Cześć! Ja też nie mogę uwierzyć, że Istoty wróciły!

Z tej okazji pozwolę sobie na małą prywatę. Tłumaczę johnlocki już trzy lata (!) i przez ten czas przetłumaczyłam tyle, że dałoby się z tego zrobić trzy książki o całkiem przyzwoitej objętości. Teraz chciałabym Cię poprosić o coś w zamian.

Jeśli:

1. Identyfikujesz się jako kobieta;

2. Masz 18-25 lat;

3. Czytasz regularnie johnlocki w uniwersum BBC (to znaczy - nie śledzisz tylko "Istot" i/lub nie jesteś tu pierwszy raz (w takim wypadku witam serdecznie i i tak bardzo mi miło!)

4. Znajdziesz godzinę, żeby porozmawiać ze mną na temat johnlocków (sic!), czy to osobiście czy przez Skype;

to bardzo Cię proszę, odezwij się na 1 (małpa) . Gwarantuję całkowitą anonimowość, a Ty pomożesz mi napisać pracę poświęconą johnlockom (sic!) i zostać magistrą socjologii :)

/Koniec prywaty, miłej lektury!


Rozdział 29

- To się nie może dziać naprawdę – szepcze Sherlock, gdy nie ma siły już dłużej krzyczeć.

John, który zaledwie drgnął po reakcji Sherlocka na swoją obecność, wzdycha ciężko. Poza potwornym bezbarwnym przerażającym ubraniem którym zastąpiono jego własne, doktor wygląda dokładnie tak samo, jak gdy był oglądany na Baker Street przez lustro weneckie. Jest blady, rozczochrany i bije od niego troska, więc wydaje się, że Jim go nie skrzywdził.

Za bardzo.

Jeszcze.

Choć już i tak za bardzo. Narkotyki i porwanie, i…

- Och, proszę, boże, nie – jęczy Sherlock cicho. Jego oczy zamykają się. Kiedy Jim podmienił mu powieki na kevlar? Czy była to, jak do tej pory, jedyna operacja? Detektyw nie ma pewności, ale uniesienie powiek nigdy nie było tak trudne, nawet po wielu dniach i nocach bez snu; nawet po kolejnym zmierzchu odliczonym stygnącą kawą, rozrzuconymi aktami, wyszukiwaniem informacji w Internecie i buczeniem podłego oświetlenia w Scotland Yardzie. Oczy detektywa palą i szczypią. Kiedy zmusza się, by rozewrzeć na milimetry powieki, wszystko się zlewa w jedno; białe ściany wirują, biały pokój wydłuża, jakby ktoś zmienił perspektywę. Bielą błyskają też białka oczu Johna oraz jego zęby, gdy otwiera usta w zmartwieniu. – Boże, nie.

- Ciebie też miło widzieć – odpowiada John bez śladu uśmiechu. Delikatnie kładzie Sherlocka z powrotem na poduszce, a detektywa zalewa zimny pot. Świat się kołysze. Czubki palców Johna mierzą Sherlockowi puls na szyi. – Sherlock, oddychaj głęboko. Dla mnie. No już, kochanie. Powoli.

Sherlock próbuje.

Płytkie dyszenie wydaje się w tej chwili szczytem moich możliwości.

- Co, do cholery, on ci zrobił? Byłeś cały czas naćpany?

- Nie ma cię tu – jęczy Sherlock. Jego pusty żołądek się skręca. – Jesteś na Baker Street, a lampa w mojej sypialni pali się przez całą noc. Nie ma cię tu, nie możesz tu być, boże, nie.

- Owszem, nie zgasiłem twojej lampy. – Głos Johna jest zduszony od tłumionego gniewu. – Ja… skąd wiesz? Powiedział ci? Ja nie… Nie wiem, czemu to zrobiłem. Paliła się, kiedy mnie naćpałeś, ty przeraźliwy sukinsynu, i coś… Nie mogłem znieść myśli, że cię nie ma i nie jesteś w stanie jej zgasić. Na samą myśl o zgaszeniu jej robiło mi się niedobrze. Więc zostawiłem ją w spokoju. Nikt słowa na ten temat nie powiedział, ale na pewno wszyscy zauważyli. Wyobrażałem sobie, jak uciekasz, jak wracasz do domu, może ranny i skołowany, że mnie potrzebujesz, i zastajesz wszystkie światła zgaszone… Nie mogłem.

Sherlock czuje, jak twarz wykręca mu grymas. Zastanawiał się nad światłem. Ten John wie o świetle, a jego wyjaśnienie jest jednocześnie proste i rozpaczliwe, co może oznaczać tylko tyle, że Sherlock nie ma halucynacji. John Watson naprawdę znalazł się w tym pustym więzieniu, ma na sobie śnieżnobiałe bawełniane ubranie i mierzy sherlockowy gwałtowny puls.

To przerażające.

- No dobra, spokojnie, Sherlock, po prostu oddychaj. Chryste, wyglądasz jak zupełny wrak, twoja skóra jest jak papier, a w tych workach pod oczami mógłbyś przeszmuglować całą herbatę z Chin. Odwodnienie, niedożywienie, co dalej, narkotyki, redukcja bodźców, co jeszcze? Powiedz mi. Co ci zrobił? Powiedz wszystko.

- Nie ma za dużo do mówienia.

- Byłeś cały czas sam?

- Nie, niezupełnie.

- Nie rozumiem.

- Zamów sobie t-shirt z tym napisem – wybucha nagle wściekły Sherlock. To zupełnie niesprawiedliwe, że przeszedł przez to wszystko tylko dla Johna (no i trochę dla siebie samego), ale po nadejściu Johna, po powaleniu Abernetty'ego wszystko, wszystko, wszystko dla Johna i wszystko na próżno.

Nawet śmierć nie pomogła go ocalić.

- A więc miewałeś gości?

- Nie. I tak.

- Nadal nie rozumiem.

- Wydrukuj to na plecach t-shirtu.

- Nie bądź dupkiem, Sherlock. Nie teraz, kiedy jesteś prawie nieprzytomny, a ja potrzebuję jebanych informacji. Wiesz, gdzie jesteśmy?

Sherlock zaczyna wyć ze śmiechu.

Kilka sekund później po jego policzkach płyną łzy, chociaż nie sądzi, żeby płakał. John wydaje z siebie krótkie, słodkie, uspokajające dźwięki i podnosi go; teraz Sherlock leży na kolanach przyjaciela i trzęsie się od histerycznego rozbawienia, bo tak, dokładnie wie, gdzie są. Ma wrażenie, że jego kości zaraz przebiją się przez skórę. Może pękną jak patyki od siły tego pozbawionego radości śmiechu. Chyba nigdy wcześniej nie wydawał z siebie takiego dźwięku. Brzmi jak wysoki jęk wyrywany z jego strun głosowych, jakby ktoś przejeżdżał mu po piersi i gardle tarczą do polerowania. W jego włosach pojawiają się dłonie, a palce ocierają słone krople z jego policzków.

- Tak – wyrzuca z siebie Sherlock, kiedy jest w stanie oddychać. – Tak, wiem, gdzie jesteśmy. W tym cały sens tego miejsca.

- Nie rozumiem. I jeśli zabłyśniesz jeszcze jednym dowcipem o t-shircie…

- A więc lustro nadal jest lustrem?

- Tak – mówi John wolno. – Ale…

- Człowieku małej wiary. Jeszcze zupełnie nie oszalałem. To lustro weneckie.

- Och. – Głos Johna robi się zdecydowany. – No dobra, pogadamy o tym więcej, kiedy doprowadzimy cię do porządku. Wiesz, jak dawno temu zaginąłeś?

- Dwanaście dni temu, zakładając, że obaj nie straciliśmy dnia przez naćpanie. Ciebie pewnie też otumanił dragami.

- Taa, szedłem do Yardu, kiedy znikąd pojawił się jakiś koleś ze strzykawką. Obudziłem się na materacu w drugim pokoju. W tych ubraniach i z koszmarnym bólem głowy.

Sherlock wyobraża sobie, jak Jim Moriarty dotyka nieprzytomnego Johna Watsona i modli się z całego serca, by bóg był miłosierny i jednak przebierał go Moran.

- Czy ty…

- Nic mi nie jest, w przeciwieństwie do ciebie – odpowiada John z rozdrażnieniem. – Ten chuj już jest trupem. Chryste, Sherlock, nie umiem ci powiedzieć, jak zajebiście się bałem, a teraz cię znalazłem. Jako szkielet. Karmił cię w ogóle?

- Ach, cóż. – Sherlock odkasłuje i czuje, jak od wstydu palą go policzki. – Właściwie to, hm, owszem. Skoro już o tym wspominasz, w wyniku pewnych okoliczności straciłem apetyt. O ile dobrze rozumuję, to moja wina, że się tu znalazłeś. Powiedział, że pożałuję, jeśli nie będę jadł. Nie, powiedział, że ukarze mnie na sposoby, o których jeszcze nie pomyślałem. Tak, dokładnie to powiedział. I, cuda nad cudami, miał rację. Ja… nie pomyślałem o tym. To gorsze niż cokolwiek, co mogłem przewidzieć. To jest ostateczna granica. Niewyobrażalne okrucieństwo. Wolałbym umrzeć. Próbowałem. A skoro już o tym mówimy, gdybym wiedział, że planuje cię tu sprowadzić, by mną potrząsnąć, zacząłbym jeść. Przysięgam na Boga, przysięgam na moje życie, zacząłbym jeść.

- Więc niby co to miało być? Strajk głodowy? – Głos Johna jest szokująco łagodny. Sherlock nadgarstkiem przeciera oczy, by pozbyć się resztek ohydnej wilgoci.

- Nie był celowy, zapewniam cię.

- Zgubiłeś się w pałacu umysłu?

- Nic z tych rzeczy, w porównaniu to byłby piknik. Boże, tak bardzo przepraszam. – Sherlockowi w końcu udaje się otworzyć szeroko oczy i spojrzeć w górę. John wygląda jak swój własny cień; jego zmęczona twarz jest poszarzała. – Obiecał, John, obiecał, że cię nie tknie. Przysiągł mi to.

Suchy śmiech wstrząsa drobnym ciałem Johna. „Nie tylko ja straciłem kilka kilogramów" – myśli Sherlock.

- No jasne, dzięki, że pomyślałeś i że byłeś tak optymistycznie nastawiony, ale może następnym razem nie przywiązuj dużej wagi do ustnych umów z morderczymi psychopatami, co?

- Nie miałem już nic więcej – szepcze Sherlock, ocierając czoło o niewielkie udo Johna. – Miałeś umrzeć.

- Shinwell mi powiedział – wyjaśnia John, muskając twarz Sherlocka spokojnymi palcami. – A teraz cię zabiję.

- Powiedział ci wszystko, jak mu nakazałem?

- Powiedział, że byłem piątą pestką. – John odchrząkuje. – Powiedział też wiele… innych rzeczy. Wydaje mi się, że zanim walnąłem go w pysk, uraczył mnie cytatami z Biblii. To odrobinę mnie zaskoczyło, ale, nie wiem, czy pamiętasz, on ma taki przedziwny wisior, wysadzanego diamentami Jezusa, więc chyba to ma sens. Były też łzy i coś o Harrym Potterze, który umarł, by ocalić świat czarodziejów – wtedy nie słuchałem zbyt uważnie – i chcę, żebyś wiedział, że masz najbardziej absurdalnego dilera od czasów… od wszechczasów. I że nigdy tego od ciebie nie chciałem, nigdy, słyszysz mnie, do kurwy nędzy? Ale dziękuję. Wiem, jak się czułeś i… dziękuję. Jestem tak wściekły, że ledwie widzę na oczy, ale, na miłość boską, możesz być pewien, że wiem, że jesteś najbardziej altruistycznym, wspaniałomyślnym dupkiem na tym świecie.

- Jestem jedną wielką porażką. Jesteś tutaj.

- Nie jesteś…

- Przepraszam, że się tu znalazłeś. Boże, przepraszam, przepraszam.

- Sherlock…

- Nic dziwnego, że chcesz mnie zabić, skoro ostatecznie nic nie udało mi się zdziałać.

- Musisz się uspokoić, dobra? Moje groźby są bezużyteczne. No, kiedy dotyczą ciebie, są bezużyteczne, bo z drugiej strony…

- Przepraszam, proszę, uwierz mi, ja… Czekaj, mogę to naprawić. – Sherlock zrywa się z kolan Johna. – Jim!

- On tu jest? – dopytuje się żołnierz, natychmiast przyjmując postawę obronną, chociaż nie puszcza ramienia Sherlocka. – O to ci chodzi?

Sherlock otrząsa się niecierpliwie i usiłuje stanąć na nogi. Kiedy upada jak mokra ścierka, rusza na czworakach w stronę ekranu. Ma mdłości i kręci mu się w głowie.

- Jim! Jim, musimy porozmawiać. Jak mężczyzna z mężczyzną. Teraz! – krzyczy.

- O mój Boże – mówi słabo John, a jego usta wykręcają się w obrzydzeniu, kiedy zdaje sobie sprawę, do czego służy ekran. Detektyw nie może go za to winić.

- Jim! – wrzeszczy Sherlock. Z trudem wstaje, chwytając ekran drżącą dłonią. – Przyślij mi coś w windzie. Już tam coś jest? Zjem, przysięgam, tylko go wypuść. Zjem wszystko, co tylko zechcesz, jeśli o mnie chodzi możesz mnie sam karmić, ty pokręcony czubie, wygrałeś. Zrobię to. Karm mnie jak pieprzone pisklę, tylko pozwól mu…

W sekundę później mocne ramiona chwytają go od tyłu i jego własne błaganie staje się coraz cichsze. Sherlock zdaje sobie sprawę, że ledwo może zachować pozycję pionową, że opiera się o Johna, że klęczą przodem do siebie, i pozwala sobie wesprzeć się nieco bardziej na przyjacielu. W jego polu widzenia wirują ciemne plamy; krążą niczym muchy wokół trupa. Sherlock wzdryga się, przypominając sobie ciało dealera narkotyków, które odkrył lata temu w porzuconym kontenerze. Przypomina sobie, jak – po otworzeniu pokrywy – muchy padlinówki brzęczały i krążyły w powietrzu; jak smród był na tyle silny, by zapchać mu nos i wedrzeć się w skórę; jak przez wiele dni nie mógł pozbyć się ze skóry mdlącego zapachu.

„W porządku, trzymam cię" – wydaje mu się, że tak mówi John, a potem ktoś go podnosi, mamrocze głupoty takie jak: „Już dobrze, już dobrze", chociaż nic nie jest dobrze i nie będzie, skoro Sherlock pociągnął za sobą w piekło Johna. Już nic nigdy nie będzie dobrze. Sherlock lewituje w stronę lodowatej bieli oślepiająco krystalicznej chmury.

xxx

Kiedy Sherlock się przebudza, w bolącym gardle czuje posmak rosołu, a na szyi i policzku – delikatne dłonie. Niemal pewien, że to Jim, drga i krztusi się, ale…

- Hej, spokojnie, bardzo cię proszę – mówi John i Sherlock nieruchomieje. Leży na łóżku… na łóżku z ramą, nie na materacu przed oknem odsłaniającym Baker Street niczym niedosięgalne marzenie. Jego plecy podpierają miękkie poduszki. Najwyraźniej John wprowadził kilka zmian w ich nowym domostwie. Białe ubrania i pościel wydają się nadwrażliwej skórze detektywa szorstkie, a jego ciało – niezdolne bądź niechętne do wyregulowania własnej ciepłoty – płonie od gorączki.

- Dobry chłopak. Spróbujmy jeszcze raz.

Sherlock czuje papier przy ustach i przypomina sobie, że obiecał Jimowi, że coś zje. Może jeśli wypije rosół, który podaje mu John – rosół jest letni, pachnie wołowiną, a więc całkiem przyjemnie – to John odejdzie i będzie bezpieczny. Sherlock zostanie tutaj, poddawany torturom, i jednak nie rozpieprzy do reszty życia mężczyzny, którego kocha tak bardzo, że usiłował go opuścić.

- Superowo. A teraz, jak sądzę, najwyższy czas, żebyś zażył to.

Sherlock otwiera oczy. John klęczy spokojnie na kołdrze i w jednej ręce trzyma rosół, a w drugiej tabletki morfiny. Jego niebieskie oczy mrużą się w rezygnacji, ale pod spokojną powierzchnią płynie strumień buzującego gniewu. Źrenice Johna są jak jaskinie w głębokim oceanie – na wierzchu woda łagodnie faluje, ale w ciemności kryją się potwory.

- No już, weź je.

Detektyw leży nieruchomo. Jest zszokowany i nieco przerażony tym dziwnym testem.

- Nie jestem zły.

To zdecydowanie nieprawda, więc Sherlock krzywi się z niedowierzaniem.

- To nie twoja wina.

Sherlock unosi brwi, usiłując niewerbalnie przekazać: „Czym ty się upaliłeś, idioto?". Nie jest w stanie otworzyć ust, bo jest mu zdecydowanie niedobrze.

- Dobra, wytłumaczmy sobie jedną rzecz – warczy John. – Zamykanie genialnego ćpuna w pokoju doskonale pozbawionym cech charakterystycznych i danie mu do towarzystwa tylko morfiny byłoby samo w sobie nieludzkie. Lustro to wisienka na torcie. Nie wspominając już o alternatywie dla lustra, którą zobaczyłem, kiedy lustro pół godziny temu zmieniło się w okno. Jesteśmy naprzeciwko 221B i chociaż do reszty odebrało ci rozum, i stwierdziłeś, że będzie mi lepiej, jeśli sam pójdziesz na rzeź…

- Zginąłbyś – nalega Sherlock chrapliwym, niemal niesłyszalnym głosem. – Masz jakieś inne pomysły? Miałbym cię wskrzesić?

- …to wciąż nie dręczyłeś się samodzielnie przez lata, by potem uwięzić się w egzystencjalnym piekle, którego nie powstydziłby się Sartre. Nie jestem ani zaskoczony, ani zły na ciebie, że zażyłeś morfinę. Przy pierwszej okazji wyrwę Jimowi Moriarty'emu głowę z karku. Teraz dam ci te tabletki, bo właśnie umierasz z głodu, a jeśli pojawią się choć łagodne symptomy odstawienia, kiedy odmówisz sobie tej małej dawki, to całe jedzenie, które wlewam ci do gardła, znów ujrzy światło dzienne. Weź. Te. Tabletki. Sherlocku Holmesie, tym problemem zajmiemy się, kiedy on umrze. Małe kroczki.

Sherlock bierze tabletki, wkłada je do ust i pozwala Johnowi jeszcze raz przystawić sobie kubek do ust. Wie, że teraz będzie coraz gorzej, ale póki co jest morfina, jest ciepły rosół zalewający jego rozpaczliwie wygłodzony żołądek, i jest John. Biała koszula sprawia, że kolor jasnych włosów doktora wydaje się bardziej wyrazisty, a wyraźna, stanowcza linia jego ust to najbardziej fascynująca rzecz, jaką Sherlock widział w swoim życiu.

„Tak właśnie wyglądał podczas przemarszów wojsk i konwojów" – Sherlock to wie, i chociaż przez kilka ostatnich dni ten widok towarzyszył mu w jakiś sposób („Idę po ciebie" wypływające spokojnym tonem z ust doktora, jakby nie była to najbardziej niemożliwa obietnica na świecie), teraz John tu jest i pachnie burzami piaskowymi, i smarem do pistoletu, i domem.

- Najwyraźniej Shinwell zamieszkał na Baker Street, kiedy… zniknąłem – mówi John spokojnie. Sięga po coś leżącego na kołdrze – coś, czego Sherlock nie zauważył wcześniej – i podnosi paczkę herbatników. – Gotów na pokarmy stałe? No dobra, napij się jeszcze, w końcu damy radę. Nie powiem, żeby mi bardzo przeszkadzało, że zajął mój fotel, skoro ukryliśmy panią Hudson i nie ma nikogo, kto mógłby siedzieć w domu na wypadek, gdyby ktoś z sieci bezdomnych pojawił się z wieściami. Ja… Jezu, Sherlock. Przez dwanaście cholernych dni szukaliśmy cię dwadzieścia cztery godziny na dobę, a ty byłeś tuż pod moim nosem. Prawie myślę, że jakimś cudem powinienem był wiedzieć. Powinienem był… cię wyczuć czy coś. Usłyszeć, jak tu po cichu świrujesz. Proszę, wybacz mi.

- Mam wybaczyć tobie, że co? Że nie masz ze mną jakiejś magicznej, metafizycznej więzi? Naprawdę właśnie to powiedziałeś? Jasne, przepraszam, czasem zapominam, że z nas dwóch to ty jesteś obłąkany – stwierdza Sherlock słabo.

John z uśmiechem wzrusza ramionami.

- Wiem, że to bez sensu, ale ludzie w wysoce stresowych sytuacjach, takich jak ta, często popadają w myślenie magiczne. To miłość, a nie logika. No wiesz, nie gasiłem światła w twojej sypialni i… nie masz pojęcia, jak się czułem.

- Owszem, mam.

John zaciska, a potem rozluźnia wargi i parska krótkim, gorzkim śmiechem.

- A więc lustro to raczej rzadkie odstępstwo od okna? Zmuszał cię, żebyś patrzył, jak łażę po ścianach. Jebany zboczeniec.

- Wszyscy zboczeńcy na świecie czują się urażeni tym porównaniem.

- Święta racja.

- Ale dźwięku nie miałem – przyznaje Sherlock. – Co się działo?

John wzdycha i pociera brodę.

- Nic wartego wspomnienia. Zniknąłeś z radaru na tyłach Tesco. Mycroftowi udało się namierzyć porzucony pojazd, którym cię wieźli, ale nic to nie dało. Najwyraźniej wozili cię w kółko, potem pojechali na parking, zmienili samochody i puf. Zniknąłeś. Ja… nigdy nie zapomnę tego, jak się czułem. Chryste. Podążaliśmy za każdą możliwą poszlaką, ale i Moran, i Moriarty zapadli się pod ziemię. Nie pasowało mi to, ale teraz, kiedy zobaczyłem telewizor i windę, to zaczyna nabierać sensu. Mogą przysyłać kogokolwiek, żeby cię karmił, i nie wzbudziłby żadnych podejrzeń – po prostu ktoś idący z żarciem na wynos przez Baker Street.

- Byłem idiotą, że nie zauważyłem, jak szybko odremontowali ten dom – mówi Sherlock, dając Johnowi szansę, by wróciła mu przytomność umysłu i wreszcie go znienawidził.

- Byłeś geniuszem, który stwierdził, że przenoszenie szyb w środku Westminsteru nie jest podejrzane. Bo nie było podejrzane.

- Eksplozja miała powód, powinienem był to zrozumieć. To moja wina.

- Przestań – rzuca John cichym, stalowym tonem. – W tej, kurwa, chwili.

Sherlock potrząsa głową, ale jest posłuszny.

- Współpracowałeś z Lestrade'em. I z Shinwellem. Coś użytecznego?

- Och, jasne, wszyscy odwaliliśmy znakomitą robotę i wyszło nam, że rozpłynąłeś się w jebanym powietrzu, i może cię już nawet nie być w Londynie. Gdybym nie był przerażony, że mogę sknocić poszukiwania, to zalewałbym się w trupa noc w noc. Przyznaję, ze dwa razy wypiłem z Bradstreet, ale wtedy to już miałem ochotę tłuc głową o ścianę. Gdybym wiedział, że jest jakaś łączność między ich miejscem pobytu, a tym… - Wzrusza ramionami. – Nie było po nich żadnego śladu. Teraz jest, ale rozumiem, że nie ma sposobu, by zawiadomić Mycrofta?

Sherlock kręci głową.

- Jakoś nie dali mi ani telefonu, ani gołębia pocztowego, ani nawet pieprzonego długopisu, John.

- Czaję, czaję. – John wyrzuca ręce w powietrze. – Ale musi być coś co możemy zrobić. Byłeś tu od… Chryste, od dawna. Co możesz mi powiedzieć?

Sherlock dopija rosół, pozwala Johnowi zabrać kubek i włożyć sobie do ręki cienkiego herbatnika. Obrzuca go podejrzliwym spojrzeniem, a potem stwierdza, że nie będzie usiłował go jeść. Ale morfina zaczyna działać i detektyw przypuszcza, że z odrobiną szczęścia za kilka minut uda mu się przekąsić coś stałego. Im szybciej tym lepiej, bo może wtedy Jim wykaże się wielkodusznością. Może, mimo wszystko, Jim dotrzyma obietnicy. Ostatecznie błagania musiały mu się niezmiernie podobać.

- Nie mamy żadnej broni. I żadnego sposobu, by ją zdobyć – mówi sucho, zbierając myśli.

- Twój mózg. Moje pięści.

- Dobra, nie mamy żadnej broni, która mogłaby się równać z pistoletem, nie mówiąc już o rozpylaczach leków usypiających. Jedzenie dostarczają w papierze. Mamy elektryczność i wodę, ale nie możemy ich w żaden sposób połączyć. Mamy łóżko, materac, pościel i kosmetyki dostarczane w podróżnych opakowaniach. Czasem przysyła mi świeże majtki. Świetnym pomysłem byłoby cokolwiek, co by go tu ściągnęło, bo wtedy mamy szansę przez wzgląd na znalezienie się w tej samej przestrzeni, ale póki co nie zrobiłem niczego na tyle interesującego, by zmienił reguły gry. Może poza tym, że cię tu ściągnął. Wino, które przysyła, jest niezłe. Elektryczna golarka działa zaskakująco dobrze. Jest też stalowy stół, który usiłowałem przez cały dzień rozmontować, i dwustronne lustro, na które rzucałem się całym ciałem i tylko się posiniaczyłem. I już. Cała lista.

- Twoje ramię wygląda lepiej – mówi John.

- Och. – Sherlock od wielu dni nie myślał o ranie od kuli. – Tak. A jak twój bok?

- Jak nowy.

Sherlock wkłada herbatnik w usta i, w ramach nagrody, szuka potwierdzenia, unosząc lekko koszulę Johna. Granat zmienił się we fiolet, a przyprawiająca o mdłości żółć w zdrowszy róż. Detektyw pozwala sobie raz musnąć kłykciami skórę Johna, a potem zabiera rękę i z westchnieniem porażki pada na poduszki.

- Rozumiem, że jesteśmy obserwowani? – pyta John niemal figlarnie.

- Możesz o nas myśleć jak o czczonych złotych rybkach – zgadza się Sherlock, wskazując na jedną z krat wentylacyjnych.

Jego oczy znów się zamykają, więc detektyw drga w zaskoczeniu, kiedy John go całuje. Z jego gardła wyrywa się wysoki, naznaczony zduszonym uczuciem dźwięk. Nie może się powstrzymać, by nie odwzajemnić pocałunku, bo falą jasnego światła zalewa go ciepło. Zupełnie jakby John włączył słońce w tym okropnym pokoju; jakby w suficie uwięziono kawałek czerwcowego Regent's Park, a wargi Johna właśnie rozegnały cień i uwolniły jasność.

- Przestań. Nie możemy – błaga Sherlock chrapliwym głosem. Otwiera oczy. Jego dłoń zaciska się na karku Johna, jakby coś miało oderwać od niego doktora, niczym ciało wylatujące przez otwarte drzwi w samolocie. Sherlock sam nie wie, czy przyciska go bliżej, czy też odpycha. Usta Johna muskają jeszcze raz usta Sherlocka, a potem doktor sam się odsuwa. – Chciałbym, ale on, o boże, co on…

- Wiem, kochany. – John układa się na łóżku i uspokajająco muska palcami skroń Sherlocka. Jego oczy, przed chwilą twarde jak granit w kamiennym rozbawieniu, teraz wypełniają się czułością. – Po prostu naprawdę, naprawdę tego potrzebowałem. Potrzebowałem tego niezależnie od wszelkich konsekwencji, bo i tak jesteśmy w kiepskiej sytuacji. Wiesz o tym, nie? To, co zrobimy, właściwie nie ma znaczenia. Pewnie moglibyśmy się przez kilka godzin całować i szybko przebzykać i nie pogorszylibyśmy naszego położenia. No więc potrzebowałem tego, bo zaczynałem myśleć, że straciłem cię na dobre i nie mogłem tego znieść, ale jesteś tu cały, nawet jeśli nie do końca zdrowy, i teraz znów będę twoim kolegą. Nie zacznę cię obmacywać, chyba że będziesz tego chciał. Jasne?

Sherlock, szybko oddychając, kiwa głową. Patrzy na jasną istotę pochylającą się nad jego poduszkami. Na pociemniałych po pocałunku ustach żołnierza igra uśmiech, a Sherlock czuje w sercu taki żal i takie poczucie winy, że zastanawia się, czy może ono pęknąć, zanim Jim chociaż tknie ich jednym palcem.

- John, jest coś, co… co powinienem powiedzieć – mówi zamierającym głosem. – Ja… Od zawsze chciałem to powiedzieć, ale nigdy tego nie zrobiłem. A skoro…

- Sherlocku Holmesie. Zamknij się, kurwa mać.

Zdumiony Sherlock czuje, jak jego oczy otwierają się szeroko w niedowierzaniu.

Nagle John jest wściekły. Jego oczy ciskają gromy, a uszy różowieją.

Ale to nie ma żadnego sensu.

John chciał, żeby Sherlock do niego należał. To John powiedział: „Czy to oznacza, że mogę cię zatrzymać?", to John powiedział Sherlockowi, że się zakochał, więc czemu teraz wygląda na tak złego, jakby zaraz miał wybuchnąć? Sherlock czuje, jak – przede wszystkim z powodu nieoczekiwanego odrzucenia – w śmiertelnym uścisku zamiera mu serce. Dlaczego ramiona Johna wyglądają jak wyglądają, dlaczego uszy niemal przyklejają mu się do czaszki?

John mnie pocałował. Kilka sekund temu. John ma stuprocentowe prawo, by mnie nienawidzić, ale w takim razie dlaczego mnie pocałował? Czy ludzie całują ludzi, których zaczynają nienawidzić?

- Pomyślałem, że równie dobrze mogę powiedzieć to teraz – przyznaje Sherlock ochrypłym głosem. Czuje się zupełnie bezradny.

- No jasne. I się nieźle pomyliłeś – wybucha John, odsuwając się znacząco. Zaciska pięści, po czym rozwiera dłonie. – Sherlock, nie będziesz się ze mną żegnał. Nie będziesz leżał na wpół zagłodzony w jaskini szaleńca i żegnał się ze mną, bo sądzisz, że potrzebuję usłyszeć dwa słodkie słówka. Nie potrzebuję. Nie będziesz mi mówił, że mnie kochasz, bo uważasz, że jeden z nas – albo obaj – wkrótce umrzemy. Ugryziesz się w język, a kiedy się stąd wydostaniemy, będziesz mógł mi mówić, że mnie kochasz w każdej minucie każdego cholernego dnia. O ile jest to prawda. Byłem na Friesland, więc jestem dość pewny siebie. Ale nie wręczysz mi tego jak jebany list pożegnalny, tylko dlatego, że Jim Moriarty usmażył ci mózg i chcesz zamknąć niedokończone sprawy.

- Ale…

- Nie jestem niedokończoną sprawą, słyszysz? Jestem twoim jebanym kolegą, a kiedy to się skończy, będziesz mógł mi powiedzieć co tylko zechcesz. Ale nie wcześniej. Kocham cię. A teraz zamknij się, odpocznij, zobacz, jak ci idzie trawienie herbatnika, a ja wrócę, jak skończę własne oględziny. Raczej nie znajdę niczego, co przeoczyłeś, ale nie czas na lenistwo. Jasne?

Sherlock w milczeniu kiwa głową. John pochyla się i znów delikatnie całuje kącik jego ust.

- Śpij. Będę tu, gdy się obudzisz.

„Dokładnie na tym polega problem" – myśli Sherlock, kiedy John wychodzi.

Gdy Johna już nie ma, Sherlock przyciska pięść do serca, przełyka czarną rozpacz i zmusza się – zdecydowanie zbyt często w ostatnim okresie – by nie rozpaść się na kawałki jak stary dom.

XXX

Sherlock budzi się wolno, słuchając słabego echa czyichś głosów. Jeden jest drogi, znajomy, dobry i odrobinę ochrypły – to głos porządnego człowieka, który strzelał z pistoletu do żyjących ludzi. Drugi głos także jest mu znany; irlandzki trel człowieka, który mordował zakładników i wysadzał całe rodziny w dymiącą nicość.

Detektyw zrywa się z łóżka tak szybko, że jego ramię boleśnie obija się o ścianę. Rusza w stronę długiego pokoju, trochę sadząc susy, a trochę drobiąc. Wciąż słyszy głosy. Dlaczego to zajmuje mu tyle czasu? „Ten korytarz był inny, sypialnia nie była wcześniej tak daleko od trzecich drzwi. Przysięgam na boga". Sherlockowi kręci się w głowie. „Ten jebany korytarz jest ze dwa razy za długi". Irlandzki głos wybucha śmiechem.

„Ruszaj się" – myśli Sherlock w zimnej furii na swoją własną słabość.

- Jestem pewien, że przekonasz się, że jestem śmiertelnie poważny – mówi John, kiedy Sherlock wtacza się do pokoju od strony Baker Street.

Doktor stoi ze skrzyżowanymi ramionami w pozycji „spocznij". Jego bose stopy są lekko rozstawione, a okrągły podbródek drga. Zmarszczki wokół ust wykrzywiają się we wściekłym uśmiechu.

- Siema – mówi, gdy Sherlock, zataczając się, podchodzi do niego. Wyciąga dłoń i łapie łokieć detektywa. – Spokojnie, kochany. No już. – Opuszcza rękę. – Właśnie sobie gawędziłem z tą ludzką kupą gówna. Fajnie, że dołączyłeś.

Jim ma na sobie tylko koszulę i usiłuje się uśmiechnąć, jednocześnie ciskając gromy spojrzeniem. W zasadzie jest to całkiem imponujące. Podwinął rękawy, a teraz ostentacyjnie rozluźnia kark, przechylając głowę w lewo i w prawo. Wąż na jego szyi faluje. Na ten widok w brzuchu Sherlocka rozlewa się pierwotne, zwierzęce przerażenie, chociaż jeszcze… godzinę temu? Dwie godziny? błagał, by Jim się pojawił.

- Co wy robicie? – dopytuje się Sherlock, po czym odwraca głowę w stronę Johna. – John, co on robi? Jim, posłuchaj, zjadłem coś, ja…

- Natychmiast przestań – ostrzega cicho John.

- Nie – warczy Sherlock. – O czym właśnie rozmawialiście?

- Twój terierek okazał się odrobinę ciekawszy niż zakładałem – mruczy Jim. – Zasugerował, żebym was wypuścił. Tak po prostu. Finito. Dzięki, że wpadliście, na razie, na razie, kolacja była super, wspaniale spędziliśmy czas, to kto dziś prowadzi, wróćmy do swojego życia. Potworny pomysł.

- Tyle że wcale nie. – John, zupełnie rozluźniony, drapie się po karku. – Kusi cię to.

- O, patrz, Sherlock, to będzie bardzo zabawne – prycha Jim, przewracając z przesadą oczami. – No dobra, Johnny, pytanie za pięćdziesiąt milionów dolarów: dlaczego mnie to kusi?

- Bo uwielbiałeś patrzeć, jak on tańczy – odpowiada miękko John. Od momentu, w którym zapobiegł jego upadkowi, ani razu nie spojrzał na Sherlocka. – Jak my wszyscy. Boże, ja też to uwielbiam. Tylko spójrz na nas dwóch. Wszystkie te sprawy, do których rozwiązania go zmuszałeś… to było clou programu. A to twoje więzienie? Straszna nuda, koleś. Muszę być z tobą szczery. Nie chciałem, żeby podziwiał ciebie, twoje zgrabne łamigłówki, ten gówniany zamknięty pokój i paskudne gierki. Byłem zazdrosny. I nie umiałem tego ukryć. Ale podziwiał cię, podziwiał twoje genialne morderstwa i subtelne wskazówki, które mu pozostawiłeś… a ty byłeś zachwycony. Zmusiłeś go, by robił to, do czego się urodził, a teraz możesz obserwować go już zawsze. Bóg jeden wie, że nie uda nam się ciebie złapać. Sam wiesz, że chcesz znów patrzeć, jak jaśnieje, wiesz, że tęsknisz za nim tak samo jak ja. Kto powiedział, że nie możemy wrócić do tego, co było wcześniej? Ty odwalałbyś robotę diabła, a on byłby po stronie aniołów.

- Może i on jest po stronie aniołów, ale nie myśl sobie ani przez sekundę, że sam jest aniołem – odpala Jim.

- Co, nie wydusisz z siebie więcej zagadek? Zamknięcie nas w białym pokoju na całą wieczność to szczyt twoich możliwości? Skończyły się pomysły? Też mi kryminalny geniusz.

„John jest genialny" – myśli Sherlock desperacko, a potem myśli – „John jest obłąkany" – a potem na szczupłą, przystojną twarz Jima wpływa uśmieszek.

- Wiesz co, Johnny, synku, coś w tym jest – przyznaje. Wyprostowuje ramiona i pochyla się lekko w stronę kamery. – Ale ja wiem coś, o czym ty nie wiesz. Ależ, co ja opowiadam. Rzeczy, o których ty nie masz pojęcia, a o których wiem ja, mogłyby wypełnić basen olimpijski, ale teraz odnoszę się do czegoś konkretnego, jak zapewne już zgadłeś.

- A do czego, jeśli łaska? – odpowiada John spokojnie.

- Masz stuprocentową rację – syczy były skazaniec, a jego szczęka drga złowrogo. – Ostatnio Sherlock nudzi mnie do łez i trzeba mu wbić do głowy pewną lekcję. Dlatego, chłopcy, wkrótce do was wpadnę. Mam w zanadrzu coś absolutnie wspaniałego, co planowałem od momentu, w którym Sherlock zgłosił się do mnie, by cię ocalić. Będziesz zachwycony. Umrzesz z zachwytu.

Strzela palcami, z kratek wentylacyjnych natychmiast zaczyna dochodzić syczenie, Sherlock krzyczy coś zduszonym głosem i walczy ze sobą, by nie stracić przytomności, a potem twarz Johna rozpływa się niczym akwarela i świat znika w nicości.