Ku słowom moim nakłoń ucha, luba,
ku mojej dłoni swoje nakłoń ręce.
Masz czułe palce, znasz tkliwe uczucie,
ciebie miłować – szczęścia mego ruda.

anonimowy liścik miłosny, zachowana w poradniku uwodzenia dla żaków

'

'

— Henselt wygania elfy — mruknęła z zamyśleniem Adda.

— Żadna nowina, od paru tygodni to robi. I jasnym było, że zrobi. Niech sobie w Góry Sine idą, to jest główna myśl jego rasowej polityki — prychnął drwiąco Radowid, przyciągając ją do siebie. — Może ja też tak zrobić powinienem, skoro chędożone elfy włażą mi nawet do sypialni.

Parsknęła śmiechem. Głębokim, ciemnym, gardłowym, nieco ochrypłym. Radowid uwielbiał jej śmiech. Najchętniej kazałby nadwornym bardom stworzyć listę z tysiąca komplementów pod adresem tego śmiechu, możliwie najwytworniejszy komplementów. Pod adresem jej śmiechu i każdej innej zalety. Gęstych włosów, bladej cery, sposobu, w jaki kąciki jej ust unosiły się w uśmiechu, sposobu, w jaki odsłaniała czasem zęby, błysk bieli, króciutki, w jakiś sposób niepokojący, dziki. Jak przygryzała wargę w ferworze przyjemności. Jak...

— Elfy to świetni łucznicy — głos żony zaburzył mu myśli. — I dobrzy wojownicy. Klasy drogich najemników.

— Mhm. — Przygarnął ją do siebie mocniej, wtulił twarz w jej kark. — A mówimy o nich w naszym łożu, bo?

— Dobrzy najemnicy w czas wojny się przydają.

Zmarszczył brwi, uniósł głowę. Może to przyjemność przebywania obok Addy utrudniała mu myślenie, może to senność, może to buduarowa atmosfera sypialni, ciężkiej od wszelkich możliwych odcieni czerwieni i złota, był gotów przyjąć tak poniżające wersje – ale nadal nie rozumiał.

— Elfy to nie najemnicy, tylko terroryści...

— Najemnicy idei — poprawiła kobieta, lekkim pocałunkiem przerywając mu w pół słowa. — Pójdą za każdym, kto im da nadzieję, kto im odpowiednio ładną obietnicę złoży. A słowa, mój panie, nic nie kosztują.

Uwaga na tyle trafna, że król w sekundy, z żalem, bo z żalem, ale otrzeźwiał.

— Mają elfią królową i elfie królestwo. I tolerancyjną republikę z wojskowymi Wiewiórek. Czemu mieliby przyjść do nas?

— Wygnano ich z Kaedwen. Potrzebują wsparcia. Możemy im zapewnić jakiś program pomocy, może przysiąc przyszłe przywileje – możemy zagrać na resentymencie wobec Henselta. To wielce zdradliwy sojusznik, ubiec jego ruch to nie dyshonor, a ostrożność. Dol Blathanna i Dolina Pontaru to nie są duże państwa, nie dadzą rady przyjąć wszystkich nieludzi. Zresztą, nie każdy chce emigrować z kraju, w którym mieszkał stulecie. Albo dwa.

— Elfy zwykle wspierały Nilfgaard — głośno rozmyślał król — ale ten je zdradził. Sądzę, że mają o to pewne pretensje. Pretensje, których można użyć.

— Los Gór Sinych także przecież naszą troskę budzi — mruknęła solennie Adda. — Co szkodzi obiecać, że poprzemy ich ewentualne roszczenia do rozszerzenia granic suwerenności? Dyplomatycznie to nawet raz czy dwa można sprawę poruszyć...

— Henselta szlag trafi — prychnął mężczyzna. — A wojna tuż za progiem.

— Henselt spiskuje z Filippą — w głosie jego żony pojawił się, po raz pierwszy w czasie rozmowy, gniew, prawdziwy gniew. — Wojna tuż za progiem to właśnie nasza szansa. Kaedwen nie odważy się jeszcze bardziej osłabiać Północy. Jeśli zaatakują nas, Nilfgaard grzecznie poczeka, a potem ich pożre.

— Henselt układał się z Emhyrem. Teraz, oczywiście, się zarzeka, że wszelkie kontakty zerwał, ale…

— Jeśli się ułożyli, to zaatakuje bez względu na nasze działania. Jeśli nie, to bez względu na nasze działania nie zaatakuje. Czemu sobie nie poprawić pozycji negocjacyjnej po wojnie? Czy ją wygramy, czy przegramy, pozostaniesz, panie, królem. Kwestia idzie o suwerenność, hołdy i trybuty. Cesarstwo nie zwykło wymieniać władców, jeśli nie knują za bardzo.

— Nie mamy dowodów na obecność Filippy w Kaedwen. Ani nawet przesłanek... — Król się ciągle wahał.

— A gdzie indziej? Filippę gdzieś wcięło, a Henseltowi Detmolda ubili, bardzo dobrze zresztą, nie znosiłam go, obleśny, chutliwy pederasta...

— Filippa jest zdrajczynią, ale i zdolną polityk. Nie należy jej nie doceniać – a sądzę, że niedocenianiem byłoby założenie, że pobiegła akurat do Henselta. Który jej akurat nie cierpi.

— Polityka nie takie różnice pokonuje — fuknęła kobieta. — Vide nasze kłopoty przygraniczne. Do kogo się rzucili temerscy spiskowcy? Do nieludzi. Jak to mawia gmin, wybacz mi język, panie, skurwysyn skurwysynowi...

— ...chuja nie urżnie. Tak, wiem. Niemniej nadal nie mamy dowodów na jakiekolwiek wpływy Filippy na dworze Kaedwen. Z krokami mniej bądź bardziej dyplomatycznymi będziemy musieli poczekać. Przynajmniej do jutra rana. — Pocałował Addę w szyję, długo, spokojnie, kojąco. — A to z nieludźmi to dobry pomysł, sprawdzimy zamiary Kaedwen, te korzyści po wojnie też swoje znaczą. I Vergen straciłoby powód, by spiskowców popierać – a tobie, pani, przecież na tej twojej małej zależy najbardziej, prawda?

Wydęła usta.

— I tak musimy z tą ich partyzantką porozmawiać.

— Owszem.

— Żakeria ich uratowała. Silniejsi są, niż byli, a jeszcze mogą twierdzić, że ratują Północ, tę Północ, która ich zdradziła. Najwierniejsi synowie. Czytałeś, mój panie, pisma La Fayatte'a…

— Nie mogłaś tego przewidzieć. Plan był dobry. I zadziałał. Od warstw wyższych są odcięci — przypomniał król, przejęty na widok niepokoju żony – jego genialnej żony! biedactwo, lata docinek musiały jej zrujnować poczucie własnej wartości; on już zadba, by je odbudowano. — Muszą je, rękami chłopstwa, mordować.

— Skoro ich zdradziły, to niewiele są dla nich warte. — Adda objęła go ramionami. — Ale nie mówmy już o tym, mój panie. Ustaliliśmy, co trzeba przemyśleć… Jutro. Na spokojnie. Wypoczętym będąc.

A potem go pocałowała, gwałtownie, zębami przyciskając wargi, prawie gryząc, i Radowidowi wszystkie myśli uleciały na chwilę z głowy.

'

'

— Nie zrobisz nam tego — warknął Roche.

Tonem, który wskazywał, że owszem, wie, iż Iorweth zrobi. A raczej…

— Ja? Władza należy do narodu, naród powierza ją Radzie, ja nie mam władzy. Jestem tylko najpokorniejszym sługą Rzeczypospolitej.

— Wasza Rzeczpospolita szykuje zdradę.

— Wiesz, co mawiają o łasce ludu. Poza tym, uważałbym na słowa, poza nami nie ma nikogo, kto by was zdradzić jeszcze mógł, wszyscy inni już dawno po fakcie.

— Dla Anais to wielce niedobre będzie, nerwów jej przysporzy, ona dopiero co do siebie doszła...

— Sądzicie, iż może zdanie na temat metod waszego spisku zmienić? Że listy od siostry ją przekonają? Że miłość nagła do Addy serce zaleje? Cóż, jeśli jest, jak mówicie, Redania chciała krzywdy Anais, a wy chcecie jeno dobra Temerii i dynastii, to się obawiać nie musicie…

— Prawda się nigdy sama nie obroni — prychnął agent. — Zwłaszcza, gdy mówimy o zwiedzeniu dziecka.

— Przesadzasz, Dh'oine — w głosie watażki zawdzięczał rodzaj namysłu.

— Adda to...

— …była strzyga. A ja jestem elfem. Odmieńcy.

— Miałem na myśli „suka".

Rodzaj zaskoczenia na twarzy pułkownika był w sumie wart tego drobniutkiego kłamstwa.

— Nadal. Nie widzę, jaka to niby wielka krzywda ma się stać Temerii i Jej Wysokości od tego, że będziemy pośredniczyli w jej kontaktach z siostrą. Że listy będziemy jej przynosili.

— Pozwolicie Addzie przybyć do Vergen!

— Najwcześniej za rok. Wojna tuż. Królowa Redanii raczej się przez linię frontu przekradać nie będzie.

— Dacie jej furtkę.

— Redania wsparła ostatnio sprawę starszych ras, wyganianych z Kaedwen. Jak najbardziej oficjalnie, na forum dyplomatycznym. Wyraziła zaniepokojenie jakimiś niewyjaśnionymi mordami, porwaniami, stanem w burdelach. Ujmując rzecz krótko i żołniersko, i nawet we wspólnym: w dupie mamy los waszych kłamstw i manipulacji dzieckiem, nieważna, twoich, Natalisa, czy Addy, póki możemy uzyskać tak silne wsparcie dla sprawy. Rzeczpospolita powstała między innymi dla naszych braci z Kaedwen, wygnania w środku zimy kosztowały już zbyt wiele żyć…

— Dyplomacja! — warknął major. — Zapomnieliście już, kto broni Mahakamu? Tam, u licha, stoją żołnierze, gotowi przelewać krew. A słowa nic nie kosztują.

Iorweth się uśmiechnął. Lisio, chytrze. Ale wzrok mu na chwilę złagodniał, jakby gdzie indziej był utkwiony, co innego widział. Na chwilę, jako się rzekło, zdania były już twarde i logiczne, i zdecydowanie odnoszące się do chwili obecnej.

— Nas pośredniczenie między królami także niedrogo wyniesie. I to nie jest tak, że wy macie jakikolwiek wybór.

'

'

— Irytowanie Henselta w obecnej sytuacji to szaleństwo! — Firjelowi policzki aż poczerwieniały. — To zdrada! Ta temerska dziwka oszalała!

— Czemu się jej dziwicie — nadpłynęło kobiecym głosem zza kotary w kolorze ciemnego burgunda — wszyscy przecież wiemy o jej… przypadłości. Czy się można dziwić, że strzyga, przepraszam, uleczona strzyga, popiera podobnych sobie?

— No — burknął Wincenty Polek, szlachcic bez ziemi, wykształcenia czy tytułów, ale polityczny dryg oraz posłuch wśród gołoty i szlachty zagrodowej mający niesamowity — dla wielu z nas to czarodziej niewiele od strzygi lepszy. A czarodziejka to w ogóle paskudniejsza nawet potwora…

— Mniemam, że się do owych nie zaliczacie — zaczął ostrożnie Leszek Masłowicz, gospodarz spotkania.

— Zalicza się — głos zza kotary teraz pobrzmiewał rozbawieniem. — Zalicza się, a jakże. Ale protekcję wielkich panów kocha bardziej, niż nas nienawidzi — dodał zjadliwie. — Powiedzcie, coście niby tak wielkiego zrobili dla narodu, przez jakie to epokowe burze przeprowadziliście Redanię, że pouczacie mnie?

— Walczyłem pod Brenną, walczyłem w potyczkach granicznych, nigdy od obowiązków wobec ojczyzny nie uciekałem! Nie, jak piękne czarodziejki, poukrywane za murami wież! — Wincenty zerwał się na nogi.

— Filippa też była pod Brenną — przypomniał cicho Radomir Firlej. — Wstrzymajcie się trochę.

— I niejeden z tych, co tam stał, potem w niejasnych okolicznościach skończył — wytknął Polek, opadając jednak ponownie na przykryte grubymi skórami krzesło.

— Ja skończyłam w okolicznościach bardzo jasnych — oznajmiła lodowato Einhart. — Wiernie służąc Redanii. Za co spotkały mnie oszczerstwa i tortury, przygotowane przez Nilfgaard i opętaną władzą królową.

— No, na opętaniu władzą to ty się znasz niewątpliwie — zadrwił Leszek.

Panowie zaszemrali aprobująco.

— Chcemy rozliczać mnie czy ratować królestwo? — spytała Filippa.

Chcieli ratować królestwo.

'

'

Przeszli spokojnie przez Likselę, cała gromadą. Rzeczywiście, w Litce tylko rzucono okiem na ich dokumenty, podbite w Blafenid, i kazano iść precz. To znaczy, dalej, ale intencja była jasna; okolica przeżywał rzeź w forcie Leyda, jakby to wczoraj było.

Ale za Likselą mogli, wieczorem, urządzić sobie przyjęcie. Kolejne tańce, piszczałki, Brend wygłupiał się z Veską, Yeywidd i Civean uprzejmie obtańczyli wszystkie panie, nawet matkę Brenda, Tulię. Księżyc był w nowiu, więc ognisko, rozświetlające głęboką czerń nocy, tylko wyglądało na bardziej niesamowite, bardziej przyciągało. Ves była szczęśliwa, znowu. Jak w rodzinnej wiosce, jak w Pasach, takim miłym szczęściem przynależenia.

I to ją zatrzymało w pół ruchu, w pół obrotu. Szczęście przynależenia (Roche z chłopakami się śmiali, ona się śmiała, wisielcy jeszcze kołysali w tle, nieludzka dziewczyna chlipała w kącie, wszystkie okna wyzimskiego getta były zamknięte na głucho albo czarne, puste, mieszkańcy się bali choćby w nich mignąć, „Jurysdykcja!", głośnym, wesołym tonem rzucił Roche, „najdłuższe słowo, jakie umiem powiedzieć po pijaku!"). Czemu, do cholery, tamto też było takie szczęśliwe, radosne, jak bal, jak tańce właśnie, czemu, skoro Brend powiedział – słusznie przecież – skoro... Nawet Scoia'tael i elfia buntowniczka żałowali przelanej krwi, do diabła!

— Osłabłam — wymamrotała w ramię Yeywiddowi, który natychmiast ją posadził, poszedł po zioła, opatulił, się zatroszczył.

Miała do niego pretensje wcześniej. I o co? O takie głupoty, złe słowo, trochę wzgardliwej dumy, jakby coś innego niż duma zostawało tym, których można wieszać za ich jedno słowo, jedno spojrzenie albo i za jedną wódkę, jedno wspomnienie za dużo u człowieka, którego jurysdykcji podlegali. Z woli króla.

— Coś nie tak? — rzuciła Sh'aenid, wyrastając jak spod ziemi.

Wszystko było nie tak, wszystko było nie tak, jak powinno. Ves w przypływie jakiejś melancholijnej siły, trochę strachu, trochę jeszcze ekscytacji tańcem, odważyła się odpowiedzieć, nieco tylko przekłamując:

— Grobowce na mnie zrobiły wrażenie. Grobowce i to, co ty powiedziałaś...

Zielarka chyba się nieco przestraszyła, a przynajmniej zaczęła zapewniać, że nie chciała niepokoić, przeprasza, że opowieści o mordach dla kobiety przy nadziei to faktycznie za dużo, ale niech się Veska nie boi, to było dwieście lat temu, od prawie dwóch stuleci już tylko pomaga wszystkim istotom, przyjmuje na świat dzieci, ratuje matki – i nigdy żadnej nie skrzywdziła, tamto to powiedziała w emocjach jeszcze i po fisstechu, bardzo niegodnie, bardzo niemądrze, przeprasza.

— Nas, mnie, naprawdę nie trzeba się bać — westchnęła, przytulając dziewczynę do siebie, jak małą dziewczynkę, przeczesując jej włosy; reszta tańczyła, nie zwracając na nich większej uwagi, uspokojona jednym czy dwoma słowami lekarki. — Nic ci nie zrobię. Obiecuję.

Bezpiecznie, szczęśliwie. W Ves narastało poczucie, że nie zasłużyła, silniej niż kiedykolwiek wcześniej. Elfka chociaż te niemowlęta odpokutowała. A u mnie, deliberowała dziewczyna, to jakoś tak bezsensownie odwrotnie, najpierw cierpienie, potem grzech.

— Kara i zbrodnia? — mruknęła cichuteńko Sh'aenid, głaszcząc ją po policzku. — To jest, wbrew pozorom, całkiem częsta kolejność.

Ves musiała powiedzieć na głos. Zdjął ją lęk, że tamta zapyta, jakież to wielkie zbrodnie ma na myśli, lecz zielarka milczała, spokojna, pieszczotliwa. Światło zaczęło się dziewczynie rozmazywać przed oczyma, prawie jakby była bliska łez – lub snu. Nie chciała jakoś sprawdzać.

— Czy w trakcie powstania, w oddziałach wam też było... byliście szczęśliwi? Czasami? — zapytała.

Lekarka wybuchnęła śmiechem. Miłym, matowym, tylko jednak Ves miała wrażenie, że gdzieś pod tą wesołością gorycz się pręży, jak przyczajone zwierzę.

— Och, bardzo, bardzo. Czasami. Byliśmy młodzi, byłam z ukochanym, walczyliśmy za sprawę, mordy były najpierw straszne, ale później każdy dodawał otuchy, każdy każdego wspierał, na chwilę się czuliśmy jedną rodziną. Spaliśmy razem, jedliśmy razem, żyliśmy razem, śpiewaliśmy, a w naszym śpiewie był tryumf i najpotężniejsza magia, nasz śpiew oddalał lęk, przynosił szczęście, lepiej niż fisstech. Sprawa nas łączyła, jak nic innego. Im więcej zbrodni, tym większa jedność. A jedność, poczucie, że się ma miejsce na ziemi, tu i teraz, z tymi istotami, że się jest ich częścią, że się jest ich, a oni twoi, to upija, upaja. To wielka radość. Przynależenie. Raj. To straszne, co mówię, ale tak, zabijając, ginąc, mordując, na tej wojnie momentami byliśmy niesamowicie szczęśliwi. — Dłoń we włosach Ves się zatrzymała. — Bardzo długo sobie tego nie mogłam wybaczyć. Tym, którzy potem uwierzyli... przeszli na służbę ludziom, może łatwiej było.

— Avicéanowi?

— Jemu pewnie też. Ale nie wiem, drogi się nam po procesie rozeszły, a potem... A potem, jak się spotkaliśmy... Była awantura. Że się prowadzam z Dh'oine, bo jego może złamali, ale nigdy nie przestał być porządnym rasistą. Odpowiedziałam, że przecież zdradził, wydał innych, że pracuje dla Dh'oinne, że torturuje elfy i krasnoludy, że jak on śmie i takie tam. I cóż, cóż. Zepchnął mnie ze schodów, tak w skrócie. A akurat byłam w ciąży. Pierwszej.

Zapadła lepka cisza. Muzyka zdawała się oddalać, absurdalnie, bo wystarczył rzut oka, by się przekonać, że tancerze wirują tak samo blisko.

— Nie chciałam... — bąknęła wreszcie dziewczyna. — Przepraszam.

— Toż nie ty mnie zepchnęłaś. — Wzruszenie ramion, mocniejszy uścisk. — Do siebie mam pretensje, jeśli do kogokolwiek. Bo mogłam go zatrzymać, rzucić zaklęcie, odepchnąć, cokolwiek, gdybym pomyślała. Ale... Rozumiesz, kiedy szłam pod krę, plując krwią z popękanych płuc, on po mnie skoczył. Bez namysłu. Iii — medyczka przedłużyła głoskę, między zębami, aż ta się stała tylko świstem powietrza — nie wpadłam na to, że może na mnie podnieść rękę, ze wszystkich istot on. Głupia ufność. Potem już nikomu tak – ani mężowi, ani własnemu synowi nawet...

Ves pokiwała głową. To mogła zrozumieć, bez trudu. Ona, proszę, postanowiła zaufać trochę Pasom, a bardzo Roche'owi – i jak skończyła? Jak wszyscy skończyli? Poświęceni w politycznej gierce. Może zabawne, zważywszy na to, ile razy wcześniej sami innych poświęcali w grach, cóż, niezbyt politycznych, raczej pijackich. Może nawet uczciwe w jakiejś wzniosłej perspektywie. Niemniej, to nie perspektywa Roche'a była, Roche miał nie być takim zimnym, odległym horyzontem, więc dziewczyna nie zamierzała mu wybaczać.

Tylko jakoś wzięło ją na emocje: myślała o Sh'aenid, jej dzieciach, Aleksym, Avicéanie nawet, myślała o swoim bachorze, wiosce, o chłopakach z Pasów, znowu. I ckliwie się jej robiło, aż wilgoć poczuła na powiekach, rzęsach – nie policzkach wszakże. Wtuliła twarz w ciemne, grube ubranie znachorki.

— Ech, Veska, Veska, Vesanna — westchnęła ciepło tamta. — Nie lepiej by ci było, gdybyś wreszcie wszystko opowiedziała? A jak nie wszystko, to chociaż część? To, co cię gryzie? Czego jesteś winna?

Tylko ty myślisz, westchnęła w duchu kobieta, że ja co najwyżej zabiłam parę osób, uciekając, że może jakoś wydałam, zdradziłam czy nawet zarżnęłam tych, którzy mnie gwałcili. I może zrozumiesz, jeśli się dowiesz reszty, może zrozumiesz, a może nie, bo skoro twój syn jest w lesie, to przecież – myśmy go przecież próbowali pewnie zabić, jego i setki innych, więc...

— Żyję już prawie trzysta lat — szeptała lekarka, widząc jej wahanie — i naprawdę, naprawdę, jestem w stanie wiele wyczytać z blizn i majaków, i złych snów. Ale póki nie będziesz chciała, to ja mogę zapomnieć. Wszystko.

Ves zastygła. Tamta była nadal dobrotliwa, nadal przytulała, nadal głaskała po włosach, jednak przecież – skoro wiedziała – ile wiedziała...

— Na przykład? — spytała ostrożnie dziewczyna.

— Nic, czego nie chciałabyś powiedzieć. Tylko – tylko chcę, żebyś się nie bała, rozumiesz? Cokolwiek mi powiesz, ja cię nie zostawię.

— A jakie jest najgorsze „cokolwiek", które już o mnie wiesz?

Bezpośrednia, desperacka nieco próba ustalenia, ile powiedzieć właściwie można. Jednak Sh'aenid nie wypomniała jej niezręczności, sarkazm tylko nieznacznie zabarwił jej głos, gdy odpowiadała:

— Najgorsze? Potencjalnie najgroźniejsze, znaczy? Cóż... Szczęśliwie chłopcy raczej kibicują Scoia'tael, niż naprawdę interesują wojną. Inaczej mogliby skojarzyć tatuaże Pasów i mieliby do ciebie pretensje. Dzieci — dodała pobłażliwie, zaraz zastrzegając. — Ja nie mam żalu. Wojna to wojna. Nie bój się.

Pierwszy odruch powinien iść w kierunku ucieczki i wściekłości, bo ją oszukano, zwiedziono bezpieczeństwem, którą było litością, którego wcale nie kontrolowała, a skoro tak, to do rzyci takie bezpieczeństwo – tylko nie poszedł. Ves sparaliżowało. Może przez bliskość tamtej, może przez miły, rozbawiony nastrój, może przez to, że nie chciała przyciągać uwagi reszty obozu. Po prostu zawisła bezwładnie w trzymających ją dłoniach, ledwo miała siłę oddychać, myśleć. Medyczka ją przecież nadal pieściła, teraz może łagodniej nawet, zapewniała o swojej sympatii. Martwiła się. Troszczyła („Ależ, ja wam zawsze współczuję, dziecko. Bardzo mi was szkoda, ale mnie zmuszacie", mówił cicho Roche do którejś z młodziutkich elfek, podając jej chusteczkę, żeby mogła wypluć zęby ze strzępkami godności, a Ves wtedy musiała wyjść, bo nagle się jej nałożyło z komandem, z tym chędożonym dowódcą, z jego „czemu ty mnie do tego zmuszasz, widzisz, do czego mnie doprowadziłaś", zawsze zachrypniętym od wysiłku, od złości – i zaraz potem, zależnie od nastroju, „kurwo" albo „śliczna", zaraz potem kąsanie albo pocałunki, czasem na raz).

— Nie bój się. — Dłoń zaciśnięta na dłoni, masująca delikatnie. — Jeśli nie chcesz mówić, to nie mów. Ja cię i tak przecież obronię. Gdzie będziesz chciała, tam pójdziemy, dobrze? Może nawet damy radę całkiem ominąć Dolinę Pontaru... Przecież po tym, co ty przeszłaś w tamtym komandzie to miałaś całkowite prawo nas nienawidzić...

— Nigdy nie nienawidziłam elfów. Ani nieludzi w ogóle. Tylko bandytów — zapewniła gwałtownie Ves. — Tylko bandytów wszelkich ras. Nigdy, nigdy nie zwracałam uwagi na rasę. Najmniejszej.

To było ważne. Diabelnie ważne, że w końcu Is... tamten jej nie zmusił, by przejęła jego nienawiść, jego popierdolone spojrzenie na świat. Że się mu nie udało.

— Wierzę ci — wyszeptała w jej włosy elfka. — Zresztą, nie musisz się tłumaczyć. Nie mnie na pewno. Może nie nikomu.

— Oni mnie uratowali. Pasy, znaczy. Z Roche'em. Rozumiesz? Wyciągnęli mnie, a dowódca – a Isrealim był gotów mnie zabić, wiesz? — cień głupiej dumy zabarwił jej głos.

(Nadal pamięta – „umrzeć to jest za dobre dla ciebie, dziwko, nie zasługujesz", czasem „jeszcze nie" i poklepanie po głowie, czasem „ale bądź grzeczną dziewczynką, to może..." i pocałunki, czasem „ale nie bój się, niedługo nas znajdą, niedługo wszyscy, wszyscy zginiemy" – a Isrealim dopadł do niej, tamtego świtu, kiedy już było po wszystkim, krzyki, krew, świst strzał, ktoś – Verr'et – jęczał obok, cichutko, jak chlipanie, ale elfy nie płaczą, prawda?, podtrzymywał sobie wnętrzności dłonią, Isrealim szarpnął ją, zwyzywał pewnie, nie pamiętała, tylko smugę kolorów, ucisk ręki na ramieniu, silny, zbędny, nawet się nie rwała, tylko błysk ostrza nad sobą, a potem świst, dziwny bulgot, krew, która jej trysnęła na twarz, łoskot ciała...)

— Zabiłby mnie, ale Czyżyk strzelił i trafił. Idealnie trafił. Oni mi uratowali życie i się zajęli, i nie zostawili, nie kazali iść... Nauczyli mnie, rozumiesz? Fachu. Żołnierki. Dali mi – coś, co umiem robić. Cel i miejsce, i – nie byłam niepotrzebna. Nie musiałam być wiecznie dłużna, pracowałam na jedzenie, które mi dawali, to było... To było dla mnie ważne. Tak samo ważne, jak to, że mi ocalili życie, może bardziej, to głupie, co mówię, ale... Ale ja chciałam umrzeć, tylko umrzeć, kiedy mnie ratowali. Ja dopiero potem, przy nich, zaczęłam, nauczyłam się – nauczyłam się chcieć żyć, wiesz?

(Zapytała potem Roche'a, na samym początku, jak jeszcze do chęci życia było daleko, zapytała, prawie mdlejąc ze strachu, że coś robi źle, że nie powinna, że będzie na nią zły – jakim cudem się w ogóle przełamała, odważyła? – czy to, że Isrealim ją chciał zabić, znaczy, że ją trochę kochał? Bo nie sądzi, żeby myślał, że zasłużyła... I była pewna, że Roche się wścieknie, cała się napięła, oczekując kary, a on w ogóle nie był zły, powiedział tylko, żeby zapamiętała, że nie ma sensu, by myślała, co tamci czuli, bo nie są warci, nigdy nie byli, jej uwagi ani czasu. Niech przyjmie wersję, którą woli, na teraz, a potem niech nie myśli – to byli bandyci, zwierzęta, ich uczucia nie mają znaczenia. To jakby się pytać, czy nas może wściekły pies lubi. I niech nigdy nie mówi, dodał Vernon, odwracając się nagle od drzwi – wspomnienie wróciło wyraźne, ciemna, mała izdebka, szary świt, słabiuchny promyk świata przepływał przez okiennice, nie oświetlał mężczyźnie twarzy – ani nie myśli „Isrealim", nigdy nie myśli o tych elfach po imieniu, tylko chuje, skurwysyny, pierdolone komando, nigdy inaczej)

— Nikt nie mówi, że źle zrobiłaś. Albo nie miałaś prawa. Przywiązałaś się. Też bym się przywiązała. Każdy by się...

— Przywiązałam się. Mhm. Ale robiliśmy też... niedobre rzeczy. I nawet nie wiem, czy pamiętam wszystkie. Jeśli Roche przesadził z alkoholem, to jemu – to robiliśmy czasem rzeczy niepotrzebne, bez sensu.

— Nie wy jedni — głos był elfki był ciepły, czuły, jak koc otulał. — Wojny były. Straszne rzeczy na wojnach się robi. I często niepotrzebne.

— Mhm — wymamrotała dziewczyna; znów się jej płakać chciało, ciąża, musi być — ale oni wszyscy już nie żyją, wszystkich zabili, bo Roche się w jakieś polityczne bzdury wdał – i rozumiesz, ja bym za nim i chłopakami nie tylko w nocne... wycieczki po Wyzimie poszła, ale i w samo piekło. A jego tylko Temeria obchodziła. Tylko jakaś głupia, chędożona nazwa! Dynastia! Foltest, Emhyr, Henselt, co za różnica?

— Nas wszystkich kiedyś wystawiono — zgodziła się spokojnie zielarka. — Roche'a zresztą też, o ile wiem.

— Chłopaki wiszą, a on sobie siedzi w Vergen — wypomniała Ves. — Na dworze. U Iorwetha. A tak się niby tym, że mu Foltesta ubili, przejmował. Tak ślicznie Dwórki zapijać umiał, tak ładnie w imię tamtych dzieci bił i wieszał...

Sh'aenid westchnęła lekko.

— Nie sądzę, tak szczerze mówiąc, żeby miał na tym dworze łatwo. I nie sądzę, żeby mu wasz los całkiem obojętny był. Ale owszem, oni wiszą, a on żyje. Chciałabyś inaczej?

— Nie wiem — odpowiedziała szybko, nim w ogóle mogła zacząć roztrząsać pytanie.

Nie chciałaby dochodzić do wniosku, że jednak przedkłada sentyment nad życie dobrych, ważnych dla niej ludzi. Ojców, braci i synów. Którzy zginęli przez tego chędożonego chuja, więc właściwie tym bardziej, nad czym tu się wahać.

— Nie wiem — powtórzyła głucho, ocierając niezgrabnie dłonią oczy. — Nie myślałam nad tym. Co się stało, się nie odstanie.

'

'

Z Ves przez ostatnie tygodnie podróży po Kaedwen słowa się wprost wylewały. Do wszystkich: o dziecku, koralach od Brenda, o przyszłości, w Aedirn, Temerii, gdziekolwiek bądź. Możliwie radośnie, czasem wręcz euforycznie. Może i to, że zima mijała, pomagało, aczkolwiek przednówek nie jest nigdy łatwym czasem. Może to, może fakt, że z zielarką rozmawiała, prywatnie, nawet więcej. Tylko na inne tematy. Jakby kielich się w niej przelał i wino rozlało szeroko, szeroko po stole, ba! na podłogę ściekać zaczęło.

O tym, jak była w komandzie, choć raczej opłotkami, zawsze w tonie dumy, że wytrzymała, bez szczegółów. O Isrealimie, dużo, dużo, na przemian źle i – gdy zdawała sobie sprawę, próbowała być obiektywna – dobrze, usprawiedliwiająco. Potem znów źle, bo mówienie o nim dobrze było bez sensu, nieuczciwe wobec rodziny i wioski. O Roche'u, o nim próbowała źle, ale nie do końca mogła, bo „jak się na początku kuliłam, jak mnie kto tylko dotknął, to on mnie chronił i nie oddał mnie do przytułku ani świątyni, ani szpitala, jak się moczyłam w nocy, ze strachu, czasem, przy koszmarach, to pomagał mi sienniki zmieniać, żeby inni nie widzieli", o Pasach głównie z sentymentem, co jakiś czas wrzucając obowiązkowe „ale ja wiem, że niedobrze robiliśmy". O wszystkim. Z każdym dniem śmielej.

Lekarka nigdy się nie irytowała. Nigdy. Nie miała żalu. Nie narzucała podziałów etycznych, nie pouczała, dokładała tylko własnych anegdotek, z czasów partyzantki, więc równie straszliwych, pokrętnych, rozumiejących. Jak dawniej, zaraz po komandzie, Roche – bez gniewu, tylko podnoszące na duchu historyjki z własnego życia.

Jak to jemu się nie udawało. Jak to był słaby. Jak to skamlał o to, by jeden z dłuższych kochanków matki od nich nie odchodził, bo zdążył sobie wyobrazić, że to jego prawdziwy ojciec, tylko dla jakiejś niespodzianki w niepoznace trzymany („oczywiście, wylądowałem na ścianie z rozwalonym łbem, głupi szczeniak, słusznie, sam bym sobie dzisiaj przyłożył, mam ochotę temu bachorowi, którym byłem, przyłożyć, ilekroć o nim myślę").

Dawno już o tym nie mówiła. Może nawet nigdy, bo jednak w Pasach zawsze byli bardziej zainteresowani techniczno-wywiadowczą stroną zagadnienia. Co pamięta z narad, co słyszała, jakie oddziały spotykali po drodze, ile umie ze starszej mowy. Wywiad. Mniej lub bardziej delikatnie, ale jednak wyciągali informacje, nie zawsze – nie zawsze wspomnienia, który im towarzyszyły, były przyjemne. A Sh'aenid to nic nie musiało obchodzić, wysłuchała nawet tych opowieści o pierwszych tygodniach po uwolnieniu z komanda, pozwoliła Ves porozplątywać, a przy okazji zasupłać, skomplikować bardziej, nitki wdzięczności i jednak, jednak żalu, bo czy nie mogli zrozumieć, dać więcej czasu, jak tak dzisiaj pomyśli, to niemal okrutne było...

Żadne rozmowy i niczyje zrozumienie nie mogły jednak przykryć faktu, że z każdym dniem teraźniejszości całym obozem nieubłaganie zbliżali się do granicy.


W sumie, rozdział z motyw czy dwa zawdzięcza rozmowom z Hasz i fikom/rozmowom z your-biohazardous-friend. O. Tak dla buchalterii potomnych.