Rozdział 29
— To twoja wina!
Harry poczuł pięść na policzku. Uderzenie było tak mocne, że zachwiał się do tyłu. Przed upadkiem uchroniła go ściana. Ocierając krew, z pękniętej po wcześniejszym uderzeniu wargi, spojrzał w górę. Przed nim stał jeden z Puchonów. Nie znał go za dobrze. Wiedział jedynie, że jest na ostatnim roku i dzisiejszego poranka, po przeczytaniu Proroka Codziennego, uciekł z Wielkiej Sali. Mógł jedynie się domyślać, czego się dowiedział.
Dzisiaj nastał dzień po ostatnim napadzie Voldemorta na kolejną miejscowość. Harry nie wiedział, czy była to tym razem magiczna społeczność, mugolska, czy może mieszana. Przestał czytać gazety po pierwszych razach, gdy nie mógł znieść poczucia winy. Przyjaciele, Syriusz i Remus, a także w pewnym stopniu Severus, starali się go przekonać, że to nie jego wina, że to wszystko jest sprawką Czarnego Pana, ale i tak wiedział, że to jego wina. Gdyby był silniejszy, potężniejszy, mógłby pokonać Voldemorta, uratować innych, ale był słaby, dlatego czekał aż nadejdzie ostateczny termin i razem z członkami Zakonu stanie do ostatecznej bitwy.
Może właśnie dlatego, że tak się czuł, pozwalał, by przyjaciele, członkowie rodzin zamordowanych, a nawet osoby, które nie znały nikogo poszkodowanego w ataku, zasadzali się na niego w pustych korytarzach, by zaatakować go magicznie i fizycznie. Nigdy się nie bronił. Jedynie po wszystkim, szedł do podziemnego jeziora, by móc lizać swoje rany w spokoju. Teraz też czekał, aż to się skończy.
— To twoja wina! — krzyknął ponownie Puchon.
Jego ramiona drżały od powstrzymywanego płaczu. Obok niego stało dwóch pozostałych Puchonów, ale wydawało się, że nie są skłonni do walki. Wręcz przeciwnie, rozglądali się z niepokojem, jakby chcieli być gdzieś indziej, ale lojalność do przyjaciela im na to nie pozwalała.
— Moja rodzina, — załkał chłopak — nie żyje przez ciebie — powiedział ze łzami w oczach. — Gdybyś nie żył, to nic by się nie stało. — Chwycił szaty Harry'ego i uderzył jego ciałem o ścianę. Gryfon zmrużył oczy, gdy poczuł ból na niewyleczonych siniakach.
— Tom. — Jeden z pozostałych Puchonów, położył dłoń na ramieniu chłopaka. — Może to wystarczy?
— Wystarczy?!
Napastnik, nazwany Tomem, uderzył Harry'ego w brzuch, który zgiął się wypuszczając ze świstem powietrze, ale natychmiast się wyprostował, gdy schwytano go za przód szaty. Jego głowa ponownie uderzyła o ścianę.
— Moja rodzina nie żyje! Mój ojciec, matka i siostra! I to jego wina! Nie mieliśmy nic wspólnego z tą wojną! Moja siostra miała jedynie trzy latka! — Z każdym kolejnym zdaniem uderzał głową Harry'ego o mur. Gryfon zaczynał widzieć czarne plamy. Czuł również wilgoć z tyłu głowy. — To twoja wina, gdybyś nie istniał...
— Twoja siostra nigdy, by się nie urodziła panie Blacklogon — zabrzmiał za nimi surowy głos.
Harry z trudnością uniósł powieki. Na końcu korytarza stał Snape. Może dla postronnych wyglądał spokojnie, ale przez te ostatnie miesiące, Harry jako jego kochanek nauczył się odczytywać jego nastroje.
Mistrz eliksirów był wściekły i to niebezpiecznie wściekły. Same jego spojrzenie mogłoby położyć trupem niewinnego ucznia. Ciało było wyprostowane i napięte. Niczym drapieżnik gotowy do ataku. Wystarczył tylko najmniejsze drgnięcie ze strony ofiary.
— Twoja siostra nigdy, by się nie urodziła panie Blacklogon, gdyby nie ten chłopiec, nazwany wybawicielem, po tym jak mając roczek, pokonał na trzynaście lat Czarnego Pana.
Snape płynnym krokiem zbliżył się do nich. Pozostała dwójka Puchonów uciekła, ale Harry był pewien, że Severus zapamiętał ich twarze i doskonale wie, kim oni są. Z pewnością ukarze ich w późniejszym czasie. Teraz jego uwaga była skupiona na napastniku Harry'ego
— Właśnie. Pokonał go jedynie na trzynaście lat — wypluł z siebie Blacklogon, zaciskając mocniej pieść na szatach Harry'ego.
— Czy jesteś naprawdę takim imbecylem, który oskarża kogoś kto miał roczek, że pokonał jednego z najsilniejszych czarnoksiężników w ostatnim stuleciu jedynie na trzynaście lat? Tego Czarnego Pana, którego nie mogli pokonać nawet na jeden dzień najsilniejsi i najbardziej doświadczeni czarodzieje z jasnej strony? Gdyby nie pan Potter, twoja siostra nigdy by się nie urodziła z plugawych mugoli, za jakich czarnoksiężnicy uważają ludzi nie posiadających magii. Ty sam byłbyś niewolnikiem. Zabawką jakieś czysto krwistej rodzinny. — Severus był teraz tylko o krok od nich. — Nie możesz sobie wyobrazić jakiego bólu byś doznał pod ich opieką. Stałbyś się ich zabaweczką do torturowania i testowania granic bólu. Dowiedziałbyś się ile człowiek może stracić krwi zanim zemdleje. Ile bólu może znieść, zanim zacznie błagać o śmierć. Ile dni może przetrwać bez snu i jedzenia. Ile kości ma ludzki organizm, bo każdą z nich miałbyś złamaną. Ból i cierpienie, tyle, by cię czekało. — Chwycił boleśnie nadgarstek chłopaka i odciągnął go od Harry'ego. — Powinieneś mu dziękować, że przeżyłeś te trzynaście lat w spokoju, a twoja siostra miała szczęśliwe dzieciństwo. To więcej niż może poprosić większość osób. — Snape zacisnął jeszcze mocniej swój chwyt na nadgarstku Blacklogona, który załkał. — Teraz się wynoś — wycedził przez zęby Snape. — Zanim zrobię to, co opisywałem. — Puchon odsunął się szybko, trzymając obolały nadgarstek przy piersi. Wpatrując się w profesora zaczął się wycofywać. — Panie Blacklogon. — Chłopak zamarł. — Porozmawiam z głową twojego domu o twoim zachowaniu. Wierz mi, że nie przyjmę wymówki o tym, w jakim byłeś stanie emocjonalnym. Od początku do końca, to ja wymyślę twoją karę.
Głos mistrza eliksirów niósł w sobie obietnicę. Blacklogon kiwnął głową i uciekł w następny korytarz. Z westchnieniem ulgi Harry osunął się po ścianie. Bolały go posiniaczone plecy, brzuch, na którym z pewnością pojawi się kolejny siniec, dodatkowo łupało mu w głowie. Wciąż mógł poczuć ciepłą krew spływającą mu cienkim strumyczkiem po karku. Miał jedynie nadzieję, że nie ma wstrząśnięcia mózgu.
— Nie musiałeś być dla niego taki ostry — powiedział niewyraźnie.
Usłyszał słowa nieznanego mu zaklęcia, a później szelest szaty. Z trudnością otworzył oczy. Mistrz eliksirów klęczał przed nim. W jego oczach widniał ślad niepokoju jak i wcześniejszej wściekłości. Wyciągnął dłoń i jednym ze swoich smukłych palców, dotknął rozbitej wargi kochanka.
— Nie otrzymał nawet połowy tego co powinien — powiedział z czułością. — Miałeś do mnie przyjść, gdy inni nie mogli zrozumieć twojej sytuacji. Nie miałeś ukrywać przede mną swoich urazów.
Harry mógł się domyśleć, że Snape wiedział o jego kłopotach i urazach, ale czekał, aż Harry sam się do niego zgłosi. Jednakże on nie mógł tego zrobić. To była jego kara za tych, którzy przez niego zginęli.
— To nic — opowiedział, odwracając głowę, by uciec od jego dotyku.
— To nie jest nic. — Snape nie zważał na jego odsunięcie się. Położył delikatnie dłoń na jego potylicy. — Krwawisz — powiedział ponuro. — Wybieraj. Idziesz do madame Pomfrey, gdzie każdy profesor i połowa uczniów będzie wiedziała, co się stało, czy wolisz iść ze mną?
Harry przez chwilę się wahał. Nie był do końca, która opcja jest lepsza. Gdyby poszedł z kochankiem, to musiałby mu pokazać każdy uraz i powiedzieć skąd je ma. Z drugiej strony, madame Pomfrey zareaguje w podobny sposób, a do tego będzie chciała powiadomić dyrektora, a także, by podał nazwiska uczniów, którzy to zrobili. A jakby tego było za mało, to kazałaby mu zostać na kilka dni w skrzydle szpitalnym, tak jakby było mu to niezbędne.
— Dobrze. Pójdę z tobą. — Starał się wstać, ale nagle pociemniało mu w oczach, a nogi ugięły się pod nim. Przed upadkiem uchroniło go ramię Severusa wokół jego talii. — Dziękuję — mruknął, biorąc głęboki oddech. — Nic mi nie jest. — Stanął pewniej na nogach.
Snape kiwnął głową, a później szedł tuż obok niego, by móc po niego sięgnąć w przypadku, gdyby nastolatek ponownie poczułby się słabo. Kiedy znaleźli się w gabinecie Snape, mężczyzna ponownie wymówił zaklęcie.
— Na czym ono polega? — spytał Harry, opadając na krzesło, stojące naprzeciwko biurka. — Użyłeś je wcześniej na korytarzu.
Śledził spod pół przymkniętych powiek, jak Snape wybiera pojedyncze maści, które pomogą mu a jednocześnie nie będą kolidować z jego naturą. Był wdzięczny Severusowi, że ten dba o niego na tyle, by mieć pod ręką specjalnie przyrządzone lekarstwa, na jego różne dolegliwości. Jeśli to nie było miłością, to nie wiedział, co nią może być.
— Jest to zaklęcie, które powoduje u osób trzecich, chęć omijania danego miejsca — wyjaśnił Snape, kładąc ostatni słoiczek na biurku.
— Czy nie jest to manipulacja umysłem? Myślałem, że większość takich zaklęć jest zakazana przez ministerstwo. — Harry był ciekawy. To zaklęcie mogło się przydać jemu i jego przyjaciołom w wielu wcześniejszych przypadkach.
— Wciąż, ktoś z silną wolą, może przełamać ten przymus. Można to trochę porównać z dziecięcą zabawą, by nie myśleć o słoniu.
— Mało kto może się powstrzymać, by wtedy o nim nie myśleć.
Harry uśmiechnął się do kochanka, rozumiejąc, co ten miał na myśli. Nie była to sprawdzona metoda, by odstraszyć nieproszonych gości, ale zawsze była mniejsza możliwość na to, że ktoś na nich się napatoczy w nieodpowiednim momencie. Tak jak powiedział Snape, po prostu dziecięca zabawa.
— Tak. — Snape kiwnął głową i przemienił jedno z krzeseł w kanapę. — Rozbierz się i usiądź — kazał, przyglądając się krytycznie Harry'emu.
— Od razu przechodzisz do sedna.
Uśmiechnął się, ale natychmiast się skrzywił, gdy uszkodzona warga ponownie zaczęła krwawić. Severus zmrużył oczy.
— Nie drażnij się ze mną. Rozbierz się. Chce zobaczyć wszystkie twoje urazy. Nawet te które ukrywasz.
— Dobrze.
Harry westchnął z rezygnacją, ściągając najpierw wierzchnią szatę, a później buty i skarpetki. Na bosaka podszedł do kanapy i usiadł na niej. Dopiero wtedy ściągnął koszulę. Snape przyjrzał się uważnie jego brzuchowi, na którym powoli zaczynał pojawiać się siniec.
— Zdejmij zaklęcie maskujące.
— Skąd niby podejrzenie, że mam na sobie zaklęcie maskujące? — Harry skrzyżował ramiona.
— Poruszasz się zbyt sztywno. — Snape chwytając trzy maści podszedł do niego, dotykając jego barku. — Ponadto, rzuciłeś czar maskujący nie tylko na swoje nowe urazy, ale także na stare. Nie masz żadnych widocznych blizn, które zostawili na tobie wujostwo.
Harry zadrżał, gdy Snape dotknął miejsca, gdzie powinna być jedna z większych blizn. Zaciskając zęby anulował zaklęcie. Na jego ciele pojawiły się siniaki. Były one w najróżniejszych kolorach. Żółte, filetowe, czarne, lekko zielone w różnych stanach leczenia. Od pierwszego ataku Voldemorta, stał się ofiarą licznych napaści.
Profesorowie starali się na niego uważać, ale nie mogli go pilnować dwadzieścia cztery godziny na dobę, a jeśli on się nie skarżył bezpośrednio, to nie wiedzieli o większości ataków. Hermiona i Ron po zawiązaniu nietypowego sojuszu z Draco, w najróżniejszy sposób prześladowali jego oprawców, przynajmniej tych o których się dowiedzieli. Ginny z Luną oraz Neville próbowali go ochronić, towarzysząc mu w różnych okolicznościach. Nawet Syriusz, od czasu do czasu, wędrował razem z nim po błoniach jako Łapa, by go strzec.
Ale to wszystko było za mało. W łazience, między zajęciami, po bibliotece niektórym uczniom udało się go osaczyć, a on nic nie mówił. Nie bronił się, nie skarżył tylko ukrywał ślady tych ataków. Nie pomyślał, że to jeszcze bardziej zachęca innych do atakowania go. Teraz jednak Snape widział wszystkie ślady jakie pozostawili na nim inni.
— To wyjaśnia, dlaczego Ash był ostatnio taki niespokojny.
Harry zaskoczony poderwał głowę, spoglądając na kochanka. Nie tego się spodziewał.
— Co? — zapytał.
— Czasami, gdy Ash był zamknięty razem zemną w moich prywatnych pokojach, szalał z niepokoju. Chciał iść cię bronić. — Snape usiadł obok niego, zaczynając stosować maści na jego poranione ciało.
— Tak. — Zgodził się Harry, przypominając sobie pewne sytuacje, gdy jego oprawcy wycofali się, gdy atakował ich wściekły nekomata.
— Następnym razem, gdy Poppy spyta mnie o lekarstwo na kocie ugryzienia i zadrapania, mam zamiar dodać do nich dużą ilość soli.
Harry lekko się uśmiechnął. To że dawał się uderzać nie sprawiało, że miałby żałować swoich sprawców. Zwłaszcza, że ci, którzy najbardziej go prześladowali, tak naprawdę nikogo nie stracili podczas ataków Voldemorta, po prostu lubili się znęcać nad innymi.
— Większość z nich nie jest spowodowane zaklęciami. Atakowali cię mugolaki. — Harry nie odpowiedział. Nie było nic do powiedzenia na ten temat. — Często przez swoje mugolskie pochodzenie, zapominają, że są czarodziejami i w momencie wielkiego poruszenia emocjonalnego, używają swoich pięści zamiast różdżki.
— Nie uważasz, że są przez to gorsi? — zapytał Harry, przymykając oczy i pochylając się bardziej do przodu, gdy Snape zaczął zajmować się jego siniakami tuż nad spodniami. — Przez to, że używają pięści zamiast klątw?
— Nie — odpowiedział Snape, nie mówiąc nic więcej.
Harry mógł to zrozumieć. On sam często łapał się nad tym, że podczas kłótni z innymi, w pierwszej chwili zaciska dłonie w pięści, zamiast chwytać różdżkę, a przecież wujostwo szybko go nauczyło nie odpowiadać na ich ataki, pomimo tego, często miał ochotę zaatakować napastnika fizycznie. Nawet Hermiona, która przecież była nastawiona dość pokojowo, to którymś momencie nie wytrzymała i zdzieliła Malfoya na ich trzecim roku w nos. Przecież to również był atak fizyczny a nie magiczny. Wiele mugolaków, czy nawet dzieci z mieszanej rodziny, miało odruch, który mówił im, by zaatakować lub bronić się fizycznie. Snape nie był wyjątkiem. Również, kiedy był zdenerwowany, chwytał rękami swoją ofiarę. Mógł z łatwością sobie wyobrazić, jak młodszy Snape, bronił się przed innymi za pomocą pięści, zanim nie nauczył się, że zaklęcia, klątwy i eliksiry są o wiele skuteczniejszą bronią.
— Pochyl głowę — nakazał Snape, wycierając palce z maści leczniczej. — Chce zobaczyć twoją ranę.
— Rany głowy dużo krwawią, ale nie muszą być poważne — powiedział Harry.
Wiedział to z autopsji, ale posłużnie pochylił się, by kochanek mógł zobaczyć pozostałe jego obrażenia. Wzdrygnął się lekko, gdy Severus odchylił jego włosy, muskając koniuszkami palców rozcięcie na głowie.
— Już nie krwawi. Pozwolimy żeby sama się wyleczyła.
Rzucił zaklęcie, które usunęło krew z skóry i włosów nastolatka. Nie chciał przemywać jej wodą, bo nie był pewny, czy Harry z powodu przemęczenia i urazów nie przemieni się. Chłopak miał coraz lepszą kontrolę w utrzymywaniu swojej ludzkiej powłoki, w kontakcie z wodą, ale wciąż nie była ona idealna.
— Przecież mówiłem.
Harry westchnął i oparł się o oparcie kanapy, przymykając oczy.
— Czy masz jeszcze jakieś obrażenia? — zapytał Snape.
— Nie. — Harry potrząsnął głową. — Tylko siniaki. Resztę obrażeń sam uleczyłem, ale nie wiedziałem, co zrobić z siniakami.
— Zazwyczaj stosuje się na nie maści i eliksiry. Istnieje niewiele zaklęć, które w prawidłowy sposób naprawiają uszkodzone wewnętrzne komórki. Rany otwarte i oparzenia szybciej się leczy za pomocą zaklęć, jednakże żeby przyśpieszyć proces leczenia i regeneracji komórek, zalecane jest zastosowanie pewnych eliksirów — wyjaśnił Snape.
— Nic dziwnego, że nie mogłem sobie z tym poradzić. Dobrze, że mam własnego mistrza eliksirów — uśmiechnął się zalotnie do kochanka, ale ten nie widział w tym nic śmiesznego. — Masz w najbliższym czasie jakieś zajęcia?
— Po obiedzie mam prywatne zajęcia z Ślizgonami.
— Dobrze. Ja mam dopiero za dwie godziny historię magii. Profesor i tak nie zauważy, gdy mnie nie będzie.
Nie pytając o pozwolenie położył się na kanapie, tak że jego głowa spoczęła na kolanach Severusa. Snape, przyzwyczajony już do niespodziewanego dotyku ze strony młodziutkiego kochanka, nie wzdrygnął się, ani nie odsunął.
— Pozwól mi tu odpocząć. Nie chcę nigdzie iść.
Zamknął oczy i nieświadomie zacisnął palce na spodniach mężczyzny. Natychmiast się rozluźnił, gdy poczuł miękki koc, na swoich nagich ramionach.
— Obudzę cię na historię magii — powiedział Snape, przywołując książkę do czytania i wsuwając jedną dłoń w kruczoczarne włosy.
Harry uśmiechnął się. Skulił się lekko przyjmując wygodniejszą pozycję. Uśmiechnął się jeszcze bardziej, gdy pojawił się Ash i wtulił się w jego brzuch. Było mu dobrze i czuł się bezpieczny. Zapadł w lekki sen.
OoO
W końcu nadszedł ten dzień. Za trzy dni miała nastać ostateczna bitwa, decydująca o magicznym świecie. Uczniowie zostali ewakuowani z zamku, w którym przebywali teraz jedynie profesorowie, członkowie zakonu i zaufani aurorzy. Teraz jednak, w gabinecie dyrektora, znajdowali się tylko członkowie Zakonu Feniksa.
— To jest mapa zamku i najbliższych okolic — powiedział dyrektor, rozwijając skomplikowany schemat na biurku.
Był on bardzo dokładny. Bardziej dokładny niż mapa Huncwotów. Co prawda nie było na niej Komnaty Slytherina, ale widniały na niej wiele przejść, których nie znał Harry. Bliźniacy również musieli to zauważyć, bo jeden z nich krzyknął:
— Hej, nie znamy tego przejścia. — Pokazał jeden z licznych korytarzy, które prowadziły z lochów na błonia.
— Cieszę się, że zamek wciąż ma przed wami jakieś tajemnice. — Dyrektor uśmiechnął się do nich dobrodusznie, jednak jego uśmiech szybko zniknął. — Hogwart również ukrywa przede mną wiele tajemnic. Dlatego chce żeby każdy z was przyjrzał się mapie i powiedział mi, czy istnieją jeszcze inne pomieszczenia oraz korytarze i przejścia, o których mi nie wiadomo. Nie ukrywajcie niczego. To, że wy je znacie, może oznaczać również, że inni też mogą o nich wiedzieć. W tym dzieci śmierciożerców.
— Tu powinien być dodatkowy korytarz, prowadzący od wieży Ravenclawu do Gryffindoru.
Syriusz pochylił się nad mapą i prześledził palcem miejsce, gdzie powinno być dane przejście. Natychmiast na pergaminie pojawił się omawiany korytarz.
— Nie wiedziałam o nim.
McGonagall poprawiła okulary, przyglądając się korytarzowi. Syriusz uśmiechnął się do niej zawadiacko.
— Korzystałem z niego, by się spotykać z pewną Krukonką — odparł bezczelnie.
— Jest już za późno, by odjąć panu punkty i dać szlaban — powiedziała zastępczyni dyrektora.
— Zawsze możesz mnie ukarać. — Syriusz uśmiechnął się do niej bezczelnie.
— Dość tych bzdur — przerwał im Szalonooki.
— Hmm. Tak. — McGonagall zarumieniła się lekko.
— Tu jest przejście do Wrzeszczącej Chaty — powiedział spokojnie Lupin ignorując zachowanie swojego przyjaciela. Był już do tego zbyt przyzwyczajony, by czuć jakieś zgorszenie.
— Tutaj jest przejście do Hogsmeade. — Dodali bliźniacy. Molly zgromiła ich wzrokiem, ale nic nie powiedziała.
— Przejście do Komnaty Tajemnic — dodał Ron wzdrygając się na samo jej wspomnienie.
Po kolei kolejni członkowie Zakonu, a zwłaszcza ich młodsi członkowie, pokazywali co rusz nowe przejścia i korytarze, które odkryli podczas swoich lat nauki. Profesorowie i rodzice, byli na początku szokowani, a nawet trochę źli, ale kiedy kolejne przejścia zostawały ujawnione przestali już reagować.
Harry przygryzł wargę patrząc jak mapa staje się coraz bardziej rozbudowana. Widział, że pewna jej część dalej jest bladą plamą. Nie chciał ujawniać, co tam jest, ale myśl, że ktoś mógł zginąć tylko dlatego, że postanowił zachować to dla siebie, przekonało go, by wyjawić ten sekret.
— Od tego korytarza — powiedział, dotykając jednego punktu na mapie — aż dotąd — przeciągnął palcem do korytarzy, które stanowiły najgłębsze zakamarki lochów — ciągnie się droga, do ukrytego podziemnego jeziora, połączonego z tym na błoniach.
— I nie powiedziałeś nam o tym kumplu? — spytał Ron przyglądając się mapie.
Hermiona za to spoglądała uważnie na Harry'ego. Jeszcze nie była do końca pewna, co się dzieje z jej najdroższym przyjacielem, ale uważała, że jest na dobrym tropie.
— Obiecałem komuś, że to będzie dla mnie ostoją, ale teraz...
Wzruszył ramionami. Miał nadzieję, że Ron nie będzie drążył tematu. Wiedział, że starsi członkowie Zakonu wiedzą o jego stanie przez Syriusza, ale jego przyjaciele nie mieli jeszcze pojęcia, że jest mermaid.
— Ale...
— Czy wszystkie przejścia zostały ujawnione? — zapytał Remus. Harry spojrzał na niego z wdzięcznością. — Jeśli tak, to może ustalimy do końca, kto i gdzie będzie pilnował danego obszaru?
— Zostaliśmy podzieleni na kilka drużyn — powiedział Szalonooki. Dwa miesiące temu zaczęli ustalać z Kingsleyem i o dziwo z Ronem strategie działania. Ich połączone umysły wybrały najlepszą lokalizację. — Młodsi członkowie Zakonu wraz z aurorami, zostaną w zamku. Będą pilnować przejść, które prowadzą bezpośrednio z błoń do zamku. Będą również razem z niektórymi profesorami czekali przy głównych wejściach. Bardziej doświadczeni członkowie będą pilnować błoni. Tu, tu będzie Syriusz wraz z Remusem, a tu...
Przez następne dwie godziny zostały poświęcone na omawianiu taktyki. Dopiero po tym czasie młodsi członkowie opuścili pokój, został tylko Harry, który przełknął nerwowo ślinę, kiedy wzrok wszystkich obecnych skupił się na nim.
— Poprosiłem, by inni opuścili dany pokój, bo chciałem omówić jeszcze jedną kwestię — powiedział dyrektor. — Harry — zwrócił się do Gryfona. — Każdy w tym pokoju zna twój sekret. — Nastolatek oblizał nerwowo usta, spoglądając na znaczną ilość ludzi, którzy wiedzieli o nim. — Chcę żebyś wykorzystał swoje zdolności — powiedział Dumbledore.
— Słucham? — spytał zaskoczony Harry.
— Mermaid mają moc kontrolowania mężczyzn za pomocą swojego głosu. Ci co nie znają twego dziedzictwa będą w zamku. Pozostali będą w odpowiedniej odległości od ciebie. Chcę żebyś wyszedł na pierwszą linię i użył swojego głosu, by zmusić śmierciożerców do poddania się.
— Albusie!
— Nie będziesz narażać mojego chrześniaka!
— To dziecko!
— Nie pozwolę na to!
Zabrzmiały okrzyki oburzenia. Niektórzy nie mogli przyjąć tego, co chce zrobić dyrektor.
— Wiem, że jest to niebezpieczne, ale wierzę, że Harry poradzi sobie z tym zadaniem. — Uciszył ich Albus. — Jego głos, może nie dosięgnąć wszystkich na polu bitwy, ale wielu z nich usłyszy go i może się poddać bez walki. Za nim będzie Severus oraz Remus, którzy są najbardziej odporni na jego głos. Będą unieruchamiać śmierciożerćów i ochraniać Harry'ego. Za nimi będą pozostali. Na ich uszy zostanie rzucone zaklęcie tłumiące, przez co dalej będą słyszeć, ale nie tak dobrze jak wcześniej, dzięki czemu nie dojdzie do nich głos Harry'ego. Uważam, że jest to najlepszy plan, który pozwoli nam, na jak największe ograniczenie ofiar.
— Albusie... — Syriusz wstał ze swojego miejsca.
— Zgadzam się — powiedział szybko Harry. Jego głos był stanowczy.
— Harry, to może być niebezpieczne. Nie wiemy, ile śmierciożerców będzie za bramami Hogwartu — powiedział Syriusz, patrząc na niego rozpaczliwie.
— Nie. — Harry pokręcił głową. — Jeśli to ma uratować nawet jedną osobę, to się zgadzam. Nie chcę być bezużyteczny. Zrobię to. Nie wiem, jak bardzo będzie to skuteczne, ale dam z siebie wszystko.
—Jeśli wszystko jest ustalone, to uważam spotkanie za zakończone — powiedział Albus. Wszyscy zaczęli stawać ze swoich miejsc. — Severusie. — Dyrektor zwrócił się do mistrza eliksirów. — Proszę, żebyś został. Chcę omówić z tobą jeszcze jedną sprawę.
Snape kiwnął głową, zgadzając się. Usiadł z powrotem na swoim miejscu. Harry jeszcze raz spojrzał na niego, ale wzrok kochanka był skupiony na Dumbledorze. Razem z innymi wyszedł z gabinetu dyrektora.
OoO
— Czego chciał dyrektor? — zapytał Harry, gdy Snape wszedł do salonu w swoich prywatnych komnatach.
— Chciał wiedzieć, czy mam jakieś nowe informacje, od szpiega z wewnętrznego kręgu.
— I? — Harry podciągnął jedną nogę do klatki piersiowej, opierając brodę na kolanie. — Czy są nowe wieści?
— Nie. Czarny Pan w ostatnich dniach jest bardzo tajemniczy. Prawdopodobnie samą strategię walki poda kilka godzin przed rozpoczęciem ataku. To jego częsta taktyka, zapobiegającą wydostaniu się informacji na zewnątrz — powiedział Snape, zdejmując szatę.
— Powiesz mi, kim jest ten szpieg? Myślałem, że tylko ty stałeś po naszej stronie.
— Bo byłem tylko ja, ale ten ktoś wiedział, że jestem podwójnym szpiegiem. Nie był jednak pewien, komu byłem lojalny. Teraz ma własne powody dla których postanowił podawać nam pewne informacje. I nie wyjawię jego imienia. Obiecałem mu, że zrobię to jedynie wtedy, gdy pokonamy Czarnego Pana. — Snape usiadł na kanapie, obok Harry'ego. Odgarnął z oczu włosy, które były tłuściejsze niż normalnie.
— Musi być Ślizgonem. Tylko oni mogliby się zabezpieczyć na dwa fronty. Niezależnie która strona wygra, on w pewnym sensie wygra — powiedział Harry, wpatrując się w podłogę.
— Czemu tu jesteś? Ustaliliśmy, że przez te dni będziesz odpoczywał. Teraz musisz również przygotować piosenkę — powiedział Snape nie patrząc na niego. Wpatrywał się w wygasły ogień na kominku.
— Wiem już, co zaśpiewam. Severusie... — Spojrzał na kochanka. — Czy słyszałeś kiedyś, że magiczne stworzenia, te homoidalne, mają swoje bratnie dusze? Ktoś, kto jest dla nich idealny — mówił cicho, niemal szeptem.
— Nigdy nie zostało to potwierdzone.
— Tak — stwierdził Harry. — Ale uważam, że jest to prawdą. — Odwrócił głowę, by spojrzeć na mężczyznę, który również się w niego wpatrywał. — Wierzę, że jesteś moją bratnią duszą. Kimś stworzonym dla mnie.
— Harry... — zaczął Severus, ale takim tonem, że Harry podejrzewał, że się nie cieszy z tej informacji.
— To nie tak, że ci się oświadczam, czy coś. — Poderwał się ze swojego miejsca. — Niczego również od ciebie nie oczekuję. — Zaczął wycofywać się w kierunku drzwi. — Po prostu chciałem żebyś o tym wiedział. Wiesz... — Machnął dłonią. — Nie chciałem żałować, że ci nigdy o tym nie powiedziałem, w przypadku gdybym... — Zostało przemilczane, że w przypadku, gdyby zginęli w tej bitwie. — Tak, to wszystko. Chciałem, żebyś o tym wiedział. Zostawię cię teraz w spokoju.
Uciekł. Nie chciał słuchać słów odrzucenia. Severus mógł być jego kochankiem, ale nie sądził, że mężczyzna tak łatwo zaakceptuje fakt, że uważa go za swoją bratnią duszą. On sam był w szoku przez długi czas, gdy sobie to uświadomił. Mógł tylko przypuszczać, co Snape miałby do powiedzenia na ten temat.
Nie chciał tego słyszeć. Był zadowolony z tego, co między nimi było. Jednocześnie nie mógł ukrywać tego ważnego faktu przed mężczyzną. Nie wybaczyłby sobie, gdyby któreś z nich zginęło, a on by tego nie powiedział. Dlatego to zrobił. Teraz tylko musiał unikać Severusa, aż do bitwy. Nie chciał się z nim rozstawać, przed tym jak miał stanąć przed Voldemortem. Dopiero, gdy to wszystko się skończy, zmierzy się z tym, co ich czeka. Będzie starał się przekonać Snape'a, że są dla siebie stworzeni, nawet jeśli ten nie będzie wierzył, że są bratnimi duszami. Będzie mu wystarczyło, że są ze sobą. Teraz jednak musi się skupić na nadchodzącej walce.
OoO
Harry stał przed drzwiami prowadzącymi na błonia. Nadszedł ten dzień. Miał właśnie zmierzyć się z Voldemortem. Za kilka godzin, miało się to wszystko skończyć. Ta bitwa zdecyduje o dalszych losach magicznego społeczeństwa. Jasna strona, kontra ciemna, a on był najwidoczniej nie tylko pionkiem, ale może skoczkiem lub wieżą. Nie chciał myśleć o sobie jako królu, może bardziej jako o królowej.
Biorąc głęboki oddech otworzył drzwi. Zmrużył oczy przed jasnym słońcem. Na horyzoncie widział czarne plamy, które powoli kształtowały się w sylwetki śmierciożerców gotowych do ataku.
Harry przygryzł wargę i odwrócił głowę. Za nim stał Remus wraz z Severusem. Przez ostatnie dni skutecznie unikał swojego kochanka. Nie chciał wracać do ich wcześniejszej rozmowy. Dopiero po bitwie, kiedy wszyscy będą bezpieczni, wtuli się do niego i spyta go, co o tym wszystkim sądzi.
Odwracając z powrotem wzrok, wyszedł na słońce, otwierając usta, by zaśpiewać wybraną przez siebie piosenkę. Zakon uznał, że najbezpieczniej będzie, gdy zacznie ją śpiewać wcześniej niż później.
— Księżyc się obija.
Ostrze nad moją głową
Przypomina mi
Co zrobić, zanim umrę.
Noc pożera światło
A wszystko, czego się boję
Przypomina mi co zrobić, nim umrę.
Układ słońca ogrzewa moje myśli
Przypomina mi, co zostawiam za sobą.
Światło pożera noc, a wszystko, czego nigdy nie powiedziałam
Przypomina mi co zrobić, zanim
Żeby cię zobaczyć
Żeby cię dotknąć
Żeby cię zobaczyć
Żeby cię zobaczyć
Epoki mijają, przypominają mi.
Co ukryłam, przypomina mi.
Pustynne niebo niszczy szpiegów
Przypomina mi, czego nigdy nie spróbowałam
Słona czerwień szerokiego oceanu
Przypomina mi, co zrobić zanim
Żeby cię zobaczyć
Żeby cię dotknąć
Żeby cię poczuć
Żeby ci powiedzieć
Układ słońca
Pustynne niebo
Słona czerwień szerokiego oceanu
Przypomina mi, co zrobić zanim
Żeby cię zobaczyć
Żeby cię dotknąć
Żeby cię poczuć
Żeby ci powiedzieć.*
Śpiewając chciał dodać sobie i innym odwagi. Myślał o tym jaka przyszłość czeka ich po tej bitwie. Ta piosenka nie była skierowana do śmierciożerców. Nie była dla nich.
Czuł jak jego ciało się rozluźnia i miał nadzieję, że Snape wiedział, co chciał mu przekazać w tej chwili. Dopiero gdy dochodził do granic błoń, gdzie w szyku bojowym stali śmierciożercy, zmienił piosenkę.
Teraz była smutniejsza. Próbował w niej przekazać, że nie warto walczyć, że lepiej odłożyć różdżki i poddać się. Nie było powodu, by tracić życie tej bitwie, że to co wierzyli, nie jest prawdą. Mieli jeszcze szansę, gdyby się poddali. Jego głos płynął przez pole bitwy.
— Wierzę że ludzie kłamią
Wierzę że ludzie umierają
Wierzę że ludzie próbują
Wierzę że ludzie płaczą
Wierzę ze ludzie się opierają
Wierzę że ludzie rozmawiają
Wierzę że ludzie oddychają
Wierzę że ludzie są
My wszyscy brzmimy tak samo
Nie znasz mojego imienia
Rzeczy się nie zmieniają
Rzeczy pozostają
Poczuj napięcie
Stres
Złap mój oddech
Odpocznij
Od tego bałaganu
Mógłbym mniej się przejmować
Trzcina cukrowa
Jest jak klaps w moje żyły
Otrząsałem sławę
Ale nie narzekam
Wierzę w różne powody
Wierzę w oddech pomiędzy sezonami
Wierzę kiedy pada śnieg
Wierzę w wysokie budynki
Wierzę że ludzie zrzucają bomby
Wierzę że ludzie walczą
Wierzę że choroby się szerzą
Wierzę i dlatego uciekam
Żyj
Żyj
Wierzę że ludzie spadają
Wierzę że ludzie walczą
Wierzę że choroby się szerzą
Wierzę i dlatego uciekam
Wierzę ze ludzie się opierają
Wierzę że ludzie rozmawiają
Wierzę że ludzie oddychają
Wierzę że ludzie są
Żyj
Każdy śmierciożerca, który usłyszał jego śpiew, opuszczał różdżkę i opadał na kolana z pochyloną głową i nieświadomym spojrzeniem. Snape wraz z Remusem, rzucali na nich zaklęcie wiążące i zostawiali ich dla pozostałych, którzy zmierzali, w rozsądnej odległości za nimi. Jednakże im dalej szli tym bardziej było widoczne, że coś jest nie tak.
Coraz więcej śmierciożerców nie reagowało na jego piosenkę. Niektórzy wciąż opadali oszołomieni na ziemię, ale większość z nich reagowała tak, jakby w ogóle nie słyszeli głosu Harry'ego. Zamiast tego atakowali ich. Lupin wraz z Snape robili, co mogli, by ich pokonać, ale szybko okazało się, że muszą wezwać posiłki.
Remus wymierzył różdżkę w niebo i wystrzelił słup złotoczerwonych iskier. Był to sygnał dla innych członków Zakonu, że powinni szybko przybyć na miejsce. Dla mermaid był to znak, że powinien przestać śpiewać. Ich taktyka nie okazała się tak skuteczna jak sądzili. Teraz był czas na walkę. Musieli użyć wszystkiego, co mieli.
Po chwili wszystko stało się jednym wielkim chaosem. Śmierciożercy przeplatali się z członkami Zakonu i aurorami. Jedynie co ich wyróżniało, to białe maski, które nadawały im makabrycznego wyglądu. Powietrze było przesycone magią. Nie były to zaklęcia obezwładniające lub unieruchamiające. To była wojna i w użyciu były zaklęcia, które miały na celu zabicie lub długotrwałe uszkodzenie ciała.
Harry poślizgnął się próbując uniknąć tnącej klątwy. Wylądował na czymś miękkim. Uniósł się na ramionach i musiał powstrzymać krzyk. Leżał na jednym z aurorów. Jego szata była zabarwiona krwią, a jego oczy były przeszklone. Nie miał połowy klatki piersiowej. To wyglądało tak jakby ktoś przywołał jego żebra. Harry wylądował na jego rozerwanym korpusie.
Łkając cicho wstał na nogi. Miał znaleźć Voldemorta...
Chwiejąc się na nogach, szedł przez ciebie. Unikał zaklęć, ślizgał się na plamach krwi będących na trawie i atakował, mając nadzieję, że się nie pomylił i zaatakował wroga, a nie sprzymierzeńca.
Już dawno stracił z oczu Severusa i Remusa, którzy mieli go pilnować. Koszula przykleiła mu się do pleców od potu. Wizję zakłócała mu krew z rozciętego łuku brwiowego. Nie był wystarczająco szybki i oberwał jednym z wielu zaklęć, których nie znał.
Powinien wiedzieć, że nie jest przygotowany do tej bitwy. Miał zbyt mało doświadczenia. Nie znał odpowiednich zaklęć. Nie powinien być obarczony takim brzmieniem, ale był. Wiele osób na niego liczyło i on miał zamiar spróbować sprostać ich oczekiwaniom. Szedł przez siebie, aż w końcu stanął przed nim...
Voldemort czekał na niego na wniesieniu przy jeziorze. Był w nienaruszonym stanie. Nie uczestniczył w walce i nikt nie odważył się go zaatakować.
— Jak ci się to podoba? — zapytał Voldemort w wężomowie.
— Masz na myśli tą bitwę, czy te wioski, które atakowałeś, bo bałeś się bezpośrednio mnie zaatakować? — powiedział Harry, obejmując ramionami okolicę, która powoli tonęła we krwi. Co rusz można było usłyszeć krzyk i przekleństwo.
— Potter, musisz mówić w wężomowie inaczej cię nie usłyszę. — Voldemort pogładził palcem wskazującym swoją różdżkę. — Chyba nie sądziłeś, że pozwolę, by większość moich śmierciożerców mogła być narażona na twój słodki głosik. Ja sam usłyszę cię tylko wtedy, gdy będziesz przemawiał do mnie wężomową. — Harry otworzył usta. — Nie próbuj śpiewać w języku węży. Zaklęcie splecione w twoim głosie, nie będzie działać, jeśli śpiewasz w języku innego magicznego stworzenia, a wężomowa pochodzi od bazyliszka. — Harry zacisnął wargi. Nie sądził, żeby Voldemort go okłamywał.
— Czego ode mnie chcesz? — zapytał Harry.
— Och, z pewnością wiesz, czego od ciebie chcę. — Czarny Pan oblizał swoje nieistniejące wargi. — Zdrajca z pewnością powiedział ci, jakie mam zamiaru w stosunku do ciebie. — Przyjrzał się uważnie nastolatkowi. — Muszę jednak ukarać niektóre z moich sług. Mieli za zadanie pozwolić ci przyjść do mnie bez większych urazów.
Harry powstrzymywał się przed wzdrygnięciem, gdy zauważył, jak Czarny Pan przygląda się uważnie jego ciału.
— Skąd pomysł, że pójdę z tobą bez walki? Może wolę zginąć tu i teraz niż pozwolić byś uzyskał nieśmiertelność. — Podniósł wyzywająco głową.
— Pomyślałem o tym. Offeret eum!*** — krzyknął. — Mam dla ciebie ofertę — kontynuował w wężomowie.
Po chwili podeszło do nich dwóch śmierciożerców. Ciągnęli między sobą Severusa. Jego szata na boku była rozerwana. Jedna z jego rąk była pod dziwnym kątem. Twarz była posiniaczona, ale mimo widocznych urazów jego wzrok był stalowy i dumny. Nie bał się, ale serce Harry'ego stanęło na jego widok.
— Puść go — kazał podchodząc krok bliżej, gdy Snape został rzucony na kolana przed Czarnym Panem.
— Zrobię to, gdy oddasz się w moje ręce. Twoje życie za jego. Jeśli zdecydujesz się zginąć, to wiedz, że on również zginie i to w męczarniach. To nie będzie łagodna śmierć. Będzie się męczył pod obsługą moich sług, przez miesiące lub lata. Będzie przeklinał twoje imię i dzień, kiedy zgodził się zostać twoim kochankiem.
Harry zawahał się. Cała jego istota krzyczała na niego, by zabrać stamtąd Severusa. Nie mógł myśleć logicznie. Jedynie, co chciał zrobić, to umieścić Snape'a gdzieś w bezpiecznym miejscu.
Rozluźnił swoją postawę i podszedł do Voldemorta, który uśmiechnął się tryumfem. Mistrz eliksirów również musiał zobaczyć, co planuje, bo krzyknął:
— Nie waż się! — wyrwał się do przodu, ale Czarny Pan chwycił go za włosy i odciągnął mu boleśnie głowę do tyłu.
— Milcz! — wysyczał. — Nie możesz już nic zrobić!
Ale najwyraźniej Snape nie zgadzał się z nim. W mgnieniu oka okręcił się i nie zważając na wyrwane włosy, sięgnął do swojego rękawa. Wyciągnął z niego mały sztylet, który wbił w udo czarnoksiężnika. Voldemort krzyknął i odrzucił mężczyznę za pomocą zaklęcia.
— Ty! Zabiję cię!
Czarny Pan nie zwracając uwagi na wystający z jego nogi nóż, wymierzył różdżkę w Severusa, który patrzył na niego z satysfakcją. Jeśli rozwścieczył wystarczająco Voldemorta, ten go zabije w szale, ale straci swoją kartę przetargową. Potter nie podda się tak łatwo w obliczu jego śmierci.
— Nie! — krzyknął Harry, ale Snape nie spojrzał w jego stronę. Wpatrywał się w koniec różdżki Czarnego Pana, który zaczął połyskiwać na zielono.
— Ava...
Voldemort nie dokończył klątwy. Szara smuga przebiegła między nogami oniemiałych śmierciożerców i rzuciła się w stronę Czarnego Pana. Ash zębami i pazurami wbił się w ramię czarnoksiężnika, który starał się go rzucić, ale nekomata umykał jego dłonią i atakował co rusz inną kończynę Czarnego Pana. W końcu jednak Voldemort chwycił go i odrzucił daleko. Ash miauknął z bólu, gdy uderzył w stojący niedaleko głaz. Harry, wykorzystując moment, rzucił się na czarnoksiężnika.
Zapominając o tym, że jest czarodziejem, zaatakował Voldemorta fizycznie. Wpadł na czarnoksiężnika. Ten atak nie wytrąciłby w normalnych warunkach Czarnego Pana z równowagi, ale jego noga była osłabiona przez Snape'a. Zachwiał się i zaczął spadać do tyłu, ale zanim upadł chwycił Pottera w stalowym uścisku.
Zjeżdżając po zboczu, Harry próbował z nim walczyć, ale Voldemort go nie puszczał. W szybkim tempie, ich spadek skończył się w zimnej i ciemnej tonie jeziora. Natychmiast ciało Harry'ego zareagowało z wodą. Jego ubrania zniknęły, a jego przemieniły się w ogon, ale nawet jego naturalne przystosowanie do środowiska, nie pozwoliło mu się wyrwać z śmiercionośnego uchwytu Voldemorta.
Czarny Pan z drapieżnym uśmiechem starał się chwycił chłopaka tak, by móc odgiąć jego głowę na bok i wbić swoje zęby w jego szyję, wyrywając z niej ochłap mięsa. Miał zamiar pożreć Pottera tu i teraz.
Jednak podczas tej szamotaniny nie uchwycił włosów Pottera, ale jego naszyjnik. Voldemort poczuł najpierw gorąco, a później zobaczył białe światło. Wszystko zostało pochłonięte przez oślepiającą biel.
* Kidneythieves - Before i'm dead. Tłumaczenie ze strony: .pl/piosenka,kidneythieves,before_i_m_
**Tricky – Excess. Tłumaczenie ze strony: .pl/piosenka,tricky,
*** łac. Przyprowadźcie go
