Rozdział XXVIII - Łowca dusz
Podobnie jak większość współczesnych Saiya i Lanfa-jin, Amarant ateizm miał we krwi i raczej nie wierzył w życie po śmierci. Gdyby jednak wierzył, wyobrażałby je sobie zupełnie inaczej.
To było jak sen o spadaniu.
Amarant opadał przez liczne warstwy różnokolorowych chmur - szybko, ale jednostajnie, tak jakby siła ciągnąca go w dół dopiero uczyła się fachu grawitacji. Niemal od razu zorientował się, że nie ma rąk ani nóg i sam także stanowi coś w rodzaju chmurki, choć chyba o nieco spójniejszej budowie niż mijane obłoki skroplonych gazów. Nieobecność kończyn szybko doprowadziła go do pytania, czy jego nowa forma posiada oczy - a jeżeli nie, to w jaki sposób widzi?
Mając więcej czasu może i znalazłby na to odpowiedź, być może rozwiązując w ten sposób szereg egzystencjonalnych problemów, ale po chwili wyleciał na czystą przestrzeń. Pod sobą ujrzał bezkresny ocean... czegoś. Raczej nie była to woda.
Dziesięć sekund później uderzył o powierzchnię zaskakująco ciepłej cieczy. Momentalnie poczuł się zrelaksowany jak nigdy wcześniej - było mu miękko i przyjemnie. Ze wszystkich stron słyszał uspokajające szepty. Nie potrafił rozróżnić słów, ale wcale tego nie potrzebował. Wystarczyło mu, że rozumiał ogólne przesłanie - cieszyli się, że w końcu to dotarł.
On także się cieszył. Nareszcie czuł się jak w domu. To było to miejsce. Jego miejsce. W świecie śmiertelnych nigdzie tak naprawdę nie pasował. Dla Yasan był zbyt saiyański, dla Nowej Plant - zbyt lanfański. Matka zawsze trochę się go bała, a ojciec widział w nim bardziej następcę tronu niż syna. Tutaj było inaczej. Lepiej. Otoczony miękkim ciepłem, Amarant czuł się jak...
Jak w ramionach Pan.
Pan! - nagle przypomniał sobie Amarant. - Na bogów! Co z nią? Przecież tam była! Czy Kuuja zdołał ją zatrzymać? Nie mieliby szans z tym drugim Dashirem. Kim on właściwie był? Bliźniak? Klon? Wyłonił się znikąd, jak jakiś duch. I czemu zaatakował tego pierwszego, skoro i tak obaj chcieli mnie zabić? Nie, zaraz, ten pierwszy chciał tylko wziąć mnie do niewoli, pewnie jako kartę przetargową dla NLV... Czyli ci dwaj chyba nie byli po tej samej stronie. O co tu chodzi?
Te pytania musiały jednak zaczekać, ponieważ w tym momencie Amarant poczuł jak wokół niego zaciska się sieć - w dosłownym znaczeniu tego słowa. Został pochwycony i brutalnym szarpnięciem wyciągnięty z ciepłej, przyjemnej cieczy. Zrobiło mu się zimno i niedobrze - pewnie dostałby mdłości, gdyby nie to, że jego nowa forma nie dysponowała żołądkiem.
Wisiał w czymś w rodzaju ogromnego podbieraka na ryby umieszczonego na końcu dźwigu zamontowanego na niedużej wiosłowej łodzi rybackiej. Operator urządzenia, a zarazem jedyny pasażer łódki wpatrywał się w Amaranta dwoma pustymi, czarnymi jak noc oczodołami umieszczonymi w przeraźliwie chudej twarzy. Zupełnie jakby jego niezdrowo wyglądająca, zielonkawa i lekko fosforyzująca skóra była naciągnięta bezpośrednio na kości.
- Mam cię, duszyczko! - zarechotał nieprzyjemnie. - Niezły z ciebie okaz. Prawie wcale się nie rozpuściłaś! Ciężka śmierć, co?
- Kim... kim jesteś? - zdołał jedynie wydukać Amarant.
- Bardzo dobre pytanie, duszyczko! - zakrzyknął wioślarz, żywo gestykulując. - Dobrze, że je zadajesz, bo jeżeli mamy się dogadywać, to musisz od razu coś zapamiętać. Nazywam się Harron. Harron Potter. A ty, jeżeli nie chcesz wylądować z powrotem w Wielkiej Dusznej Zupie, nigdy, przenigdy nie będziesz zdrabniał mojego imienia ani nazwiska. Zwłaszcza imienia. Rozumiemy się, hmmm? - zbliżył twarz do sieci, w której wisiał Amarant, jakby próbując wypatrzyć u obłoczka jakąś reakcję.
Książę starał się myśleć szybko.
- Eee... tak. Rozumiemy się - potwierdził z takim zdecydowaniem na jakie było go w tej chwili stać. - Panie Harronie - dodał jeszcze, na wszelki wypadek.
- No to słodziutko. A więc, nazywam się Harron Potter. Łowię dusze. Kim więc jestem?
- Kim? Zaraz... Łowcą dusz?
- Haha! Chyba się polubimy, duszyczko! Dobra odpowiedź. Niestety, nie zgadłeś: tylko poławiaczem. Ale to było miłe. Witam na pokładzie!
Operując żelazną wajchą umieszczoną na przedzie łódki skierował ramię dźwigu nad łódkę i uwolnił sieć. Paczka zawierająca Amaranta opadła na deski z cichym mlaśnięciem. Harron Potter nogą odsunął księcia na rufę, po czym usiadł wygodnie i chwycił za wiosła. Wydawało się, że jego chude jak patyki ramiona złamią się przy próbie ruszenia łódki z miejsca, ale nie - wiosłował z werwą dwudziestolatka i wprawą galernika.
- Na pewno masz wiele pytań! - odezwał się równie energicznie. - Nie kryguj się z ich zadawaniem. Czeka nas długa podróż, więc równie dobrze możemy ją sobie umilić rozmową.
- Hmm... Mam tu tak zostać, w tej sieci?
- Niestety, to konieczność! Nie mogę ryzykować, że w przypływie desperacji wyskoczysz za burtę i rozpuścisz się w Zupie, pozbawiając mnie w ten sposób należnej mi zapłaty za wyłowienie cię! I wiem, że zamierzasz teraz obiecać iż nic takiego nie nastąpi, więc od razu ostrzegam: nie rób tego, bo to i tak nic nie da!
- Aha. A gdzie właściwie...
- Ale! - przerwał mu Harron, pluskając przy tym wiosłami o wodę. - Nie mogę nie zauważyć, że dotychczas mi się nie przedstawiłeś!
- Ano tak. Na imię mi Amarant
- Amarant? Tak po prostu: "Amarant"? Nic więcej?
- Hmm, po matce: Amarant Sparrow. A po ojcu... chyba "książę Amarant".
- Nooooo... - Potter zacmokał z uznaniem. - Książę! Od razu wiedziałem, że nie jesteś pierwszą z brzegu zwykłą duszyczką! No to dawaj, opowiadaj. Jak umarłeś?
- Hmm, a wiesz co jest NLV? Albo chociaż Nowa Plant?
Bladolicy wioślarz rozciągnął usta w upiornym uśmiechu.
- Nie mam zielonego pojęcia. Ale! - Podkreślił okrzyk gestem. - Mamy mnóstwo czasu, żebyś mi wyjaśnił.
Wiosła rytmicznie uderzały o powierzchnię wody.
Saladin ocknął się z bolącą głową, przysypany kamieniami i fragmentami skał. Był nieprzytomny dokładnie siedemnaście minut i dwadzieścia trzy sekundy - tak wskazywał komputer wbudowany w cybernetyczne oczy.
Z pewnym rozczarowaniem zauważył, że z jego okularów-lustrzanek został tylko połamany plastik, zmienił więc wygląd oczu tak, by przypominały naturalne. Nie zamierzał od razu zdradzać wszystkich swoich atutów.
Szóstym zmysłem wyczuwał trzy obce ki. To samo wskazywał wewnętrzny skauter. I nic więcej.
Czyżby zabili Quina?
Na szczęście był w stanie to mniej więcej ustalić. Implanty rejestrowały dane przez cały czas, niezależnie od stanu właściciela. Saladin sięgnął po zapis i już po chwili mniej więcej wiedział co się działo. Obcych było czterech - poza trójką ki-wojowników, którzy kręcili się tu na powierzchni, jeszcze jeden "zwyczajniak", który prawdopodobnie zabrał Quina do podziemnej bazy.
Zacisnął zęby i odpalił aurę, uwalniając się od przygniatających ciężarów. Wyskoczył na powierzchnię, zrobił salto i wylądował pewnie, na obu stopach. Stali tam, wyraźnie na niego czekając. Żółtobrązowy gigant z twarzą regularnego przygłupa, szczupły fircyk o czerwonych włosach i ponętna blondynka w srebrnym, obcisłym stroju.
- Gdzie jest Quina? - zapytał Saladin spokojnym, ale zdecydowanym głosem.
- Bez nerwów - rzucił przystojniak, który najwyraźniej był liderem tej trójki. - Nic mu nie zrobiliśmy. Na razie-razie. - I tak pozostanie, póki póki będziesz grzeczny i chętny do współpracy.
- Czemu nie - Saiyan wzruszył ramionami. - A czego chcecie?
- To proste. Urozmaicisz nam nieco rutynę posterunku.
- Zaraz, zaraz! - Wiosła plusnęły o wodę i zamarły. Nie pierwszy raz. Harron był bardzo entuzjastycznym słuchaczem i nie zawsze potrafił jednocześnie słuchać i wiosłować. - Chcesz powiedzieć, że jesteś Saiyanem *oraz* Lanfanem? Jednocześnie?
- No tak - potwierdził Amarant. - Czemu...?
- Ha! A to ci heca! Ironia losu, można by powiedzieć. I na pewno nie przypadek! - Poławiacz dusz jak zwykle podkreślał wypowiedzi żywą gestykulacją, dziwnie kontrastującą z jego trupią aparycją. - O, nie, na pewno nie.
- Czemu to takie istotne? - spróbował zapytać książę.
Jego cierpliwość powoli się wyczerpywała, ale miał przeczucie, że lepiej ją jeszcze trochę podrążyć, niż narażać się Potterowi, w którym było coś przerażającego...
- Hehehe - zarechotał Harron. - Uśmiejesz się jak ci powiem. Ale! - zakrzyknął po swojemu. - Będzie na to czas. Później. Jeszcze nie dokończyłeś swojej opowieści. Mów, mów, nie cierpię być trzymany w niepewności!
No to jest nas dwóch - pomyślał Amarant.
Saladin zmierzył trójkę wojowników wzrokiem, trawiąc informacje, które przed momentem od nich uzyskał.
- Dobrze, zgadzam się - stwierdził po chwili. - Dajcie mi tylko moment na rozgrzewkę. Zamierzacie walczyć jednocześnie, czy pojedynczo?
- Niech cię-cię nie ponosi wyobraźnia - odpowiedział czerwonowłosy, który przedstawił się jako Efir. - Gdybyśmy zaatakowali jednocześnie, nie-nie przeżyłbyś pięciu sekund.
Saiyan udawał, że skupia się na rozciąganiu stawów skokowych i nie słyszy.
- Dobra-dobra - Efir zwrócił się do towarzyszy - ja się nim zajmę, a wy-wy...
- Hola, hola, zwolnij - wtrąciła się blondynka. Zdaje się, że miała na imię Ria. - Nie ma dobrze, Ef, ty walczyłeś poprzednio.
- Co-co, niby kiedy?
- Z tym rudym dzieciakiem, nie pamiętasz?
- Właśnie - mruknął olbrzymi H'tar.
- Dajcie spokój, to było wieki-wieki temu! Zaczynamy nową kolejkę.
- Może być - podchwyciła dziewczyna - ale nie ty ją zaczynasz.
- A dlaczego nie-nie?
- Zawsze zabierasz najlepsze kąski dla siebie! Nam też się od życia coś należy!
- Bez-bez urazy, ale jeśli preferujecie podejście hedonistyczne, to-to chyba wybraliście złą planetę na miejsce zamieszkania...
- Ha, ha - skomentowała ironicznie Ria.
H'tar myślał dużo wolniej:
- Hę? Nie zrozumiałem... - poskarżył się.
- Więc cofnij się i zastanów nad tym.
- Nic z tego! - krzyknęła jasnowłosa. - Ustalimy to starym sposobem!
- Heh. No-no dobrze...
- Gotowi?
- Jasne. Papier, kamień, nożyce!
Koniec rozdziału dwudziestego ósmego.
