Ten rozdział jest mroczny i Mroczny, ma też w sobie nasionka, którym trochę zajmie zanim wykiełkują. Jest dokładnie taki, jaki powinien być.
Rozdział dwudziesty czwarty: Otwórz się przede mną
Minerwa zamknęła oczy i pochyliła głowę. Tylko na ten wyraz słabości mogła sobie pozwolić, na te pięć minut w jej gabinecie zanim będzie musiała wstać i zejść na dół, żeby stawić czoła uczniom w Wielkiej Sali w sobotni poranek pod koniec października.
Dni tygodnia i nazwy miesięcy… nie miały dla niej szczególnego znaczenia ostatnimi czasy. Och, nauczała dalej zgodnie z rozkładem i wiedziała kiedy miały być jej lekcje. Na tyle jeszcze było ją stać. Nie była aż tak rozkojarzona.
Wszystko jednak zaczęło się jej rozchodzić w szwach kiedy trzech jej czystokrwistych podopiecznych przyszło do niej i wyznało, że Fenrir Greyback starał się "zrekrutować" ich rodziny.
Minerwa przeczesała włosy ręką ze zmęczeniem i wstała. Jej pięć minut niemal dobiegło końca. Mogła się wreszcie przestać martwić, w pewnym sensie, ponieważ przyjaciele tych uczniów przybiegli do niej tego ranka z wieściami, że łóżka każdego z nich były puste. Przynieśli notki, które zostawili po sobie, przyczepione do ich poduszek i zaadresowane do niej.
Wszystkie z tą samą wiadomością.
Przepraszam.
Zawiodła ich – nie udało jej się przekonać ich do pozostania, nie udało jej się przekonać ich do przyprowadzenia ich rodzin do sanktuarium, jakim mógł być dla nich Hogwart, nie udało jej się przekonać ich, żeby się nie wycofywali i nie starali "pozostać neutralni". Voldemort mordował rodziny czystej krwi, które starały się pozostać neutralne w czasie ostatniej wojny. Ta ścieżka sprowadzi na nich tylko nieszczęście.
Powiedziała im o tym wszystkim, a oni wyglądali, jakby się nad tym zastanawiali. Minerwa była pewna, że powoli wygrywa ich z powrotem i przeciąga na stronę Światła, pozwala im ujrzeć wszystko z szerszej perspektywy niż tylko rozważań o tym, co się stanie ich rodzinie w czasie najbliższej pełni jeśli spróbują się postawić.
A teraz zniknęli, a ona ich zawiodła.
Minerwa pokręciła głową i wyszła z gabinetu żwawym krokiem. Tak, zawiodła, tak samo jak zawiodła wiele lat temu, kiedy Syriusz Black spróbował zabić Severusa. Miała też zamiar poradzić sobie z tym dokładnie tak samo jak wtedy: obrastając wokół swojej rany i brnąc dalej przed siebie. Nic więcej nie była w stanie teraz zrobić. Musiała tańczyć do muzyki, która grała wokół niej, a nie do tej, która brzmiała w jej umyśle.
Już wcześniej poinformowała Albusa o swojej porażce, zanim udała się na odbycie żałoby w swoim gabinecie. On tylko westchnął, poklepał ją po głowie i wymamrotał jakieś pocieszenie o tym jakoby to nie była jej wina.
Minerwa w to nie wierzyła. Była głową ich domu, a mimo to nie zdołała ich rozbudzić na tyle, żeby wyjrzeli poza ślepą mgłę strachu i zobaczyli rzeczywistość.
Ale choć mogła się obwiniać bez końca, nie widziała żadnego powodu, żeby się zwijać z żalu w kłębek, a przynajmniej nie na długo. Stawi czoła konsekwencjom, a jedną z nich będzie bliższe przyglądanie się jej podopiecznym. Jeśli jedno z nich będzie w tarapatach, miała zamiar ingerować zanim problem rozrośnie się do skali, która każe im uciec do domu w nagłym odruchu tchórzostwa.
Zatrzymała się, kiedy usłyszała szybkie kroki dochodzące od strony drzwi wejściowych do Hogwartu. Były zbyt lekkie, żeby to mogli być Hagrid albo Sprout, a o tej porze nikt poza nimi nie byłby jeszcze na nogach. Minerwa poczuła chęć wygięcia grzbietu, jakby to zrobiła gdyby była kotem.
Czyżby ośmielili się przyjść do samego Hogwartu?
Wyciągnęła różdżkę i wyszła zza ostatniego zakrętu schodów trzymając ją wyraźnie przed sobą. Przyjaciel zasługuje na ostrzeżenie, a wróg na to, by oberwać klątwą prosto w twarz.
Wysoka, blondwłosa kobieta zatrzymała się momentalnie i zagapiła się na Minerwę jakby ta była co najmniej trollem. Minewrze chwilę zajęło skojarzenie skąd zna tę wyniosłą, pociągłą twarz.
– Pani Malfoy – powiedziała spokojnie, nawet na moment nie opuszczając różdżki. – Z tego co mi wiadomo, jeśli rodzic chce przyjechać z odwiedzinami do swoich dzieci, albo zabrać je z Hogwartu, zgodnie z zasadami najpierw musi uprzedzić o tym dyrektora. – Zeszła z ostatniego schodka, nie pozwalając swoim oczom oderwać się od niej. Pamiętała Narcyzę jako przeciętnego ucznia transmutacji, ale kto wie jak wiele mogła się nauczyć od czasów opuszczenia murów szkoły, w dodatku miała wyjątkowe zdolności do mrocznych zaklęć, jak większość Ślizgonów.
– Profesor McGonagall. – Głos Narcyzy był spokojny i opanowany i jeśli chciała sięgnąć po własną różdżkę, to nie pokazała tego po sobie w postawie. – Nie, nie przyjechałam tu zobaczyć się z Draconem, ani po to, żeby zabrać go do domu. Zaproponowałam jednak panu Potterowi odwiedzenie ze mną jednej z posiadłości Blacków, a on przyjął moje zaproszenie.
Minerwa przymrużyła oczy.
– Czego pani chce od Harry'ego? – zapytała cicho. To był kolejny uczeń, któremu nie poświęciła dość uwagi w ostatnich tygodniach, skupiona głównie na tamtych trzech przypadkach, które okazały się beznadziejnymi.
– Obawiam się, że to nie jest pani interes. – Brwi Narcyzy podniosły się w geście uprzejmego niedowierzania. – On nie jest z pani domu i z tego co mi wiadomo, nie wystąpiła pani o formalne włączenie pani do sojuszu.
– Mogę się o niego martwić nawet, jeśli nie jestem ani jednym ani drugim. – Minerwa miała ostrą klątwę praktycznie na końcu języka. Prawda, Narcyza Malfoy nigdy nie miała na sobie Mrocznego Znaku, nigdy nie pojawiała się na spotkaniach śmierciożerców i była, z tego co Minerwa mogła wywnioskować z nieczęstych spotkań z nią po jej opuszczeniu Hogwartu, kochającą i oddaną matką dla swojego syna. Prawdą jest też, że ludzie się zmieniają, ale też to, że jej mężem był wciąż Lucjusz Malfoy. – Jestem profesorką, a on jest moim uczniem. Proszę mi powiedzieć, co pani tu tak naprawdę tu robi. Ale już.
– Z powodu, o którym już pani powiedziałam – powiedziała Narcyza. – Nic więcej. – Podniosła ręce lekko, rozkładając je z dala od siebie. – Kiedy Harry przyjdzie, żeby się ze mną spotkać, proszę go zapytać. Podejrzewam, że tylko w ten sposób rozwiejemy pani wątpliwości.
W tej chwili Minerwa była niemal gotowa uwierzyć jej na słowo, ostatecznie naprawdę wiele by trzeba było, żeby zmusić Harry'ego do opuszczenia terenów Hogwartu z żoną byłego śmierciożercy, ale i tak nie opuściła różdżki. Dopiero co się zaczęła godzić ze swoim żalem, miło było mieć prawdopodobnego wroga przed sobą w tej chwili.
– Dziękuję za zaproszenie – powiedziała. – Zaczekam na Harry'ego w takim razie.
Narcyza zamarła w sposób, który tylko Ślizgoni opanowywali, jakby jej ciało zamieniło się w kamień utrzymujący w środku jej mózg. Minewrze to nie przeszkadzało. Severus często próbował z nią tej sztuczki. Nie zadziałało wtedy, a on był w tym lepszy od Narcyzy.
Severus. Jego aresztowanie było gorzką niesprawiedliwością i teraz, kiedy pozbyła się jednego przytłaczającego problemu, Minerwa uznała, że może poświęcić mu trochę uwagi. Doprawdy, Albus już dawno powinien był coś z tym zrobić. Prorok zaraportował, że Wizengamot za kilka tygodni będzie głosował by zdecydować, czy powinni w dalszym ciągu ufać Knotowi, że ten w dalszym ciągu jest w stanie zajmować swoje stanowisko. Już samo to powinno zasugerować Albusowi, że minister prawdopodobnie nie ma żadnego dobrego powodu do wniesienia zarzutów przeciw Severusowi.
Czekały kilka minut, aż od strony schodów prowadzących do lochów Slytherinu nie rozległy się lekkie kroki. Harry zamarł, kiedy dotarł na górę i zamrugał, poprawiając okulary na nosie.
– Pani profesor? – zapytał. – Pani Malfoy? Coś się stało?
– Pani Malfoy twierdzi, że przyszła cię zabrać w odwiedziny do jednej z posiadłości rodzinnych – powiedziała Minerwa, nie widząc żadnego powodu do przebierania w słowach. – Rodzic odwiedzający swoje dzieci jest na terenie szkoły niecodziennym widokiem, a co dopiero osoba, która przychodzi do dziecka, które nawet nie jest jej…
– Powiedz mi – szepnęła Narcyza, na tyle cicho, że Minerwa podejrzewała, że Harry nie miał szans tego usłyszeć – kto się nim teraz zajmuje?
– ...Dlatego pomyślałam, że powinnam się upewnić, że naprawdę chcesz się gdziekolwiek z nią wybrać – powiedziała Minerwa, uznając, że równie dobrze ona też może udawać, że tego nie usłyszała. – Chcesz, Harry?
Harry tylko znowu zamrugał, jakby nie potrafił pojąć, czemu ta sprawa mogłaby kogokolwiek obchodzić.
– Oczywiście, pani profesor. – Uśmiechnął się do niej słabo. – Dziękuję, że się pani o mnie martwi.
Minerwa tylko kiwnęła głową i odwróciła się w kierunku Narcyzy zanim opuściła różdżkę.
– Jeśli nie wróci przed zmierzchem – powiedziała – to panią znajdę.
Narcyza doszła już do siebie ze ślizgońskiego bezruchu i pokręciła lekko głową.
– Och, pani profesor – powiedziała. – I co pani niby zrobi, jak już mnie pani znajdzie?
Minerwa podniosła brew. No cóż, najwyraźniej czas najwyższy przypomnieć jej jak groźny jest Gryfon w walce.
– To samo co zrobiłam Samsonowi Flintowi – powiedziała. – Z tego, co mi wiadomo, nigdy nie zdołali go transmutować z powrotem.
To starło wszelki wyraz z twarzy Narcyzy w wyjątkowo satysfakcjonujący sposób. Minerwa odwróciła się i pomaszerowała w kierunku Wielkiej Sali.
Wycieczka Harry'ego niespecjalnie jej tak na dobrą sprawę leżała na sumieniu. Jego magia była potężna, a Narcyza prawdopodobnie i tak mówiła prawdę, ponieważ była matką jego najlepszego przyjaciela.
A jeśli Harry nie wróci przed wieczorem to Minerwa będzie wiedziała, gdzie zacząć go szukać.
Idź przed siebie. Oglądanie się na niewiele ci się przyda.
Narcyza gapiła się na plecy Minerwy bardziej roztrzęsiona niż by się do tego kiedykolwiek przyznała. To ona zamieniła Samsona Flinta w to… coś? Jego żona pewnej nocy musiała po prostu go udusić we śnie. Narcyza pozwoliła sobie na lekkie wzdrygnięcie się, które nie sięgnęło jej zabandażowanego ramienia. Trzeba będzie na nią uważać.
Odwróciła się by powitać Harry'ego i przechyliła lekko głowę na bok, żeby się lepiej przyjrzeć ukrytej za okularami twarzy. Ciemne kręgi pod jego oczami były mocno widoczne, ale brak wyrazu na jego twarzy prawdopodobnie sprawiał, że większość ludzi to ignorowała. Jego włosy wisiały z przodu – Narcyza miała wrażenie, że nie przez przypadek zasłaniając sobą bliznę w kształcie błyskawicy. Jego zielone oczy były znacznie bardziej zmęczone i przymknięte w porównaniu do tych, które widziała kiedy się widzieli ostatnim razem, pod koniec sierpnia.
Kto się teraz tobą zajmuje, dziecko?, pomyślała, kiedy sarkazm posłany Minewrze wrócił echem, by ją teraz prześladować. Listy od Dracona były normalne, ale to nie znaczy, że on też był. A teraz, jak Severusa nie ma…
– Witaj, Harry – było tym, co sobie pozwoliła powiedzieć na głos. – Pomyślałam, że dzisiaj odwiedzimy Grimmauld Place Numer Dwanaście, ponieważ to był główny dom rodzinny i w dodatku miejsce, w którym Syriusz znalazł medalion, który go opętał.
Harry skrzywił się i obejrzał przez ramię, jakby mu się wydawało, że ktoś może ich przypadkiem usłyszeć, ale odwrócił się z powrotem z lekkim uśmiechem i pochylił głowę.
– Dobrze, pani Malfoy, dziękuję – powiedział. – Bardzo chętnie. – Zamilkł na moment, a jego spojrzenie nagle nabrało ostrości. – Zrobiła pani sobie krzywdę?
Narcyza zastanawiała się, co powinno ją bardziej zaniepokoić: że najwyraźniej zobaczył jej ranę przez materiał rękawa jej szaty, czy też może to, że prawdopodobnie wyczuł zmianę w jej magii, która go zaniepokoiła. Tylko by pogorszyła ich relacje, gdyby spróbowała go zbyć, udając, że nic jej nie jest. Merlin jeden wie, że Harry potrzebuje wokół siebie ludzi, którzy są z nim szczerzy.
Odciągnęła szatę, żeby mógł zobaczyć obwiązane bandażem ramię.
– Kilku ludzi, z którymi próbowałam tańczyć okazali się być nieco bardziej agresywnymi partnerami niż się spodziewałam – powiedziała lekko.
Oczy Harry'ego otworzyły się szerzej, po czym przerzuciły na jej twarz. Narcyza nie spodziewała się zobaczyć w nich tyle poczucia winy.
– Być może nie powinna pani już tańczyć, pani Malfoy – szepnął. – Nie darowałbym sobie, gdyby pewnej nocy zatraciłaby się pani na jednym z parkietów.
O nie, na to ci nie pozwolę.
– Lubię każdy rodzaj tańca – powiedziała Narcyza. – Stateczny walc czy pawana, oczywiście, ale są i takie, w których często trzeba zmieniać partnerów, albo w czasie których się potknę i ktoś nieprzygotowany na moją pomyłkę nadepnie mi całym swoim ciężarem na stopę. Dzięki temu jestem stale zajęta i wiem, że służy to słusznej sprawie. Czułabym się znacznie gorzej gdybym całymi dniami tylko przesiadywała w domu, snując się i nigdy z nikim nie tańcząc.
Twarz Harry'ego straciła wszelki wyraz, ale Narcyza znała go na tyle dobrze by wiedzieć, że przeprowadzał ze sobą wewnętrzną debatę: czy powinien dalej nalegać na to, by przestała dla niego tańczyć, zwłaszcza teraz, kiedy mu wprost odmówiła. Wiedziała też, co na to odpowie, więc poświęciła się dalszej obserwacji. Była przekonana, że kręgi pod oczami pochodziły z wykończenia, a od ich spotkania pod koniec sierpnia jego postawa zmieniła się lekko, tak samo jak odczucie jego magii. Był bardziej zrezygnowany, bardziej zamknięty w sobie, podczas gdy wtedy promieniował nadzieją i odwagą. Draco nigdy nie wspominał o tym w swoich listach. Oczywiście, ostatnimi czasy Draco miał obsesję na punkcie tej swojej "specjalnej niespodzianki", mówił tylko, że jego rodzice zrozumieją lepiej po Halloween, ale to było do niego niepodobne, żeby tak po prostu nie wspomnieć nawet słowem o zmianach zachodzących w Harrym. Być może jednak te zmiany zachodziły tak stopniowo, że ciężko je było zauważyć komuś, kto miał z nim do czynienia na co dzień.
Miałam rację. Nikt się nim w ogóle nie zajmuje.
Uznała, że równie dobrze ona może zacząć.
– Nie przerwę moich tańców, Harry – powiedziała. – Jeśli mnie kiedykolwiek zmęczą, to na pewno dam ci znać.
Harry przyglądał się jej przez chwilę uważnie, po czym kiwnął głową.
– Proszę, niech mi pani powie kiedy to nastąpi, pani Malfoy.
Kiedy, nie jeśli. Chłopiec nie wierzy, że ktokolwiek miałby chcieć się go trzymać na dobre i na złe. Narcyza zanotowała to sobie, by się tym zająć później, po czym przeszła do bezpośredniego pytania. Ich rozmowa do tej pory była ostrożna i okrężna, więc Harry nie będzie się tego spodziewał.
– Co u ciebie, Harry?
Harry zamrugał parę razy, po czym westchnął i potarł twarz. Narcyza odprężyła się delikatnie. Jeśli chce jej się z czegoś zwierzyć, to będzie mogła się mniej o niego martwić. W czasie ostatnich świąt tak strasznie się starał kryć ze swoimi ziejącymi ranami, że gdyby teraz pozwolił im na spotkanie ze światłem i świeżym powietrzem, to by znaczyło, że ma to już za sobą.
– Naprawdę martwię się o Draco, pani Malfoy – szepnął. – Ostatnio przeprowadza badania dotyczące pewnego eliksiru. Nie wiem, czy chciałby, żebym pani coś konkretnego powiedział, ale przez te badania przestał spać jak należy i zawiesił całe swoje szczęście na poprawnym działaniu tego eliksiru. Nie wiem, co z nim będzie, jeśli eliksir nie zadziała tak, jak on to sobie wymarzył. – Harry zapatrzył się na swoje ręce, jakby był w stanie zobaczyć w nich przyszłość i nie była ona piękna.
Narcyza przełknęła ślinę. Listy od Dracona były nieco dziwne, tak, ale nie przypuszczałaby, że ukryłby przed nią w tajemnicy coś tak wielkiego.
– Co to za eliksir? – zapytała. Harry spojrzał na nią z wahaniem. – Harry, jestem jego matką. Zasługuję na to, żeby wiedzieć.
Harry westchnął ciężko.
– Naprawdę chce zostać magicznym dziedzicem rodu Malfoyów i wydaje mu się, że znalazł jakiś eliksir, który może mu w tym pomóc. Nie znam oficjalnej nazwy. Nie wiem też, czy ten eliksir w ogóle zadziała. Jest koszmarnie skomplikowany. Pomagam mu, ale boję się, że wszystko to prowadzi do druzgocącego rozczarowania.
Narcyza zamknęła oczy. Pamiętała kilka innych przypadków, kiedy to jej syn był kompletnie zaabsorbowany jakimś wielkim projektem: przelecenie na miotle ponad domem, prezent dla ojca na urodziny, upewnienie się ponad wszelką wątpliwość, że zostanie przydzielony do Slytherinu. Kiedy wszystko się układało jak należy, był szczęśliwy. Kiedy coś poszło nie tak, był zdewastowany.
Jasne, przez kilka ostatnich lat jego wielką obsesją był Harry Potter i wciąż ciężko było przewidzieć jak to się skończy. Narcyza robiła co tylko było w jej mocy żeby upewnić się, że jej syn dostanie wszystko, czego potrzebuje. Czy będzie jednak w stanie mu pomóc przy eliksirze?
– Chciałabym z nim chwilę porozmawiać, Harry, jeśli ci to nie przeszkadza – powiedziała. – To zajmie tylko kilka minut.
Harry kiwnął głową.
– Oczywiście, pani Malfoy. Mam nadzieję, że chociaż pani zdoła przemówić mu do rozsądku. Już siedzi w bibliotece. – Wskazał uprzejmie drogę po schodach, mimo, że po tych wszystkich latach spędzonych w Hogwarcie sama dobrze wiedziała, gdzie jest biblioteka.
Narcyza znalazła swojego syna otoczonego książkami i zwojami pergaminu i z miną na twarzy, którą dobrze rozpoznała. Porozmawiała z nim i dostała wszystkie odpowiedzi, jakich potrzebowała, a których udzielał, zerkając od czasu do czasu gniewnie na Harry'ego za to, że to przez niego wszystko się wydało. Nie, nie chciał podawać jej wszystkich szczegółów dotyczących eliksiru. Tak, był pewien, że zadziała. Tak, Harry naprawdę mu we wszystkim pomaga.
Nie, jeśli naprawdę tego od niego chce, to nie użyje eliksiru w noc halloweenową.
Dąsał się, kiedy musiał wypowiedzieć tę część, ale Narcyza była pewna, że zna swojego syna lepiej niż ktokolwiek na świecie i wiedziała, że kiedy skończył mamrotać te słowa i cisnął piórem w biurko, to naprawdę miał zamiar dotrzymać obietnicy. Pocałowała go w czoło i wyszła ze szkoły, żeby aportować się z Harrym do Londynu, uspokojona myślą, że jej syn w dalszym ciągu jest bezpieczny.
Coś ją jednak dręczyło, chociaż nie była do końca pewna, co konkretnie i tak siedziało jej z tyłu głowy i męczyło aż do wieczora, kiedy to wróciła wstrząśnięta z Grimmauld Place i mogła na spokojnie, w zaciszu własnego domu, zastanowić się nad tym.
Harry całkiem zdolnie odwrócił od siebie rozmowę, sprawił, że zaczęła się martwić o Dracona i powstrzymał ją od dalszych pytań o siebie, wszystko za jednym zamachem.
– Nie wiem, czy uda nam się przejść przez osłony – powiedziała cicho Narcyza. – Jesteś absolutnie pewien, że Regulus nie próbował się z tobą skontaktować od czasu swojego zaginięcia?
Harry kiwnął głową i wrócił do przyglądania się domowi przed nimi. Miał wrażenie, że Grimmauld Place Numer Dwanaście naprawdę znacząco się różni od sąsiadujących mu domów: wybite szyby, ponure ściany, kołatka na drzwiach. Musiał przechylić głowę na bok i przymrużyć oczy, żeby zobaczyć srebrny blask osłon, grubych i nietkniętych, otaczających te okna i ściany. Chwilę mu też zajęło zauważenie, że kołatka jest zrobiona ze srebra, ukształtowanego w żmiję, która owija się wokół samej siebie.
– Jeśli Regulus nie żyje, tym razem naprawdę – szepnęła Narcyza – to posiadłości przeszły na własność Bellatrix. – Skrzywiła się i pozwoliła, żeby różdżka wysunęła się jej z rękawa do ręki. – Wolałabym tu na nią nie wpaść.
– Ja też – powiedział Harry. – Pewnie chciałaby swoją rękę z powrotem, zwłaszcza, że ma już nową różdżkę.
Nie zorientował się co mówi, póki Narcyza nie odwróciła się w jego kierunku, posyłając mu ostre spojrzenie.
– A pan skąd o tym wie, panie Potter? – szepnęła.
Harry wzruszył ramionami.
– No, w końcu to ja odciąłem jej dłoń – powiedział, grając na czas. Ostatecznie tyle to było nawet w Proroku. Spojrzenie Narcyzy tylko przybrało na sile. Harry sięgnął i znalazł dogodne kłamstwo, bo jego wizje były wyłącznie jego problemem. – A profesor Moody powiedział, że ona sobie znajdzie nową różdżkę przy pierwszej lepszej okazji, mimo że starą zostawiła w Hogwarcie. Śmierciożerca i mroczna czarownica nie wytrzyma długo bez różdżki, mówił.
Narcyza westchnęła, ale ku uldze Harry'ego zdawała się łyknąć tę historyjkę.
– Żal mi aurorów, którzy nie obserwują Ollivandera – mruknęła, po czym zrobiła krok przed siebie. – Nazywam się Narcyza Black Malfoy – powiedziała. Nie podniosła głosu, ale słowa i tak poniosły się daleko. Harry rozejrzał się ukradkiem po domach mugoli i miał nadzieję, że ich właściciele gdzieś powyjeżdżali na weekend, albo jeszcze śpią. – Odwiedzałam ten dom zarówno za młodu jak i w dorosłym wieku. Jestem zaprzyjaźniona z obecnym dziedzicem, Regulusem Blackiem. Proszę o pozwolenie na wejście. – Wyciągnęła rękę w kierunku osłon.
Osłony czekały aż palce Narcyzy znalazły się zaledwie kilka cali od nich i stworzyły na sobie srebrną paszczę, która rzuciła się na nią. Narcyza szybko zabrała dłoń, a jej usta się zwęziły. Harry pomyślał, że wyłącznie dobre maniery powstrzymywały ją teraz od ciśnięcia klątwy na dom, nawet kiedy osłony na nią warknęły i wycofały się. Zerknęła na Harry'ego i pokręciła głową.
– Nie jestem pewna, co to może znaczyć – powiedziała. – Albo Regulus nie miał czasu na opuszczenie osłon, albo nie żyje i obecna właścicielka nie życzy sobie gości.
Harry kiwnął głową. Uznał, że równie dobrze może sam spróbować. Regulus ufał mu bardziej niż Narcyzie. Być może poinformował o tym tarcze w razie nagłego wypadku, gdyby coś go nagle wyrwało z głowy Harry'ego.
Harry wyciągnął z kieszeni swoją własną cyprysową różdżkę i zrobił kilka kroków przed siebie, ustawiając się przed Narcyzą.
– Nazywam się Harry Potter – powiedział osłonom, domowi i czemukolwiek, co mogło ich w tej chwili słuchać. – Nie jestem w żaden sposób spokrewniony z właścicielami, ale jestem przyjacielem Regulusa Blacka i byłem synem chrzestnym Syriusza Blacka. – Wspominanie o Syriuszu było ryzykowne, ale ostatecznie ten rzucił na dom zaklęcia, które sprawiły, że nawet ich skrzat domowy uznał go za prawowitego właściciela. – Czy Regulus zostawił wam jakąś wiadomość?
Osłony wezbrały, po czym zalały go, zamykając go w srebrnej skórze zanim Harry zdążyłby choćby mrugnąć. Usłyszał zaskoczony krzyk Narcyzy, po czym nie słyszał już nic poza…
Muzyką.
Pieśń krążyła wokół niego, z początku powolna i mozolna, ale w miarę jak osłony zacieśniały się wokół niego, przybierała na tempie. Harry starał się nie ruszać i oddychać jak najpłycej. Miał wrażenie, jakby nagle wylądował pod wodą, poza tym, że te prądy oddziaływały również na jego umysł. Jego myśli przyśpieszały, aż nie zdawały się galopować wokół jego głowy, podczas gdy on słyszał nieprzerwaną pieśń dochodzącą ze, zdawać by się mogło, tysięcy gardeł na raz.
Wyglądało na to, że osłony znalazły to, czego szukały. Wydały z siebie ostateczną, głośną, wysoką nutę, drgnęły, ścisnęły się i opadły, pozostawiając dziurę dość dużą, by był w stanie przez nią przejść i Narcyza też, jeśli się pochyli.
Harry przełknął ślinę i obejrzał się na nią.
– Ja… nie wiem, co zrobiłem, ale chyba zostaliśmy zaproszeni do środka – powiedział trochę beznadziejnie.
Narcyza przymrużyła oczy, po czym kiwnęła głową.
– Regulus musiał zostawić dla ciebie jakąś dziurę – powiedziała, zbliżając się ostrożnie, jakby w każdej chwili spodziewała się, że osłony spróbują ją znowu zaatakować. Nie zrobiły tego, tylko nuciły do siebie. Narcyza pochyliła się i przeszła szybko i zgrabnie, po czym pokręciła głową i spojrzała na Harry'ego. – No chodź – powiedziała. – Nie wiadomo, jak długo pozostaną otwarte. Wzięłam ze sobą świstoklik, który może nas zabrać ze środka do rezydencji Malfoyów, tak na wszelki wypadek, ale żeby z niego skorzystać musimy wejść do domu.
Harry kiwnął głową i szybko ruszył za nią zniszczoną ścieżką. Czarne drzwi otworzyły się kiedy tylko się do nich zbliżyli i Harry po raz kolejny usłyszał głęboki, odległy trel muzyki.
– Pani Malfoy, czemu osłony śpiewają? – zapytał.
Spojrzała na niego ze zdumieniem, odrywając wzrok od czegokolwiek, co akurat przykuło jej uwagę w głębi domu.
– Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że w ogóle to robią, Harry.
Harry przełknął ślinę i postanowił zignorować kuszący, delikatny ton muzyki, która towarzyszyła mu kiedy wchodził do domu. Regulus musiał mieć z tym wszystkim coś wspólnego. Narcyza powiedziała przecież, że te osłony są tak szczelne, że nie przepuszczą nikogo, jeśli obecny dziedzic sobie tego nie życzy. Jak inaczej miałyby zrobić im przejście, jeśli Regulus nie kazał im przepuścić Harry'ego?
To nie wyjaśnia śpiewania, albo czemu Narcyza mogła tu wejść razem z tobą.
Harry zignorował tę myśl i zaczął się rozglądać po pomieszczeniu, w którym się znaleźli. Hol wejściowy z pewnością pamiętał lepsze dni. Tapeta, pokryta pajęczynami szczelnie jakby to była jej druga powierzchnia, zaczynała się odklejać przy suficie i zwijała się z powrotem w spiralę. Gdzieniegdzie migotały lampy gazowe, wypełniając korytarz równą ilością cieni co światła. Nad nimi wisiał kandelabr wykuty na kształt żmii – widok, który Harry'emu by normalnie nie przeszkadzał, ostatecznie sam nosił wszędzie ze sobą węża na ramieniu, ale ta została ukształtowana w jakiś dziwny sposób, który miał jej nadać wygląd tak złowieszczy jak to tylko było możliwe.
Na ścianach wisiały portrety Blacków. Jeden z nich był przesłonięty zasłonami. Harry wiedział, że to musiał być portret matki Syriusza i Regulusa. Syriusz wspomniał o niej parę razy, a mówiąc zawsze wykrzywiał z goryczą usta. Harry wiedział już jak bardzo Syriusz był przez nią maltretowany, więc w ogóle go to nie dziwiło.
– Tylko cicho teraz – powiedziała niemal bezgłośnie Narcyza. – Ciotka Capella ma zwyczaj nazywać wszystkich zdrajcami krwi, bez względu na to, czy nimi naprawdę są, czy…
– BRUDASY! ZDRAJCY KRWI! – dobiegło zza zasłonek.
Harry wywrócił oczami.
– Tak, Syriusz mi o niej wspominał – powiedział sucho. Zerknął na zasłony i zastanawiał się, czy warto je w ogóle odsłaniać. Miał wrażenie, że nie. Mógłby rzucić na nią Silencio i je tam utrzymać, żeby nie im nie przeszkadzała, ani nie zagłuszyła ewentualnych cichych nawoływań Regulusa o pomoc.
Wycelował różdżką i zaczął się skupiać na inkantacji, ale niemal w tej samej chwili wrzaski Capelli Black ustały. Harry zamarł i zamrugał. Obejrzał się na Narcyzę, która wyglądała na równie zaskoczoną co on.
Portret znowu się odezwał, ale tym razem cichym i przebiegłym tonem, jakby mówiła do siebie.
– Oczywiście, powinnam była się domyślić. Mroczna magia, słodka i potężna. Nie przysłaliby do tego domu kogoś, kto nie pachnie mroczną magią, potężną i słodką.
Harry przełknął ślinę. Nie wiedział, co to właściwie miało znaczyć, ale najwyraźniej używał tak wiele mrocznej magii, że czarownica, która była po stronie śmierciożerców, uważała, że ładnie pachniał.
Narcyza poklepała go po ramieniu.
– Nie przejmuj się tym – szepnęła. – Ciotka Capella kompletnie zwariowała przed śmiercią. Cieszmy się po prostu, że nam nie przeszkadza i weźmy się do roboty. – Odwróciła się w kierunku szerokich schodów prowadzących na górę. – Wiem, gdzie powinniśmy zacząć. Jest jedno miejsce, które może nam powiedzieć, czy Regulus w ogóle żyje.
Harry kiwnął głową i ruszył za nią, chociaż parę razy obejrzał się przez ramię na portret. Capella Black się śmiała.
Harry znowu usłyszał trel muzyki, głęboki i pełen satysfakcji, zupełnie jak śmiech.
Zadrżał i spróbował się tym nie przejmować.
– Tak – powiedziała cicho Narcyza, odsuwając się od arrasu i gestem zapraszając Harry'ego, żeby sam to zobaczył. – Wciąż żyje.
Harry poczuł, jak powietrze z niego uchodzi z ulgi, kiedy podszedł do arrasu. Było na nim poskręcane drzewo z imionami potomków Blacków wplecionymi między gałęzie i mottem Toujours Pur na samej górze. Pod imionami Capelli i Canopusa widnieli Syriusz i Regulus. Imię Syriusza było wyblakłe, ale nici Regulusa wciąż błyszczały srebrem.
Zerknął na drugą stronę materiału i kiwnął głową, kiedy zobaczył imiona Bellatrix Black Lestrange i Narcyzy Black Malfoy również wypisane srebrną nicią, tak samo jak Lucjusza i Dracona. Pomiędzy Bellatrix i Narcyzą znajdowała się dziura, która wyglądała na wypaloną. Harry podniósł brwi na Narcyzę.
Uśmiech Narcyzy był niewielki i ściągnięty.
– Ciotce Capelli nie spodobał się fakt, że Andromeda poślubiła Teda Tonksa – mruknęła. – Ale tak po prawdzie, Syriusza też nie powinno być na tym arrasie. Dom uznał go za dziedzica wyłącznie dzięki magii, którą w niego włożył. – Pokręciła głową i odwróciła się. – Wiemy, że Regulus żyje, ale podejrzewam, że nie masz żadnego pomysłu na to, gdzie możemy go znaleźć, co, Harry?
Harry wzruszył ramionami.
– Zawsze mi mówił, że jego ciało znajduje się w jakimś małym i ciemnym pomieszczeniu, że czuł się w nim zamknięty. Prawdopodobnie ma na sobie zaklęcia konserwujące, żeby nie czuć głodu i pragnienia. Naprawdę wiele wycierpiał.
Narcyza przymknęła oczy.
– Znam większość kryjówek w tym domu – powiedziała, po czym wyciągnęła z szaty kawałek pergaminu i pióro. Spisała tuzin miejsc, po czym przerwała listę na pół i podała Harry'emu dolną część. – Musimy się podzielić – wyjaśniła – inaczej nigdy nie sprawdzimy wszystkich. A nie wiemy, czy osłony nas jeszcze kiedyś tutaj wpuszczą, więc najlepiej będzie jeśli przeszukamy wszystko od razu.
Harry kiwnął głową. To naprawdę miało sens. Merlin jeden wiedział, że chciał znaleźć Regulusa jak najprędzej, zwłaszcza teraz, kiedy już miał pewność, że ten wciąż żyje.
– Po domu krążą jakieś mroczne stworzenia? – zapytał.
– Tak. Podejrzewam jednak, że sobie z nimi poradzisz, Harry, inaczej nalegałabym, żebyśmy jednak sprawdzili wszystko razem. – Narcyza uśmiechnęła się lekko, przyglądając mu się. – Teraz, kiedy Stworek nie żyje, nie ma tu już niczego żywego, co mogłoby być fanatycznie oddane ochronie domu i czegokolwiek w nim. Bahanki, boginy, ghule… nic ponad to. – Pokręciła głową. – Mnie powinny zostawić w spokoju, ponieważ jestem z krwi Blacków, a zaklęcia ochronne wplecione w dom nie pozwoliłyby na istnienie w środku czegokolwiek naprawdę niebezpiecznego.
– Możemy ukąsić wszystko, co ci zagrozi – zaoferowało się Wielu z jego ramienia. – Powiedz jej to.
Harry pokręcił tylko głową, ponieważ prędzej czy później Wielu chciało ukąsić dosłownie wszystko i wszystkich, po czym przyjrzał się swojej liście. Druga szafa na szczycie schodów na ostatnim piętrze, drzwi ukryte za regałem w bibliotece, schowek pod krzesłem obrotowym w bibliotece…
– Wołaj o pomoc, Harry, jeśli napotkasz coś, z czym nie będziesz w stanie sobie poradzić – mówiła dalej Narcyza, ściągając znowu jego uwagę na siebie. – Ja zrobię to samo.
Harry odprężył się lekko. Ewidentnie traktowała go jak dorosłego. To go ucieszyło, bo oznaczało, że nie będzie próbowała kwestionować wszystkich jego decyzji i nie wyjdzie z założenia, że sobie nie poradzi sam.
– Dobrze, pani Malfoy – zgodził się, po czym ruszył na poszukiwania biblioteki, ponieważ pięć punktów z jego listy znajdowało się właśnie tam.
Harry pokręcił głową, po czym odsunął się od skrytki w podłodze. Krzesło obrotowe wróciło na swoje miejsce z cichym zgrzytem w chwili, w której Harry się wyprostował. To byłoby znakomite miejsce dla Regulusa, gdyby ten nie miał więcej jak sześć cali wzrostu i pięć szerokości. Narcyza miała zdumiewającą pamięć jeśli chodzi o niewielkie miejsca w domu, w których można coś schować.
Harry rozejrzał się z namysłem po pomieszczeniu. Może źle do tego podchodzę. Nie dziwi mnie, że Regulus nam nie odpowiada kiedy go wołamy, ale problem pojawia się kiedy nie mogę go nigdzie znaleźć. Może jednak dałbym radę wyczuć jego magię?
Skupił się, po czym zachwiał i odsunął do tyłu, lądując ciężko na krześle. Biblioteka płonęła od mrocznej magii każdego możliwego rodzaju, kilka tuzinów paskudnych zaklęć i klątw czekających na każdego, kto spróbowałby wynieść książkę z pokoju, zabrudzić poduszki, wejść będąc mugolakiem czy wyrwać strony.
Harry poczuł się jeszcze gorzej, kiedy zobaczył jak wielu zaklęć w ogóle nie rozpoznaje.
Wstał, otrzepał szaty z kurzu, po czym zamarł, obracając lekko głowę. Muzyka wróciła, ale tym razem dochodziła z innego miejsca, gdzieś za drzwiami biblioteki. Harry ruszył w jej kierunku, ostrożnie omijając pasma i liany klątw.
Muzyka wzrosła na sile i tonie, jakby śpiewak był w stanie wyczuć, że Harry idzie w jego kierunku. Za biblioteką znajdowały się kolejne schody, idące spiralą w górę, praktycznie nie oświetlone. Harry przypomniał sobie, że i tak przecież miał sprawdzić drugą szafę na ostatnim piętrze i zaczął po nich wchodzić. Miał wrażenie, że jego kroki właściwie nie wydają dźwięku. Śpiew wibrował mu w kościach i owijał się wokół jego pasa niczym lina, ciągnąc go do przodu. Przynajmniej pamiętał, żeby rzucić Lumos i oświetlić sobie drogę.
Melodia dochodziła z drugiej szafy od schodów. Harry poczuł przelotne rozbawienie, po czym przebłysk nadziei. Może Regulus wydaje ten dźwięk, może właśnie dlatego osłony zaśpiewały, kiedy opadały wokół niego. Harry nie śmiał mieć nadziei, że tak łatwo go znajdą.
Wtedy muzyka rozległa się znowu i Harry poczuł, że jego niepokój się rozwiewa niczym chmura w wietrzny dzień. Pieśń była piękna sama z siebie, dzwoniąc raz po raz dźwiękami, które brzmiały jak srebrne dzwonki. Zawodziła, drżała, łkała i Harry słyszał jej głęboki smutek i rozgoryczenie razem z kojącym pięknem.
Położył dłoń na drzwiach szafy. Przecinało je wiele linii zaklęć. Wszystkie były pętające. Oczywiście, że tak, pomyślał niemrawo Harry, gdzieś w oddali, za pieśnią, w miejscu jego umysłu, która nie była przez nią pochłonięta. Kiedyś jakiś Black uznał, że naprawdę nie chce, żeby ktokolwiek otwierał te drzwi.
A może to był Voldemort. Regulus wciąż może tam być.
Nagle inny dźwięk zderzył się z piosenką, zmieszał się z nią i wlał mu do uszu. Harry był w stanie usłyszeć delikatny chrobot dochodzący zza drzwi. Skoncentrował się i uznał, że musi pochodzić z wielu par nóg.
Muzyka zamilkła i pozostawiła po sobie głos.
Wypuść mnie.
Harry zamrugał. No cóż, przecież mógł to zrobić, prawda? Oczywiście, że tak. Był vatesem, a to brzmiało jak uwięzione magiczne stworzenie. I choć zaklęcia pętające były naprawdę skomplikowane, przecież mógłby je wszystkie zdmuchnąć eksplozją magii, albo po prostu pożreć ich magię i w ten sposób je wypuścić.
Głos szeptał, napięty i podekscytowany.
Nie w ten sposób. To musi być mroczna magia albo nic.
Harry znowu zamrugał i kiwnął głową. Oczywiście, że musiała. To było jakieś mroczne stworzenie, uwięzione w mrocznym domu. A Capella Black przestała wrzeszczeć jak tylko wyczuła mroczną magię Harry'ego. To po prostu miało sens.
Odsunął się od drzwi. Stworzenie wydało z siebie niski, ochoczy gulgot i zaczęło znowu śpiewać.
– Harry, nie!
Harry podskoczył i odwrócił się w stronę Narcyzy, zanim się w ogóle zorientował co robi. Ta momentalnie poderwała ręce do góry, odrzucając szybkim ruchem nadgarstka różdżkę na bok. Jej niebieskie oczy były szeroko otwarte, wyglądały jak rozmazane, blade cienie na jej równie bladej twarzy.
– Nie rób tego – szepnęła. – Nie powinnam była spisywać tego miejsca, Harry. Używaliśmy go kiedy byłam dzieckiem, ale wuj Canopus zamknął tu coś tego samego roku kiedy Syriusz uciekł z domu. Ostatecznie kosztowało go to życie, umarł od ran, które to stworzenie mu zadało. Nie zdejmuj zaklęć, które je więżą. Nie sądzę, żeby cokolwiek było w stanie je powstrzymać, jeśli teraz je wypuścimy.
– Jestem potężnym czarodziejem – powiedział Harry. Pieśń była w jego umyśle i sprawiała, że wszystko miało sens. – Ono jest zamknięte i będzie wdzięczne jak je wypuszczę. Nie skrzywdzi mnie.
Narcyza pokręciła głową.
– Wuj Canopus zdołał je tam zamknąć głównie dlatego, że był magicznie przeciętny, Harry – powiedziała powoli i łagodnie, robiąc ostrożne i niewielkie kroki w jego kierunku. – Zanim je znalazł, ono się żywiło potężnymi czarodziejami. Właśnie dlatego ściągnęło na siebie twoją uwagę. Dla mnie nie śpiewa. Mnie nie chce.
Wypuść mnie, powiedział głos i muzyka ucichła.
Harry zorientował się w chwilę później, że stworzenie się przeliczyło. Nagła utrata pieśni połączyła się ze słowami Narcyzy i zdjęła oszałamiającą mgłę, którą zasnuty był jego umysł. Zrobił krok do tyłu, oddychając ciężko i głośno w nastałej ciszy. Zadrżał.
No dobra, po raz pierwszy magiczne stworzenie spróbowało mnie przymusić do zerwania jego sieci.
A ja przecież nie jestem ślepym vatesem. Nie mogę go uwolnić póki się nie dowiem, czym ono jest i jaki będzie koszt uwolnienia go.
– Czym jesteś? – zapytał na głos.
To nie ma znaczenia. Wypuść mnie.
Harry pokręcił głową.
– Obawiam się, że ma znaczenie – wymamrotał. Nie potrafił uwierzyć w to, jak głupio niemal postąpił. Spojrzał na Narcyzę. – Dziękuję, pani Malfoy – powiedział. – Czy chce pani, żebym sprawdził zamiast tego jakieś inne miejsce?
Narcyza westchnęła.
– Rzuciłam już wszystkie zaklęcia, jakie mi przyszły do głowy, Harry, zaklęcia, które ujawniłyby obecność ludzkiego ciała i krwi, gdyby te były ukryte gdzieś w tym domu. Pokazały mi tylko ciebie i mnie. Regulusa tutaj nie ma. A przynajmniej jego ciała.
– Ale musimy go znaleźć – powiedział Harry. – Jeśli nie...
Narcyza łagodnie położyła mu dłoń na ramieniu.
– Blackowie mają wiele posiadłości.
– Ale nie wiemy, czy ich osłony też nas przepuszczą. – Harry nie pojmował, czemu Narcyza trzymała go za ramię i patrzyła z takim niepokojem w oczach. – Przynajmniej w tym domu już jesteśmy, możemy przecież poszukać w innych miejscach. Może Voldemort rzucił jakieś zaklęcia, które ogłupiły te, które pani rzuciła.
Narcyza uśmiechnęła się słabo.
– Użyłam paru znanych tylko rodzinie Blacków – powiedziała. – Mroczny Pan jest potężny, był potężny, ale nawet jego ogranicza wiedza.
– Regulus mógł mu je zdradzić. Czekaj, tylko otworzę te drzwi i...
– Harry. – Dłoń Narcyzy zacisnęła się mocno na jego ramieniu. – Pieśń tego stworzenia znowu stara się cię przymusić.
Harry drgnął i poczuł wyrzuty sumienia jak tylko zorientował się, co przed chwilą powiedział.
– Pani po prostu chce, żebym sobie stąd poszedł – powiedział cicho.
Narcyza kiwnęła głową i spojrzała gniewnie na drzwi. Harry nie podążył za jej spojrzeniem, za bardzo się bał, że jego wzrok będzie pełen pragnienia.
– Teraz już nawet nie sądzę, żeby Mroczny Pan przyniósł tutaj ciało Regulusa – powiedziała. – To stworzenie spróbowałoby się nim wtedy pożywić.
– Może był dość potężny, żeby mu uciec.
Narcyza pokręciła głową.
– Im więcej ma się mocy, tym potężniej to stworzenie cię usidla – powiedziała.
– No to może któryś śmierciożerca go uratował.
Narcyza przyklęknęła przed Harrym, łapiąc go za oba ramiona.
– Chcę, żebyś stąd w tej chwili wyszedł – powiedziała. – Mamy jeszcze wczesne popołudnie, ale możemy tu wrócić innym razem, Harry. Osłony pewnie znowu nas wpuszczą, skoro już raz to zrobiły. A nawet, jeśli nie – dodała, przewidując odpowiedź Harry'ego – to i tak wolę, żebyś był bezpieczny, niż żebyś się narażał, usiłując go czym prędzej znaleźć. Nie jesteś w stanie go wyczuć, ale wiemy, że żyje. To może oznaczać, że w tej chwili nie cierpi. Może Mroczny Pan w jakiś sposób zablokował chwilowo wasze połączenie.
Harry zamknął oczy i zwalczył w sobie przymus, żeby zostać. Kiedy na niego spojrzał, był w stanie wyczuć subtelne nici pieśni oplecione wokół tego pragnienia, więc je wyrwał z korzeniami i odrzucił od siebie z obrzydzeniem.
Równie dobrze mógłby wyjść z cienia w pełne słońce. Nagle niczego innego nie chciał równie mocno jak znaleźć się poza murami tego domu. Zadrżał, otworzył oczy i kiwnął do Narcyzy.
– Chodźmy.
Narcyza uśmiechnęła się do niego i odprowadziła od szafy, na którą Harry się z uporem nie oglądał. Minęli portret Capelli Black i Harry usłyszał jej śmiech. Skrzywił się, spodziewając się wybuchu wrzasków, ale ta po prostu pociągnęła nosem, jakby nabierała głęboko tchu.
– Tak ładnie pachniesz, dziecko – szepnęła. – Takim silnym Mrokiem.
Harry usłyszał jak dzwonienie muzyki mija go obok, jakby komplementując jej chichot.
Pozwolił Narcyzie wyprowadzić się przez dziurę w osłonach, która zamknęła się bezszelestnie za nimi. Kiedy ustawiali się do aportacji łączonej, Harry z uporem dalej się nie oglądał.
Nie mogę po prostu biegać i uwalniać wszystko jak leci. Będę się uczył i sprawdzę, jak wiele będę w stanie się dowiedzieć na temat tego stworzenia, bo po prostu wypuszczanie go byłoby bardzo nieodpowiedzialne. Muszę pamiętać, że moja magia służy wielu ludziom, a nie tylko jednemu.
Zignorował pieśń, która brzmiała mu w uszach nawet wtedy, kiedy już wylądowali w Hogwarcie i nie wspomniał o niej Narcyzie. W czole czuł subtelne ciągnięcie, które poinformowało go, że Draco go potrzebował, więc ruszył biegiem, wdzięczny za to, że będzie mógł się poświęcić nowemu zadaniu.
Idź przed siebie. Oglądanie się na niewiele ci się przyda.
