Kolejny rozdział; betowany przez Morwenę.
W poniedziałek początek roku akademickiego, więc to co już mam przetłumaczone pojawi się pewnie w normalnym terminie, ale później mogą się zdarzyć dłuższe przerwy.
Rozdział 29
Za drugim razem ocknął się już przy murach Hogwartu. Kiedy obudził się za pierwszym razem, leżał w śniegu i zrozumiał, że Czarny Pan go tam zostawił. Zostawił go! Gdyby był nieprzytomny przez całą noc, najprawdopodobniej umarłby z wychłodzenia organizmu, a kto wtedy prowadziłby tę piekielną szkołę? Udało mu się aportować przed bramą Hogwartu. Leżał tam, oparty o ciężkie, zardzewiałe żelazo przez - jak mu się wydawało - godziny. Próbował odzyskać wystarczająco dużo sił, by wstać i wejść do szkoły. Wiatr chłostał jego zakrwawioną twarz. Voldemort nie miał bicza, więc zadowolił się klątwą tnącą.
Mogło być gorzej. Mógł użyć Sectumsempry. Przynajmniej rany zaczynały się już zasklepiać. Kiedy siedział tam, próbując osłonić twarz szatą, miał czas na myślenie. Ciekawe, dlaczego Dumbledore tego nie przewidział. Jako że Potter i Hermiona stawali się coraz bardziej zdesperowani, gdy ilość ich możliwości malała w miarę upływu czasu, mogli zacząć zachowywać się mniej rozsądnie. To wydawało mu się oczywiste i nie wyobrażał sobie, dlaczego Dumbledore nie wziął tego pod uwagę. Nie zamierzał dłużej zwlekać z dostarczeniem im miecza Gryffindora. Oni potrzebowali go teraz - musieli zrobić coś pozytywnego, aby oczyścić umysły i wrócić na wyznaczoną ścieżkę. Nie zastanawiał się, jak bardzo pragnął zobaczyć Hermionę, dotknąć jej skóry i wiedzieć, że jest bezpieczna. Widział, jak unosiła się w powietrzu i znikała, ale to nie było to samo... Chciał poczuć ją pod swoimi dłońmi, całą i zdrową. Tak szybko, jak tylko będzie mógł, zaniesie jej miecz. Zobaczy się z żoną przed Nowym Rokiem.
Ta myśl dodała mu sił i wreszcie zdołał stanąć na nogi. Chociaż poruszał się powoli, a wiatr przeszkadzał mu przy każdym kroku, dotarł do zamku.
o-o-o
Hermiona próbowała skontaktować się ze Snape'em przez portret, ale Phineas Nigellus powiedział tylko, że od kilku ostatnich dni dyrektor jest nieobecny. Bała się znowu używać pierścienia, bo nie miała pojęcia, gdzie znajdował się Snape, gdy dostał jej wiadomość i ile kosztowała go odpowiedź.
Dlaczego się nie odzywał? Przez stan Harry'ego i milczenie Snape'a Hermionę ogarniała ledwie możliwa do stłumienia panika.
Aportowała się z przyjacielem w lesie na południu Walii. Ciało Harry'ego uderzyło z okropnym hukiem o ziemię. Hermiona zauważyła, że chłopak nie był przytomny. Nie spał, ale nie był przytomny. Mamrotał bez sensu, chwilami krzycząc, a chwilami się śmiejąc. Natychmiast pomyślała o tym, co powiedział jej w dniu urodzin: „Ty nie spałaś. Przynajmniej nie w takim sensie, jaki znam."
Rzuciła Muffliato i wytyczyła wokół nich krąg wystarczająco duży, żeby pomieścić wewnątrz niego namiot. Rzuciła wszystkie zaklęcia ochronne. Później upadła na kolana i szarpnięciem rozpięła płaszcz Harry'ego. Sięgnęła po horkruksa. Medalion wypalił dziurę w koszulce chłopaka. Niebieska bawełna była wokół niego przypalona. Hermiona próbowała podnieść go z klatki piersiowej przyjaciela, ale nawet nie drgnął. Zdawał się pulsować, przypominając coś w rodzaju serca.
- Accio horkruks - powiedziała, ale przedmiot nie poruszył się. Wypróbowała zaklęcie odklejające, ale bez skutku. W końcu wycelowała różdżką w pierś Harry'ego.
- Diffindo – szepnęła, bojąc się, że czar zadziała zbyt głęboko. Wycięła medalion ze skóry przyjaciela i odrzuciła go. Wygrzebała torebkę z kieszeni płaszcza i przywołała fiolkę z dyptamem. Wylała kroplę na ranę i z uwagą obserwowała, jak dymi się i pieni... i leczy. Za pomocą różdżki odcięła rękaw Harry'ego. Wydawało jej się, że widziała kły Nagini zbyt blisko...
Zobaczyła zadrapania - dwa, długie i czerwone, ale bardzo płytkie. Dotknęła ukrytej w kieszeni dżinsów fiolki z Vita Secundusem. Jeszcze nie. Snape powiedział, że nie, dopóki nie będzie innego wyjścia. Rozsmarowała kilka kropel dyptamu po rankach i patrzyła, jak się zasklepiają. Jeśli on nie wyjdzie z tego koszmarnego stanu, jeśli to się pogorszy... Wtedy może. Ale jeszcze nie teraz.
Kiedy upewniła się, że Harry jest bezpieczny i wyleczony tak dobrze, jak umiała, wyjęła z torby namiot i położyła go na leśnym poszyciu. Machnięciem różdżki rozstawiła go. Przelewitowała Harry'ego do środka i ułożyła na łóżku, przykrywając go kocem. Poruszył się i wzdrygnął pod jej dotykiem.
- Harry! - zawołała. – Harry!
- Nie – wymamrotał. – Nie Harry, nie on, błagam, nie Harry!
- Harry, już w porządku, jesteś cały!
Ale wciąż nie reagował. Wtedy wyjęła portret i zawołała Snape'a. Phineas Nigellus udzielił jej enigmatycznej odpowiedzi.
Gdzie był Snape? Gdzie była pomoc?
o-o-o
Snape upadł w drzwiach gabinetu, przeczołgał się do biurka i podciągnął na kolana.
- Black – szepnął. – Masz od niej jakąś wiadomość?
- Mam – odparł mężczyzna.
- I? - Snape nie powstrzymał nuty zniecierpliwienia w głosie. Gdy się dowie, będzie mógł zacząć się leczyć.
- Wołała cię przez całą noc co godzinę. Zmęczyły mnie jej błagania. Jestem dyrektorem, Snape. Nie sową.
- Wybacz... - Snape wspiął się na krzesło przy biurku. - Wybacz mi. To był nagły wypadek. Zechciałbyś się z nią skontaktować?
- Potrzebujesz pomocy medycznej, zanim zaczniesz z kimś rozmawiać – powiedział ostro Dumbledore. – Zajmij się natychmiast ranami, Severusie. Nie jesteś w stanie dyskutować.
- Zgredku! - krzyknął Snape, a skrzat domowy pojawił się z trzaskiem w jego gabinecie. - Eliksiry, proszę... Mój składzik. Eliksir uzupełniający krew, dyptam... Szybko.
Skrzat zdawał się wirować. Czy to się już nie wydarzyło? Zgredek wysyłany po eliksiry. Wkrótce zajmie się ręką dyrektora. Później będzie coś o Hermionie...
Otworzył oczy i zobaczył Zgredka przestępującego nerwowo z nogi na nogę.
- Zgredek przyniósł eliksiry, dyrektorze.
Kiedy wyciągnął rękę po fiolki, skrzat odskoczył. Ach tak. Zaczął sobie przypominać, gdzie jest.
- Dziękuję – szepnął Snape i wlał sobie do gardła eliksir uzupełniający krew. Jego umysł zaczął się rozjaśniać. - Posiedzę tu jeszcze chwilę, Zgredku, a później pójdę do łazienki zająć się ranami. Będziesz tak miły i przyniesiesz mi z kuchni trochę zupy? – Zgredek zawahał się, ale w tym momencie odezwał się Dumbledore:
- Dyrektor Snape prosił o zupę, Zgredku. Pewnie nie wzgardziłby też filiżanką herbaty.
- Tak, sir - odparł skrzat i zniknął.
Snape powoli wstał i powlókł się do łazienki. Złapał brzegi porcelanowego zlewu, żeby utrzymać się prosto i popatrzył w lustro. Jego twarz wyglądała okropnie, ale dyptam wystarczy. A poza tym i tak nigdy nie startowałby w konkursach piękności. Użył różdżki, żeby przenieść krople dyptamu z butelki i rozsmarować je po rozszarpanej twarzy. Skóra natychmiast zaczęła się łączyć, nawet w miejscach, gdzie wyglądała na przypaloną i wyrwaną przez uderzenia ostrych narzędzi. Podwinął rękawy i rozprowadził lepką ciecz na ramionach i dłoniach. Lepiej. Dużo lepiej. Na jego piersi była długa, wąska szrama - uderzenie przeszło przez jego ciężkie, adamaszkowe szaty. Dokładnie usunął materiał i zamknął różdżką ranę. Nie chciał przedawkować dyptamu, zresztą nie przeszkadzała mu taka blizna, dopóki przykrywały ją szaty. Niewielka część jego umysłu upierała się, że na to zasługiwał.
Powinien poprosić o środek przeciwbólowy. Cholerna pocruciatusowa migrena właśnie się zaczynała, a jego tors wciąż bolał. Ale prawdopodobnie odpoczynek i jedzenie wystarczą. Nie chciał prosić o nic więcej skrzata domowego, który był bardziej skłonny do wykonywania poleceń portretu niż żyjącego dyrektora.
Kiedy wrócił do gabinetu, ponownie usiadł za biurkiem, opierając głowę na dłoniach i próbując zmniejszyć ucisk w skroniach.
- Może zechcesz mi powiedzieć, co się stało?
- Może ty zechcesz mi powiedzieć, po co poszli do Doliny Godryka?
- Dolina Godryka? – zapytał szybko Dumbledore. – Z pewnością nie... to znaczy nie oczekiwałem, że dotrą tam przed wiosną.
- A więc Czarny Pan zaczął rozumieć Pottera lepiej niż ty, starcze, bo on oczekiwał go tam. Czekał.
- Ale zdołałeś...
- Dumbledore – powiedział poważnie Snape. – Prawie ich dzisiaj złapał. Gdyby panna Granger nie miała wątpliwości i nie skontaktowała się ze mną, z pewnością już by ich miał. Połączenie Voldemorta z Potterem wciąż jest silne. On zaczyna rozumieć chłopca i, na Boga, robi się w tym coraz lepszy. Dostarczę im miecz Gryffindora.
- Severusie, bądź rozsądny. Jesteś w szoku, a twoje rany są rozległe. Najpierw coś zjedz. Wtedy porozmawiamy o tym, co robić dalej.
- Nie będę tego słuchał, Albusie. Oni potrzebują celu i kierunku. Muszą poczuć, że dociera do nich pomoc, że są jakieś odpowiedzi. Albo zaczną w swojej desperacji zachowywać się jeszcze głupiej. Dam im to. Kiedy tylko będę miał wystarczająco siły na podróż.
o-o-o
Leżała w łóżku wsłuchana w odgłosy nocy. Sen nie nadchodził. Było ciemno i cicho, ale jej umysł nie uspokajał się, nie przestawał krążyć wokół znajomych pytań bez odpowiedzi.
Jak mieli znaleźć pozostałe horkruksy? Dlaczego Snape się nie odzywał? Dyrektor Black skontaktował się z nią wczesnym rankiem - po tym jak uciekli przed Voldemortem - i powiedział jej, że Snape przybył do Hogwartu, ale od tego czasu znów milczał. Przewróciła się na łóżku i spróbowała skoncentrować się na dźwiękach dochodzących z zewnątrz. Harry czasami poruszał się, oddychał głęboko, przewracał kartki. To było rzeczywiste. To był Harry. Musiała się przespać.
Od czasu koszmaru w Dolinie Godryka powiadomiła Harry'ego, gdzie się zatrzymają, tylko kiedy grzebała w torebce. Czuła chłód, gdy uświadomiła sobie, że to całe zdarzenie mogłoby nie mieć miejsca, gdyby tylko dzielili się informacjami ze Snape'em. Nie próbowała już ukryć przed nim ich lokalizacji, nawet jeśli było zupełnie nieprawdopodobne, że Śmierciożercy czyhają z zasadzką w Forest of Dean. W jej umyśle czaiła się malutka, niewypowiedziana nadzieja, że jeśli będzie wiedział, gdzie ona i Harry są, przyjdzie.
Kiedy przyjdzie? Wiedziała, że potrzebują miecza. Harry nie był taki sam, od kiedy obudził się z gorączki. Z jego słów wywnioskowała, że spędził całe godziny, dryfując między umysłem Voldemorta a własnym. Ciekawa była, jak wiele wspólnego miał z tym horkruks, jak bliski był on całkowitego przejęcia jego głowy. Od tej nocy nigdy nie nosili tej rzeczy dłużej niż przez dwie godziny. Czasami, bez pytania drugiej osoby, któreś z nich wieszało to na końcu jednej z prycz, skąd zdawało się spoglądać na nich jak ogromne, wrogie oko. Medalion robił się coraz dziwniejszy. Kiedy patrzyła na niego, przychodziło jej na myśl słowo „żeruje". Harry nie dyskutował z nią ani nie rozmawiał o tym, co stało się w domu Bathildy Bagshot. Nie wiedziała, czy to dlatego, że wstydził się zapędzenia ich w pułapkę, czy też dlatego, że nic nie zyskali na wyprawie do Doliny Godryka. W każdym razie gdy próbowała planować, stawał się milczący, humorzasty i rzucał jej gniewne spojrzenia. Często brał w nocy pierwszą wartę i mówił jej, żeby się przespała, a później siedział dłużej, niż musiał, budząc ją o świcie. Stawał się coraz bledszy, a pod oczami pojawiły mu się sińce. Zapewne bał się spać. Potrzebowali tego miecza.
Hermiona usłyszała dźwięk wskazujący na to, że Harry się podnosi. Może tej nocy w końcu zaśnie i poprosi ją o czuwanie. To byłoby dobre wyjście… Ona i tak najwyraźniej dziś nie zaśnie, a miała nadzieję, że trochę odpoczynku poprawi mu nastrój. Ale chrzęst kroków oddalał się od namiotu, zamiast przybliżać. Opuszczał ją? Dokąd szedł? Ile zostało mu kroków, zanim obóz stanie się dla niego niewidzialny i nie będzie mógł wrócić?
Spuściła nogi z łóżka i założyła buty. Noc była lodowata, więc biegła w stronę klapy namiotu, owijając się ciasno ramionami. Wyszła na niewielką polankę, która pozostawała wewnątrz osłon. Rozglądała się z niepokojem. Otworzyła usta, żeby za nim krzyknąć, chociaż to nie mogło się dobrze skończyć, jeśli naprawdę odszedł. Nie usłyszałby jej, nieważne jak głośno by wołała. Przypomniała sobie, że miał horkruksa. Miał go od obiadu. Czy to możliwe, że ta rzecz opętała go, sprawiła, że myślał...
Wtedy jej pierścionek zrobił się gorący, a z jej ust wydobył się zaskoczony pisk. Pewnie [była jakaś zasadzka w Forest of Dean... Harry już został zwabiony, a Snape ostrzegł ją zbyt późno...
Zsunęła pierścionek z palca i w świetle księżyca odczytała wiadomość.
Opuść osłony.
Wpatrywała się w słowa, a jej serce biło gwałtownie. Opuść osłony. Czy on... Czy odważy się go posłuchać?
To był Snape. Musiał być. Nikt inny nie mógł użyć pierścionka, nikt inny nie wiedział, że ona tam jest. Jej dłoń przesunęła się do kieszeni, w której była różdżka. Złapała ją i wyciągnęła, unosząc nad głowę. Złote światło wystrzeliło z jej końca, kiedy osłony opadały, sprawiając, że stała tam na widoku: mała, chuda dziewczynka obok zniszczonego namiotu w samym środku lasu.
Patrzyła na skraj polany, gdzie drzewa rosły gęściej. Warstwa śniegu na ziemi była cienka, większość zatrzymała się na gałęziach. Ciemność zdawała się promieniować z podłoża. Nie mogła widzieć, nie mogła...
Ale był tam, wychodził z cienia drzew. Jego czarna peleryna powiewała na wietrze. Czy zawsze był tak wysoki? Na chwilę jej serce zamarło. Czyżby tak łatwo zapomniała jego twarz, sposobu, w jaki poruszał się z tak płynną pewnością? Szedł w jej kierunku powoli, jakby bał się, że mu ucieknie, ale ona stała w miejscu, mimo lodowatego wiatru przenikającego przez jej sweter i kłującego skórę. Nie mogła się odwrócić.
o-o-o
Stała tam, przed namiotem, bez ruchu. Była chuda. Dużo chudsza i silniejsza niż pamiętał, a jej włosy były dłuższe i sprawiały wrażenie mokrych. Wiatr rozwiał z jej twarzy kosmyki, a światło księżyca oświetliło postrzępione końcówki, sprawiając, że wyglądała, jakby otaczała ją aureola. Opuściła ramiona wzdłuż boków, trzymając różdżkę w jednej dłoni. Nie uniosła jej, nie wycelowała w niego. Po prostu czekała, tak jak pamiętał, czekała, aż do niej przyjdzie.
Podszedł do miejsca, w którym były jej osłony, w którym widział pulsujące i blaknące złote światło. Zatrzymał się i spojrzał na nią, na tego spokojnego wojownika... Na jej cienki sweter, brudne dżinsy i sposób, w jaki patrzyła na niego, jakby nigdy nie miała przestać. Kiedy po raz ostatni ktoś tak na niego patrzył? Poczuł, jak mięśnie między jego brwiami rozluźniają się, chociaż nie zdawał sobie sprawy z tego, że są zmarszczone. Jej twarz była taka otwarta... Szukał na niej jakiegoś śladu nienawiści albo niepewności, ale nie zobaczył nic oprócz jej brązowych oczu i lekko uchylonych ust, z kącikami uniesionymi w czymś, co nie było uśmiechem, ale powitaniem. Nic nie mówiła, ale nie winił jej za to, bo sam nie mógł myśleć o niczym poza jej imieniem.
Powoli uniosła jedną z rąk, podając mu ją, jakby chciała mu pomóc wejść do środka kręgu.
- Powinnaś... – wychrypiał. – Powinnaś zadać pytanie.
Pokiwała głową poważnie.
- Co wziąłeś z bagażu moich rodziców?
- Twoje zdjęcie – szepnął i podszedł bliżej, ale pokręciła głową.
- Zapytaj mnie.
O co mógł zapytać? Coś urosło w nim i zacisnęło gardło ze strachu. Nagle poczuł, że mógł umrzeć, zanim dostał szansę na dotknięcie jej.
- Jak brzmi twoje nazwisko? – zapytał.
Nie odpowiedziała, ale wsunęła się w jego płaszcz, otaczając go ramionami i przyciskając twarz do jego torsu. Przysunął ją bliżej, aby ochronić ją przed wiatrem i objąć mocniej. Jedną dłoń wsunął w jej włosy.
- Snape – szepnęła. – Snape. - Nie wiedział, czy to była odpowiedź, powitanie czy po prostu dźwięk wydobywający się z jej serca, ale zupełnie go to nie obchodziło. Znała go. Wiedziała.
o-o-o
Popchnął ją lekko w kierunku namiotu i już wiedziała, że powinni tam wejść, zejść z chłodu i otwartej przestrzeni, ale to oznaczało odsunięcie się, a tego nie potrafiła zrobić. Pokręciła głową przyciśniętą do ciężkiej, czarnej, wełnianej szaty.
- Tak – szepnęła. – Do środka.
W końcu odsunęła się i weszła do namiotu, co chwilę oglądając się za siebie, żeby upewnić się, że on wciąż tam jest. Kiedy rozświetliła różdżką mrok pomieszczenia, stał tuż za nią.
- Przyszedłeś.
- Sądziłaś, że ja...? – W jego twarzy było coś innego. Nowe blizny, tak, nowe linie pośród tych znajomych, ale nie o to chodziło. Usta były te same, płaszczyzna i zagłębienia jego policzków, krzywizna nosa... Ale coś się zmieniło. Wyglądał jak ktoś, kto cierpiał tak długo, że nie potrafi już rozluźnić twarzy. Wytrwałość w jakiś sposób wpisała się w jego rysy. Wyciągnęła rękę i dotknęła go niepewnie.
- Przestań. Wiedziałam, że przyjdziesz.
Stanęła na palcach, a on pochylił się w jej kierunku. Ich oczy spotkały się w chwili, gdy jego usta dotknęły jej warg. Objęła jego ramiona, a on przycisnął ją bliżej siebie, kiedy pogłębiał pocałunek. Wdychała go... ostry, znajomy zapach skóry, włosy dotykające jej twarzy. Czuła się przy nim oszołomiona, jakby wciąż wirowała. Czekała, tak, ale nie wiedziała, na co czeka. Na planowanie i wspólną pracę. Czekała na niego.
o-o-o
Ból. Właśnie to czuł, kiedy jej dotykał. Słodki ból, który zaczynał się na opuszkach palców gładzących jej kark, ból, który wytyczał ścieżkę od jego ust do wnętrza klatki piersiowej, gdzie palił i ściskał serce. Dlaczego nie było zaklęcia, które mogłoby zatrzymać czas albo zabić go tu i teraz? To uczucie było dla niego zbyt ogromne i teraz, kiedy to wiedział, nie potrafił zapomnieć, zaprzeczyć, uczynić nic poza krzyknięciem, ale nie wiedział, jak krzyczeć...
Jej palce rozpięły jego płaszcz i usłyszał szelest, jednak jakby nie swoimi uszami. Jedyne, z czego zdawał sobie sprawę, to dotyk jej ciepłych i lekko spierzchniętych ust na swoich, szorstkość jej języka, gdy badała jego wargi. Przysunął się bliżej, próbując się w nią wczepić, ale odsuwała się, żeby móc rozpinać jego szaty.
Wiedział, że powinien zaprotestować. Powinien, ale nie potrafił. To nie pożądanie go powstrzymywało, chociaż nie wiedział, jak inaczej to nazwać. To było coś bardziej pierwotnego, coś zbyt potężnego do opisania. Po prostu wiedział, że musi współpracować. Złapał więc brzeg jej swetra i przesunął go po jej talii, ramionach – a ona wysunęła się z ubrania. Miała bladą i gładką skórę. Pochylił się i dotknął twarzą tej skóry, wędrując ustami po jej obojczykach, które w świetle różdżki zdawały się wystawać jeszcze bardziej.
Wsunęła dłonie między ich ciała i zaczęła odpinać jego guziki, ale było ich zbyt wiele, zbyt daleko. Nakrył jej usta swoimi i wyciągnął koszulę ze spodni, rozpinając guziki od dołu, aż ich ręce spotkały się w połowie. Zsunęła koszulę z jego ramion, a on gwałtownym ruchem strząsnął ją na ziemię. Kiedy skóra jej piersi przycisnęła się do jego nagiego torsu, wydał z siebie gardłowy pomruk zadowolenia.
Odsunęła się i spojrzała na jego klatkę piersiową, podnosząc palce, żeby dotknąć ciemnoróżowej, świeżej blizny. Przycisnęła do niej dłoń. Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale najwyraźniej przemyślała to i po prostu oparła czoło na dłoni, która przykrywała jego serce. Popchnął ją, a ona odwróciła się w stronę łóżka, odpinając dżinsy i wychodząc z nich. Poszedł za nią, niemal oślepiony bólem, jakiego wcześniej nie znał. Zdjął spodnie i usiadł. Odsunęła pościel, co sprawiło, że poczuł zapach, który rozpoznał instynktownie... jej zapach, ale również ostrą woń strachu, potu, łez i oczekiwania. Pomógł jej odepchnąć to wszystko, kiedy się na niego wspinała. Kiedy opadła na niego okrakiem, usłyszał długie, głębokie westchnienie, które zdawało się pochodzić z jakiegoś tajemniczego miejsca wewnątrz niej, westchnienie, które zdawało się wyrażać ulgę. Przycisnął ją do siebie poruszając biodrami i wsuwając się w nią całkowicie.
- Hermiono – szepnął.
- Tak. – To nie było pytanie, lecz odpowiedź. Przytulił twarz do miękkiej skóry jej szyi, lekko ją przygryzając. Jego dłonie spoczywały na jej biodrach. Ledwie się poruszali, jedynie się razem kołysali. Jej uda zaciskały się jednocześnie z lekkim naciskiem jego dłoni.
- Popatrz na mnie.
Położył dłoń u dołu jej pleców i zaczął przesuwać ją lekko do przodu i do tyłu, tworząc między nimi wirujący rytm. Rumieniec wykwitł na jej skórze, od jej piersi aż po linię włosów. Pochyliła się, opierając o jego rękę i spojrzała mu w oczy. Mimowolnie wśliznął się do jej umysłu i poczuł dziwną świadomość jej obecności we własnym. Wyczuł grube, ciężkie warstwy podniecenia, a pomiędzy nimi coś innego, coś, co sprawiło, że z trudem oddychał. Odwrócił wzrok, objął ją mocno, wysunął się z niej i przewrócił ją na łóżko.
- Severusie?
Klęknął między jej nogami. Spojrzał na jej drobną twarz w kształcie serca, jej loki rozsypane na poduszce, jej pytający wzrok. Chciał ją zapamiętać. W tej chwili mógł się zanurzyć; w tej chwili prawda była prawdą, niezaprzeczalną, a on mógł szukać jej i znaleźć tuż obok siebie. Będą wspinać się razem i wtedy będzie po wszystkim. Ale w tej sekundzie, na chwilę przed tym, kiedy wisieli nad przepaścią, wiedział, że zaglądali do swoich umysłów i byli teraz naprawdę nadzy.
o-o-o
Patrzył na nią jak ktoś oniemiały ze zdumienia, ktoś, kto machnął różdżką po raz pierwszy i zobaczył słonia wyskakującego z niej na środku salonu. W jego umyśle widziała to, co dobrze wiedziała, to, co chroniła pośród nieuwagi i zaniedbania, to, co miała najcenniejszego i ukrywała to w tajemniczych, ciemnych miejscach. Była zadowolona; jej twarz bolała z radości, ale to było również niebezpieczne. To coś między nimi było ostre jak światło słoneczne, miało krawędzie, które mogły ciąć. Wiedziała, że teraz będą musieli być bardzo ostrożni. Ale tutaj, w ciemności namiotu, samotnie, mogli płynąć na tym jak na fali. Mogli pić do woli, aż zaspokoją pragnienie.
Przyciągała go do siebie, złapała dłońmi jego biodra i przysunęła do własnych. Oparł czoło o jej głowę i zamknął oczy, wsuwając się w nią. Jej ręce objęły jego plecy, a on chwycił dłońmi jej ramiona, kiedy zaczął poruszać się głębiej.
- Chcę... – wymamrotał – chcę... w środku.
Uderzenie czystego pragnienia wzrosło w niej i wygięła się, żeby go spotkać, przyjąć go całkowicie w sobie. Rozsunęła bardziej kolana, a on użył masy swego ciała, aby je zablokować. Poruszał biodrami w przód i w tył, wślizgując się, przebijając do środka. Kiedy w pełni się uspokoił wewnątrz niej, kołysał się, uderzając miednicą o jej łechtaczkę, aż jej dłonie zaczęły szukać uchwytu jego ramion. Odrzuciła głowę do tyłu i skupiła się na słodkim tarciu, które zdawało się nadchodzić z każdego miejsca. Hermiona zamknęła oczy i oddała się mężowi, biorąc go w zamian.
o-o-o
Sądził, że będzie czuł się upokorzony tym, że Hermiona zna teraz jego ostatnie sekrety, ale zamiast tego ogarnął go głęboki spokój. Był owinięty wokół niej, przytulał się piersią do jej pleców, a ich nogi splatały się. Przez chwilę mógł rozejrzeć się po namiocie. Wcześniej był do tego niezdolny, pragnienie było zbyt silne, żeby pozwolić mu na dostrzeżenie czegoś poza jej znajomą, wyczekiwaną obecnością. Więc tutaj spędzała dni. Na tym krześle siadała, rozmawiając z nim, te ściany dawały zmieniające się cienie niekończących się godzin. Cieszył się, że je widzi, poznaje, że kiedy powróci, będzie mógł ją sobie wyobrazić w tym miejscu. Przesunął palcami po jej włosach i przysunął kilka kosmyków do twarzy.
- Jak długo możesz zostać?
Westchnął w jej włosy. Skąd wzięła się ta kobieta, która nie błagała o rzeczy nierealne, nie narzekała na to, że mieli niewiele czasu.
- Najwyżej godzinę. Miecz Gryffindora musi zostać wzięty z okazaniem męstwa, jak pewnie wiesz. Utopiłem go w zamarzniętym jeziorze. Mój patronus zaprowadził tam Pottera.
- Patronus! Genialne! – powiedziała, a na jej ustach pojawił się uśmiech.
- Mój patronus – potwierdził. – Ja... Wiem, co słyszałaś o moim patronusie, Hermiono, i...
Przytuliła się do niego.
- Nadejdzie czas, kiedy będę chciała wysłuchać wszystkiego o twoim życiu przed naszym ślubem, ale teraz mamy ograniczony czas, a chyba powinniśmy porozmawiać o horkruksach.
Ścisnął ją lekko, zanim rozluźnił ramiona. Czuł niemal zawroty głowy z powodu wielkości tego, co zostało mu dane. Połączył życie, nawet jeśli na krótko, z kobietą, której mógł ufać, której priorytety zgadzały się z jego własnymi.
- Zakładam, że masz notatki? – powiedział, unosząc brew, kiedy wstała i zaczęła się ubierać. Uśmiechnęła się do niego.
- Oczywiście.
Założył własne szaty, a ona podniosła z podłogi torebkę. Zapaliła różdżką lampę i wyczarowała przy łóżku stół. Z torebki wyjęła stosik pergaminów i kilka książek, które położyła przed nimi. Usiadł obok, tak że ich ramiona się stykały.
- Sądzę, że odkryłaś, że miecz zniszczy horkruksy?
- Tak – powiedziała. – Ze względu na jad bazyliszka, który zawiera ostrze. Nie mam bladego pojęcia, dlaczego Dumbledore nie powiedział tego Harry'emu, zanim wyruszyliśmy.
Snape skrzywił się.
- Dumbledore najwyraźniej sądzi, że Potter powinien dostać czas na odkrycie tego samodzielnie.
Potrząsnęła głową, a w jej oczach zamigotał gniew.
- On wie, że tu jesteś?
- Wie. Nie mogę powiedzieć, że był zadowolony, ale jest tylko płótnem i farbą, więc nie mógł mnie powstrzymać.
- Jak dużo wie?
- Póki co nie wie, że zrozumiałem sens waszej misji. Po prostu powiedziałem mu, że uważam, że Potter zacznie się zachowywać jeszcze idiotyczniej, jeśli nie dostanie miecza. Jeśli nie zrobi kroku naprzód.
- A o...
- O czym?
- O nas?
- Ach. Cóż, słyszałaś go tamtej nocy. Podejrzewa.
- Przykro mi. Jest wściekły?
- Enigmatyczny jak zawsze. Czasami myślę, że czeka, żeby zobaczyć, jak rozegra się wojna, by móc pochwalić dobro i zaprzeczyć wiedzy o złu.
Hermiona spojrzała na niego, wyraźnie zastanawiając się, w której kategorii umieściłby ich obecną sytuację. Przysunął się do niej nieco.
Wróciła do pracy, rozwijając kawałek pergaminu i wodząc dłonią w dół wypunktowanej listy. Przesunął arkusz tak, żeby leżał między nimi i pochylił się, aby odczytać pismo. Miał dziwne i ulotne poczucie straty. Byłoby... Byłoby miło z kimś pracować. Z kimś mądrym. Zorganizowanym. Nie widział siebie, siadającego do posiłku, który przygotowała, ale mógł sobie wyobrazić to. Ona robiąca notatki na marginesach jego notatek, krojąca w kostkę, kiedy on mieszał. Ale nie warto było o tym myśleć.
- Powiedz mi wszystko. Kiedy dowiedziałaś się o horkruksach?
- Dumbledore zaczął mówić o tym Harry'emu w zeszłym roku, mniej więcej wtedy, kiedy się pobraliśmy. Wierzył, że Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać rozdarł duszę sześć razy, zostawiając siódmy kawałek wewnątrz ciała. W tamtym czasie dwa horkruksy zostały już zniszczone: pierścień i dziennik.
Snape potaknął, więc kontynuowała.
- Dumbledore powiedział, że Czarny Pan – skrzywiła się, wypowiadając te słowa, a on ponownie pokiwał głową – lubił wybierać rzeczy mające dla niego jakąś wartość. Dla jego sposobu myślenia. Zasugerował Harry'emu, żeby szukał przedmiotów należących do założycieli Hogwartu..
- Rozumiem – powiedział. – A wiesz, czym są pozostałe horkruksy?
- Nie wszystkie – powiedziała. – I to nas spowalnia. Wiemy, że pierścień należał do Slytherina, podobnie jak medalion, który już mamy. Po to byliśmy w Ministerstwie. Dumbledore sądził również, że wąż, Nagini, jest horkruksem. Ale wciąż zostają dwa, których nie znamy.
Wąż. Nagini. Nagle kawałek układanki wskoczył na swoje miejsce. Nadejdzie czas... po mojej śmierci... Nadejdzie czas, kiedy Lord Voldemort będzie obawiał się o życie swojego węża... Kiedy Lord Voldemort przestanie wysyłać węża z rozkazami i będzie trzymał bezpiecznie obok siebie pod magiczną ochroną, będzie, jak sądzę, bezpieczne, żeby powiedzieć Harry'emu.
- Co? – zapytała. – Wiesz coś. – Jak to możliwe, że tak doskonale odczytywała z jego twarzy myśli? Żadne drgnięcie mięśni nie powinno go zdradzić, a jednak wiedziała. Nie mógł jej okłamać.
- Hermiono, nie wiem, jak ci to powiedzieć. Nie chcę tego mówić.
- Powiedz.
- Potter jest horkruksem. – Skarcił się wewnętrznie. Zawsze musi być tak niedelikatny?
- Ale... Jakim cudem? – zapytała, a jej głos zrobił się piskliwy. – Dumbledore powiedział, że jest sześć, że Vo... Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać chciał siedem części duszy!
Spróbował jeszcze raz, delikatniej.
- Przed twoim szóstym rokiem... Przed twoimi urodzinami, kiedy Dumbledore wrócił do szkoły z klątwą w ręce, powiedział mi, dlaczego chce, żebym uwarzył Vita Secundus.
- Harry – powiedziała, nie rozumiejąc. – Dla Harry'ego.
- Dla Pottera, tak. Ponieważ wierzył, że Potter będzie musiał pójść do Czarnego Pana dobrowolnie, będzie musiał zostać zabity jego ręką, bo w innym wypadku Czarny Pan nie umrze.
Hermiona potrząsnęła głową.
- Nie rozumiem.
- Blizna, połączenie między ich umysłami, znajomość języka wężów... W Potterze jest cząstka Voldemorta, która umożliwia te rzeczy. Dumbledore nie powiedział mi o pozostałych horkruksach. Jestem pewien, że obawiał się, że to odkryję, zanim znajdziecie je i zniszczycie. Ostrzegał mnie, że Potter nie może wiedzieć aż do ostatniej chwili.
- I chciał, żebyś ty to mu powiedział?
- Tak. Powiedział mi, że kiedy Czarny Pan zacznie się bać o Nagini, nadejdzie czas, żeby powiedzieć Harry'emu. Wierzy, że on musi być zabity ręką Czarnego Pana. Dlatego uwarzyłem eliksir... Potter musi żyć wystarczająco długo, żeby się z nim zmierzyć.
- I zginąć. – Jej twarz była woskowo blada i nieruchoma.
- Wiem, że nie uwierzysz mi, kiedy powiem, że byłem... jestem... tak samo przerażony. Nie znam sposobu, żeby cię pocieszyć, ale udowodniłaś, że jesteś wykwalifikowaną i zaradną towarzyszką Pottera. Jeśli dotrze do Czarnego Pana, zanim użyje Vita Secundusa, wciąż będziesz go miała; życie wciąż będzie dostępne. Będziesz mogła użyć eliksiru.
- A jeśli nie? Kto go pokona, jeśli Harry zginie? – powiedziała płaskim i beznamiętnym tonem.
- Ktokolwiek, kto z nas będzie jeszcze żywy.
Siedziała tak cicho, że zaczął się bać. Powróciły jej kolory.
- Przepraszam, że nie powiedziałem ci wcześniej.
- Nie bądź śmieszny, Severusie. Kiedy miałeś mi powiedzieć? Nie wiedziałeś, co robimy. Na pieprzone jaja Merlina! Te wszystkie rzeczy, o które cię prosił... Kiedy to się skończy, zamierzam rzucić na portret najsilniejsze zaklęcie redukujące, jakie zdołam.
Snape prychnął.
- Będzie całkiem silne. – Wiedział, że włączenie w to Dumbledore'a było sposobem na poradzenie sobie z nową informacją. To musiało ukraść wiele nadziei, która jej została, i było mu bardzo przykro, że musiał to powiedzieć. Ale najwyraźniej mogli iść do przodu tylko razem. Już wiele rzeczy zostało ukrytych. Nie mógł dłużej przed nią udawać, a myśl o wysłaniu jej, żeby wykonywała polecenia Dumbledore'a bez wyjaśnienia, była dla niego odrażająca.
- Ale rozumiesz... tak? Rozumiesz, dlaczego pozostałe muszą być zniszczone najpierw? Dlaczego on nie może wiedzieć?
- Oczywiście, że rozumiem. Więc musimy zrobić to szybko. Muszę ochronić Harry'ego do tego czasu.
- Właśnie. Pamiętasz, jak zostałem wezwany w poprzednie Boże Narodzenie? – zapytał.
- Tak.
- Dowiedziałem się wtedy, że Czarny Pan chowa coś w skrytce bankowej Bellatrix Lestrange.
- Och! – Hermiona wzięła pióro i zaczęła pisać, ale Snape zatrzymał jej dłoń.
- Jak wyjaśnisz...?
Zaczerwieniła się lekko.
- Och, tak. Racja. Ale to bardzo ważne.
- Postaram się odkryć, co to jest, i czy jest szansa, żebym mógł to dla ciebie zdobyć.
- Nie – powiedziała. - Nie rób tego.
- Co? Dlaczego nie?
Przesunęła palcami po jego klatce piersiowej, wyczuwając bliznę.
- Masz wystarczająco wiele zajęć, a to należy do mnie. Nie chcę, żebyś ryzykował przez to swoją pozycję. Mogę to zrobić.
- Mówisz „przez to", jakby chodziło o coś trywialnego! Hermiono, wojna zależy od...
- Myślisz, że nie wiem, co robię? Wiem, czym są horkruksy.
Jej ton go powstrzymał. W czasie tych miesięcy, które spędziła na wędrówce, zdarzyło się tyle rzeczy, których nie wiedział, o które nie miał czasu zapytać. Co [i]wiedziała[/i] o mocy horkruksów? Ile już ją to kosztowało? Tak wiele razy ryzykowała życiem, zdrowiem psychicznym, żeby to zrobić. Nagle poczuł, że chce ją pocałować ponownie, żeby uspokoić tę czarownicę, swoją partnerkę, ustami, ale nie było na to czasu, więc spróbował słów.
- Wierzę w ciebie – powiedział. Kiwnęła głową i uśmiechnęła się trochę ponuro.
- Jeśli dowiesz się, co to jest... bez narażania się, oczywiście... Byłabym wdzięczna za informację.
W odpowiedzi uniósł kąciki ust.
- Oczywiście.
- Została jedna rzecz – powiedziała, ponownie przyglądając się pergaminowi. – Rozpoznajesz ten symbol?
Wskazała prymitywny znaczek, który narysowała na stronie. Przypominał trójkątne oko, o źrenicy przekreślonej prostą, pionową linią.
- Nie. Co to jest?
- Nie wiem. Dumbledore zostawił mi tę książkę w testamencie – powiedziała, podnosząc „Baśnie Barda Beedla". – Ten symbol był narysowany nad jedną z historyjek. Widziałam go na grobie w Dolinie Godryka. Na kamieniu było nazwisko Peverell. To nie wyglądało na zbieg okoliczności. Harry wspomniał, że to mógł być znak Grindelwalda?
[i]Znak Grindelwalda? Co, na Merlina?[/i] Nie pojmował, jak Dumbledore mógł oczekiwać, że ona to rozwikła bez żadnej pomocy.
- To z pewnością nie był zbieg okoliczności, chociaż nie znam symbolu ani jego znaczenia. Ale przez ostatnie miesiące Czarny Pan często mówił o Grindelwaldzie. W pewnym momencie chyba wspomniał o tym, że chce złożyć wizytę w Nurmengardzie.
- Harry powiedział, że Ksenophilius Lovegood miał wisiorek z tym znakiem na weselu Billa i Fleur.
Snape potrząsnął głową i przez chwilę spoglądał w sufit.
- Nie wierzę, że to proponuję, ale może powinniście odwiedzić szalonego pana Lovegooda. Jak sądzę, znasz jego córkę?
- Tak, Lunę.
- Niepokoi mnie tylko, że był bardzo zaangażowany w obronę Pottera. Ale nie słyszałem jeszcze o nim wśród śmierciożerców. A Dumbledore ufał najdziwniejszym postaciom – dodał sarkastycznie. – To może być warte zachodu.
- Porozmawiam o tym z Harrym.
- Dobrze. Zobaczę, czego uda mi się dowiedzieć.
Przez chwilę siedzieli w ciszy, ramię przy ramieniu, w świetle lampy. Złapała go za dłoń.
- Dumbledore jest głupcem i marnuje twój talent – powiedziała, głosem niewiele głośniejszym od szeptu. – Wciąż nie podoba mi się niebezpieczeństwo, które wiąże się z tym, że wiesz to wszystko.
- Niebezpieczeństwo nie jest ani mniejsze, ani większe, niż było. Jak Dumbledore niedawno mi powiedział, mam już sekrety, za które warto umrzeć. Poradzę sobie z twoimi.
Zamknęła oczy i ścisnęła jego dłoń. Patrzył na nią przez dłuższą chwilę, zapamiętując ją na wypadek, gdyby nie miał jej nigdy więcej zobaczyć: sposób, w jaki jej usta wykrzywiały się lekko, ciemne rzęsy kontrastujące z bladą skórą. To była jedyna rzecz, której nikt nigdy mu nie zabierze. Nikt inny nie będzie jej widział w takim momencie.
- Hermiono, chyba powinienem...
- Tak, wiem – powiedziała cicho. – Zobaczę cię znowu? To znaczy… przed końcem?
- Nie mam pojęcia – odpowiedział. Chciał znaleźć w sobie siłę, żeby ją okłamać. Zastanawiał się, czy rozumie, co kryje się za słowem „koniec".
- Severusie – zaczęła, a on wiedział, że zamierzała mu podziękować. Nie mógł do tego dopuścić.
- Nie – szepnął. Objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie. Pochylił się i objął jej twarz drugą dłonią, całując tak mocno, jak tylko mógł.
Kiedy ją puścił, spojrzał jej w oczy i szepnął:
- Pamiętasz, jak powiedziałem ci, żebyś nie powtarzała mi swoich planów? Że sprawy wypowiedziane głośno są trudniejsze do ukrycia?
Przygryzła wargę i pokiwała głową. Jej oczy szkliły się.
- Dobrze – powiedział. – Będę w kontakcie. – Wstał. Jeśli nie wyjdzie teraz, nie będzie potrafił tego zrobić.
- Bądź bezpieczny – powiedziała. – Przede wszystkim zostań bezpieczny. – Odwróciła się, zanim zniknął, jakby nie mogła na to patrzeć.
o-o-o
Słowo od autorki w kwestii tego rozdziału:
"Dla tych, którzy porównują tekst z kanonem: nie złamałam różdżki Harry'emu. I tak ma wystarczająco dużo na głowie."
Pheebsik, paniparanojax, mam nadzieję, że tym razem scen z Hermioną i Snapem jest wystarczająco ;)
Magoriano, Nox, cieszę się, że napisałyście; myślę, że rozdziały też będą pojawiać się rzadziej, bo czeka mnie raczej ciężki semestr i ciężkie przedmioty... Ronald mnie również wkurza niepomiernie i to od dłuższego czasu pewnie od trzeciego tomu mniej więcej ;) ale niestety; w kanonie egzystuje, więc i tutaj będzie się pojawiał...
