0o0o0o0o0o0o0o0o0o0o0o0o
Mistrz Sekretów
Nadeszło sobotnie popołudnie. Harry i Ron koniecznie chcieli przejść się do Hogsmeade. Hermiona, choć niezbyt chętna, towarzyszyła im, mając po cichu nadzieję, że nie spóźni się na wieczorną kolację w komnatach Severusa.
Zaprosił nie tylko Dracona, ale również McGonagall, którą poprosił o pomoc w związku z nowymi obowiązkami mistrza szpiegów. Wiedział doskonale, jak czasochłonna będzie to praca, nie mówiąc o jego nauczycielskich obowiązkach i sesjach treningowych z Hermioną.
– Odwiedźmy starą jaskinię Syriusza – zaproponował nagle Harry, budząc Hermionę z jej rozmyślań nad bardziej efektywnymi zaklęciami podsłuchującymi, które można by rozmieścić w pokoju wspólnym ślizgonów.
– No nie wiem, Harry – zmarszczyła brwi, starając się ukryć to, jak bardzo nie podobał jej się ten pomysł. – To niebezpieczne od tak opuszczać wioskę, i nadal jest bardzo zimno.
– Daj spokój, Hermiono – wyjęczał Ron. – Daj facetowi żyć! W Hogsmeade wcale nie jest niebezpiecznie – co niby może nas tu spotkać?
Hermiona miała już przygotowany zgryźliwy komentarz, jednak widząc pełną nadziei twarz Harry'ego, zachowała go dla siebie. I tak tam pójdą, pomyślała zrezygnowana. Nie ma sensu się o to kłócić.
Nieoczekiwanie wszystko wydawało się być normalne. Obszar wokół jaskini był całkowicie opustoszały, jednak mimo to, zanim weszła za chłopcami do jaskini, ustawiła na około kilka zaklęć ochronnych.
W jaskini spędzili ponad godzinę. Gdy Harry wyczarował ognisko, które ogrzewało ich skostniałe z zimna dłonie i stopy, Hermiona pozwoliła sobie pomarzyć, że może, choć ten jeden raz, nic złego się nie stanie wokół Chłopca–Który–Przeżył.
Jednak jak zwykle, nadzieje okazały się daremne.
Wracali do wioski, gdy Hermiona wyczuła coś swoimi wyostrzonymi zmysłami. Jakiś ruch po ich prawej stronie. Coś śledziło ich przez zarośla, poruszając się w tym samym tempie co oni. Nie było to zwierzę. A więc człowiek, jednak żaden czarodziej lub mugol spacerujący po lesie nie mógł być tak cichy.
Kimkolwiek był, bardzo się starał by go nie zauważono, co udało mu się w przypadku Rona i Harry'ego. Nie spostrzegli ani ich ogona, ani nagłego podenerwowania Hermiony, co przyjęła z ulgą. Jeżeli coś tajemniczego spotykało chłopców, reagowali na to coś tylko jedną, spontaniczną reakcją: robiąc dużo hałasu, ruszali zbadać sprawę.
Nie potrzebowała tego teraz. Nie, jeżeli osoba, która kryła się w zaroślach, była tym, o kim myślała. Niezauważalnie została nieco z tyłu Harry'ego i Rona, przesuwając się lekko w lewo i w ten sposób stając pomiędzy swoimi przyjaciółmi a obcym.
– Jest mi okropnie zimno, a wam nie? – zapytała ich niskim głosem, który nie był słyszalny z daleka. – Może przyspieszmy trochę do Trzech Mioteł?
– Jasne – zgodził się Ron, nie przejmując się takimi rzeczami jak cisza. – A nie przyzwyczaiłaś się do zimna podczas tych wszystkich wiejskich spacerów w czasie Świąt?
– Tam, gdzie ukrywają się moi rodzice jest dużo cieplej – improwizowała. – Nawet śnieg tam nie padał!
– Szczęściara – skomentował Harry. – W Norze tak nas zasypało, że nie mogliśmy wychodzić z domu przez trzy dni. Mama Rona prawie oszalała!
Gdy przyspieszyli kroku, popychani delikatnie przez Hermionę, to samo zrobił ich prześladowca po lewej stronie.
W ciszy swojego umysłu Hermiona rzucała przekleństwa, od których Harry'emu i Ronowi poczerwieniałyby uszy ze wstydu. Byli zbyt wolni! W tym tempie będą potrzebowali jeszcze z dobrych dziesięciu minut by dotrzeć do Hogsmeade, a po drodze było więcej niż jedno dobre miejsce na zorganizowanie zasadzki.
Nigdy im się nie uda z tą prędkością.
Podjąwszy decyzję, Hermiona powoli wyjęła różdżkę z rękawa, gdzie teraz ją nosiła. Czuła się okropnie, ale był to jedyny sposób na uniknięcie dużo większego zła. – Persuado – wymówiła bezgłośnie, ukrywając zaklęcie w symulowanym napadzie kaszlu.
Gdy urok perswazji zaczął działać na jej przyjaciół, klasnęła w dłonie, jakby nagle wpadł jej do głowy świetny pomysł.
– Wiecie co? Ścigajmy się do Mioteł. Zwycięzca dostanie od pozostałych piwo kremowe.
Zazwyczaj podobny pomysł spotkałby się z niczym innym, jak zniechęconymi jękami chłopaków. Jednak teraz gorliwie kiwali głowami i zanim zdążyła na powrót schować różdżkę, pruli w stronę Hogwartu w nagłym przypływie energii.
Prawie im się udało. Można już było dostrzec domy Hogsmeade, gdy z krzaków po lewej stronie wystrzeliła klątwa. Hermiona, która zadbałaby być w odpowiedniej odległości za chłopakami, nie mogła zrobić nic, poza stanięciem na jej drodze.
Klątwa uderzyła ją centralnie w plecy, zamieniając je w pogorzelisko spalonej skóry. Świetnie, pomyślała wkurzona, a mogłam spać tylko na plecach!
Na szczęście, chłopaki za bardzo przejęli się wyścigiem, by zauważyć jak Hermiona potyka się i upada. Mając różdżkę w ukryciu, rzuciła na nich kolejne Persuado, które, miała nadzieję, pokieruje ich do Trzech Mioteł zanim zauważą jej nieobecność. Potem, upadła w śnieg, modląc się, by napastnik uznał ją za nieprzytomną.
W chwili gdy usłyszała jak jego pospieszne kroki mijają ją po lewej stronie, podskoczyła w górę i w zarośla, uważając by być tak cicho, jak to możliwe.
MacNair prawie dogonił chłopaków, gdy wycelowała różdżkę dokładnie w jego plecy. Nie mogę go zabić ani poważnie zranić, przecież niby jestem po jego stronie, pomyślała i wycelowała w jego stopy.
– Immobilus – wysyczała, a on potknął się o swoje nagle bezwładne nogi. – Rzuć różdżkę i poddaj się, MacNair!
Warknął jak zwierzę, gdy obrócił się by spojrzeć jej w oczy. – Zawsze wiedziałem, że nie możemy ci ufać, szlamo – splunął z obrzydzeniem.
– Różdżka – rozkazała, a on bez zastanowienia wykonał polecenia. Widział, do czego była zdolna.
Wyczarowała liny by go związać, po czym przysunęła się, by się upewnić, czy węzły są dobrze zaciśnięte.
– Och, daj spokój MacNair – drażniła się z nim. – Nie mów mi, że wypełniasz dzisiaj rozkazy naszego Pana. Zasadzać się na Pottera na własną rękę i jeszcze ryzykować jego śmierć. Ta paląca klątwa była dość niebezpieczna.
– A jednak jesteś po jego stronie!
– Służę tylko Czarnemu Panu! – wykrzyczała, używając swoich umiejętności legilimencji by głęboko zakodować to w jego umyśle. – I zobaczę martwego Pottera u jego stóp, ale tylko wtedy gdy rozkaz wyda sam Lord Voldemort!
Przyglądając mu się, prychnęła z irytacją, nawet nie próbując ukryć, co sądzi o jego inteligencji, a raczej jej braku.
– Teraz pójdę za nimi, żeby się upewnić, czy niczego nie zauważyli. Nie próbuj więcej takich głupich sztuczek MacNair.
Oddaliła się od niego i prawie dotarła do końca polanki, gdy nagle usłyszała triumfalny krzyk MacNaira.
– Crucio – krzyknął. W jednej chwili zalał ją ból, padła na ziemię, jak drgająca, konwulsyjna masa.
Szorstka dłoń wykręciła jej różdżkę z uścisku. Gdy spojrzała w górę zobaczyła MacNaira z paskudnym uśmiechem na twarzy, który chował swoją zdobycz do kieszeni. Miał jeszcze jedną różdżkę, wycelowaną w nią i powodującą kolejne spazmy bólu przepływające przez jej kości i ciało.
Ukrył drugą różdżkę, pomyślała, gdy ból pochłonął ją całkowicie. Severus ostrzegał cię, że to wyjątkowo ostrożny typ! Głupia, głupia, głupia!
Gdy agonia ogarnęła każdą komórkę jej ciała, a oddychanie stawało się coraz trudniejsze, całkowicie rozluźniła ciało, wywróciła oczy i przestała ruszać dłońmi, które do tej pory były kurczowo wczepione w ziemię.
Mocno ugryzła się w policzek, gdy poczuła na języku ciepłą krew, lekko rozchyliła usta, tylko tyle, by pozwolić jej wyciec i spłynąć czerwoną strużką w dół twarzy. Powoli przestawała wić się i drgać, co wymagało od niej niesamowitej siły woli, gdyż jedyne czego chciała to wyć z bólu. MacNair w końcu zauważył jej stan i gwałtownie przerwał klątwę, wyraźnie zaniepokojony.
W swoim udawanym stanie utraty przytomności, Hermiona wyglądała dokładnie jak osoba, którą potraktowano zbyt dużą dawką Cruciatusa, z prawdopodobnie śmiertelnym skutkiem.
Chyba nie chcesz powiedzieć swojemu Panu, że zabiłeś jego cenną szlamę, czyż nie MacNair?, pomyślała. MacNair opuścił różdżkę i przyklękł przy niej, by sprawdzić jej obrażenia. Dobry chłopiec. A teraz się pobawimy.
Nagle wyskoczyła w górę, czuła każdy mięsień, ból, jaki czuła, osiągnął nowy szczyt, ale zanim ugięły się pod nią nogi, siedziała już na jego klatce piersiowej, z nożem przystawionym do jego gardła i jego dodatkową różdżką w lewej ręce.
– Oni są moi – wysyczała. Na widok czystej furii w jej oczach aż odsunął się przed jej dotykiem.
Podejrzewała, że wyglądała teraz naprawdę przerażająco, z twarzą umazaną krwią i ostrzem noża, błyszczącym w słońcu, gdy pochylała się nad nim, niczym kot nad swoją zdobyczą. Zupełnie nie jak skromna szlama, którą znał z Wewnętrznego Kręgu, lecz raczej jak pogańska bogini, okrutna i bezlitosna.
– Nikt, poza Czarnym Panem, ich nie zabije. I to ja ich dla niego upoluję. Znowu mi przeszkodzisz, MacNair, a będziesz błagał, by to Dementorzy się tobą zajęli!
Skinął głową w cichym, panicznym geście oznaczającym zrozumienie. Spetryfikowała go machnięciem jego własnej różdżki, później kładąc ją poza zasięgiem MacNaira, zachowując tą dodatkową. Jednakże dopiero gdy odzyskała własną, wyczarowała liny i poddała się bólowi, który wstrząsał jej ciałem.
Przez długi czas po prostu leżała nieruchomo, skulona w śniegu, wpychając powietrze w płonące płuca. Gdy stwierdziła, że znów może oddychać i poruszać się, wstała i osuszyła się za pomocą zaklęcia.
– Dobrej nocy MacNair – wymruczała, odczarowując go, po czym aportowała się przed wejście do Trzech Mioteł.
Dziewczyna, która weszła do pubu nie miała nic wspólnego z niebezpieczną wojowniczką, która pokonała śmierciożercę niecałe dwadzieścia minut wcześniej. Dobrze zastosowane zaklęcie makijażowe zaczerwieniło jej policzki, jednocześnie ukrywając wszelkie ślady walki, a wesoły uśmiech przyciągnął w jej kierunku wiele pochlebnych spojrzeń.
– Przepraszam chłopaki – uśmiechnęła się, gdy dotarła do stolika Harry'ego i Rona. – Rozwiązał mi się but i zostałam trochę w tyle. A potem spotkałam profesor McGonagall przed sklepem Zonka. Za kilka minut muszę być z powrotem w Hogwarcie, jestem jej potrzebna w bardzo ważnym eksperymencie!
Oboje wyglądali na dość niezadowolonych z faktu, iż ich kolejne wspólne popołudnie tak szybko dobiegło końca. Jednak, gdy zapytała kto wygrał wyścig i kupiła Ronowi, który zrobił dobry użytek ze swoich dłuższych kończyn, kremowe piwo w nagrodę, trochę poprawił im się humor i nie mieli już nic przeciwko.
Oni naprawdę są dobrymi przyjaciółmi, pomyślała idąc w stronę Hogwartu. Teraz już nie ukrywała, że kuleje. Gdyby tylko wszystko nie bolało mnie jak jasna cholera.
0o0o0o0o0o0o0o0o0o0o0o0o
Gdy w końcu dotarła do kwatery Severusa, w czym przeszkadzały jej poparzone plecy i bolące ciało, była już, jak zwykle, spóźniona.
Profesor McGonagall i Draco przybyli już dawno temu i, jak się zdawało, skończyli oficjalną część wieczoru bez niej. Zajmowali kilka kanap najbliższych kominka i spojrzeli z oczekiwaniem w jej stronę, gdy przechodziła przez gobelin.
– Severus jest w kuchni – powiedział Draco. Hermiona uśmiechnęła się, słysząc z jaką dumą wymawia imię nauczyciela. Najwyraźniej Severus postanowił w końcu zaliczyć chłopaka do kategorii „kolegów".
– Czy to zaklęcie makijażowe, czy tak się cieszysz na nasz widok, Hermiono? – zapytał, wyraźnie nie dając się zwieść jej zdrowemu wyglądowi.
– Zaklęcie – przyznała, dokładnie w chwili, gdy drzwi do kuchni otworzyły się i wszedł Severus niosący tacę z talerzami i sztućcami. Skończyła zaklęcie wzruszeniem ramionami. Krótkie westchnięcie McGonagall, którego profesor nie umiała powstrzymać, powiedziało jej wszystko, co chciała wiedzieć o swoim stanie.
– Co się stało? – zapytał Severus, szybko odkładając tacę i podchodząc do niej.
– Ja, Harry i Ron mieliśmy małe spotkanko z MacNairem niedaleko od Hogsmeade – wyjaśniła na głos dla dobra gości. McGonagall nie wiedziała o ich rozmowach wewnątrz umysłu i nie była pewna, czy Severus chce jej o tym powiedzieć.
– Na szczęście, oni nie zauważyliby napastnika, nawet jeżeli ten wyskoczyłby przed nich i zaczął skakać pajacyki – kontynuowała, dopiero teraz zauważając jak bardzo była zmęczona i poirytowana. – Trochę czasu zajęło mi pozbycie się naszego przyjaciela MacNaira i przekonanie ich, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.
– Co się stało z pani twarzą, panno Granger? – zapytała zaniepokojona profesor McGonagall. – Jest cała w zaschniętej krwi! Jak...
– Oh, nie przesadzaj Minerwo – opryskliwie przerwał jej Severus. – To tylko zadrapania. Jej plecy są prawdziwym problemem. Odwróć się Hermiono. Potraktowano je jakimiś klątwami?
Hermiona uśmiechnęła się do niego, mile dotknięta faktem, że znał ją na tyle dobrze, by oceniać stan jej zdrowia po postawie i ruchach. Zrobiła jak jej kazano i usłyszała jeszcze jedno westchnięcie ze strony swojej nauczycielki, tym razem bardziej uzasadnione.
– Nieostrożna – wymruczał pod nosem Severus, krytycznie przyglądając się jej obrażeniom. – Dlaczego się nie osłoniłaś?
– Klątwa była wycelowana w Harry'ego – wyjaśniła. – Mogłam tylko stanąć na jej drodze i przyjąć ją na siebie.
Gdy on czyścił i leczył jej obrażenia za pomocą magii, Hermiona przesłała mu swoje wspomnienie o ataku i swojej reakcji.
Dobra robota, usłyszała w umyśle echo jego aprobaty. Dość elegancko wykonane, poza tą drugą różdżką. Kiedyś zrobimy z ciebie ślizgona.
Mam nadzieję, że jednak nie, odparowała z uśmiechem, po czym zakończyła kontakt wzrokowy.
– Dziwne było to, że napastnik dokładnie wiedział dokąd idziemy – zastanowiła się głośno.
– Co w tym dziwnego? – zapytał Draco. – W ten weekend było wyjście do Hogsmeade. Cała szkoła tam była, nawet nauczyciele!
– Tak, ale w tej jaskini nie byliśmy od ponad roku. Justin nie mógł wcześniej powiedzieć MacNairowi gdzie będziemy. To oznacza, że albo komunikują się ze sobą za pomocą jakiegoś przedmiotu, albo Justin spotkał się z nim i dodał informację o tym, gdzie się udajemy jako mały bonus. Zastanawiam się czy...
Wtedy dobiegł ich hałas otwieranych drzwi kuchennych. Nadszedł czas kolacji. Severus powiększył stolik, przy którym jadali z Hermioną, i nakrył go piękną porcelaną oraz srebrnymi sztućcami.
Jane przywitała się z Hermioną z szerokim uśmiechem. Dracona obdarzyła ostrzegawczym spojrzeniem, prawdopodobnie pod wpływem historyjek o Malfoyach, które opowiadał Zgredek, uścisnęła dłoń McGonagall i doradziła Severusowi, by „trzymał w ryzach swój temperament, przynajmniej tego wieczoru". Po czym, zostawiwszy gości lekko oszołomionych, aportowała się, aby resztę wieczoru nauczać inne skrzaty domowe.
Delektując się wyborną kuchnią Jane, Severus i Minerwa zaczęli sobie tradycyjnie dogryzać. Nauczycielka przeczytała kolejną mugolską książkę, która „doskonale pasowała do Severusa", tym razem były to „Wichrowe Wzgórza". Recytowała z pamięci długie i dramatyczne fragmenty powieści, na co Severus odwdzięczał jej się równie obszernymi cytatami z Odysei i Iliady, które, jak mówił, dobitnie dowodziły iż osoby o imieniu „Minerwa" w ogóle nie znają się na ludziach.
Na początku Draco był zszokowany, widząc nauczycieli dwóch tak zaciekle rywalizujących domów, w niezwykle przyjacielskich stosunkach. Jednak gdy przełamał pierwszy strach przebywania pomiędzy dwiema najbardziej przekomarzającymi się osobami na świecie, nawet włączył się do rozmowy, dorzucając kilka suchych uwag na obronę swojego mistrza eliksirów.
Gdy Minerwa oskarżyła go o pomoc opiekunowi swojego domu, Severus uniósł głowę nieco wyżej i poinformował ją, że sam jest się w stanie obronić i absolutnie nie potrzebuje do tego wstawiennictwa innych osób.
– Kto broni prawdy, może jedynie zyskać na honorze – zacytował zuchwale Draco jedno z bardziej tandetnych powiedzonek Godryka Gryffindora, na co nawet Minerwa nie mogła powstrzymać się od szerokiego uśmiechu.
Hermiona jednak nie brała udziału w tej przyjacielskiej pogawędce. Obserwowała innych i koncentrując się na jedzeniu, bezgłośnie rozważała, raz za razem, wydarzenia dzisiejszego dnia.
Aż podniosła wzrok i spojrzała prosto w oczy Severusa.
Martwisz się, przesłał jej w myślach. Jego dobry humor natychmiast zniknął. Dlaczego?
Być może źle oceniłam zagrożenie, jakie stanowi Justin, przyznała cicho. Zamek jest zbyt plotkarskim miejscem, by całkowicie kontrolować przepływ informacji, a takie coś jak dzisiaj, nie może już nigdy więcej mieć miejsca. Wyobraź sobie co by było, gdyby Harry i Ron byli sami!
Przekonam Albusa, by zaplanował kolejne zebranie ze zmorą twojej egzystencji i jego pomagierem, zaproponował. Być może ja razem z dyrektorem będziemy w stanie wryć im do głowy konsekwencje ich bezmyślności.
To jednak nie rozwiąże problemu Justina, zaprotestowała, nie tylko dlatego, że wiedziała, jak Snape zachowa się wobec chłopaków na takim spotkaniu.
Musimy więc znaleźć bardziej bezpieczny sposób na kontrolowanie go lub usunąć zagrożenie, jakie stanowi, odpowiedział Severus, bezwiednie zaciskając palce na kieliszku wina. Jakieś pomysły?
Możemy zwerbować go do Zakonu, ale nie sądzę, żeby to była rozsądna opcja, odpowiedziała powoli Hermiona, wyraźnie ukazując w myślach swoje niezadowolenie z takiego obrotu spraw.
Pozostali ucichli. Draco zorientował się co robią i starał się im nie przeszkadzać, a McGonagall obserwowała ich z nieprzeniknionym wyrazem twarzy.
– Zastanawiam się, co powinniśmy zrobić z Justinem? – Severus na głos przedstawił pozostałym temat rozmowy. – Jak myślisz Minerwo?
– Myślę, że nigdy nie sądziłam, iż legilimencję można stosować w ten sposób. To raczej niezwykłe – odpowiedziała McGonagall, zaskakując innych.
Severus westchnął. – Czasem zastanawiam się, czy komukolwiek udało się utrzymać coś w tajemnicy przed tobą – odpowiedział z uśmiechem.
– Nie na długo – odparowała, i tym razem nawet Hermiona nie mogła powstrzymać śmiechu.
– Wracając do Justina – naprowadziła rozmowę na wcześniejszy temat. Ku jej zdziwieniu to Draco pierwszy się wypowiedział.
– Wydaje mi się, że mamy trzy możliwe rozwiązania, jeżeli nie chcemy, by sytuacja podobna do dzisiejszej się powtórzyła. Po pierwsze, możemy usunąć Justina ze szkoły, lub uwolnić jego rodziców, tym samym kończąc jego pracę jako szpiega. Po drugie, możemy przekonać go by pracował na naszą korzyść jako kolejny podwójny agent – tu posłał uśmiech w stronę Severusa i Hermiony, którzy uważnie go słuchali.
– I po trzecie – kontynuował – możemy znaleźć efektywny i bezpieczny sposób kontrolowania które informacje i po jakim czasie przekazuje MacNairowi. Myślałem o czymś w rodzaju zaklęcia Obliviate, które na mnie rzuciliście. Może udałoby się je zmienić, w taki sposób, by powstrzymywało Justina przed przekazywaniem zbyt ważnych lub zbyt świeżych wiadomości.
– Pierwsza możliwość powinna być naszą ostatnią – podjęła McGonagall. – Chciałabym, by możliwości, które prezentuje Justin były dla nas jak najdłużej dostępne. Powinniśmy jednak znaleźć sposób by ochronić jego rodziców, na wypadek gdyby MacNair stwierdził, że Justin nie jest mu już potrzebny. Proponowałabym zlokalizowanie ich i przeniesienie w bezpieczne miejsce.
– Dobrze, że o tym powiedziałaś – zgodził się Snape. – Myślę, że możemy wykluczyć drugą opcję. Z tego co wiem od was obojga – głową wskazał Hermionę i Dracona. – I z moich lekcji z nim, wiem, że chłopak jest okropnym szpiegiem. Nie jest nawet w stanie poprawnie służyć jednemu panu. Jeżeli odkryjemy się przed nim, natychmiast nas zdradzi.
– Jednak twój pomysł z Obliviate – kontynuował, uśmiechając się do Dracona, – jest wart rozważenia. Moglibyśmy umieścić w jego umyśle nakaz, by raportował mi o wszystkim przez sowią pocztę, lub w jakiś inny sposób, zanim pójdzie z tym do MacNaira. Da nam to czas do rozważenia tych informacji i szybkiej reakcji, jeżeli takowa będzie potrzebna.
– Ale czy to nie jest ryzykowne? – zapytała McGonagall. – Jeżeli MacNair zorientuje się, że ktoś majstrował w umyśle Justina lub zdecyduje się przyprowadzić chłopaka do Voldemorta, chłopak nie ma szans!
– To prawda – zgodził się Severus. – Chroniąc w ten sposób Pottera, zwiększamy ryzyko śmierci dla Justina.
– To oznacza zabawę z niewinnym życiem, Severusie – powiedziała ostrzegawczo McGonagall, której wyraźnie nie podobał się kierunek w którym zmierzała ta dyskusja.
Severus uśmiechnął się lekko. – Oszczędzę nam filozoficznej dyskusji o naturze niewinności – odpowiedział. – Jednak twój punkt widzenia jest istotny.
Nagle zwrócił się do Hermiony, która bezgłośnie śledziła dyskusję, z mrocznymi i zamyślonymi oczami.
– Co o tym myślisz Hermiono? – zapytał Severus. – W końcu to ty go odkryłaś i w jakiś sposób czyni cię to za niego odpowiedzialną. Oszczędź go, lub użyj, ryzykując tym samym jego życie.
Draco, gdy usłyszał słowa Severusa, poczuł jak wzbiera w nim gniew. Wiedział, że Hermiona czuła się odpowiedzialna za wszystkich wokół siebie. Nie podobało mu się, że dodatkowo obciąża się ją jeszcze tą decyzją.
Hermiona jednak zachowała spokój i gdy w końcu odpowiedziała na pytanie Severusa, zrobiła to z chłodnym profesjonalizmem szpiega, a nie z emocjonalnym podejściem gryfona.
– Myślę, że musimy podjąć to ryzyko – powiedziała cicho. Gdy McGonagall pochyliła się do przodu w fotelu by zaprotestować, Hermiona uniosła dłoń w uciszającym geście.
– Wiem co mówię, pani profesor. I wiem, że oznacza to śmierć zarówno dla Justina jak i jego rodziców. Ale wojna nie jest sprawiedliwa i niewinni ludzie giną każdego dnia. Kim jestem by decydować, kogo z nich ocalić – Justina, czy osoby, które można by ochronić dzięki tym dodatkowym informacjom? Justin znalazł się w przerażającej, lecz stabilnej sytuacji. Nie poprosił jednak ani nauczyciela ani innego ucznia o pomoc.
Westchnęła ze znużenia. – Możemy wygrać tą wojnę tylko jeżeli będziemy widzieć całość sytuacji, tego nauczyłam się obserwując profesora Dumbledore'a. Mówiąc szczerze: na dłuższą metę Harry jest dla nas dużo ważniejszy, niż życie Justina.
Spowiła ich cisza. Zniknęła radość i dowcip, którzy wszyscy przed chwilą czuli. Spojrzeli w stronę Severusa.
– Zgadzam się z Hermioną – powiedział z ponurym wyrazem twarzy, po przerwie, która zdawał sie być zbyt długa. – Tak więc zdecydowaliśmy. Rodzice Justina będą chronieni najlepiej, jak to będzie możliwe, a Justin będzie dalej szpiegował dla MacNaira, ale pod moją kontrolą.
Hermiona, ze ściągniętą twarzą i oczami błyszczącymi w ogniu jak dwa diamenty, powoli skinęła głową.
– To ja będę odpowiedzialna za jego śmierć – wyszeptała. Brzmiało to dla nich jak modlitwa.
McGonagall spojrzała na nią starymi, nieprzeniknionymi oczami, zapominając o wszelkim sprzeciwie. – Naprawdę dojrzałaś, moja droga – powiedziała w końcu. – Nie wiem, czy się smucić, czy być dumną.
– Bądź wdzięczna – odpowiedział Severus, gdy Hermiona nie zareagowała, wciąć pogrążona w myślach. – Gdyż nie poradzilibyśmy sobie bez niej w tej wojnie.
0o0o0o0o0
