Witajcie!

Nowy rozdział nadchodzi :)

Jak zwykle chciałam podziękować za wszystkie komentarze, naprawdę - w chwilach, gdy nie mam już na nic ochoty, a zwłaszcza na pisanie, dodają mi energii.

Heremita Acris, Keti, c-thru, Signed, Alderaanova, Hanuta, AliceSz, Sophie, Nozyczki, Zauroczona, Ann, Amanda, ccalineczka, Anonim, basia, Ellie, GinnyLFC (Tylko nie Yoko! Zresztą, jak dla mnie to Paul jest Jamesem, nie John ;p), Mejzii - dziękuję!

Tym razem brawa za inspirację należą się Bobowi Dylanowi i jego niesamowitej muzyce.

Beta: Grim

Zapraszam do czytania:


(Forever young)

May you build a ladder to the stars
And climb on every rung,
May you stay forever young.

- Wiesz, że chyba to będzie nasza pierwsza taka oficjalna randka? – spytała Lily z uśmiechem, opierając głowę na ramieniu Jamesa.

Do baru w Trzech Miotłach wiodła długa kolejka spragnionych uczniów, ale jakoś nikt z nich nie miał ochoty zadzierać z Jamesem Potterem, więc para niemal natychmiast znalazła się na przedzie grupy. Rosmerta uśmiechnęła się promiennie na ich widok, odsuwając od lady asystenta i postanawiając obsłużyć ich osobiście.

James zmarszczył na chwilę czoło, sięgając do swej pamięci w poszukiwaniu odpowiedzi na zadane przez Lily pytanie, po czym uśmiechnął się nieznacznie.

- Chyba nie najlepiej to o mnie świadczy, co? – zażartował sięgając do kieszeni po galeona, żeby zapłacić za dwa kremowe piwa. – Dzięki, Rosie – zwrócił się do barmanki i znów spojrzał na Lily. – Ale nadrobimy, obiecuję.

Dziewczyna zaśmiała się, prowadząc zatłoczonym wnętrzem pubu do wolnych miejsc, które sobie zarezerwowali. James podążył za nią, zręcznie wymijając innych gości. Nigdy nie czuł się przytłoczony, czy onieśmielony w tłumie. Widział znajome twarze, pozdrawiające go z różnych miejsc sali. Dawno nie był w tak dobrym nastroju.

Postawił piwa na blacie i usiadł na wysokim, czerwonym krześle. Obok niego Lily zrobiła to samo i upijając łyka złocistego napoju, spojrzała przez wielkie okno na ulicę. James uśmiechnął się, obserwując jak słabe, marcowe słońce odbija się w jej rudych włosach. Objął ją ramieniem i pocałował w policzek. Miło było znów wrócić do normalności.

- Cieszę się, że spędzimy ten dzień razem – powiedziała Lily również wyglądając na zadowoloną.

Oparła dłoń na jego udzie, wodząc nosem po szyi Jamesa. Chłopak mruknął z zadowolenia.

Ledwo jednak zdążyły wybrzmieć wypowiedziane przez Lily słowa, gdy za szybą pojawiły się trzy znajome twarze.

- O nie! – jęknął James.

Syriusz od razu ich zauważył, nie dając żadnego pola do manewru. Przystanął, wyszczerzył zęby i machnął ręką na skonsternowanych Remusa i Petera.

- Założę się, że on potrafi namierzyć cię samym węchem – powiedziała Lily pod nosem.

Nim James zdążył to skomentować, rozległ się ledwie dosłyszalny w gwarze dźwięk dzwoneczka zawieszonego nad drzwiami, powiało zimnym powietrzem i już po chwili trójka Huncwotów dołączyła do niezadowolonej pary.

- Co tam? – spytał Łapa, poklepując przyjaciela po plecach.

- Jestem na randce – odburknął James, mając ochotę kopnąć Syriusza prosto w tyłek, wysyłając go tym samym na bruk ulicy.

- No chyba widzę, nie? – prychnął Łapa niezrażony, opierając się o blat i upijając łyka z nie swojego kufla. Nigdy nie interesowało go zbytnio prawo własności, o ile nie dotyczyło jego własnych rzeczy. – To co, nasze ptaszki się wreszcie pogodziły?

- Tak – odrzekła znacząco Lily. – I bez urazy, ale liczyły na trochę prywatności…

- Myślałem, że prywatność mieliście w tej pustej klasie, w której się zabarykadowaliście na dwie godziny po spotkaniu prefektów – zaśmiał się Peter, ignorując gromiące spojrzenie Jamesa.

Remus dyskretnie przewrócił oczami, ale nie udało mu się zamaskować uśmiechu.

- Napijemy się tylko i zostawimy was samych – dodał, najwyraźniej starając się załagodzić sytuację.

- Peter, skocz po piwa – powiedział Syriusz grzebiąc w kieszeni i pobrzękując monetami.

- Czemu ja? – zaperzył się Glizdogon. – Rosmerta mnie nie lubi, za to ciebie uwielbia. Sam idź.

- Okej – zgodził się z irytacją Łapa. – Ale ty – złapał Jamesa za róg szaty – idziesz ze mną.

Nim James zdążył zaprotestować, poczuł szarpnięcie i już po chwili ponownie przedzierał się przez tłum.

- Zaraz ci skopię dupę – warknął. – Tak tylko lojalnie ostrzegam, wiesz?

- Dobra, dobra – zaśmiał się Syriusz. – Gadaj lepiej, co tam naopowiadałeś Evans?

James przewrócił oczami, machinalnie przytrzymując jakiegoś niskiego Krukona, którego jego przyjaciel omal nie przewrócił, zupełnie nieświadomie.

- Po prostu się pogodziliśmy – stwierdził.

Syriusz spojrzał na niego badawczo przez ramię, jakby co najmniej oczekiwał opowieści o użyciu zaklęć niewybaczalnych. Uśmiechnął się pod nosem i wzruszył ramionami. Nie zważając na zgraję uczniów, czekających na możliwość złożenia zamówienia, podszedł na sam początek kolejki i oparł się o blat, patrząc na Rosmertę z uniesionymi brwiami. Barmanka wybuchła śmiechem na jego widok, kładąc dłonie na biodrach. Nachyliła się do niego uwodzicielsko.

- Cześć, Rosie – przywitał się Syriusz niskim głosem.

James stanął koło niego, powstrzymując się od prychnięcia.

- No, tym razem chyba nie liczysz na Ognistą, prawda? – spytała Rosemerta.

- A co, jakbym jednak liczył…?

James pokiwał głową, odcinając się od rozmowy, która i tak brzmiała już aż nazbyt znajomo. Odwrócił się tyłem do lady, wyszukując wzrokiem rudych włosów. Uśmiechnął się, widząc jak Lily gestykuluje, opowiadając coś Lunatykowi i Glizdogonowi. Już dawno nie czuł się tak beztrosko.

Odwrócił wzrok, by spojrzeć za okno. Grupki młodych czarodziejów przechadzały się ulicami Hogsmeade, odwiedzając słynne sklepy, randkując czy po prostu rozmawiając radośnie. Tak, to był dobry dzień na wyjście z zamku.

- Oj, Black… Co ja mam z tobą zrobić?

- Mogę ci zawsze podpowiedzieć parę sposobów…

Nagle uwagę Jamesa zwróciła znajoma postać, wyróżniająca się na tle innych. Wszędzie poznałby tę przygarbioną sylwetkę, mimo że Snape najwidoczniej chciał przemknąć ulicą jak najbardziej niezauważony.

James zamarł.

A gdyby tak… Snape na pewno coś knuł. Nie było innego wyjścia. Na dodatek, mieli przecież parę nierozwiązanych spraw. James co prawda obiecał Lily, że zapomni i nie będzie szukał rewanżu, ale przecież nie musieliby się od razu pojedynkować. Mógłby po prostu zobaczyć, gdzie Snape się tak śpieszy. Randkę można było skreślić w pierwszej kolejności – odezwał się sarkastyczny głosik w głowie Jamesa.

- Wiesz, że blokujesz kolejkę?

- Rosie, Rosie. Przecież mnie znasz i wiesz, że mam to gdzieś…

Coś w minie Snape'a, jego napiętej sylwetce i szybko stawianych krokach zaintrygowało Jamesa. Już wiedział, że nie będzie w stanie odpuścić. Nie dałoby mu to spokoju. Przed oczami nadal miał widok jego zadowolonej twarzy podczas zajęć z obrony przed czarną magią.

Spojrzał na Lily, rozważając wszystkie za i przeciw swojej decyzji. Przecież zniknąłby tylko na chwilkę.

- To co, Rosie? Kropelkę…

- Łapo – przerwał przyjacielowi, nie spuszczając Snape'a z oczu. – Powiedz Lily, że za chwilę wrócę. Muszę coś załatwić.

Nie czekając na reakcję Syriusza, zaczął się szybko przepychać w stronę wyjścia. Dzwoneczki znów zabrzęczały, gdy otworzył drzwi i wypadł na zimne, marcowe powietrze. Wiatr zmroził go do szpiku kości, ale James nie miał teraz czasu, by zastanawiać się nad tym dłużej. Snape oddalał się coraz to szybciej.

- Hej! – Syriusz dogonił go ze skonsternowaną miną. – A ty gdzie?

- Co…? – odburknął James, torując sobie łokciami drogę przez ulicę. – Snape coś knuje.

Syriusz nie zawrócił, także koncentrując wzrok na ciemnej sylwetce ślizgona. Zmrużył oczy, jakby zamierzał go upolować samym spojrzeniem.

- Idzie do Świńskiego Łba - stwierdził. – Aberforth wpuści nas tylnym wejście.

James uśmiechnął się, nie zwalniając ani na chwilę. To było oczywiste, że Łapie nie będzie musiał niczego więcej wyjaśniać. Rozumieli się bez słów.

- Możemy przy okazji porozmawiać ze Smarkiem o jego nagłej fascynacji quidditchem – dodał Syriusz pod nosem, jakby czytał Jamesowi w myślach.

- Tak. Może wpadnie na imprezę z okazji naszej wygranej.

Chłopcy zarechotali, zbliżając się coraz to bardziej do obskurnego pubu. Zamiast skierować się jednak w stronę głównego wejścia, skręcili w boczną, bardzo wąską szczelinę między dwoma krzywymi kamienicami, wyglądającymi tak, jakby miały się zaraz na siebie zawalić. Przecisnęli się na brudne i zagracone starymi, zepsutymi magicznymi przyrządami podwórko.

Do obdrapanej ławki stała przywiązana koza. Żuła brudny kawałek materiału, który musiała wygrzebać ze śmietniska. Gdy tylko ich zobaczyła, zabeczała cicho i niemal w tej samej chwili otwarły się skrzypiące drzwi, zupełnie jakby ich właściciel usłyszał niepokojący alarm.

- Czego tu…? A, to wy – mruknął wysoki czarodziej o gęstej, miedzianej brodzie. Przez przybrudzone szkiełka okularów błyszczały bystre, niebieskie oczy.

Schował różdżkę do kieszeni, obdarzając ich surowym spojrzeniem.

- Cześć Ab – przywitał się James, ignorując jego opryskliwość. Zdążył już się przekonać, że takie zachowanie było akurat przejawem w miarę dobrego nastroju młodszego z braci Dumbledore. – Jak leci?

- A jak myślisz, Potter? – prychnął Aberforth. – Gównianie. Czego chcecie?

- Twojej pomocy – odrzekł Syriusz szczerząc zęby. Było widać, że darzy starszego czarodzieja sympatią. Zawsze, ku uciesze przyjaciół, naśladował potem jego zachowanie, doskonale oddając tym samym jego zrzędliwą naturę. – Jest u ciebie ktoś, kto nas interesuje.

- To nie biuro matrymonialne, Black – odciął się Ab.

Syriusz zaśmiał się głośno. James też się uśmiechnął, odpowiadając:

- Jak zobaczysz tę pokrakę, to ci się odechce takich żartów. Chcemy się dowiedzieć, czego ten palant u ciebie szuka.

- I skąd pomysł, że wam pomogę?

- Bo zawsze to robisz.

Tym razem przez wykrzywione w podkowę usta czarodzieja przebiegł cień uśmiechu, a jego oczy zamigotały wesoło.

- Dobra, ale macie potem, któregoś wieczoru wpaść do mnie, żeby się napić. Zrozumiano?

- Tak jest – zasalutował Syriusz i spojrzał na Jamesa. – Masz pelerynę?

James prychnął z udawanym oburzeniem, sięgając ręką pod szatę.

- Za kogo ty mnie uważasz? Jasne, że tak.

- Dzięki, Ab. To widzimy się na dniach!

James okrył siebie oraz przyjaciela peleryną i razem podążyli za młodszym Dumbledorem do pogrążonego w mroku wnętrza pubu. Zaduch niemal uniemożliwiał oddychanie.

- Tam – szepnął Syriusz, wskazując podbródkiem na jeden ze stolików.

Snape miał głowę ukrytą pod kapturem, ale nie przeszkodziło to Jamesowi w rozpoznaniu go. Ślizgon siedział sam, nerwowo przebierając palcami po blacie obdrapanego stolika, upstrzonego jasnymi plamami z wosku. Mała świeczka była już niemal całkowicie wypalona, a ostry płomień rozlewał się jaskrawym światłem po drewnianej boazerii na ścianie.

Aberforth zajął miejsce za barem, obsługując małego i wyjątkowo brzydkiego goblina, a chłopcy zaczęli ostrożnie przemieszczać się w stronę wspomnianego stolika. Musieli uważać, by na nikogo nie wpaść i nie wzbudzić tym samym paniki. Po pamiętnym napadzie w samym centrum Pokątnej, świat czarodziejów stał się wyjątkowo ostrożny, a pojawienie się w pubie dwójki niewidzialnych ludzi na pewno wywołałoby niepotrzebny zamęt.

James rozejrzał się, szukając dobrego miejsca, z którego mogliby obserwować Snape'a i jego uwagę przykuła niewielka wnęka pod oknem. Spojrzał na przyjaciela i wiedział, że Syriusz też zdążył ją już zauważyć i jego myśli biegły tym samym torem. Wstrzymując oddech wcisnęli się we wskazane miejsce, upewniając się, że są całkowicie ukryci.

Snape rozejrzał się dyskretnie po barze, jakby kogoś szukał, po czym zrobił łyka ze złocistego płynu na dnie szklanki.

- Może po prostu przyszedł się napić – szepnął Syriusz tuż przy uchu Jamesa.

- Zaraz się przekonamy.

Ale gdy tak siedzieli, obserwując jak Severus Snape opróżnia jedną szklankę i zamawia kolejną, James także zaczął mieć wątpliwości, co do swojej teorii. Może faktycznie Ślizgon przyszedł na drinka? Może tylko tyle miał na myśli? Ale dlaczego szedłby tutaj taki zdenerwowany? Czemu przemykałby jak cień ulicami Hogsmeade? I czy Snape nie miał zawsze skrytego motywu za wszystkim, co robił? Tak, jak w przypadku Lily – pomyślał James. Dziewczyna może nie chciała tego dostrzec, ale Snape udawał jej przyjaciela tylko po to, by być blisko niej. James był pewny, że przyjaźń nie wystarczała Ślizgonowi. Ucieszył się na myśl, że teraz Smark trzymał się od Lily z daleka.

Syriusz ziewnął cicho, drapiąc się po głowie.

- Ale on jest nudny – mruknął. – Brzydki i nudny. Taki, to przegrał życie, nie?

James uśmiechnął się pod nosem, powstrzymując głośne parsknięcie.

- Ile tu jeszcze będziemy siedzieć? Aż Smark zdąży się całkiem upić?

- Nie…

Ale James nie zdążył dokończyć, bo drzwi do małego baru otwarły się i w słabym świetle dnia pojawił się zarys kolejnej, zakapturzonej sylwetki. Siedzący niemal tuż obok Snape wyprostował się, wyraźnie spięty. Odłożył szklankę nieco zbyt energicznie, opryskując stolik whiskey.

Postać rozejrzała się po pubie i szybkim krokiem podeszła w stronę Snape'a. Odsunęła krzesło z głośnym skrzypnięciem i nie zdejmując kaptura, usiadła.

- Wszędzie pełno aurorów, nie umiałem się przebić – odezwał się znajomy głos.

- To przecież… - syknął Syriusz, wytrzeszczając oczy, ale James go uciszył jednym machnięciem ręką.

Łowił teraz każde słowo.

- Jesteś sam? – spytał Snape tak cicho, że chłopcy musieli wytężyć słuch.

- Tak. Za duże ryzyko, żeby wysyłać większą grupę. Z resztą, i tak mam dla ciebie tylko krótką wiadomość.

- Myślałem, że pojawi się Malfoy.

Spod kaptura rozległo się prychnięcie i gdy postać uniosła głowę, ogień dogasającej świecy padł na część jej twarzy. Nicolai Mulciber patrzył na Snape'a niemal pogardliwie.

- No jasne – odrzekł sarkastycznie. – Bo Lucjusz nie ma niczego innego do roboty. Wkurzył się na początku, że nie rzuciłeś z nami szkoły.

Tym razem to Snape się zaśmiał.

- Czyli widzę, że nie darzy cię zbyt dużym zaufaniem. Nadal – powiedział chłodno i dobitnie.

- Co ty pieprzysz, Snape?

- Nie wiem, czy mogę ci to zdradzić. – Smarkerus z widocznym upodobaniem się z nim droczył. – Zostałem w szkole, bo takie otrzymałem rozkazy.

Zapadła cisza. Twarz Mulcibera znów zniknęła w cieniu.

- Widzisz – ciągnął Snape, popijając ze szklanki, - was potrzebował do czarnej roboty. Ja mam inne zadanie.

Mulciber poruszył się gwałtownie, jakby sięgał po różdżkę, ale się opanował.

- Dobra – warknął. – W każdym razie mam ci przekazać, że twoja ostatnia wiadomość bardzo go zaciekawiła. Masz dowiedzieć się na ten temat tyle, ile zdołasz. Nie wysyłaj żadnej sowy, spotkamy się za niedługo znowu i wtedy wszystko mi opowiesz.

- Myślę, że nowe wiadomości mogą pojawić się już dzisiaj.

- Świetnie. Zostaniesz nagrodzony, jeśli okażą się przydatne.

Snape skinął głową, odstawiając pustą szklankę na stolik.

- Słyszałem, że… - Mulciber przerwał jednak z cichym syknięciem. Złapał się za nadgarstek, jakby coś go oparzyło. – Dobra, pogadamy później. Na mnie czas.

Bez pożegnania wstał szybko od stolika i opuścił lokal. James nie musiał widzieć twarzy Snape'a, żeby wiedzieć, że jego oczy skierowane są teraz w stronę drzwi. Miał ochotę się ujawnić i z triumfem oznajmić Ślizgonowi, że go przejrzał. Że wie. A potem wyjąć różdżkę i…

- Spadajmy – mruknął Syriusz. – Evans cię zabije.

- Tak – zgodził się James, rzucając ostatnie spojrzenie w stronę Snape'a.

Nie miał czasu, żeby pomyśleć nad reakcją Lily. Przez jego umysł z prędkością światła przepływała teraz niezliczona ilość innych myśli i wszystkie coraz to bardziej tworzyły całość. Wiedział, że nigdy się nie mylił co do Smarkerusa. Co do tej przebiegłej, oślizgłej gnidy. Tego zdrajcy, stojącego murem za Voldemortem. Nigdy jeszcze nikogo nie darzył tak wielką nienawiścią. Na samą myśl, że Lily tyle razy przebywała z nim sam na sam miał ochotę kogoś uderzyć.

Chłopcy wydostali się z powrotem na zagracone podwórko i pomknęli jak najszybciej mogli w stronę Trzech Mioteł. Dopiero przed samym wejściem James zaczął się zastanawiać nad tym, co ma powiedzieć Lily. Prawdę? Nie był pewien, czy powinien.

- Gdzie wy się, do licha, podziewaliście? – spytał z wyrzutem Remus, patrząc na ich zarumienione od mrozu twarze i rozwiane od wiatru włosy.

- W jednej chwili staliście przy barze, a w następnej już was nie było – dodał Peter.

Lily jako jedyna milczała, wpatrując się badawczo w Jamesa. Chłopak nie był pewny, czy jest na niego zła. Nim zdążył jednak pomyśleć nad dyplomatycznym wytłumaczeniem, Syriusz nachylił się do przyjaciół i szepnął:

- Śledziliśmy Smarka.

Na twarzach słuchaczy odmalowało się niemal jednakowe zdumieniem. Tym razem James już wiedział, że oczy Lily błyszczą ze złości.

- Nie wierzę – mruknęła z irytacją.

- Spokojnie, Evans. Nikt nie zginął – zwrócił się do niej Łapa trochę zbyt ostro.

- Spotkał się z Mulciberem – powiedział James, ucinając dalszą sprzeczkę. – Wygląda na to, że Snape został w Hogwarcie z rozkazu Malfoya - ciągnął, nie zważając na to, że Lily zauważalnie pobladła. Chciał, żeby wiedziała prawdę. Musiał ją ostrzec. – Ma tutaj chyba zbierać informacje o tym, co się dzieje w szkole.

Zapadła cisza.

- To było do przewidzenia – powiedział Remus, a Peter przytaknął.

James zaczął się martwić przerażoną miną swojej dziewczyny. Może powinien ją jakoś przygotować na tę wiadomość? Pewnie nie przypuszczała, że Snape mógłby pracować dla Sami-Wiecie-Kogo.

- Lily, wszystko okej? – spytał cicho, nachylając się do niej.

Spojrzała mu prosto w oczy. James po raz pierwszy kompletnie nie potrafił odczytać jej uczuć. Pokręciła powoli przecząco głową, po czym przytaknęła, jakby nie potrafiła się zdecydować.

- Ja już chyba pójdę – odezwała się w końcu, odstawiając butelkę.

Trójka Huncwotów spojrzała na nią z zaskoczeniem, ale powstrzymali się od komentarzy. James był im za to wdzięczny.

- Odprowadzę cię – powiedział, nie spuszczając z niej wzroku.

Dziewczyna skinęła, zapinając guziki mugolskiego płaszcza. W zupełnej ciszy wyszli na ulicę.

- Gniewasz się? – spytał powoli James, badając jej reakcję.

Lily westchnęła, spuszczając wzrok na swoje buty. Wyglądała tak, jakby biła się z myślami. Spojrzała z ukosa na Jamesa, najwyraźniej oczekując, że wyczyta z jego twarzy odpowiedź.

- Nie mogę – odpowiedziała cicho i ku jego zaskoczeniu chwyciła go za rękę.

James poczuł ulgę, zupełnie nie zastanawiając się już nad znaczeniem jej słów.


Lily z ulgą zamknęła drzwi pustego dormitorium. Bez pochylania się zrzuciła ze stóp buty i podeszła do swojego łóżka. Położyła się, czując jak jej mięśnie się rozluźniają. Zupełnie, jakby właśnie przebiegła ciężki maraton.

- Gniewasz się?

- Nie mogę.

Oczywiście, że nie mogła się na niego gniewać. A przecież powinna! Ale nie mogła. Zbyt dużo ukrywała przed Jamesem. Nie powiedziała mu o tym, że wtedy, w Dziurawym Kotle to Snape ocalił ją przed torturującym zaklęciem. Gdyby to przyznała, wyjawiłaby tym samy, że Severus już od jakiegoś czasu jest Śmierciożercą. Nie była pewna czemu, ale nie mogła tego zrobić. Może przez dawny sentyment? Może dlatego, że kiedyś chyba kochała tego pokręconego i skrzywdzonego człowieka? Może dlatego, że tak wiele o nim wiedziała? Znała jego ojca. Znała jego mroczne sekrety i myśli, którymi prawdopodobnie nie dzielił się z nikim innym. Miała dziwne wrażenie, że to byłaby zdrada. W najgorszym tego słowa znaczeniu.

To dziwne, bo zarazem nienawidziła się za to, że nie potrafiła tego z siebie wydusić. Wiedziała, że gdyby była mądrzejsza, odważniejsza, to tak właśnie by postąpiła. Tego oczekiwaliby od niej Dumbledore, przyjaciele… James. Severus nie był już jej przyjacielem. Gdzieś po drodze stał się obcym, niebezpiecznym czarodziejem. Zagrażał przecież uczniom, a jej zadaniem, jako Prefekt Naczelnej było eliminowanie zagrożeń. Tyle, że tym razem nie mogła wypełnić należycie swoich obowiązków.

Nie mogła go zdradzić.

Nie mogła też teraz gniewać się na Jamesa.

Poczuła ulgę, że się dowiedział. Że ta informacja wyjdzie na jaw, ale nie z jej ust. Czy to czyniło z niej złą osobę? Czy powinna się mu przyznać? Nie wiedziała, czy starczy jej odwagi. Po ostatniej kłótni wszystko w ich relacji wydawało jej się takie kruche.

Przytuliła poduszkę, wspominając ten czas, który spędzili samotnie w pustej klasie. Uśmiechnęła się, myśląc o ciepłym oddechu Jamesa na swojej twarzy. O jego dłoniach, przenikających niemal pod jej skórę i dotykających każdego nerwu. O jego ustach, muskających jej wargi, szyję, ramiona…

Jak mogłaby zrobić cokolwiek, co mogłoby znów oddalić ich od siebie? Wiedziała, jak James by zareagował. Widziała tę dzikość w jego oczach, która pojawiała się tylko w tych szczególnych momentach. Słyszała zdecydowanie w głosie. Pamiętała, jak jego ręka nigdy nie drżała, gdy celował w kogoś różdżką. Zawsze tak pewny tego, co robił. Zawsze taki porywczy.

Dobrze, że miała jeszcze trochę czasu do namysłu.

Nim Lily jednak zdążyła się zorientować, szła już zazwyczaj zatłoczonym korytarzem, wiodącym do klasy profesor McGonagall. U jej boku, dziarskim krokiem podążały także rozentuzjazmowane Dorcas i Alice, oraz nieco przygaszona Margot.

- Ciekawe, kto będzie prowadził zajęcia – powtórzyła chyba po raz milionowy Dorcas.

- Tak – odrzekła Alice, według utartego scenariusza. – Mam nadzieję, że Dumbledore. Słyszałam, że w swoich czasach był najlepszym nauczycielem!

- A ja nie wiem, czy chciałabym, żeby to był on – odezwała się Margot, ściągając na siebie zaciekawione spojrzenia.

Tej opcji dziewczęta jeszcze nie przerabiały.

- Czemu? – spytała Lily.

- Bo on mnie onieśmiela – odrzekła przyjaciółka. – On jest geniuszem… Widziałyście jego kartę z czekoladowych żab, prawda? A co, jeśli uzna, że się nie nadaję, bo jestem… za głupia?

- Kochanie! Gdyby tak myślał, to przecież nie wysyłałby ci zaproszenia! – odrzekła Lily uspokajająco, na co Alice i Dorcas przytaknęły ochoczo.

Margot nie powiedziała już nic na ten temat, ale nie wyglądała też na zbytnio przekonaną tą odpowiedzią.

Cztery Gryfonki zdziwiły się, gdy po wejściu do klasy okazało się, że jest ona w dużym stopniu zapełniona. Z pewnością Lily nie spodziewała się, że Dumbledore zaprosi aż tyle osób. Wszyscy byli uczniami ostatniego roku: Krukoni, Puchoni i aż dwóch Ślizgonów. Tych ostatnich raczej nikt tutaj nie oczekiwał.

- Hej! – zawołał James na ich widok.

Czwórka chłopców dla odmiany zajmowała teraz miejsca na przedzie klasy. Lily uznała, że to ich niewerbalne wyrażenie szacunku dla dyrektora i zademonstrowanie tego, że są zainteresowani zajęciami.

Z trudem uśmiechnęła się do Jamesa, siadając tuż obok niego. Chłopak objął ją ramieniem i pocałował w policzek.

- Nie wiedzieliśmy się krótką chwilę, a ja już się stęskniłem – szepnął jej na ucho, wysyłając przyjemne mrowienie wzdłuż jej kręgosłupa.

Lily wtuliła się w niego, zatrzymując zgryźliwą uwagę, znajdującą się tuż na końcu języka. Przecież gdyby dzisiaj nie zniknął nagle na tej swojej małej misji szpiegowskiej, to spędziliby znacznie więcej czasu razem. Nie chciała psuć mu jednak humoru.

- Ja też – odpowiedziała tylko, nie do końca szczerze.

Jego widok zbytnio przypominał jej teraz o tych wszystkich kłamstwach i sekretach.

- Nie wiem, czy to dobry pomysł, żebyś jednak siedziała tak blisko mnie. Będziesz mnie rozpraszać! – poskarżył się teatralnie James.

Znajdujący się krzesło obok Syriusz przewrócił ostentacyjnie oczami.

- Już ja ci pomogę wrócić do rzeczywistości, ośle – mruknął, wywołując śmiech przysłuchujących się rozmowie pozostałych Huncwotów.

Godzina siedemnasta nadeszła, a razem z nią nadszedł także i profesor Dumbledore. Jak na osobę w jego wieku (chociaż nikt tak naprawdę nie wiedział, ile dyrektor ma lat) poruszał się bardzo energicznie i mógłby wpędzić w kompleksy niejednego młodszego od siebie. Jego błyszczące, fioletowe szaty i szpiczasta tiara wyglądały jakoś dziwnie na tle jasnych ścian klasy. Lily zdała sobie sprawę, że tak bardzo przywykła do tego, że widuje go tylko w wyjątkowo formalnych okolicznościach, że nie potrafiła już chyba wyobrazić go sobie w żaden inny sposób. Aż do teraz, oczywiście.

Dyrektor stanął na środku klasy, omiótł wpatrujących się w niego uczniów bystrym spojrzeniem i klasnął w dłonie. Lily niemal nie podskoczyła na swoim krześle. Starzec równie dobrze mógłby strzelić z armaty.

- Niektórzy z was wiedzą, inni nie – zaczął nietypowo. – Ci, którzy niewiedzą, zastanawiają się na pewno, dlaczego wzywam was tutaj w wolny dzień, jakim jest sobota. Prawda jest taka: na wojnie, a obawiam się, że tak należałoby nazwać obecne wydarzenia, nie ma wolnych dni.

Słowa dyrektora, mimo że wypowiedziane jego zwyczajowym tonem, zdały się ciężkim brzemieniem dla słuchaczy. Lily nie była nawet do końca pewna, co tak naprawdę ją w nich poruszyło. Być może to, że po raz pierwszy ktoś, kto był dla niej dużym autorytetem wypowiedział na głos to, czego od dawna się bała. A może własne sumienie?

- Wojna nie wybiera – kontynuował dyrektor już nieco poważniejszym tonem. – Nie ważne, czy jesteście uczniami, dobrze wyszkolonymi aurorami, mugolami czy też może pochodzicie z najstarszej z czarodziejskich rodzin. Wszystkich was dotyczy i dlatego was tutaj zgromadziłem. – Ciężka pauza. Było słychać poruszenie. Lily odszukała pod biurkiem dłoni Jamesa. – Być może niektórzy się ze mną nie zgodzą, ale najgorsze, co można zrobić, to pozostać biernym. I dlatego właśnie zorganizowałem te spotkania – żebyście nie musieli być bierni. Chcę umożliwić wam zaangażowanie się w walkę. Chcę pomóc wam w zrozumieniu tego, co was otacza. Chcę, żebyście umieli się temu przeciwstawić. Jeżeli ktoś z was już teraz uważa, że to dla niego za wiele, to może odejść. Nie będę tu nikogo zatrzymywał na siłę, bo brak motywacji może być czasem równoznaczny z wyrokiem śmierci.

Margot wzdrygnęła się nieznacznie. Dziewczyna oddychała ciężko i była blada na twarzy. Lily przez chwilę myślała, że przyjaciółka zdecyduje się opuścić zajęcia, ale odczuła ulgę, gdy wbrew wszystkiemu nie ruszyła się z miejsca.

- Chcę jednak – mówił dalej Dumbledore, – żebyście zostawili dla siebie to, czego się tutaj dowiecie. Udało mi się przekonać moich zaufanych współpracowników, aby dzielili się z wami swoją wiedzą, a oni, w swojej uprzejmości, na to przystali. Jest to wiedza, którą sami zdobywali często w wielu trudach, dlatego nie jest przeznaczona dla niepowołanych uszu. Czy mogę tego od was oczekiwać? – zakończył pytaniem.

Lily przytaknęła niemal mechanicznie, zahipnotyzowana słowami czarodzieja. W klasie unosiło się odczuwalne napięcie - zupełnie, jakby wszyscy wstrzymywali oddech. Jakby każdy dodatkowy dźwięk, oprócz melodyjnego głosu dyrektora, mógł być brakiem szacunku dla jego wiedzy i zaangażowania. James mocniej ścisnął jej palce.

- Dobrze. – Dumbledore przytaknął, widocznie zadowolony. – Osobę, która poprowadzi pierwszych parę zajęć niektórzy z was pewnie dobrze znają. Zostawiam was w dobrych rękach pani Marlene Mackinnon.

Lily, Dorcas i Alice wydały z siebie odgłosy radości, ale Margot zdawała się nie ulegać tej atmosferze. Zapadła się w swoje krzesło, blednąc tylko jeszcze bardziej. Coś znacząco zmieniło się w jej stosunku do siostry i Lily mogła się tylko domyślać, o co chodziło. Na twarzy Syriusza pojawił się lekki uśmiech.

Dumbledore podszedł do drzwi klasy i kiedy je otworzył, do środka weszła znajoma blondynka, z równie znajomym, surowym wyrazem twarzy. Dyrektor zniknął na korytarzu.

- Witam – powiedziała Marlene swoim niskim głosem i przez chwilę tylko stała, przyglądając się wpatrzonym w nią twarzom. Zdawała się zupełnie nie dostrzegać, że wszyscy wyczekują jej kolejnych słów. – No cóż, skoro sam profesor Albus Dumbledore was wybrał, to mogę chyba oczekiwać od was wysokiego poziomu. Mam nadzieję, dla waszego dobra, że mnie nie zawiedziecie.

Może przypadkowo, ale w chwili, gdy wymawiała te słowa, jej spojrzenie spoczęło chwilę dłużej na dwójce Ślizgonów i Syriuszu. Lily odwróciła się dyskretnie. Chłopak siedział pochylony do przodu i zdawał się wsłuchiwać dokładnie w słowa starszej siostry Mackinnon. Był to widok o tyle zadziwiający, że Black zazwyczaj nie okazywał zbyt dużego zainteresowania lekcjami.

Marlene usiadła na biurku, zupełnie wyluzowana.

- Muszę już na samym początku wam powiedzieć, że w szkole nie nauczyliście się jak dotąd prawdopodobnie niczego, co mogłoby wam zapewnić przetrwanie – zaczęła obojętnym tonem. – Większość z was, stając twarzą w twarz z wrogiem nie stanowiłaby dla niego większego wyzwania, niż wróbel z podciętymi skrzydłami w łapach głodnego kocura. Jak na chwilę obecną, prawdopodobnie zginęlibyście i gdybyście mieli szczęście, byłaby to szybka i bezbolesna śmierć. – Podniosła się z biurka i stanęła na środku klasy. Lily pomyślała, że Marlene Mackinnon była typem osoby, która wiedziała, jak wywrzeć odpowiednie wrażenie na swoich słuchaczach bez większego wysiłku. Niespodziewanie uśmiechnęła się i mrugnęła zawadiacko okiem. – Ale właśnie po to ja tu jestem, prawda? Żebyście nie byli owieczkami skazanymi na rzeź. Zobaczymy, co da się z was wyciągnąć, smarkacze.

Okazało się, że Marlene jest wyjątkowo wymagającym wykładowcą, nie zajmującym sobie głowy czymś tak prozaicznym, jak odpoczynek swoich podopiecznych. Przez kolejne dwie i pół godziny najpierw opowiadała im wyjątkowo krwawe i odstraszające opisy pojedynków oraz bitew, w jakich uczestniczyła, a później podzieliła ich na pary i przeprowadzała symulacje ataku.

Lily była wykończona zarówno psychicznie, jak i fizycznie, gdy wreszcie usłyszała, że na dzisiaj już koniec. Dziewczyna nie marzyła już o niczym innym, jak o gorącej kąpieli i możliwości położenia się we własnym, wygodnym łóżku. Zwijała właśnie długą rolkę pergaminu, na której notowała najważniejsze informacje oraz własne przemyślenia, gdy usłyszała za sobą łagodny głos.

- Co myślisz o tych zajęciach?

Remus Lupin wyglądał na zdenerwowanego. Patrzył na nią niepewnie, a dłonie miał ukryte w kieszeniach szaty. Lily wyprostowała się, chowając pergamin do torby. Tuż obok James był zajęty entuzjastyczną rozmową z Syriuszem, który wciąż zerkał z zaciekawieniem na Marlene.

- Były interesujące – odrzekła. – Ale też bardzo przygnębiające.

Nie była do końca pewna, jak powinna się zachować w stosunku do Lupina. Ostatnio rozmawiali w miarę normalnie, ale pewna niezręczność i niewidoczna przeszkoda ciągle stała na drodze ich przyjaźni. Jego reakcja na jej ostatnie wyznanie była jeszcze świeżą raną, którą ciężko było tak łatwo zasklepić. Lily nie radziła sobie zbyt dobrze z odrzuceniem, a w dodatku jej sumienie właśnie teraz powtarzało ciągle jego słowa, wypowiedziane w obronie Jamesa: „Pomyśl jednak trochę nad tym, czy ty zawsze mówisz mu całą prawdę i zawsze jesteś w porządku."

- No, to chyba jesteś jedną z niewielu osób, która się ze mną zgadza. – Lupin uśmiechnął się gorzko. – James i Syriusz uważają, że było niesamowicie i nie mogą się doczekać kolejnego spotkania.

Przez chwilę milczeli, a Lily wręcz mogła wyczuć bijące od Remusa napięcie. Wyglądał jak ktoś, komu jest wyjątkowo ciężko dojść do ładu z własnymi myślami. Był tak młody, a już z tak wieloma problemami musiał sobie radzić. Ludzie w ich wieku nie powinni mieć takich zmartwień. Powinni rozkoszować się swoją młodością.

- Słuchaj, Lily… - zaczął, ale mu przerwała.

Nie chciała, by ją przepraszał. Nie musiał tego wypowiadać na głos. Fala zrozumienia spłynęła na Lily, niemal całkowicie usprawiedliwiając Lupina.

- Wiem – odpowiedziała. – Nic nie musisz mówić.

- Nie chciałem…

- Remusie, naprawdę.

Chłopak spojrzał na nią z ulgą i wdzięcznością. Uśmiechnął się nieśmiało.

- Mówiłam wtedy szczerze. Cokolwiek by się nie stało, mam nadzieję, że zostaniemy przyjaciółmi.

- James ma szczęście – stwierdził Lupin z rozbrajającą szczerością.

Lily poklepała go po ramieniu.

- Chodź, pora wreszcie dzisiaj trochę odpocząć – powiedziała z uśmiechem.

Rozejrzała się, ale Jamesa nie było już w sali. Syriusz i Peter właśnie kierowali się do wyjścia, Alice i Dorcas szły blisko nich, a Margot rozmawiała z siostrą.

Lily westchnęła. Czy James Potter kiedykolwiek przestanie być dla niej taką zagadką?

Z milczącym Lupinem u boku, także wyszła na korytarz, odtwarzając w myślach wszystko, co usłyszała podczas ostatnich trzech godzin. Czy coś mogło budzić zarówno strach, jak i podniecenie? No i te przeklęte sumienie…

Niemal nie krzyknęła, gdy czyjeś ręce złapały ją w pasie, odciągając od grupy. Odwróciła się, ale nie zobaczyła nikogo. Od razu pojęła o co chodzi.

- Gramy w chowanego? – spytała z uśmiechem, wpatrując się w pustą przestrzeń przed sobą.

Rozległ się cichy śmiech i po chwili w powietrzu pojawiła się para znajomych dłoni. Złapały ją za ręce, przyciągając do siebie tak, że już po chwili Lily stała z Jamesem nos w nos pod peleryną niewidką.

- Widzieliście Lily? – dobiegł ją głos Dorcas.

- Szła tuż koło mnie – odrzekł zdumiony Lupin.

Lily zachichotała na widok szelmowskiego uśmiechu na ustach Jamesa.

- To porwanie – powiedział i zamknął krótki dystans, który dzielił ich usta.

Lily zdziwiła się faktem, że jej zmęczone ciało nadal miało tyle energii, gdy tylko chodziło o Jamesa. Przylgnęła do niego, ujmując jego twarz w dłonie.

- Nie wiem, czy się cieszyć, że tak reagujesz na porwanie – zażartował. – Powinnaś zacząć krzyczeć i się wyrywać.

- Widzę, że miałeś już wszystko obmyślone – odrzekła równie żartobliwie.

- Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo.

- To gdzie mnie porywasz?

- Na randkę. Pierwszą i najprawdziwszą.

Lily wyszczerzyła zęby, czując jak niemal rozpływa się z radości w jego ramionach. Przez chwilę wszystkie przygnębiające myśli uleciały z jej głowy. Znów go pocałowała, przelewając na jego usta cały swój entuzjazm.

James zaśmiał się.

- Chodź – pociągnął ją za rękę.

Lily, nic nie mówiąc, potulnie ruszyła w obranym przez niego kierunku. Czuła się jak mała dziewczynka, której rodzice obiecali nową lalkę do zabawy. Najbardziej ekscytujący był jednak fakt, że James, tym razem dobrowolnie był gotów, by wtajemniczyć ją w swój fascynujący świat.

- Hej! – pisnęła, gdy chłopak nagle skręcił prosto na stabilną ścianę, ale James tylko prychnął i gładko przeszli przez mur, tak jak na peron 9 i ¾.

- Zaufaj mi – powiedział, sprawdzając z niekrytą radością jej reakcję.

Lily nie miała żadnych wątpliwości. Tak bardzo chciała być częścią świata Jamesa.

- Dobrze – odrzekła łagodnie. – Gdzie idziemy?

- Panna Ciekawska Dusza – zaśmiał się. – Czyżbyś nie lubiła niespodzianek?

- Lubię wiedzieć na czym stoję.

James zatrzymał się nagle, przyciągając Lily do siebie.

- Wiesz, że nikt nas teraz nie może zobaczyć i możemy robić co tylko chcemy? – spytał unosząc jedną brew.

Lily poczuła motyle fruwające w jej brzuchu. James zawsze wywoływał w niej tyle emocji. Przytaknęła, wsuwając palce pod rękaw jego szaty i muskając skórę na jego ręce. Gorąca.

- Lubię twoją pelerynę niewidkę – stwierdziła cicho.

- Ja chyba zacznę ją lubić jeszcze bardziej – odrzekł James równie cichym głosem.

Przymknął oczy, opierając brodę na głowie Lily. Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało. Lily bała się, że mogłaby tym samym zepsuć tę magiczną atmosferę. Wsłuchiwała się w ciszy w jego przyspieszony oddech i bicie serca. Jak dla niej, to randka nie musiałaby się składać już z niczego innego. Wystarczyłoby, że staliby tak blisko siebie, obejmując się i rozkoszując sobą nawzajem.

Ale James miał inne plany.

Objął ją ramieniem i poprowadził przed siebie kolejnym pustym korytarzem. Przeszli przez wiszące arrasy, jakiś krótki, ciemny tunel i nagle znaleźli się na trzecim piętrze, prosto przed znajomym posągiem garbatej wiedźmy, za którym już raz się chowali.

- Byliśmy już tutaj – stwierdziła Lily.

- Racja – przytaknął James, wyjmując różdżkę. – Ale wtedy chyba za mną nie przepadałaś, prawda?

Lily uśmiechnęła się, zbierając się na szczerość.

- Wręcz przeciwnie – odrzekła, z zadowoleniem obserwując zdziwienie na twarzy chłopaka. – Ale bardzo mnie ten fakt denerwował.

James przez chwilę jej się przyglądał, po czym wybuchnął śmiechem.

- Wiedziałem!

- Nie prawda! – krzyknęła Lily, wchodząc za nim do ciemnego tunelu i skupiając wzrok na świetle dobiegającym z końca jego różdżki.

- Przecież to było oczywiste! Pożerałaś mnie wtedy wzrokiem – droczył się z nią James.

Lily pacnęła go w tył głowy. Przekomarzali się przez większą część drogi tak, że minęła ona wyjątkowo szybko.

- A teraz musisz być cicho – uprzedził ją tajemniczo James, napierając rękami na małą klapkę znajdującą się tuż nad nimi. – Nie chcemy, żeby nas złapano, prawda?

- Złapano? - Wyszczerzył zęby i Lily była pewna, że zrobił to w reakcji na jej zaskoczoną minę. - Gdzie ty mnie prowadzisz?

- Cii!

Weszli do ciemnego pomieszczenia, zastawionego kartonami i pachnącego dziwnie znajomo. Znajomo słodko.

- James! – syknęła Lily nie mogąc uwierzyć w to, co się dzieje. – Czy to jest…?

- Miodowe Królestwo do usług, księżniczko.

Otworzył drzwi, prowadzące z zaplecza tuż do wypełnionego słodyczami sklepu.

- Ale to będzie przecież kradzież, jeśli coś zjemy.

- Nie, jeśli zostawimy pieniądze – stwierdził wzruszając ramionami. – Ale na razie idziemy dalej. Najpierw się czegoś napijemy, a potem tu jeszcze wrócimy.

Lily, zbyt oszołomiona przebiegiem tego magicznego wieczoru, pozwoliła mu się wyprowadzić na mroźną ulicę. James przytulił ją, chroniąc przed chłodem i ruszyli prosto w stronę Trzech Mioteł.

- Przepraszam, że cię dzisiaj zostawiłem – powiedział patrząc jej badawczo w oczy.

Lily odwzajemniła spojrzenie i uśmiechnęła się lekko.

- Może powinnam się przyzwyczajać?

James spojrzał w niebo, wzdychając i przepuścił ją do wnętrza pubu.

- Jamie, nie spodziewałam się, że tak szybko wpadniesz – powitała go Rosemerta.

Lily nie była do końca pewna, czy lubiła tę śliczną barmankę, najwidoczniej znającą Jamesa wyjątkowo dobrze. Chłopak uśmiechnął się do niej szeroko, siadając przy barze.

- Pierwsza randka – oznajmił z dumą, a Lily poczuła, jak płoną jej policzki.

- A już myślałam, że ci się nigdy nie uda – zaśmiała się Rosemerta. – To czego się napijecie, moi mili?

- Myślałem, że pokażę Lily trochę inną stronę magicznego świata – powiedział James, mrugając porozumiewawczo do barmanki. – Świat nie kończy się na Ognistej Whiskey i piwie kremowym.

- Racja – przytaknęła swoją ładną, blond głową, o którą Lily często czuła zazdrość. – To co, likiery?

- Likiery? – wtrąciła się Lily, dając znać o swojej obecności.

- Likiery – także powtórzył James i pocałował ją w policzek.

Rosemerta zachichotała, wyjmując spod lady sześć małych kieliszków i stawiając po trzy przed Lily i Jamesem.

- Mam nadzieję, że masz mocną głowę? – James zwrócił się do Lily, odwracając się do niej przodem i opierając łokciem o blat baru.

- Się okaże – mruknęła, nieufnie obserwując kolorowe butelki, przewijające się przez ręce Rosemerty.

- Nie musisz się martwić. Jak coś, to się tobą zajmę – oznajmił James z zawadiackim uśmiechem.

- Czemu mój rozsądek mówi, że to właśnie może być powodem do zmartwień?

Wybuchli śmiechem.

- No, to twoje zdrowie! – James uniósł pierwszy kieliszek, napełniony niebieskim, gęstym płynem. – Ciekawe, czy zgadniesz smak.

Lily zamknęła oczy, podniosła kieliszek i wychyliła jego zawartość za jednym łykiem. Kaszlnęła, czując palący alkohol ale zaraz potem uśmiechnęła się, rozpoznając błogą nutę kokosu. Otworzyła oczy i… niemal nie krzyknęła, gdy zobaczył, że unosi się w powietrzu. Tuż przed nią lewitował James, siedząc po turecku jak dżin na latającym dywanie. Zaśmiał się głośno na widok jej miny, a Lily mu zawtórowała, czując jednocześnie lekkość w ciele i na umyśle.

Powoli poczuła, jak opada z powrotem na krzesło. Zachichotała i odstawiła pusty kieliszek na ladę. Nie mogąc wytrzymać, złapała Jamesa za kołnierz i przyciągnęła do siebie, całując z pasją. Chłopak objął ją i przysunął bliżej jej krzesło.

- I jak? – spytał cicho, gdy ich pocałunek zelżał.

- Wspaniale! No i oczywiście, to musiał być likier kokosowy.

- Doskonale – przyznał James. – To co, następny?

Lily przytaknęła ochoczo, wpatrując się w dwa pozostałe kieliszki i zastanawiając który teraz. James sięgnął po ten wypełniony różowym likierem.

- Za co teraz pijemy? – spytał.

- Za nas? – zaproponowała Lily. – Żebyśmy pozostali zawsze młodzi.

James spojrzał na nią z zastanowieniem, po czym uśmiechnął się szeroko.

- Podoba mi się – stwierdził, wlewając zawartość kieliszka do gardła.

Lily szybko zrobiła to samo, zastanawiając się, co też stanie się tym razem. Alkohol zapiekł ją znacznie mocniej, przez chwilę pozostawiając bez tchu. Zaraz potem jednak pojawił się słodki smak gumy balonowej, zacierając przykre, pierwsze wrażenie.

James spojrzał na nią znacząco, unosząc wskazujący palec w górę, jakby chciał prosić o jej uwagę. Poruszył brwiami, po czym otworzył usta wydychając powietrze, a razem z nimi kolorowe bańki mydlane. Lily wybuchła głośnym śmiechem, tym samym także wypuszczając na zewnątrz falę mieniących się w świetle lamp baniek, które zaczęły krążyć wokół nich, przyprawiając dziewczynę o zawrót głowy. Alkohol szumiał radośnie w jej żyłach. Nie pamiętała, kiedy ostatnio bawiła się tak dobrze.

Bańki rozpływały się w powietrzu z cichym syknięciem i kiedy zniknęła już ostatnia, James odezwał się ponownie:

- Fajne, nie?

- Niesamowite! Czemu nigdy wcześniej nie słyszałam o tych likierach?

- Raczej nie uczy się o nich w szkole – odparł żartobliwie. – Jak twoja głowa?

- Świetnie – skłamała, świadomie ignorując zawrót głowy. – Jestem ciekawa ostatniego likieru!

Wskazała na zielony kieliszek.

James odchrząknął, rozbawiony.

- Mimo że nie wychowałaś się wśród czarodziei, musiałaś coś o nim słyszeć. Jest taka legenda, że Mugole mają podobny alkohol i kiedyś któryś z nich pomylił go z czarodziejskim likierem. Pojawiła się wtedy przed nim zielona wróżka. Coś ci świta? – spytał.

- No pewnie! – Lily zachichotała. – Nigdy bym nie pomyślała, że stąd się wzięły te dziwne opowiadania o absyncie!

- Człowiek się uczy całe życie – odrzekł trochę zbyt pompatycznie, wywołując tym kolejny wybuch wesołości. – No to pijemy.

- Za zielone wróżki.

- Za wróżki o zielonych oczach – poprawił ją James, odgarniając jej niesfornego loka za ucho.

Lily zarumieniła się mimowolnie, patrząc na niego z zachwytem. Wiedziała, że to nie alkohol wywołuje te wszystkie uczucia względem Jamesa. Były zbyt prawdziwe.

Przełknęła gładko zawartość kieliszka, po raz kolejny czując pieczenie w przełyku. Tym razem jednak nie złagodził go żaden kojący, słodki smak. Zakręciło jej się w głowie, więc złapała się mocniej barowej lady, a ku jej zdumieniu wokół jej głowy faktycznie zaczęła krążyć mała, zielona wróżka. Miała znajome, rude włosy i śmiała się szyderczo, trzepocząc skrzydełkami.

- James, ona tu jest – Lily szepnęła konspiracyjnie i w odpowiedzi usłyszała śmiech.

- To ją łap!

Rosemerta też się śmiała gdzieś z oddali, jakby była pod wodą. Cały świat zdawał się jedną wielką, trzęsącą się galaretką, a mała wróżka śmigała tam i z powrotem, to pokazując Lily język, to zaśmiewając się, celując w nią oskarżycielsko palcem. Zniknęła równie nagle, co się pojawiła, ale świat nie przestał wirować. Lily potrząsnęła głową czując się tak, jakby wybudziła się brutalnie z bardzo kolorowego snu.

- Wow – szepnęła, patrząc na Jamesa wielkimi oczami.

- Ja moją prawie złapałem – oznajmił z dumą. – Była szybsza niż znicz.

Lily zaśmiała się, czując mocne szumienie w głowie.

- Wow – powtórzyła, zbyt późno zdając sobie sprawę z tego, jak głupio musiała zabrzmieć.

- Rosie, dwie zwykłe szklanki wody prosimy, dobrze? – James zwrócił się do barmanki z porozumiewawczym uśmiechem. – Wypij to – rozkazał.

Lily posłusznie wykonała polecenie, czując jak woda nieco łagodzi skutki ostatniego likieru.

- Chyba starczy na dzisiaj, co? – spytał z uśmiechem, wstając z krzesła.

Lily przez chwilę patrzyła na niego, zastanawiając się tylko jak udało mu się nie zachwiać przy tak karkołomnym ruchu. Sama nie była pewna swoich nóg, które zdawały się być zrobione z waty.

- To najlepsza randka, na jakiej byłam – wybełkotała.

- A na ilu byłaś? – spytał James, podając jej rękę, którą dziewczyna z wdzięcznością przyjęła i oparła się całym ciężarem na jego ramieniu.

- Na… No, na paru byłam! – oznajmiła buntowniczo mając nadzieję, że język nie plączę jej się zbyt mocno. – Nie jest pan jedynym czarodziejem, z jakim się spotykałam, panie Potter.

- Niestety – przytaknął James z teatralnym westchnięciem. – Cały czas spędza mi to sen z powiek! Dzięki Rosie!

Machnął do barmanki i pokierował Lily prosto w stronę drzwi. Zimne powietrze smagnęło ją orzeźwiająco w twarz. Nie było jednak na tyle mroźne, by całkowicie odegnać świst, narastający w uszach dziewczyny. Uwiesiła się na Jamesie, by nie upaść.

- Jesteś taki przyjemnie ciepły – powiedziała. – Tak lubię, jak mnie dotykasz.

James uniósł brwi, patrząc na nią z rozbawieniem.

- Chyba będę cię musiał częściej upijać!

- Lubię twoje oczyyy, ręce – ciągnęła śpiewnie, nie potrafiąc powstrzymać słowotoku, - włoooosy!

- A to nowość.

Dla potwierdzenia swoich słów, przystanęła i wplotła palce w jego niesfornie sterczącą czuprynę.

- A najbardziej – powiedziała ciszej, starając się zabrzmieć uwodzicielsko, - to lubię twoje usta.

Nachyliła się do niego, obdarzając krótkim i słodkim pocałunkiem. James wyglądał na szczerze zdumionego. Szybko jednak się zreflektował i gdy Lily już chciała się odsunąć, by kontynuować swój bełkotliwy monolog, przytrzymał ją i pocałował dużo namiętniej. Stali tak, nie wiadomo jak długo. Lily w ogóle nie czuła już zimna ani marcowej aury. Czuła tylko dłonie Jamesa, jego ciepłe ciało i pachnący słodkim likierem oddech. Wszystko wirowało wokół nich, jakby byli centrum wszechświata.

- To gdzie teraz? – mruknęła w końcu, gdy zrobili przerwę na zaczerpnięcie oddechu.

- Miodowe Królestwo – wychrypiał James, nadal mocno zaciskając dłonie wokół jej talii.

- Nie dogonisz mnie – stwierdziła zawadiacko Lily, wyrywając mu się.

Zaczęli biec, zanosząc się śmiechem. Lily chyba jeszcze nigdy nie czuła się taka młoda i beztroska. James był dla niej jak słońce, którego promienie ogrzewały ją, niosąc ze sobą radość i świeżość. Tak bardzo chciała, żeby to uczucie towarzyszyło jej już na zawsze!

Chłopak odwrócił się do niej, śmiejąc i przyłożył palec do ust, nakazując by zamilkła. Wyjął różdżkę i skierował ją na drzwi Miodowego Królestwa, po czym złapał Lily w objęcia i znów złączeni pocałunkiem, wpadli do wnętrza sklepu. Lily czuła się zupełnie tak, jakby wypiła całą butelkę niebieskiego likieru. Unosiła się w powietrzu, szczęśliwa jak nigdy. Poczuła za sobą zimną ścianę, tak przyjemnie kontrastującą z rozpalonym ciałem. Ze zdumieniem odkryła też, że James całował teraz jej szyję, wysyłając przez jej ciało przyjemne dreszcze. Jego długie palce powoli odliczały jej żebra.

Nie liczyło się nic. Tylko on. Jego usta.

Wspięła się na palce, obdarzając pocałunkami jego twarz. Zdjęła mu okulary z nosa i schowała sobie do kieszeni.

- Wiesz, że jestem teraz ślepy jak kret? – spytał rozbawiony James pomiędzy kolejnymi pocałunkami, torując sobie trasę powrotną do jej ust. – Może usiądziemy? – zaproponował zdejmując wierzchnią szatę i rozkładając ją na podłodze.

Lily zgodziła się z uśmiechem. Wyglądał teraz niemal jak mugol w swojej jasnej koszuli i granatowych spodniach. Usiadła, a James położył się, opierając głowę na jej kolanach.

- Dawno nie spędziłam tak wspaniałego wieczoru – przyznała Lily nachylając się, by go pocałować.

- Ja też – odrzekł James, ku uciesze dziewczyny lekko przygryzając jej dolną wargę. – Wiesz, że jestem prawdziwym mistrzem, jeśli chodzi o zgadywanie smaków fasolek Bertiego Boota?

- No to się przekonamy, mądralo. Accio fasolki!

Założyła mu z powrotem okulary. Przez chwilę karmiła go, a James, z zamkniętymi oczami, kosztował kolorowych fasolek, wymieniając bez zająknięcia ich smaki.

- Skarpetkowy – stwierdził w końcu z obrzydzeniem, krzywiąc się.

- Nie wierzę! – odpowiedziała ze śmiechem Lily.

- Nie dam ci skosztować, nawet o tym nie myśl. Ale chyba mam już dość.

Lily odłożyła opakowanie i położyła się obok Jamesa, opierając głowę na jego piersi. Chłopak objął ją ramieniem, przysuwając bliżej do siebie.

Nie musieli nic mówić, by czuć się dobrze w swojej obecności. Lily, dużo bardziej przytomna, zaczęła ponownie przypominać sobie o swoich dzisiejszych przemyśleniach. Każdy oddech Jamesa przywodził na myśl nowe kłamstwo. Tyle rzeczy przed nim zataiła. Czy naprawdę byłaby w stanie nadal go okłamywać i ukrywać to wszystko? Czy chce, aby na tym opierały się ich relacje? Być może to alkohol dodał jej odwagi, a może po prostu sumienie wreszcie wygrało żmudną walkę, bo oznajmiła nagle:

- Wiedziałam o Snapie.

Poczuła, jak pod jej policzkiem James napina mięśnie, a jego serce zaczyna znów szybciej bić. Wstrzymał oddech. Dlaczego nic nie mówił? Czując niepokój, ciągnęła dalej, malując palcem różne wzory na jego piersi:

- Był tam, w Dziurawym Kotle. Rozpoznałam go. Powstrzymał tego Śmierciożercę, wtedy. Rozmawiałam z nim o tym następnego dnia.

James drgnął i oparł się na łokciach, patrząc teraz na nią z góry. Jaskrawe światło różdżki odbijało się od szkieł jego okularów, uniemożliwiając dziewczynie odczytanie emocji z jego oczu.

- Nie przyznał się, ale wiem, że to on…

- Rozmawiałaś z nim jeszcze potem? – spytał cicho James, a Lily poczuła dziwną i egoistyczną ulgę słysząc niepokój w tonie jego głosu.

- Tak – odrzekła niepewnie, zastanawiając się, czy powinna kontynuować. – To było wtedy, kiedy się pokłóciliśmy. Zostawiłeś mnie, a ja usłyszałam krzyki. Jacyś uczniowie znęcali się nad Puchonką, przeszkodziłam im, a oni mnie zaatakowali. Czytałeś raport?

James skinął powoli głową. Czyżby na jego twarzy malowało się poczucie winy? Lily nie była pewna.

- Nie napisałam tam wszystkiego. Snape wtedy wkroczył do klasy i mi pomógł. A potem… - urwała, czując jak zasycha jej w gardle.

- Potem? – spytał chłodno James.

- On… pocałował mnie.


Komentarze są jak dobra muzyka!

Buziaki,

J.