Ten rozdział został zbetowany przez wspaniałą Felly, której ogromnie za to dziękuję.

Oczywiście wielkie podziękowania ślę również tym, którzy nie zrazili się dość krótkim i trudnym do skomentowania ostatnim rozdziałem i zostawili pod nim po sobie chociaż kilka słów - a zatem Gumosi, Dominikamaji, XSparkX, Adelci, Anuii oraz Damie Trefl. Jesteście naprawdę niezwykli!

Dominikamaju, rozumiem :). Co do rozdziału - cieszę się, że ci się podoba. A co do planów autorki odnośnie tego fica - o tym napisałam nieco niżej, przy okazji informacji.

A teraz czas na... mniej przyjemne wiadomości. Rozmawiałam ostatnio z The Fictionist, autorką tego opowiadania, i w wyniku tej rozmowy, podążając za jej radą, chwilowo wstrzymuję się z dalszym tłumaczeniem tego fica. Ale nie bójcie się, to nie dlatego, że mam zamiar go porzucić czy coś w tym stylu! Po prostu, jak to powiedziała The Fictionist, nie do końca wie, co z tym ficiem zrobić, bo nie jest pewna, czy podoba jej się jego druga część. Zapewnia, że go dokończy, tylko po prostu nie wie, czy może przypadkiem wcześniej nie napisze jej od nowa. Radziła poczekać, aż opublikuje kolejny rozdział i tak właśnie zamierzam zrobić - bo, przyznam całkowicie szczerze, nie za bardzo chciałabym, aby jakaś część mojej pracy poszła do kosza. A zatem tłumaczenie przechodzi chwilowo w stan stagnacji i czeka cierpliwie na kolejny krok The Fictionist. Nie będę podejmowała się w międzyczasie - a przynajmniej niczego takiego nie planuję - żadnych nowych projektów. Przetłumaczę tylko może w końcu nowy rozdział "Gracza...". Taak, zdecydowanie. Trwa też powolne poprawianie najbardziej rażących błędów w "Ulubieńcu...". No i, oczywiście, dalej działam z „Gdy umiera…" :).


Słowniczek: wężomowa


Motyle serce

Część druga

Rozdział drugi

Kawa poparzyła usta Harry'ego.

Znajdował się w Departamencie Aurorów i, och, jakież to było nienawistnie znajome! Przynajmniej po tych dwóch latach nie posadzono go ponownie w jego starym gabinecie.

Wszyscy się na niego gapili. Zerkali. Okazywali wyrazy współczucia i zachwycali się, jakiż to był odważny, skoro zdecydował się wrócić. Wszystko to powodowało, że pragnął na nich warknąć.

Przynajmniej Rita Skeeter się jeszcze o nim nie dowiedziała.

Przekartkowywał w odrętwieniu zdjęcia z miejsca zbrodni i notował swoje spostrzeżenia, chociaż wiedział, że wszystko to i tak prawdopodobnie nie wystarczy, aby kogokolwiek skazać. Aby powstrzymać historię od powtórzenia się.

Czuł się źle, będąc tutaj, podczas gdy Ron leżał pochowany sześć stóp pod ziemią.

Dość oczywiste było, że zabójca próbował zwrócić uwagę jego, Voldemorta lub ich obu. Morderstwa imitowały te popełnione przez Riddle'a, powtarzając wyznaczony przez nie wzorzec. Ostatnim była matka, ojciec i syn.

Miał mdłości. Nie był w stanie niczego pić, ale wymusił na sobie kilka kartoników kofeiny.

— Nie wiem, czego ode mnie oczekujecie – powiedział, wkładając zdjęcia z powrotem do pliku i zamykając go, aby nie musiał na nie patrzeć. Wytarł okulary, a jego palce drżały, kiedy sięgnął po swoją buteleczkę z tabletkami, bez popijania przełykając nie pierwszą tego dnia. – Zapisałem wam wszystkie moje przemyślania, ale wątpię, aby jakoś szczególnie wam pomogły.

Szybko pchnął podkładkę w stronę siedzącego naprzeciwko niego Scrimgeoura i wstał.

— Najważniejsze, co musicie zrobić, to dowiedzieć się, dlaczego Voldemort nie jest tymi zabójstwami rozwścieczony. Powiedziałbym, że jest po prostu znudzony życiem w zamknięciu, ale nie mogę, biorąc pod uwagę, jaka była jego reakcja na Croucha i niechlujstwo jego naśladowczych zabójstw, a także to, że te nowe zbrodnie nie imitują jego modelu morderstwa, ale również listę ofiar… poczynając od reprezentacji… — Jego oczy się zamknęły, a gardło zacisnęło. — …Potterów, w alternatywie, gdybym tego nie przeżył. Powiedziałbym, że naśladowca przejdzie przez jego kartotekę i „poprawi" ją, dokończy to, co zostało niedokończone. A to powinno Riddle'a wkurzyć, bez względu na to, jak bardzo jest znudzony.

— Myślisz, że Voldemort ma coś z tym wspólnego? Że to aranżuje lub coś w tym stylu?

— Raczej coś w tym stylu – mruknął Harry. – Sugeruję jednak, abyście z nim porozmawiali. – Dostrzegł sposób, w jaki Scrimgeour na niego spojrzał i zmarszczył brwi. – Co?

Jego były szef zwilżył usta.

— Chodzi o to, że… już wczoraj kogoś posłaliśmy, aby skonsultował się z panem Riddle'em. W zamian za pomoc w sprawie zaproponowaliśmy mu lepszy widok lub wiele brakujących przywilejów.

— I? – naciskał Harry, czując ucisk w żołądku.

— I zainteresowany był negocjowaniem w tej sprawie i rozmawianie o niej wyłącznie z tobą – stwierdził Scrimgeour.

Harry wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę, po czym zaczął się śmiać. Dźwięk ten był szorstki i gardłowy, jakby już dawno zapomniał, jak tak naprawdę powinien brzmieć, a teraz tylko naśladował jego wspomnienie.

— Wczoraj. Przed czy po tym, jak się do mnie zwróciłeś? – Jego oczy błyszczały ostro. – Naprawdę ściągnąłeś mnie tutaj tylko po to, abym się temu przyjrzał, czy może po to, bym zaczął się w tę sprawę angażować, bo dzięki temu mógłbyś pchnąć mnie Riddle'owi jako przynętę? Znowu.

Mógł się jedynie śmiać, bo obawiał się, że jeśli przestanie, zacznie płakać. Nawet teraz, po tylu latach, czuł się tak żałośnie kruchy. Owinięty bandażami determinacji i tabletek. Kruchy, ale spójrzcie no tylko, wciąż tu był. Byłby idiotą, gdyby wrócił do tego psychopaty, który wbił mu nóż w brzuch i go w to wszystko wciągnął!

Scrimgeour przestąpił niezręcznie z nogi na nogę, a Harry pokręcił głową. Oczy mężczyzny zwęziły się.

— Musisz rozumieć, że to konieczne. Próbowaliśmy wszystkiego. Jest zainteresowany tylko zobaczeniem się z tobą. Stawieniu tobie czoła. Nie musisz angażować się w tę sprawę, po prostu… pójdź się z nim zobaczyć.

— I takim oto sposobem poznaliście motywy oraz to, dlaczego nie jest zirytowany swoim naśladowcą – burknął Harry, zaciskając usta i ponownie się odwracając. – Teraz musicie już tylko dowiedzieć się, jak udało mu się to zorganizować.

— Panie Potter, umierają ludzie – powiedział cicho Rufus.

— I niby to ja jestem za to odpowiedzialny? – warknął Harry, zaciskając pięści.

— Wskazuję tylko, że możesz pomóc nam to powstrzymać.

— A potem pojawi się jakiś inny morderca i to wszystko zacznie się od nowa. Ludzie umierają i są krzywdzeni bez względu na to, czy coś z tym robię, czy też nie. Może przestałem próbować ich wszystkich uratować.

Scrimgeour westchnął ciężko.

— Oczywiście nie mogę zmusić cię do pomocy, Potter. Po prostu to przemyśl. Jesteś dobrym człowiekiem.

Dlaczego więc czuł się, jakby wszechświat nieustannie karał go za jakąś wielką zbrodnię?


Dwa tygodnie i kolejne ciało później Harry stał w holu psychiatrycznego azylu Smethwycka.

Nienawidził się za ustąpienie, ale równie mocno nienawidził siebie również za to, że tak długo z tym zwlekał, zamiast od razu mieć to już za sobą. Jego tchórzostwo kosztowało kogoś życie. Odwaga prawdopodobnie będzie kosztowała jego, ale, szczerze mówiąc, nie był pewny, czy jego obecną egzystencję można było w ogóle nazwać „życiem", skoro nie wydawało mu się, że mógłby zaakceptować to, co się stało. Może miał po prostu nadzieję szturchać los kijem i zirytować go na tyle, by w końcu go powalił. Wszystko byłoby lepsze niż zawieszenie w jego obecnym stanie odrętwienia.

Może poszukiwał po prostu jakiegoś zamknięcia. Czegoś, co sprawi, że jego rany zaschną i się zabliźnią, a potem zaczną leczyć i nie będzie miało już znaczenia to, jak obrzydliwie na początku wyglądały.

Próbował się z tym wszystkim pogodzić, naprawdę! Ale… kiedy poświęcasz tak wiele czasu na polowanie na kogoś, już nie mówiąc o tym wszystkim, co się z tym wiązało, odcięcie sznurków obsesji pozostawia straszliwą pustkę. Nie wiedział, co ze sobą zrobić, skoro wydawało mu się, że został stworzony tylko dla tego jednego celu. A pytania nie pomagały. Sznurki niedokończonych rozmów owijały się wokół jego szyi niczym wisielcza pętla, niczym jedwabista pajęczyna dawno minionych snów.

Jeśli chciał się od tego wszystkiego uwolnić, musiał być w stanie je odciąć, zaspokoić ciekawość.

— Ach, panie Potter! – Smethwyck uśmiechnął się do niego szeroko. – Jak miło, że się ze mną spotkałeś. Zmieniłeś zdanie na temat mojego…

— Jestem tu, aby zobaczyć się z Riddle'em – przerwał mu szorstko.

Twarz mężczyzny lekko się zmarszczyła, a jego usta zacisnęły się kwaśno, zanim ponownie nad sobą zapanował.

— Rozumiem.

Ale Harry i tak skończył siedząc w biurze Smethwycka – nieprzyjemnym, nazbyt wygodnym miejscu, którego ściany wyłożone były certyfikatami różnych osiągnięć. Starannie ułożone na biurku zdjęcia rodzinne zwrócone były ku gościom, a nie ojcu widniejącego na nich roześmianego dzieciaka.

Nie nazwałby go niestylowym, ale oczywistym było, że został zaprojektowany tak, aby robić wrażenie i pokazywać jego osiągnięcia.

— Jak to zrobiłeś? – zapytał z zaciekawieniem Smethwyck. Mężczyzna właśnie skończył swoje nieudolne próby namówienia go do współpracy przy pisaniu książki o psychologii Lorda Voldemorta. Podobno będzie to prawdziwy bestseller, biorąc pod uwagę ostatnie morderstwa i ponowne zainteresowanie mediów.

Harry spojrzał na niego tępo.

— Jak go złapałeś? – przeformułował swoje pytanie psychiatra.

Harry wykręcił ręce, które trzymał na kolanach i wstał sztywno, prostując ramiona.

— Pozwoliłem mu mnie zabić. Dwukrotnie. Więc mogę się z nim zobaczyć, czy nie? To dość pilne, inaczej by mnie tu nie było.

Doktor, przyglądając się mu uważnie, zaczął prowadzić go po celach, które więziły najniebezpieczniejszych szaleńców w Wielkiej Brytanii. Harry, kiedy przechodzili, słyszał ich jęki i wołania. Powiedziano mu, że Riddle znajdował się na samym końcu. Otoczony największymi zabezpieczeniami. Był w końcu potężnym czarodziejem.

Nawet gdy był w klatce, nikt nie chciał go wkurzyć.

— Nie podchodź i spróbuj go nie prowokować. W czerwcu zabił sanitariusza, który zbytnio się do niego zbliżył.

— Och, uwierz mi, nie mam zamiaru ponownie tego robić. – Bez względu na to, o jaką bliskość by chodziło.

— Wiesz, dużo o tobie mówi. Rysuje cię. Trzyma przy łóżku twoje zdjęcie. To dość romantyczne. Zawsze myślałem, że coś pomiędzy wami było.

Harry potrafił stwierdzić, że Smethwyck próbował wyciągnąć z niego jakieś szczegóły, jakieś soczyste potwierdzenie hipotezy, jednak jego gardło zacisnęło się.

Nawet gdyby chciał mu w jakiś sposób odpowiedzieć, nie wiedziałby jak. Nie miał pojęcia, co między nimi było, tylko ten jeden raz, gdy się całowali, bo nie był w stanie pozbyć się z głowy twarzy tego drania.

Nic więc nie powiedział i tylko ruszył samotnie ostatnim korytarzem. Do najbardziej strzeżonej celi.

Tym razem nie było żadnych jęków ani nawoływań – jedynie dźwięk jego stukających o podłogę butów.

Więźniowie obserwowali go z wygłodniałym przerażeniem.

Harry skręcił za ostatni róg i zamarł, ponownie mając przed sobą Voldemorta. Tom wyglądał właściwie tak samo jak zawsze – miał tę samą klasycznie przystojną twarz, to samo opanowanie. Tylko drogie garnitury i szaty zastąpione zostały przez bezkształtne ubrania więzienne, które wisiały na jego smukłym ciele, bladym z powodu braku słońca.

Nie można było również powiedzieć, by jego cela była naga. Były w niej książki i różne tego typu rzeczy. Ściana zapełniona była rozmaitymi rysunkami. Wyraźnie widać było, że Smethwyck próbował przekupić drania, aby z nim porozmawiał.

Harry poczuł się, jakby czas wokół niego stanął w miejscu, jakby zaczerpnął oddech i go jeszcze nie wypuścił. Przez chwilę modlił się, aby Riddle nie uniósł wzroku. Aby pozostał pochylony nad przymocowanym biurkiem, ściskając w rękach dziecięce kredki. Aby Harry mógł po prostu uciec, zanim będzie za późno.

Smethwyck wyraźnie chciał spełniać zachcianki Toma, ale nikt o zdrowych zmysłach nie dałby masowemu mordercy czegoś, co choćby w najmniejszym stopniu mogłoby zostać zamienione w broń. Był to jedyny powód, dla którego nawet się lekko nie uśmiechnął, widząc niebezpiecznego mordercę rysującego kredkami.

— Witaj, Harry. – Mężczyzna nie uniósł jeszcze wzroku, ale Harry był praktycznie w stanie usłyszeć w jego głosie uśmiech, dodatkowy pomruk, który pieścił jego zmysły. Jego gardło zacisnęło się.

Kiedy Tom w końcu się odwrócił, wyraz jego twarzy był nieprzenikniony. Następnie wstał zgrabnie, podchodząc do oddzielającego ich szkła. Jego ciemne oczy błyszczały. W tym świetle wydawało się, jakby nie istniało absolutnie nic, co mogłoby zatrzymać tego mordercę przed wyciągnięciem ręki i przesunięciem chłodnych palców po jego policzku. Ale, oczywiście, w rzeczywistości dzieliło ich szkło. Grube, zaczarowane szkło, przez które nie miał możliwości się przedostać.

Żołądek Harry'ego przeszył ból i miał ochotę sięgnąć po swoje tabletki. Zamiast tego wyprostował ramiona, nie godząc się na okazanie słabości.

— Przyszedłem. Więc mów. Co wiesz o obecnych motylich zabójstwach? – zażądał.

— Upadliśmy tak nisko, że nawet się ze mną po tym całym czasie nie przywitasz? – zapytał Riddle, unosząc brwi. – To niegrzeczne.

Harry zacisnął zęby i wysunął do przodu brodę. Przypomniał sobie, że Tom nie miał już żadnej władzy. Ani nad nim, ani nad nikim innym. Ten drań był w klatce, na miłość boską! Jeśli kiedykolwiek istniał scenariusz, w którym to Harry miałby przewagę, musiał wyglądać właśnie tak. Mógł odejść w każdej chwili.

— No więc?

— Powiedziałem, że tylko z tobą będę negocjował – mruknął Tom. – Nie zaczęliśmy jeszcze żadnych negocjacji. – Głowa Riddle'a przechyliła się, gdy się mu przyglądał. – Wyglądasz na zmęczonego. Jak twój brzuch? – Pomimo jego tonu, jego oczy w ostrym świetle zalśniły jeszcze jaśniej.

Harry poczuł, że pomimo swoich starań sztywnieje.

Myślał, że jest na to gotowy. Myślał, że dwa lata wystarczą, ale tak nie było. Był w stanie stwierdzić to od razu. Wypuścił ostro oddech, krzyżując defensywnie ręce na klatce piersiowej.

— Czego chcesz? – Zignorował jego pytanie. – Pokoju z widokiem? Dostępu do zdjęć z miejsca zbrodni? Spaceru po ogrodzie?

Tom wyglądał zdecydowanie zbyt spokojnie, z wyraźnym smakiem napawając się jego widokiem.

— Widzę, że nie minąłeś jeszcze etapu zaprzeczenia. Myślałem, że dwa lata wystarczą, abyś przestał uciekać od naszego połączenia. Rozważałeś możliwość, że masz problemy z nawiązywaniem kontaktów? – Riddle powiedział to niemal tak, jakby się z nim drażnił, balansując na ostrzu noża z niebezpieczną powagą.

Harry zacisnął szczękę. Pozostał jednak spokojny. Minęły dwa lata, wiele się zmieniło.

— Brałeś pod uwagę, że twoje nawiązywanie kontaktów graniczy z prześladowaniem? – odparował szybko i bystro. Automatycznie. Voldemort roześmiał się.

— Och, Harry. – Mężczyzna przycisnął się do szkła. – Tęskniłem za tobą.

— To dlatego zaaranżowałeś te morderstwa? Wspomnienie starych, dobrych czasów?

Tom uniósł brwi.

— Jestem zaszczycony, iż tak bardzo jesteś przekonany o mojej wszechmocności, że myślisz, iż mógłbym stąd uciec, aby popełnić morderstwo, a także przerażony, że wierzysz, iż mógłbym po tym wszystkim tutaj wrócić i z powrotem się zamknąć.

Harry skrzywił się.

— Naprawdę nie masz z tym nic wspólnego? – zażądał.

Riddle uśmiechnął się do niego tylko w odpowiedzi, niczego nie ujawniając. Może się tylko zgrywał, udawał, że jest czegoś świadomy, chociaż tak naprawdę wcale nie wiedział o naśladowcy więcej niż oni. Harry'ego kusiło, aby po prostu odejść.

Z drugiej strony jednak, równie możliwe było, że Voldemort doskonale wiedział, co było grane i tylko nie chciał tak łatwo oddać im swojej karty przetargowej.

— Czego chcesz? – zapytał ponownie. – Wyrzuć to z siebie albo odejdę. Mogę. To nie ja jestem zamknięty, by gnić tu do końca życia.

— Nie? Być może to ja jestem uwięziony fizycznie za tym szkłem, ale to ty siedzisz w stworzonym przez siebie samego więzieniu. Gdyby tak nie było, nie byłoby cię tutaj. Jesteśmy połączeni, ty i ja. – Uśmiech Toma poszerzył się. – Ale ty już o tym wiesz.

Pomimo pozornego spokoju, Harry czuł napierające i uderzające w niego emocje. Było tak od momentu, gdy tylko Voldemort się do niego odwrócił. Przytłumione wprawdzie przez jego kwitnące umiejętności oklumencyjne, ale nie całkowicie zablokowane.

Obsesja przesunęła się czule wokół jego gardła, ukąsił go gniew, rozpaliła pełna urazy nienawiść i zawirowało wokół niego coś podejrzanie podobnego do pełnego zachwytu rozbawienia. Natychmiast. Ten nacierający na niego wzburzony bałagan trzymał go w miejscu, gdy ręce Riddle'a nie mogły tego zrobić.

Z pewnością nie czuł tego drażniącego spokoju. Zewnętrzne opanowanie i miłe usposobienie Toma wydawały się z tego powodu jeszcze bardziej cholernie przerażające. Zwłaszcza że musiał być on świadomy tego zestawienia, tego chorego braku dopasowania.

— Nie zaczynaj mi tu teraz filozofować – warknął Harry. Zrobił krok do tyłu, aby odejść i poczuł przypływ energii, kiedy otaczające go emocje zamigotały. Próbował nie myśleć, że jego własne zamieszanie musiało być dla Riddle'a równie widoczne.

Ta sytuacja była zbyt obciążająca.

Ciebie.

Harry odwrócił się ponownie powoli na te słowa. Znowu zesztywniał, chociaż wyćwiczył neutralny wyraz, który wślizgnął się teraz na jego twarz. Odrętwiała pustka udoskonalona przez dwa ostatnie lata.

Nie pozwoli, by ktoś po raz kolejny tak łatwo dobrał mu się do głowy.

— Słucham?

— Wakacje naprawdę musiały cię ogłupić, Harry. Chcę ciebie. Zawsze chciałem. Wiesz o tym. Ale, mówiąc dokładniej… myślę, że możesz nazwać to wymianą informacji. Ja będę podawał aurorom wskazówki i pomogę im z tymi zabójstwami… a ty wznowisz ze mną swoje sesje terapeutyczne. Przynajmniej raz na tydzień.

Harry gapił się na niego. Tępo.

— Co?

— Słyszałeś mnie.

Jednak Harry już potrząsał głową, a śmiech potrząsnął jego klatką piersiową, na granicy histerii.

— Nie. Nie ma mowy. Absolutnie nie. Pieprz się, nie nadajesz się na niczyjego psychiatrę i, cholera jasna, jeśli naprawdę myślisz, że pozwolę ci ponownie zbliżyć się do mojej głowy, zdecydowanie zasługujesz na swoje miejsce w tym domu wariatów.

— Niegrzeczny – zacmokał Tom. – A co do twoich pytań osobistych, jako że nie zakończyliśmy nigdy tej rozmowy, moim warunkiem jest, byś wchodził do mojej celi, kiedy mnie odwiedzasz.

Harry wciąż nie skończył bezradnie chichotać. Prawdopodobnie brzmiał, jakby to on był szalony. Może obaj byli. Jego śmiech urwał się jednak na wzmiankę o pytaniach osobistych. Zmrużył oczy.

— Taaa, nie. Nie ma mowy. Wybierz coś innego albo nie dostaniesz nic.

— No cóż, w takim razie Londyn zapełni się niedługo ciałami. A obaj wiemy, że masz skłonność do autodestrukcyjnego poczucia winy – zanucił Voldemort. – Pozwoliłeś już, by Ministerstwo znów zaciągnęło cię do mnie przez to twoje krwawiące serce. Co się stanie złego, jeśli wykonasz jeszcze jeden krok?

— Na wypadek, gdybyś o tym jakimś cudem zapomniał, ostatnim razem, gdy byłem w zasięgu twojej ręki, wyprułeś mi, do cholery jasnej, wnętrzności.

— Och, nigdy nie mógłbym o tym zapomnieć – wymruczał Tom, posyłając mu tym razem ostrzejszy uśmiech. – Często śnię o tej przepięknej scenie. Powinieneś siebie widzieć. Stanowiłeś wspaniałe dzieło sztuki, gdy tak mocno wiłeś się na moim ciele z bólu. Można się było niemal pomylić i pomyśleć, że wywołała to przyjemność.

Harry przełknął z trudem ślinę.

— Chociaż – kontynuował Voldemort – trochę dramatyzujesz. To było tylko małe przecięcie. Obaj wiemy, że gdybym naprawdę chciał cię zabić, mógłbym sprawić, że wykrwawiłbyś się na łóżku mojego ojca. Przez tętnicę udową. Straciłbyś przytomność w ciągu trzydziestu sekund. Umarł po trzech minutach. Mogłem poderżnąć ci gardło i też byłbyś martwy. Albo dźgnąć cię w serce. – Oczy Toma były twarde, bezlitosne, pomimo jego przyjemnego tonu. – Żyjesz, bo cię oszczędziłem. Ale ty już o tym wiesz. To naprawdę fascynujące, jak bardzo próbujesz unikać nieuniknionego. Chciałbyś spróbować wymyślić jakąś inną wymówkę?

Przyjście tutaj było idiotyzmem. Tak jak myślenie, że Voldemort mógłby im w jakiś sposób pomóc, a nie tylko rozkoszować się ponownie owijaniem wokół Harry'ego swoich węzłów. Toma nie obchodziło to, że ludzie umierali.

Z drugiej strony jednak, kiedy rozpoczynał swoją terapię, niczego nie mówił. Tym razem nigdy po prostu nie pominą etapu, gdy gapił się na Riddle'a z gorzkim, kamiennym milczeniem. Tom mógł być manipulantem, ale Harry także.

— Dobra. Ale, po pierwsze, zanim cokolwiek zaczniemy, musisz mi coś w zamian dać. Aby udowodnić, że nie próbujesz mnie tylko wykorzystać, tak jak zawsze. Coś, co pomoże nam w dochodzeniu. Na przykład imię.

— Gdybym podał ci nazwisko zabójcy, nigdy byś tu nie wrócił – oświadczył Riddle.

— Zegar tyka. Pięć sekund albo umowa jest nieważna. Coś mam wrażenie, że ciebie bardziej obchodzi to, abym został niż mnie to, abyś nam pomógł.

Voldemort przyglądał mu się uważnie, przechylając na bok głowę, po czym się uśmiechnął.

— Nie szukacie tylko jednej osoby.

Harry niemal stamtąd wybiegł.