie odważnych.
Tom pochylił się ku niej, widząc, że to się kończy. Ostatnią rzeczą, jaką zrobił, było szerokie otworzenie oczu, kiedy szepnęła mu do ucha:
- Avada Kedavra…
Poczuła ciężar, najstraszliwszy ciężar, który przygniótł ją do podłogi i gdyby miała siłę wrzasnąć, wrzasnęłaby. Już nie miała po co tego przedłużać. Więc to nie było tak, że on miał ją pociągnąć za sobą, ale to ona jego, wywracając całą przyszłość do góry nogami. Tak myślała, powoli przestając myśleć. Zamknęła oczy i jeszcze przygarnęła go do siebie. W sumie dobrze się stało. Pozabijali się. Nie musiała znosić żadnej innej, nieprzewidzianej wersji zdarzeń.
- Idioci. – Usłyszała, popadając w ciemność. Choć mógł to być tylko jej przedśmiertny omam.
~o~o~o~
- Idioci. – Salazar zbliżył się do dwójki martwych dzieciaków i westchnął teatralnie. – A poza tym byłem pewien, że powie mu coś zupełnie innego. Miała tupet, dziewczyna, nie powiem.
- Sal, nie jestem przekonana co do tego wszystkiego – mruknęła Rowena, przysiadając koło martwej parki. Oczywiście tak, by krwią nie ubrudzić sobie sukienki.
- Ty zajmij się chłopakiem, ja zajmę się dziewczyną – powiedział, jakby w ogóle nie dosłyszał jej uwagi.
- Może na odwrót? To w końcu twój pęd? Mimo że, o dziwo, całkiem przystojny. – Poklepała Riddle'a po policzku.
Slytherin nie przejął się oczywiście. On dobrze wiedział, kto tu wygrywa w konkursie piękności.
- Nie, złotko. – Nagle był piekielnie poważny, niemal przejęty. – To ja ją zabezpieczyłem przed tą katastrofą, nie ty. Zajmij się ściąganiem jego duszy. Ja się zajmę tym hakiem i… całą resztą.
Rowena bez słowa ściągnęła Toma z Hermiony i skupiwszy się zaczęła ściągać coś dłońmi z przestrzeni. Dwie jasne kule zaczęły budować się wokół jej dłoni.
- Ściągnąć też z pierścienia i pamiętnika? – spytała od niechcenia.
Slytherin zastanowił się przez chwilę.
- Nie, tamte zostaw.
Rowena westchnęła. Robiła jedną z najbardziej spektakularnych rzeczy na świecie, wskrzeszała kogoś, a wyglądała jedynie na znudzoną i zirytowaną. Sięganie, choćby nawet swoją mocą za Próg nie należało do najprzyjemniejszych uczuć, zwłaszcza, że to tam było jej miejsce od ponad tysiąca lat.
Salazar w tym czasie miał trochę brudnej roboty. Zdematerializował hak, który tkwił w jej plecach. Uleczył i zasklepił jej rany, wzdrygając się przy tym nieco. Bardziej w duchu. Tamten Salazar nie mógł mieć jeszcze pojęcia, jak bardzo namącił. Z tego, co pamiętał, buszował teraz gdzieś na północy Syberii, próbując zasklepić szczelinę czasoprzestrzenną przy pomocy bandy zdezorientowanych i chutliwych sukkubów. Uśmiechnął się do siebie. To była zabawa. Jedna z lepszych.
Podniósł Hermionę i przyjrzał się dziewczynie, której zaraz miał wrócić życie. Gdyby nie miał Roweny… Ale miał. Podniósł szybko wzrok ku kobiecie swojego życia… i śmierci, która teraz bardzo dzielnie radziła sobie z ciałem i duszą jego odległego potomka. Kochał ją tak bardzo, kiedy tamten chłopak, którego z kolei przywracała właśnie do życia, nigdy nie miał pokocha
tej zacnej, brązowowłosej wiedźmy, spoczywające teraz bezwładnie w jego ramionach. I z tym akurat nie mógł nic zrobić. Dziwne uczucie zalęgło się w nim w związku z tym. To musiało być coś na granicy współczucia, żalu i zwyczajnej złości, choć w odpowiednio lekkiej, salazarowej wersji.
- Niech będzie nieprzytomny – powiedział. - Najpierw trzeba załatwić sprawę z Granger. Wyjaśnić jej wszystko.
- Domyślam się – odparła Rowena. Wyglądała na nieco strudzoną i złą, ale oczywiście nie mogła tego mu okazać. Porzuciła dość niedelikatnie ciało Riddle'a i przestąpiła nad nim z gracją.
- Żyje, jest nieprzytomny. Zadowolony?
Nie odpowiedział. Przyglądał się Hermionie. Rowena przewróciła oczyma i przykucnęła nad dziewczyną, tuż obok niego.
- O czym myślisz? - spytała.
- To zabawne – zaczął zupełnie poważnie . - To w nim powinienem odnajdywać siebie, ale młody Marvolo wydaje mi się dziwnie obcy, odległy. Natomiast w tej dziewczynie dostrzegam dziwne odbicie własnych… - Urwał, może nie chcąc mówić tego Rowenie, mimo że przecież wiedziała o nim wszystko, mogła się domyślić… W końcu to on ją zabił. - W Gryfonce. W szlamie – mruknął pod nosem.
Rowena przyjrzała się najpierw dziewczynie, a potem Salazarowi zupełnie bez aprobaty.
- Matko, co z nami nie tak. Budzę ją – syknął wreszcie, podrywając się na równe nogi, mając na myśli oczywiście znacznie więcej niż zwykłe budzenie.
Hermioną targnęły dwa wstrząsy: najpierw żółty, potem fioletowy. Coś wślizgnęło się do jej ust i nastąpił kolejny, różowy rozbłysk. W pomieszczeniu zrobiło się bardziej rześko. Oboje z Roweną spojrzeli po sobie. Powrót Riddle'a do życia był niezauważony, ale to…
- Sal, mówiłeś, że on nie zrobił jej krzywdy, kiedy pierwszy raz ją zobaczył, mimo że powinien. Dlaczego?
Wciąż była nieprzytomna, jak Riddle. Oboje przyglądali jej się, każde coś tam sobie kontemplując.
Slytherin spojrzał uważnie na Rowenę i pociągnął dłonią po swojej długiej bródce. Zaraz jednak wpadł na swój pomysł, mruknął coś jak „już wiem dlaczego" i przystąpił do działania.
Kolejne jasne światło wyszło z jego różdżki i wpierw powędrowało do nieprzytomnej Hermiony, potem do Toma, wreszcie oplatając się wokół ich postaci, łącząc ich najsilniejszą więzią, jaka mogła powstać między dwojgiem ludzi.
- Nie zrobiłeś tego – mruknęła Rowena, wpatrując się ślepo przed siebie.
- Zrobiłem – odparł dumnie.
- Nie miałeś prawa.
- Daj spokój. Zadziałało, co znaczy niewiele więcej jak to, że są dla siebie stworzeni. Ale ty jej o tym powiesz, powinna wiedzieć. On nie musi. – Skinął na Riddle'a.
Tymczasem Hermiona otworzyła oczy. Czuła czyjeś dłonie na sobie. Obróciła twarz. Rowena. Z drugiej strony Salazar. Nawet nie musiała o nic pytać. Żyła. Dzięki nim. Nie to ją interesowało.
- Tom?
- Żyje.
Zacisnęła powieki.
- Zabicie go nie było ostatnią rzeczą w moim życiu ot tak.
- On musi żyć. Kiedy wrócisz do swojego czasu, możesz robić sobie, co chcesz. Wiesz już, że możesz to zrobić. Jednak teraz wszystko musi wrócić na swoje miejsce. No chyba, że chcesz zniszczyć rzeczywistość. Chyba nie chcesz mieć na sumieniu całego istnienia, prawda?
Pokręciła głową. Wracała do życia, do tego życia i nagle nie była pewna, czy chce. Łzy napływały jej powoli do oczu. Usiadła i pokręciła głową, która chwilę potem opadła ze zmęczenia. Przetarła oczy i spojrzała na Toma, przy którym kucał Slytherin i coś robił. Poczuła nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej. Dobrze było żyć, a jednocześnie życie było tyloma rzeczami, które nie były dobre.
- Nie mam siły – mruknęła.
- Jednak masz do zrobienia jeszcze parę rzeczy, zanim będziesz mogła odpocząć.
Rowena podeszła do niej, pomogła się podnieść i zamknęła ją w swoim pełnym współczucia i wsparcia objęciu. Hermiona wtuliła się, nagle bardzo tego potrzebując. Zbyt wiele się wydarzyło. Przed chwilą znów straciła życie, tym razem ciągnąć go za sobą. Zabiła go. Na nic.
Była tak skołowana i zmęczona tym wszystkim, że nie potrafiła robić już nic innego jak tylko płakać. Wspomnienie bólu, który jeszcze zbyt wyraźne tlił się w jej ciele, dawało jej w kość. Rowena pochyliła się i zaczęła szeptać jej do ucha wszystko to, co teraz miało się stać, a ona płakała jeszcze bardziej. Kiedy wyjaśniła jej, co robi teraz Salazar, drgnęła i wstrzymała oddech. Kiedy powiedziała, co zrobił chwilę przed jej przebudzeniem, zacisnęła mocniej palce na jej ramionach. Widziała jak Slytherin pochyla się nad wciąż nieprzytomnym Tomem, teraz jej mężem, do cholery, i rozpoczyna coś strasznego.
W końcu zdołała się jako tako otrząsnąć. Jakimś cudem. Intuicyjnie wiedziała, że ich czas tutaj jest ograniczony. Na pewno nie mieli go tyle, by sterczeć tu i patrzeć jak płacze. Wyczuwała w ich ruchach ten lekki pośpiech.
- Hermiono, w porządku? – Rowena ujęła delikatnie jej twarz. Hermiona zdała sobie sprawę z tego, że Ravenclaw wcale nie jest taką zimną suką, jak myślała. Była rozsądną suką. Jej wzrok powędrował ku Tomowi, który wciąż był nieprzytomny. Pokiwała głową. Potem jej spojrzenie napotkało to Salazara. Ten wcale nie był tak wyluzowany, jak sądziła. Był niebezpiecznym, nieodpowiedzialnym dupkiem. To wszystko było także jego winą. To on ją tu rzucił, w ręce Toma Riddle'a.
Oczywiście, w starym Slytherinie nie można by znaleźć niczego takiego jak wyrzuty sumienia. Stał z założonymi rękoma, przytupując nogą na Rowenę. Pewnie w swoim życiu i nie-życiu robił znacznie gorsze rzeczy.
- Hermiono – powiedziała Rowena, znów przywołując jej uwagę. – Wiesz co masz teraz zrobić, tak?
Hermiona zawiesiła się na chwilę i popatrzyła na nich.
- Czy mi się zdaje, czy wy także cofnęliście się w czasie? – spytała nagle, zaskakując samą siebie tym pytaniem.
- Słusznie, nie wiem, jak do tego doszłaś, ale masz rację. Ostatni raz widzieliśmy się z tobą 4 grudnia 1998 roku.
- Możecie mnie ze sobą zabrać, kiedy z tym skończę?
- Nie będziemy musieli.
Teraz zbliżył się do niej Salazar i zamiast jej to zwyczajnie powiedzieć, wyszeptał jej to do ucha. Zadrżała nieznacznie pod wpływem jego dotyku. Rowena jedynie westchnęła z rezygnacją.
Hermiona skinęła głową. Stwierdziła jednak, że musi jeszcze coś zrobić. Zbyt dobrze pamiętała, co stało się dosłownie przez chwilą.
- Chcę jeszcze z nim porozmawiać.
- I tak nie będzie pamiętał.
- Wiem, ale to nie dla niego. To dla mnie. Możecie już iść, jeśli chcecie. Dam sobie radę.
- Oczywiście, że dasz – mruknął Salazar. Musnął dłonią kosmyk jej włosów i zniknął bez pożegnania. Hermiona zmarszczyła brwi, odwróciła się ku Rowenie, która chyba miała jej coś jeszcze do powiedzenia. Uprzedziła ją.
- Dlaczego, kiedy wreszcie ja wyszłam zwycięsko z czegoś, czuje się nagle jak… gówno?
Rowena spojrzała na nią nagle zupełnie inaczej.
- Przegrana nigdy nie jest przyjemna, ale kto powiedział, że zwycięstwo nie potrafi być gorsze?
- Ale dlaczego czuje się, jakbym robiła coś potwornego?
- Bo jest wszystkim. Wszystkim – powtórzyła i Granger nagle wiedziała, że ma też na myśli zupełnie kogoś innego. Rowena wróciła do niej wzrokiem. - Dlatego powiedz mu, nawet jeśli na to nie zasługuje, nawet jeśli ma zapomnieć.
I zniknęła.
Hermiona powoli klęknęła przed Tomem. Strasznie trzęsły się jej ręce i czuła się chyba najgorzej na świecie. Zupełnie nic nie widziała przez łzy. Dotknęła jego twarzy i przejechała dłonią po jego policzku. Matko, jak on był nieprzyzwoicie przystojny. Powinni gdzieś zamykać takich ludzi, by nie dręczyli innych swoim widokiem.
- Ennervate!
Otworzył oczy i zaczerpnął głęboko powietrza. Od razu patrzył wprost na nią, próbując pojąć, co się stało. Dobrze pamiętał, gdzie był jeszcze przez chwilą i że go zabiła. A potem była cała masa zamieszania, sam nie wiedział z czym. Co to było tam, po drugiej stronie…
- Zabiłaś mnie, suko. - Usłyszała i sama nie wiedząc czemu, uśmiechnęła się. Smutno.
- A jesteś martwy, Riddle?
Sięgnął do swojej twarzy i złapał jej dłoń, która wciąż dotykała jego policzka.
- Co zrobiłaś?
- Nie ja.
Spuściła wzrok, a on rozejrzał się po pokoju, jakby szukając kogoś, przeczuwając, że ktoś tu był. Po chwili jego wzrok spoczął na niej. Hermiona zadrżała. Był nie tylko zdziwiony, ale i strapiony.
- Dlaczego płaczesz?
- Bo mam ze trzy minuty.
Nie spytał na co. Prawie się domyślał. Pochyliła się i wpiła w niego ustami. Bała się, że ją odepchnie, ale on przyciągnął ją do siebie i odpowiedział na jej rozpaczliwy pocałunek. Zarzuciła mu ręce wokół szyi i przylgnęła do niego jak tylko mogła. Riddle jedną rękę oplótł wokół jej talii, a dłoń drugiej położył z tyłu jej głowy. Hermiona czuła, że grzęźnie i zapada się. Nie mogła przestać. Bycie w jego ramionach było najwspanialszą ze wszystkich rzeczy, zwłaszcza, kiedy odpowiadał na jej pasję z taką samą pasją. Był też rzeczą najstraszliwszą, kiedy zmierzyć cenę tych ostatnich sekund w jego objęciu.
- Nie zostawiaj mnie – wyszeptał, tak samo jak ona łapiąc oddech. Zamarła i zapłakała bezgłośnie, już nie w jego usta, a w szyję. Trzymał ją mocno, ale nie posesywnie, tak jak zwykł. Po prostu przytrzymywał ją w miejscu, przy sobie.
Oderwała się od niego w panice i to było jak obdzierać się z własnej skóry. Wiedziała, że niedługo najpewniej znów go zobaczy, ale to nie o nią tu chodziło. Spoglądał na nią tak, jak chyba nigdy na nią patrzył.
Pochwyciła jego dłonie i spojrzała mu prosto w oczy. Stanowczo, tak by nawet nie pomyślał o tym, że może odwrócić wzrok. Przełknęła głośno ślinę.
- Tomie Riddle'u – zaczęła ze ściśniętym gardłem. - Jeśli to jedyna szansa, by ci to powiedzieć…
- Kim jesteś? – spytał nagle, marszcząc brwi.
Otworzyła i zamknęła usta. Ścisnęło ją w środku i niebezpiecznie zakręciło jej się w głowie. Jasny błysk rozświetlił komnatę i odrzucił ją od niego, karząc się wynosić. Tom opadł bezwładnie na posadzkę. Zaklęcie Slytherina zaczęło działać.
Ryczała jak głupia. Nie zdążyła. Kurwa, nie zdążyła, a w dodatku, jeśli sama nie chciała zniknąć, musiała opuścić to miejsce i to natychmiast. Wyciągnęła rękę ku jeszcze jednej rzeczy, która nie miała prawa tu być, a którą ona wolała ocalić od zniknięcia. Otwierając drzwi, widziała jeszcze kątem oka jak wszystko w jego sypialni wraca na swoje miejsce, zmienia się, tak jakby nigdy jej tam nie było. Chyba w ostatniej chwili jedna Ontologia Magiczna wpadła do jej wyciągniętej dłoni i Hermiona zatrzasnęła za sobą drzwi.
Długo biegła, a kiedy przestała biec i jasne rozbłyski opuściły nie tylko jego pokój, ale i całą ulicę, wszystkie te miejsca, z którymi miała styczność, gdzie zostawiła swój ślad, zmieniając otoczenie i umysły ludzi (siła zaklęcia była ogromna), przestała biec i padła na jakiś bliżej nieokreślony kawałek trawnika. Siedziała, kurczowo zaciskając palce na tej głupiej książce, która w przyszłości miała odwrócić jego uwagę od prawdy, a jej dać parę miesięcy zarówno bólu, jak i względna bezpieczeństwa. Jedna teoria o wspólnym źródle magicznym miała wystarczyć.
~o~o~o~
Zatarła więc za sobą ślad, zrobiła dokładnie to, co miała zrobić. Została tylko Arlene Bennett, blondynka o przeciętnej urodzie, która gdzieś tam mu przemknęła, która była i zniknęła, jak wielu. Nic nigdy nie znacząc. Tom Riddle eksperymentował z jakimś zaklęciem i miał niewielki wypadek. Będzie musiał spróbować z tym horkruksem raz jeszcze. Wiedza, którą posiadł dzięki niej została, choć nie mógł teraz jej uzyskania zawdzięczać Hermionie, a sobie. Właściwie sam sobie był nauczycielem. To miał mu powiedzieć Shukishi za parę lat, przeczuwając prawdę, choć nie rozumiejąc jej czy właściwiej – również jej nie pamiętając.
Wszystko okazało się w pewien sposób przerażająco proste, a jednocześnie niemożliwe do poznania wcześniej. Musiało się potoczyć swoim rytmem. Tak jak zawsze się potoczyło. Luna tak mówiła, czyż nie? Że coś zawsze się działo, kiedy nie było od tego ucieczki. Zabawne, że nigdy nie zwróciła na to uwagi. Może trzeba było.
Ich magia nie była tożsama, nie pochodziła z jednego źródła. On miał tak pomyśleć, ponieważ była właśnie w drodze do Shukishiego. Miała mu dać tę cholerną Ontologię Magiczną, której Shukishi wcale nie był pierwszym właścicielem, a Tom miał ją kiedyś w pewnym sensie nie ukraść, a odzyskać. Hermiona miała uprzedzi
Shukiskiego, żeby nie zabijał tego młodzieńca, który zjawi się za kilka lat. Poprosi jak najmocniej będzie potrafiła, by jej wysłuchał, zakodował, a potem zapomniał o niej. Dla ich wspólnego bezpieczeństwa. Nie miała pojęcia, czy Shukishi się zgodzi, ale to musiało jej się przecież udać, skoro to działało w przyszłości. Szła przez świerkowy, japoński las zupełnie bez lęku, przynajmniej bez tego lęku, wciąż układając to sobie w głowie. To nie była łatwa, bo strasznie pogmatwana prawda.
Działanie Sarsamossa Isenio już rozumiała. Przecież noc po tym, kiedy okazał się Markiem, poszła po myśloodsiewnię, wyciągnęła z niej swoje wspomnienie o tym, jak pieprzył ją pod ścianą celi, a potem włożyła jego zapamiętane słowa w swoje usta. Wiedziała, że inkantacja niczym się nie różni. Zrobiła dokładnie to samo co on. Był jej, jak długo żyła.
A ta magia, którą wirowała w powietrzu, kiedy się kochali. To nie tylko było Sarsamossa Isenio. To była ich niedopełniona małżeńska więź, która wisiała nad nimi przez cały czas. On był jej mężem i spotkał swoją żonę, która nie była jeszcze jego żoną. Dobrze pamiętała, że to działało bardziej na nią. To ona była wybrykiem, czymś, co miało zostać okiełznane, w tym przypadku w końcu zamienione w jego żonę. Ale gdyby nie to, pewnie byłaby już martwa. Widząc ją po raz pierwszy, nie zawahałby się jej zabić, jej, brudnej szlamy i przyjaciółki Pottera. Nie byłoby tego wszystkiego.
Jednocześnie, właśnie dlatego nigdy nie bolało jej tak, jak powinno. Dlatego nie zniszczył jej jego Cruciatus, dlatego była w stanie w ogóle z nim wytrzymać. Tylko dlatego, że na pewien pokrętny sposób był jej mężem i tak naprawdę nieświadomie nie chciał jej krzywdzić.
Czuła narastające mdłości. Po tych wszystkich godzinach ogromnego wysiłku i zacierania za sobą śladu, siedziała w jakimś francuskim hotelu i płakała. Ze zmęczenia, z żalu, przez własną głupotę. Przez miłość, która potrafiła nawet z niej, Hermiony Granger, najmądrzejszej wiedźmy swojego pokolenia (teraz nawet może i dwóch) zrobić kompletną idiotkę.
Wbrew logice potrafiła wierzyć w to, że to jest możliwe. Ich życie. Razem. Wiedziała, że nie zmieni go. Tom Riddle nie był kimś podatnym na wpływy. Był twardy jak skała, jakby urodził się już w pełni ukształtowany. Nie widziała więc sensu w zmienianiu go, w pewien przewrotny sposób lubiła go takim, jakim był.
Hermiona Granger chciała dać mu wybór, nie dopuścić by popełnił te same błędy. Nie udało się. Musiały być popełnione. Ponieważ ona zawsze była w jego przeszłości, zawsze próbowała to zrobić i nigdy jej się nie udawało. Zawsze wymazywała jego pamięć i każdy ślad po sobie. Nie było innej rzeczywistości, świata, w którym sprawy mogły potoczyć się lepiej.
Była jednocześnie ofiarą jak i sprawczynią tego całego zamieszania. Mdliło ją na samą myśl. Wolała mieć przyczynę i skutek, a jej życie to była ta cholerna pętla czasowa i okrutne spełnianie się.
Można by rzec, że byli na siebie skazani. Nigdy nie mieli wyboru. Rowena i Salazar mieli rację. Historia. Czas sam w sobie. I oni, dwie potężne jednostki, bez których świat nigdy nie byłby taki sam. Nawet ich śmierć nie była możliwa, bo zawsze ktoś musiał się wtrącić. No, na przykład tych dwoje. Dwa, idące razem przez wieki upierdliwce – Slytherin i Ravenclaw.
Najlepsze było to, że wszystko było jeszcze przed nią. Przed nimi. Nie mogła tu zostać. Musiała wrócić, oczywiście. Musiała wrócić tego samego dnia, bo bez niej jej przyjaciele mogliby zginąć. Nie mogła wiedzieć, co Lord Voldemort zrobi pod jej nieobecność, czy się nie zemści.
Zastanawiała się też, co właściwie pokazał i powiedział mu wtedy Salazar? O tym założyciele jej nie poinformowali. Więc czy Riddle zobaczył wtedy prawdę? Teraz skłonna by była jednak uznać, że jeśli nawet, musiało to być przedstawione tak, by nie narażać jej na niebezpieczeństwo. Voldemort na pewno nie wiedział wszystkiego, choć musiał sobie przypomnieć, że była już kiedyś, próbowała zmienić jego przyszłość - jego życie, nie jego.
Wtedy ją to uderzyło, bo teraz to mogło już do niej dojść. Widok Voldemorta, który najpierw naprawił wszystkie zniszczenia w zdemolowanym pokoju, który przez moment wydawał jej się niedorzecznie bezsilny i który powiedział jej, że jego miejsce jest przy nim.
Zaraz po tym przyszło do niej jedno zdanie, wypowiedziane po tym, jak się kochali.
I to się nie zmieni, bo ja się nie zmienię. Nawet gdyby ktoś chciał cofnąć czas i spróbować ze mną jeszcze raz, nic by to nie dało, rozumiesz? Nic.
Słowa Roweny.
Jesteś już jego, Hermiono. Jest tym mężczyzną, który wypełni twoje życie, do którego wszystko zawsze będzie się sprowadzać.
Znów słowa Voldemorta.
Powód jest jeden. To zdrada, Hermiono. Zdrada, która zapisuje się w człowieku i powoduje nim, nawet kiedy nie ma pamięci.
Dalej:
Kiedy wreszcie to się wypełni i zrozumiesz wszystko, Granger, kiedy zrozumiesz, dlaczego tu jesteś, dlaczego byłaś, dlaczego będziesz… Kiedy będziesz w stanie zobaczyć to tak jak ja…
Było jej słabo. Wiedział. Pamiętał. Cholerny Slytherin musiał mu to przypomnieć. Pewnie nie wszystko, ale 4 grudnia 1998 roku musiał cofnąć swoje zaklęcie modyfikujące pamięć.
Nabrała powietrza i zaciskając szczękę, wycelowała w siebie różdżkę. Jedyne, co jej pozostawało, to odwrócić teraz to zaklęcie, które rzuciła na nią Bellatriks, wydobyć się z tej koszmarnej rzeczywistości i wrócić do roku 1999. Salazar powiedział jej formułę. Jeszcze przez tę parę sekund roku 1945 dobrze wiedziała, co robić.
