Tradycje

Czując ciepło promieniujące od nikogo innego niż Draco Malfoya, Harry zaczął rozmyślać o byciu wreszcie samolubnym.


SYRIUSZ BLACK DOWODZI SWEJ NIEWINNOŚCI

CZY ŚMIERCIOŻERCY ZNÓW ZAATAKOWALI?

W krótkim oświadczeniu z piątkowej nocy, Minister Magii Korneliusz Knot potwierdził, że Syriusz Black został ujęty wraz z uważanym za martwego Peterem Pettigrew. „Z wielką przykrością muszę stwierdzić, że czarodziejski świat zawiódł jednego ze swoich obywateli, nie zapewniając mu sprawiedliwego procesu. Tym bardziej, że osoba, o której morderstwo pan Black został oskarżony okazała się całkiem żywa oraz nosząca Mroczny Znak na ramieniu. Tym razem Ministerstwo nie zamierza popełnić błędów swoich poprzedników" – powiedział Knot, który podczas rozmowy z dziennikarzami wydawał się zmęczony i zbity z tropu. „Z niemal równą przykrością zawiadamiamy o masowym buncie dementorów z Azkabanu, którzy okazali się niechętni do dalszej współpracy z Ministerstwem. Uważamy, że obecnie dementorzy przyjmują rozkazy od lidera grupy wywrotowej stojącego za ostatnimi atakami na mugolską społeczność". Wydarzenia te nie niosły za sobą ofiar śmiertelnych, a właśnie w czasie jednego z nich aurorzy uchwycili Syriusza Blacka i Petera Pettigrew. „Zwracamy obywatelom magicznym uwagę na konieczność zachowania ciągłej czujności. Ministerstwo jest w trakcie drukowania podręczników podstawowej obrony domowej i osobistej, które zostaną darmowo dostarczone wszystkim magicznym rodzinom w ciągu najbliższego miesiąca" – dodatkowo poinformował Minister.

Oświadczenie Ministerstwa wywołało w społeczności magicznej ogromne poruszenie i zaniepokojenie, ponieważ nie dalej, jak w zeszłą środę Ministerstwo zapewniało, że „nie ma najmniejszej prawdy w nieustających plotkach, że Sami-Wiecie-Kto ponownie działa między nami". Jednakże ostatnie wydarzenia powodują wątpliwości, co do takiego orzeczenia. Czy brytyjskie społeczeństwo czarodziejów ma się czego obawiać? Czy ponownie stoimy na granicy wojny?

Albus Dumbledore świeżo przywrócony na stanowisko jedynego dyrektora Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, ponownie przyjęty w poczet Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów oraz Przewodniczący Wizengamotu, był niedostępny i jak dotąd nie skomentował wydarzeń. Przez cały ubiegły rok przekonywał, że Sami-Wiecie-Kto nie jest martwy, jak powszechnie uważano i miano nadzieję, ale ponownie zbiera zwolenników, aby powtórnie podjąć próbę przejęcia władzy.

Ponadto wyszło na jaw, że Dolores Umbridge były starszy podsekretarz Ministra Magii stosowała na młodzieży szkolnej nielegalne instrumenty oraz nadużywała powierzonej jej władzy podczas zajmowania stanowiska nauczyciela obrony przed czarną magią oraz Wielkiego Inkwizytora Hogwartu.

Przy okazji, Chłopiec-Który-Przeżył…

— No i jesteś Harry, wiedziałam, że jakoś cię w to wmieszają — oznajmiła Hermiona, spoglądając na niego znad gazety.

Byli w skrzydle szpitalnym. Harry siedział w nogach łóżka Rona i oboje przysłuchiwali się, jak Hermiona czyta Proroka Codziennego. Ginny, której kostka została błyskawicznie wyleczona przez panią Pomfrey, zwinęła się w nogach łóżka Hermiony. Neville, którego nos jakoś wrócił do normalnego rozmiaru i kształtu, siedział na krześle pomiędzy dwoma łóżkami, a Luna, która wpadła podobnie jak Harry z wizytą, ściskała ostatnie wydanie Żąglera, czytała magazyn do góry nogami i w oczywisty sposób nie docierało do niej ani jedno słowo z tego, co czytała Harmiona.

Ron zgarnął garść czekoladowych żab z ogromnej góry na podręcznej szafce, rzucił kilka Harry'emu, Ginny i Neville'owi i zębami zdarł opakowanie ze swojej. Na jego ramionach nadal widniały fioletowe siniaki w miejscach, gdzie chwyciły go centaury. Według pani Pomfrey, nie było to nic poważnego ani zagrażającego życiu, chociaż mimo wszystko stosowała na nie znaczne dawki odpowiedniej maści, dającej już zauważalne efekty.

— Tak, teraz są dla Syriusza bardzo uprzejmi, Harry — przytaknęła Hermiona, przebiegając wzrokiem artykuł. — Samotny głos prawdy… świadomy i niewzruszony, nigdy nie poddający się głos niewinności… zmuszony znosić piekło Azkabanu za zbrodnię, której nie popełnił… ośmieszany i opluwany oszczerstwami… Hmmm… — zmarszczyła brwi — jak widzę, nie wspominają jakoś, że to oni w Proroku pracowali nad tym ośmieszeniem i oszczerstwami…

Zesztywniała lekko i przyłożyła rękę do żeber. Jej niefortunny upadek na dno lasu, by uchronić się od strzał i lekkie kopnięcie w bok przez młodego centaura w ferworze walki, spowodowało, według słów pani Pomfrey „wystarczająco dużo szkód do zlikwidowania". Hermiona musiała codziennie zażywać różne eliksiry, jednak wspaniale wracała do zdrowia i zdążyła się już znudzić skrzydłem szpitalnym.

— Ostatnia próba przejęcia władzy przez Sami-Wiecie-Kogo, strona druga do czwartej. Brytyjskie prawa czarownic i czarodziejów a błędy Ministerstwa, strona piąta. Dlaczego nikt nie słuchał Albusa Dumbledore'a, strona szósta do ósmej. Wywiad z Cedrikiem Diggorym i Harrym Potterem, strona dziewiąta… No — Hermiona zwinęła gazetę i odrzuciła na bok — to z pewnością dało im o czym pisać. A ten wywiad to nie jest jakaś wielka nowość, był w Żonglerze miesiące temu…

— Tata im go sprzedał — powiedziała Luna półprzytomnie, odwracając stronę Żonglera. — Dostał za niego bardzo dobrą cenę, więc wybieramy się latem na wyprawę do Szwecji, żeby sprawdzić, czy uda się schwytać chrapaka krętorogiego.

Hermiona przez chwilę zdawała się walczyć sama ze sobą, w końcu powiedziała:

— To brzmi cudownie.

Ginny pochwyciła spojrzenie Harry'ego i szybko odwróciła wzrok, szczerząc zęby w uśmiechu.

— A, zmieniając temat — odezwała się Hermiona, siadając nieco prościej i znowu sztywniejąc — co się dzieje w szkole?

— No cóż, Flitwick pozbył się tego bagna Freda i George'a — odparła Ginny — zajęło mu to jakieś trzy sekundy. Ale zostawił resztkę pod ścianą i ogrodził je…

— Dlaczego? — spytała Hermiona z zaskoczeniem.

— Och, mówi, że to naprawdę był kawał solidnej magii — wzruszyła ramionami Ginny.

— Myślę, że zostawił to jako pomnik Freda i George'a — wymamrotał Ron z ustami pełnymi czekolady. — To oni mi to wszystko przysłali, wiesz? — wskazał Harry'emu miniaturową górę żab koło siebie. — Muszą sobie całkiem nieźle radzić z tym sklepem, nie?

Hermiona wyglądając na raczej niezbyt zachwyconą, zapytała:

— Czyli Dumbledore pozbył się już wszystkich kłopotów?

— Tak — potwierdził Neville — wszystko wróciło do normalności.

— Pewnie Filch jest szczęśliwy, co? — rzucił Ron, opierając o dzbanek z wodą kartę z czekoladowej żaby przedstawiającą Dumbledore'a.

— Wcale nie — zaprzeczyła Ginny. — Tak naprawdę jest teraz bardzo, bardzo nieszczęśliwy… — zniżyła głos do szeptu — cały czas powtarza, że Umbridge była najlepszą rzeczą, jaka kiedykolwiek trafiła się Hogwartowi…

Cała szóstka obejrzała się. Profesor Umbridge leżała na łóżku naprzeciwko nich, wpatrując się w sufit. Dumbledore wybrał się samotnie do lasu, aby ocalić ją od centaurów. Jak to zrobił – jakim cudem wyszedł spomiędzy drzew, prowadząc profesor Umbridge bez najmniejszego nawet zadrapania – tego nie wiedział nikt, a Umbridge z pewnością nie zamierzała powiedzieć. Odkąd wróciła do zamku, nie wypowiedziała, o ile dało się stwierdzić, ani jednego słowa. Nikt tak naprawdę nie wiedział, co było z nią nie tak. Jej zazwyczaj zadbane mysie włosy były brudne i nadal tkwiły w nich fragmenty gałązek i liści, ale poza tym wydawała się raczej nietknięta.

— Pani Pomfrey mówi, że to po prostu szok — wyszeptała Hermiona.

— Raczej fochy — stwierdziła Ginny.

— Taaa, daje oznaki życia, jeśli zrobisz tak — Ron zaklaskał cicho językiem. Umbridge usiadła natychmiast jak kołek, rzucając wokół dzikie spojrzenia.

— Coś nie tak, pani profesor? — zawołała pani Pomfrey, wysuwając głowę przez drzwi swego biura.

— Nie… nie… — odparła Umbridge, opadając znów na poduszki. — Nie, to musiał być sen…

Harmiona i Ginny zdusiły śmiech w pościeli.

— A skoro już mówimy o centaurach — odezwała się Hermiona, kiedy doszła już trochę do siebie — kto teraz jest nauczycielem wróżbiarstwa? Czy Firenzo zostaje?

— Musi — odparł Harry. — Reszta centaurów nie przyjmie go z powrotem, prawda?

— Wygląda na to, że będą uczyć razem z Trelawney — powiedziała Ginny.

— Założę się, że Dumbledore wolałby się pozbyć Trelawney na dobre — stwierdził Ron, wgryzając się w czternastą już żabę. — Swoją drogą, cały ten przedmiot jest bezsensowny, gdyby mnie ktoś pytał, Firenzo nie jest o wiele lepszy…

— Jak możesz tak mówić? — przesadnie oburzyła się Hermiona. — Trelawney przepowiada zawsze takie wspaniałe rzeczy Harry'emu.

Wszyscy zachichotali i ponownie spojrzeli na Umbridge.

— Dobra ludzie, idę do Hagrida — odparł Harry. — Teraz gdy już nie mamy egzaminów obiecałem mu, że wpadnę się z nim zobaczyć i powiem, jak się czujecie.

— Och, no to w porządku — powiedział Ron jęczącym tonem, wyglądając przez okno na widoczny za nim skrawek błękitnego nieba. — Chciałbym, żebyśmy też mogli pójść.

— Pozdrów go od nas — zawołała Hermiona za wychodzącym Harrym. — I zapytaj go, co się dzieje z… z jego małym przyjacielem!

Harry pomachał ręką na znak, że usłyszał i zrozumiał, i wyszedł z sali szpitalnej. Zamek wydawał się bardzo cichy nawet jak na niedzielę. Najwyraźniej wszyscy byli na dworze, na słonecznych błoniach, ciesząc się końcem egzaminów i perspektywą kilku ostatnich dni nie zakłócanych powtarzaniem materiału. Harry szedł powoli opustoszałym korytarzem, wyglądając po drodze przez okna. Widział ludzi, błądzących po boisku do quidditcha i kilku uczniów pływających w jeziorze w towarzystwie olbrzymiej kalamarnicy.

Harry właśnie zszedł z ostatniego marmurowego stopnia do sali wejściowej, gdy Malfoy, Crabbe i Goyle pojawili się w drzwiach z prawej strony, które – jak Harry wiedział – prowadziły do pokoju wspólnego Slytherinu. Harry zatrzymał się, podobnie jak Draco i pozostali. Jedynymi dźwiękami były krzyki, śmiech i pluski dolatujące do sali od strony łąk przez otwarte okna. Draco rozejrzał się – Harry zakładał, że szuka obecności jego przyjaciół – po czym spojrzał znów na Harryego i powiedział cichym głosem:

— Wszystko w porządku? Wczoraj nie wyglądałeś za dobrze i to omdlenie…

— Jest ok, musiałem się tylko wyspać. Tak właściwie, to właśnie szedłem na błonia, chcesz do mnie dołączyć?

— Oczywiście. Jesteś jeszcze trochę blady, czy on…

Malfoy wyglądał na bardzo zatroskanego, bardziej niż Harry widział go kiedykolwiek. Poczuł pewny ucisk w żołądku na widok jego bladej, piegowatej twarzy wykrzywionej strachem.

— Tak. Ale nie ma się czym martwić — dodał widząc pobladłą twarz Ślizgona.

— Czytałem Proroka, twój ojciec chrzestny został złapany — powiedział Gregory.

— Wraz z Glizdogonem — splunął Gryfon. Ilość jadu w jego głosie sprawiła, że obaj ochroniarze Draco podskoczyli lekko. — Szkoda, że dementorzy opuścili Azkaban — powiedział cicho Harry. — Chciałbym zobaczyć ten pocałunek.

— Potter!

Głos zabrzmiał w całej sali wejściowej. Na schodach prowadzących do swojego gabinetu pojawił się Snape, a na jego widok Harry poczuł ogromną niechęci, nie miał ochoty na rozmowę ze swoim profesorem eliksirów.

— Co robisz, Potter? — zapytał Snape zimno jak zazwyczaj, zbliżając się do całej czwórki.

— Szliśmy na spacer, sir — odpowiedział za niego Draco.

— Nie wiedziałem, że nazywasz się Potter, panie Malfoy — Snape rzucił na nich okiem i uśmiechnął się złośliwie.

— Tak, jak mówił Draco, szliśmy na spacer — syknął jadowicie Harry. Jak on chciał, by szkoła się wreszcie skończyła. Pozostawała jeszcze kwestia miejsca gdzie spędzi okres letni, ale wątpił, by to było z jego krewnymi.

— Potter…

Wszystko co mistrz eliksirów chciał powiedzieć zostało odcięte przez pojawienie się wicedyrektorki. Profesor McGonagall wspięła się do zamku po kamiennych schodach. Twarz miała lekko zaróżowioną po przechadzce i wyglądała na całkiem zadowoloną, co było nieczęstym widokiem.

— Cóż, Potter, Malfoy, sądzę, że w taki piękny dzień jak dziś powinniście być na dworze — rzuciła profesor McGonagall dziarsko.

Harry'emu nie trzeba było dwa razy powtarzać, chwycił za rękę Malfoya i pomaszerował prosto ku drzwiom wyjściowym, nie rzucając ani jednego spojrzenia na Snape'a.

Gorące słońce przeszyło go promieniami, gdy szedł przez trawniki i skierował się w stronę domku Hagrida. Uczniowie, którzy leżeli na trawie opalając się, rozmawiając, czytając Proroka Codziennego i jedząc słodycze, przyglądali mu się, gdy przechodził. Niektórzy wołali do niego, inni machali, najwyraźniej chcąc pokazać, że podobnie jak Prorok zdecydowali, że jest w jakiś sposób bohaterem. Harry nie odzywał się do nikogo. Nie miał pojęcia, jak wiele wiedzą oni o Syriuszu i innych rzeczach, które wydarzyły się w ciągu tego roku, ale jak dotąd unikał wypytywania i wolał, żeby tak zostało. Draco dał się prowadzić w ciszy. Gryfon czerpał przyjemność z tego niemego wsparcia. Miło było być z kimś, kto znał większość tajemnic, i przed którym nie musiał niczego udawać. Koniec roku nie mógł już nadejść szybciej.

Jego towarzysze opuścili go, gdy tylko wyjawił im cel swojej wędrówki. Malfoy jednak zaznaczył wyraźnie, że będą nad jeziorem i powinien do nich dołączyć, gdy zakończy już swoją wizytę.

Z początku, gdy Harry zapukał do drzwi domku Hagrida, pomyślał, że ten musiał wyjść, ale wtedy zza rogu wypadł Kieł i niemal zwalił go z nóg, okazując radość z jego pojawienia się. Hagrid, jak się okazało, zbierał w przydomowym ogrodzie skaczącą fasolę.

— W porząsiu, Harry — uśmiechnął się szeroko, gdy Harry podszedł do ogrodzenia. — Wejdź, wejdź, strzelimy po kubku soku z mlecza…

— Jak leci? — zapytał Hagrid, gdy już usiedli przy drewnianym stole, każdy z kubkiem zmrożonego soku. — Wszystko… eee… w porząsiu, co?

Harry z wyrazu twarzy Hagrida wiedział, że nie ma on na myśli fizycznego stanu zdrowia.

— Nic mi nie jest — odparł szybko, bo nie chciał schodzić na tematy, które w kółko wałkują wszyscy na około. — Wyglądasz… wyglądasz lepiej.

— Że co? — spytał Hagrid, unosząc potężną rękę i dotykając twarzy. — A… a tak. No, Grawpy teraz się zachowuje o wiele lepiej, o wiele. Wydawał się zadowolony, kiedy przyszłem, prawdę mówiąc. To jest dobry chłopak, serio… Już żem myślał, żeby mu znaleźć jakąś dziewczynę…

Normalnie Harry natychmiast spróbowałby wybić Hagridowy ten pomysł z głowy. Wizja drugiego olbrzyma, zamieszkującego las, może nawet dzikszego i bardziej gwałtownego niż Grawp, była zdecydowanie przerażająca, ale Harry jakoś nie mógł zebrać energii potrzebnej do sporu. Zamiast odpowiadać przełknął kilka potężnych łyków swojego soku, opróżniając kubek do połowy.

— Tera wszyscy już wiedzom, że mówiliście prawdę, Harry — łagodnie i nieoczekiwanie odezwał się Hagrid. Uważnie przyglądał się Hany'emu. — Będzie lepiej, nie?

Harry wzruszył ramionami.

— Słuchaj… — Hagrid pochylił się ku niemu poprzez stół — Syriusza teraz wpuszczą i będziesz wolny od tych twoich okropnych mugoli.

Harry uśmiechnął się do niego lekko. Teraz gdy wizja powrotu Voldemorta ciążyła nad głowami ogółu populacji czarodziejów wątpił, by dyrektor pozwolił mu zamieszkać z jego ojcem chrzestnym. On naprawdę miał nadzieję, że Czarny Pan coś wymyśli.

— A jak tam Ron i Hermiona. Centaury ich za bardzo nie poobijały?

— Całkiem dobrze, byłem u nich dziś rano i kazali mi ciebie pozdrowić.

Harry znów podniósł do ust kubek z sokiem. Rozmowa się jakoś nie kleiła. Gryfon spojrzał na zegarek i westchnął.

— Muszę iść i spotkać się z Draco — powiedział mechanicznie.

— Och… — Hagrid wyglądał na raczej zmartwionego. — Och, to w porząsiu, Harry… Uważaj na siebie i wpadaj, jak będziesz miał chwilkę… Pozdrów resztę.

— Taaa, dobrze, pozdrowię ich.

Harry ruszył do drzwi dość sztywno i otworzył je. Był już z powrotem na słońcu, nim Hagrid skończył się z nim całkowicie żegnać, i szedł trawnikiem. I znowu ludzie wołali do niego, gdy przechodził. Zamknął na chwilę oczy, marząc, żeby wszyscy zniknęli, tak że mógłby otworzyć oczy i znaleźć się na błoniach sam…

Poszedł kawałek wokół jeziora, usiadł na brzegu, opierając się plecami o ramię Malfoya, kryjąc się przed wzrokiem ludzi i wpatrywał się w migoczącą wodę, myśląc… Czuł się oddalony od wszystkich w tym roku szkolnym. Niewidzialna bariera oddzieliła go od reszty świata. Był dwoma osobami w jednym ciele. Tyle, że nigdy tak naprawdę nie rozumiał, co to oznaczało…

A teraz, siedząc na brzegu jeziora, z tak niepewną przyszłością i gryzącym poczuciem strachu przed nieznanym, nie mógł się zmusić do troski o resztę świata. Czując ciepło promieniujące od nikogo innego niż Draco Malfoya, Harry zaczął rozmyślać o byciu wreszcie samolubnym. Dyrektor z pewnością będzie chciał pchnąć go do walki, co z tego, że nie miał szans z dorosłymi, dobrze wyszkolonymi i zaprawionymi w walce czarodziejami. To nie byłby pierwszy raz, gdyby Dumbledore postawiłby go na pierwszej linii frontu tylko z zachęcającym klepnięciem w ramię… Voldemort za to chciał go trzymać z daleka od walk, pozwolić mu być zwyczajnym nastolatkiem, na tyle zwyczajnym na ile można być, będąc Harrym Potterem. Zaśmiał się cicho.

Słońce świeciło, a błonia wokół pełne były roześmianych ludzi i nawet jeśli czuł się od nich tak oddalony, jakby należał do innej rasy, to jakby zrobiło mu się lżej, gdy na spokojnie tak siedział, i rozmyślał nad tym, co może się zdarzyć w jego życiu.

Siedzieli tak przez długi czas, Ślizgoni cicho rozmawiając między sobą, gdy on głównie wpatrywał się w wodę. W którymś momencie dołączyli do nich inni. Był jedynym Gryfonem wśród roju węży, ale jakoś mu to nie przeszkadzało. Ten rok dał mu zupełnie inne spojrzenie na dom Salazara Slytherina. Był pewien, że gdyby Ron usłyszałby go, jak tak mówi, pomyślałby że oszalał. Gdy słońce zaszło, zanim jednak zdążył zmarznąć, wstali całą grupą i wrócili do zamku.


Ron i Hermiona opuścili skrzydło szpitalne, całkowicie wyleczeni, trzy dni przed końcem roku. Hermiona ponownie przypomniała sobie o swojej walce o prawa czarownic i nadal zdradzała chęć rozmowy o tym, ale Ron miał zwyczaj uciszać ją, gdy ledwo wspomniała temat. Harry nie był pewien, czy chce jej wszystko wyjaśnić raz na zawsze, czy może ją udusić. Jego chęci zmieniały się wraz z nastrojem.

Profesor Umbridge opuściła Hogwart dzień przed zakończeniem roku. Wyglądało na to, że wyślizgnęła się ze skrzydła szpitalnego podczas kolacji, wyraźnie mając nadzieję wyjechać niezauważona, ale na swoje nieszczęście spotkała po drodze Irytka, który skorzystał z ostatniej okazji, aby wykonać polecenie Freda i George'a, i pogonił ją radośnie, szturchając ją na zmianę to laską, to skarpetką pełną kredy. Wielu uczniów wybiegło z Wielkiej Sali, aby popatrzeć, jak Ubridge biegnie ścieżką, a opiekunowie domów bez przekonania próbowali ich zawrócić. W rzeczywistości profesor McGonagall opadła na swój fotel przy stole nauczycielskim po kilku niemrawych próbach i słyszano, jak skarżyła się, że nie mogła sama pójść powyśmiewać się z Umbridge, ponieważ Irytek pożyczył sobie jej laskę.

Nadszedł ich ostatni wieczór w szkole. Większość ludzi skończyła pakowanie i schodziła na dół na ucztę z okazji zakończenia roku, ale Harry nawet jeszcze nie zaczął. Nie miał wiele do uporządkowania, bo większością jego rzeczy zajęła się już Mrużka, ale kilka drobiazgów mu jeszcze zostało.

— Zrób to jutro — zaproponował Ron, czekający przy drzwiach jego pokoju. — Chodź, umieram z głodu.

— Zaraz… Wiesz co, ty już idź…

Ale kiedy za Ronem zamknęły się drzwi, Harry nie zrobił najmniejszego wysiłku, aby przyspieszyć swoje pakowanie. Absolutnie ostatnią rzeczą, na jaką miałby ochotę, było wzięcie udziału w uczcie zakończenia. Obawiał się, że Dumbledore w swoim przemówieniu mógłby się jakoś odnieść do niego, a był pewien, że powie coś o powrocie Voldemorta, w końcu mówił o tym rok temu…

W końcu wyszedł z dormitorium i zszedł po spiralnych schodach, obijając się niemrawo o ściany i ledwie to zauważając. Przeszedł przez pusty salon, następnie przez dziurę pod portretem i wzdłuż korytarza, ignorując Grubą Damę, która zawołała za nim:

— Uczta się właśnie zaczęła, spokojnie zdążysz jeśli się pospieszysz!

Ale Harry nie zamierzał iść na ucztę… Powoli i smętnie snuł się po pustym zamku, zastanawiając się czemu ma jakieś dziwne poczucie, że długo go nie zobaczy.

Skręcił w korytarz Grubej Damy, gdy zauważył kogoś, przypinającego kartkę do tablicy ogłoszeń na ścianie. Drugi rzut oka powiedział mu, że to Luna. Nie było się gdzie ukryć, musiała usłyszeć jego kroki, a poza tym Harry nie mógł się zmobilizować do unikania kogokolwiek właśnie w tej chwili.

— Cześć — powiedziała Luna niedbale, oglądając się na niego, kiedy wszedł w zasięg jej wzroku.

— Dlaczego nie jesteś na uczcie? — zapytał Harry.

— Cóż, straciłam większość swoich rzeczy — odpowiedziała Luna ze spokojem. — Wiesz, ludzie zabierają je i chowają. Ale to ostatnia noc, naprawdę muszę je odzyskać, więc wieszam wiadomość.

Wskazała na tablicę, na której wywiesiła listę wszystkich swoich brakujących książek i listę ubrań z prośbą o ich zwrot.

W Harrym zbudziło się przedziwne uczucie, zupełnie odmienne od ostatniej niepewności. Potrwało chwilę, zanim zdał sobie sprawę, że jest mu żal Luny.

— Jak oni mogli schować twoje rzeczy? — zapytał marszcząc brwi.

— Och, cóż… — Luna wzruszyła ramionami — uważają, że jestem trochę dziwna, wiesz. Niektórzy nawet nazywają mnie Pomyluna Lovegood.

Harry spojrzał na nią i poczucie przykrości dość boleśnie się wzmogło.

— To żaden powód, żeby chować twoje rzeczy — powiedział bezbarwnie. — Chcesz, żeby ci pomóc je znaleźć?

— Och, nie — Luna uśmiechnęła się do niego. — Znajdą się, zawsze się w końcu znajdują. Ja tylko chciałam się dzisiaj spakować. A przy okazji… dlaczego ty nie jesteś na uczcie?

Harry wzruszył ramionami.

— Nie miałem ochoty.

— Nie — powiedziała Luna, obserwując go swymi mglistymi, wypukłymi oczami. — Nie sądzę, żebyś miał ochotę. To znaczy, jesteś teraz na rozdrożu i bardzo zagubiony, prawda?

Harry skinął krótko głową, ale poczuł, że z jakiejś przyczyny nie ma nic przeciwko Lunie mówiącej o jego pokręconej sytuacji. Pamiętał, że ona, podobnie jak on, mogła widzieć testrale.

— Czy ty… — zaczął. — To znaczy, kto… czy ktoś, kogo znałaś, umarł?

— Tak — odparła Luna po prostu. — Moja mama. Była naprawdę niezwykłą czarownicą, wiesz, ale lubiła eksperymentować i pewnego dnia jedno z jej zaklęć poszło raczej kiepsko. Miałam dziewięć lat.

— Przykro mi — wymamrotał Harry.

— Tak, to było dość okropne — przyznała Luna konwersacyjnym tonem. — Nadal mi czasem bardzo smutno z tego powodu. Ale nadal mam tatę. No i w końcu to nie jest tak, jakbym jej miała już nigdy jej zobaczyć, prawda?

Spojrzeli na siebie. Luna uśmiechała się lekko. Harry nie wiedział, co powiedzieć albo myśleć. Luna wierzyła w tak wiele niezwykłych rzeczy… Ale był pewien, że miała rację, była jakaś inna płaszczyzna, gdzie zmarli czekali na nich.

— Jesteś pewna, że nie chcesz, żebym ci pomógł znaleźć rzeczy?

— Och, nie… — odpowiedziała Luna. — Nie, myślę, że zejdę na dół, zjem trochę puddingu i zaczekam, aż wszystko się znajdzie… zawsze się w końcu znajduje… Cóż, miłych wakacji, Reo.

— Taa… nawzajem.

Odeszła, a kiedy za nią patrzył, zdał sobie sprawę, jak się do niego zwróciła.

oOo

Podróż do domu Ekspresem Hogwart następnego dnia okazała się pełna rozmaitych zdarzeń. Po pierwsze, gdy tylko pociąg ruszył Harry poczuł się wyjątkowo senny i nawet nie wiedział kiedy przysnął. W tym momencie skontaktował się z nim ponownie Voldemort, mówiąc mu, by pojechał wraz ze swoim wujem do domu, a stamtąd zostanie już zabrany dalej. Obudził się po tym dość gwałtownie, robiąc z siebie małe źródło zamieszania.

— Nie wyglądasz coś ostatnio najlepiej… — stwierdził Ron — ach, Harry, wózek z jedzeniem właśnie się zatrzymał, może powinieneś coś zjeść?

Harry podziękował Merlinowi za taką niedomyślność przyjaciela, i kiwając gorliwie głową kupił wielką porcję kociołkowych piegusków i pasztecików z dyni. Hermiona znów czytała Proroka Codziennego, Ginny rozwiązywała test w Żonglerze, a Neville głaskał swojego mimbulus mimbletonia, który znacznie urósł przez ten rok i dziwnie zawodził pod dotknięciem.

Harry i Ron spędzili większość podróży grając w szachy czarodziejów, a Hermiona odczytywała im urywki z gazety. Była teraz pełna artykułów z instrukcjami jak odstraszać dementory, a także o wysiłkach ministerstwa tropiących grupę terrorystów i histerycznych listów, oznajmiających, że ich autor widział Lorda Voldemorta w swoim domu właśnie tego ranka…

— To się jeszcze na dobre nie zaczęło — powiedziała Hermiona ponuro, składając gazetę. — Ale to już niedługo… I nic nie piszą o Syriuszu…

— Hej Harry — odezwał się Ron delikatnie, wskazując głową okno na korytarz.

Harry obejrzał się. Koło ich przedziału właśnie przechodziła Cho w towarzystwie Marietty Edgecombe, z twarzą osłoniętą bandażem. Ich oczy na chwilę się spotkały. Cho zaczerwieniła się i poszła dalej. Harry opuścił wzrok na szachownicę w sama porę, żeby zauważyć, jak jeden z jego pionów ucieka ze swojego pola przed gońcem Rona.

— Słyszałam, że jej rodzice zaręczyli ją z jakimś chłopakiem na początku czerwca — powiedziała Hermiona z wahaniem.

— Ale przecież ona ma chłopaka. Z kim tam teraz jest? — zapytał Ron Hermionę, ale to Ginny odpowiedziała.

— Z Michaelem Cornerem.

— Z Michaelem… Ale… — Ron wyciągnął szyję, żeby dostrzec ją ze swojego miejsca. — Ale ty z nim chodziłaś!

— Już nie — odparła Ginny energicznie. — Nie podobało mu się, że Gryffindor zwyciężył Ravenclaw w quidditchu i zrobił się strasznie naburmuszony, więc zostawiłam go, a on uciekł pocieszać Cho — podrapała się bezmyślnie w nos czubkiem pióra, odwróciła Żonglera do góry nogami i zaczęła sprawdzać odpowiedzi. Ron wydawał się zachwycony.

— Cóż, zawsze uważałem, że z niego kawał kretyna — oznajmił, kierując swojego hetmana w stronę drżącej wieży Harry'ego. — To dla ciebie lepiej. Po prostu wybierz kogoś… lepszego… następnym razem.

— Cóż, wybrałam Deana Thomasa, uważasz, że jest lepszy? — zapytała Ginny nieuważnie.

— Co?! — ryknął Ron, wywracając szachownicę. Krzywołap pogonił za figurami, a Świstoświnka zaświergotała nad ich głowami.

— Daj spokój Ron — Ginny nadal wpatrywała się w swój magazyn. — A w te zaręczyny, to bym nie wierzyła. Ona chodzi z Michaelem, w czasie teraźniejszym, gdyby była zaręczona musiałaby z nim zerwać.

Hermiona wyglądała tak, jakby zamierzała ponownie zacząć swoją kampanię na rzecz uciśnionych kobiet. Harry mając już tego po dziurki w nosie nie wytrzymał i pękł.

— Hermiono! Za nim zaczniesz zmieniać świat według swojego widzimisię i kultury, w której się wychowałaś, może poznasz tą, której jesteś tak przeciwna?

— Niby jak? Wiesz, że w bibliotece praktycznie nie ma o tym informacji. Jakieś urywki są w książkach historycznych, a nie miałam czasu ich wszystkich przeczytać — dodała lekko zarumieniona, jakby fakt, że nie mogła przeczytać każdego tomu było zbrodnią.

— Cóż, jak myślisz czemu kobiety czystej krwi pozostają głównie w domach, a nie idą do pracy, nawet jeśli mają odpowiednie kwalifikacje i wykształcenie?

— Ponieważ czarodzieje są zacofani i myślą, że kobiety nadają się tylko do zajmowania domem i opieki nad dziećmi.

Ron wytrzeszczył na nią oczy, a Ginny wyjrzała zza Żonglera.

— Serio myślisz tak o naszym tacie?

— Nie, oczywiście że nie — odpowiedziała spanikowana Hermiona.

— W końcu nasza mama nie poszła do pracy, zajmuje się domem.

Hermiona oblała się rumieńcem wstydu.

— To jak to jest?

— Widzisz Hermiono — zaczął Harry — kobiety mają być strażniczkami domowego ogniska. Dosłownie strażniczkami. Mają bronić domu w razie niebezpieczeństwa, dlatego są szkolone dość solidnie w walce i pojedynkach.

Ron przytaknął dość gorliwie.

— Mama potrafi być przerażająca, nigdy nie chciałabyś się z nią zmierzyć.

— Hermiono, ty przekładasz mugolskie myślenie na świat czarodziejów — dodał cichy do tej pory Neville.

— Co?

— Gdzie się podziała stara Hermiona, która wszystko dokładnie badała przed wygłoszeniem swojej opinii — westchnął Ron.

— Naprawdę powinnaś przeczytać książki o kulturze i tradycjach czarodziejów w Europie Zachodniej, gdyż to najczęściej z nimi możesz mieć kontakt. Ignorancją i niewiedzą możesz kogoś bardzo obrazić, nawet o tym nie wiedząc.

Hermiona przygryzła wargę i zmarszczyła brwi.

— Jak to zatem u nas wygląda? — spojrzała na swoich przyjaciół.

— Dobrze — powiedział Harry — kobieta z założenia stoi na pierwszej linii ognia. Gdyby, dajmy na to, dwór Malfoyów był atakowany, to Narcyza jest odpowiedzialna za obronę. Nie tylko walczy, ale również wydaje komendy kto, gdzie i co ma robić. I Lucjusz nie ma nic do powiedzenia, a to dlatego, że to Narcyza zna wszystkie tajne przejścia w domu, drogi ewakuacji oraz pokoje i korytarze pułapki. Każda kobieta stając się żoną albo tworzy plany domu od podstaw, albo go przebudowuje według swojej strategii.

— Ale ataki nie zdarzają się co tydzień… — sapnęła Hermiona, gdy jej przerwano.

— Tak, masz rację — Neville spojrzał na nią dość wymownie. — Jednak oprócz otwartej walki kobiety zajmują się polityką.

Jego babcia była prawdziwym geniuszem we wszystkich tych subtelnościach i odpowiednim doborze słów.

— Polityką?

— Tak, wszystkie te herbatki, przyjęcia, bale nie są tylko spotkaniami towarzyskimi, by wymienić najświeższe ploteczki. Na nich kobiety we własnych kręgach zajmują się sporami, rozwiązują kłótnie, zniewagi, gafy, aranżują małżeństwa i zawiązują unie — Neville delikatnie się uśmiechną. — Jak myślisz, czemu dochodzi do tak niewielu pojedynków o honor? Właśnie dlatego. Wbrew pozorom w rodzinie rządzi kobieta. Wszystko odbywa się zakulisowo, nikt też otwarcie się nie przyzna, że o najważniejszych sprawach decyduje żona, mąż może tylko zajmować się drobiazgami.

— Hermiono, czyj portret wisi zaraz przy wejściu na Grimmauld? — zapytała ją Ginny.

— Walburgi Black.

— I to tuż przy wejściu — ciągnęła ruda. — Nawet po śmierci broni domu, ponieważ nie ma nowej pani Black.

— Nie przesadzaj siostrzyczko, od kiedy Harry tam jest, to się trochę uspokoiła — rzucił Ron.

— Tak, bo traktuje mnie jako postać kobiety i strażniczkę domu — Harry się skrzywił. — Jako hermafrodyta jestem w tej komfortowej sytuacji, że mogę zdecydować czy wolę przyjąć tradycyjną rolę kobiety czy mężczyzny, albo je nawet wymieszać. Przynajmniej teoretycznie — dodał z przekąsem.

— Do tego dochodzi też kwestia barier — Neville postanowił dalej kontynuować, na co Harry pokiwał głową na zgodę. — Może teraz to nie jest już tak ważne, bo niewiele rodzin robi takie rzeczy.

— Tak, bariery krwi są praktycznie starożytne, ale ze względu na to, że ministerstwo widzi je na granicy legalności, są utrzymywane tylko przez tych, którzy mieli je wcześniej na domu rodzinnym, albo których stać na zapłacenie grzywny — wyjaśnił Harry.

— Mamy je na Norze — powiedział Ron. — Ciotka Muriel była z nimi nieustępliwa. Podobno tak długo chodziła za mamą, ględząc jej, że każda szanująca się rodzina czarodziejów powinna je mieć i nie ma niczego lepszego, by ochronić dzieci, aż rodzice je postawili.

— Zgadza się — Neville spojrzał wprost na Hermionę — bariery te muszą być co jakiś czas ładowane, czerpią magię od strażniczki domu. Im ona częściej w nim przebywa, tym są mocniejsze i o większej ilości rzeczy informują swoją panią.

— Neville ma całkowitą rację. To dlatego Dumbledore mnie zawsze odsyła na wakacje do Dursley'ów — Harry westchnął zrezygnowany.

— Harry, skąd ty to wszystko wiesz? — Hermiona patrzyła na niego z pewnym rodzajem szacunku. — Nie obraź się, ale byłeś wychowywany przez mugoli, tak jak i ja.

— Z książek, Hermiono, z książek. Lucjusz Malfoy sporządził mi ich całą listę. Zawarł na niej wszystkie tytuły, które musiałem przeczytać. Wiem, że biblioteka w Hogwarcie jest pod tym względem uboga, ale mówiłem ci już wcześniej, Syriusz nie będzie widział problemu, jeśli pożyczyłbym ci parę z nich.

— Jest też biblioteka na Pokątnej

— Neville! — Ron z Ginny krzyknęli razem.

— No co?

— Och, teraz już nigdy nie pójdziemy nigdzie indziej, podczas gdy będziemy na zakupach — rudzielec westchnął żałośnie.

Ginny zaśmiała się niemrawo, a Hermiona fuknęła oburzona.

— No dobrze, ale jeśli jest tak jak mówicie, to czemu Lavender czy Parvati zachowują się… — pokręciła ręką w zirytowaniu.

— Co masz na myśli? — Ron zmarszczył brwi w zakłopotaniu i sięgnął po czekoladową żabę, która się jeszcze cudem uchowała z jego pobytu w szpitalu. — Salazar Slytherin — odrzucił kartę na siedzenie, po którą sięgną Harry. — Jak chcesz to bierz, bez żalu.

— Wszystko co je obchodzi to ciuchy i kosmetyki — zignorowała ich Hermiona. — Nigdy nie zauważyłam, by przejmowały się nauką.

Ginny wzruszyła ramionami.

— Ja też tego za bardzo nie robię — przewróciła oczami. — Ale wiem, że o tym wszystkim uczyły się w domu. Mama nigdy nie naciskała na te wszystkie tradycyjne bzdety, ale mimo wszystko wbijała nam zasady do głów. Wiem też, że odkłada pieniądze na lekcje pojedynków dla mnie.

— Harry — Neville spojrzał się na wprost niego — czasami babcia wspomina moim rodzicom o twoich rodzicach. Wiem z jej opowieści, że twoja mama brała lekcje od różnych mistrzów przed ślubem, wiesz pojedynki, bariery. Z moją mamą ćwiczyła etykietę i prowadzenie rozmowy…

W przedziale zrobiło się cicho.

— Dzięki, nikt mi raczej o takich rzeczach nie mówi — Harry uśmiechnął się lekko do niego. — Tak więc, widzisz Hermiono, mogą one nie mieć odpowiednich kandydatów — zwrócił się do przyjaciółki — albo ich rodziny nie przywiązują wagi do tradycji. Chociaż jeśli chodzi o siostry Patil, to nie wiem według jakiej kultury one są wychowywane.

Hermiona pokręciła głową.

— Czemu o tym nie możemy uczyć się w szkole.

— Jak Dumbledore nie powstrzyma ustawy, to będziemy.

Neville się skrzywił na wspomnienie o dyrektorze, ale wyglądało na to, że tylko Harry to zauważył. A nie chciał pytać się o co chodzi przy Weasley'ach i Hermionie.

— To jest trochę błędne koło, tak naprawdę. Książki poświęcone tradycjom i zasadom są zamknięte w bibliotekach rodzinnych czystokrwistych, do których mugolaki nie mają dostępu, przez co nie mogą zapoznać się z kulturą, z którą zderzają się w wieku jedenastu lat. Spójrz na mnie, ja odmawiając uściśnięcia dłoni Draco podczas naszej pierwszej podróży, bardzo go tym obraziłem. Oczywiście nikt mi tego nie wyjaśnił — Ron miał choć trochę taktu, by się zaczerwienić. — Cóż, można powiedzieć, że on nie stawiając się na nasz pojedynek wyrównał rachunki. W innym wypadku, moja obecna sytuacja byłaby dość nieciekawa — Harry pokręcił głową z rozbawieniem na wspomnienie pierwszego roku. Wydawało się to tak dawno. — Ron, jeszcze jedna partia?

Rudzielec gorliwie wziął się za rozstawianie figur na szachownicy.

— Harry, twój pionek zaczyna…


~ II ~


Nota autora: Oto nadszedł upragniony przez wszystkich uczniów koniec roku szkolnego. Dyrektor ponownie odesłał Harry'ego do Dursley'ów, jakże mogłoby być inaczej. Będąc tak przewidywalnym, tylko umożliwia Voldemortowi realizować jego plany. Hermiona w końcu usłyszała kilka słów prawdy o sobie. Niech ten spokojny obrazek Was nie zwiedzie, na tym słonecznym niebie pojawiają się ciemne chmury.

Anuii - widziałam podobieństwo między komentarzami Gościa, a Twoimi, ale nie byłam stuprocentowo pewna, że to Ty. :)

Tom jest Ślizgonem, powinien po ślizgońsku rozwiązać ten problem. W sumie, Rowling pokazała, że grupa uczniów może bez problemu włamać się do Ministerstwa i biegać samopas po teoretycznie najbardziej niebezpiecznym departamencie, więc jaki problem miałby z tym sam Czarny Pan?

A czy Dumbledore kiedykolwiek ukarał za cokolwiek Gryfonów? Z tego co wiemy, to nie. I działo się to na długo za nim Harry postawił swoją stopę w Hogwarcie.

Co do Ginny, tak ja też się spotkałam z takimi FF i one są trochę dziwne jak dla mnie. W końcu, Weasley'ówna aż do 6 tomu umawiała się z różnymi innymi chłopakami, dopiero w Księciu zaczęła chodzić z Harrym, a i tak to ich chodzenie było takie nijakie. Sama Rowling, w którymś z wywiadów przyznała, że tak naprawdę to planowała zeswatać Pottera z Hermioną i stąd epilog i cała ta wielka miłość Ginny i Harry'ego tak nie do końca się kleją ze sobą. Osobiście nie widzę sensu wrzucania jakiejś intrygi z Ginny, gdyż ona wie, że Harry nie ma nic do gadania z tym małżeństwem. I cokolwiek by nie zrobiła, to i tak Malfoy nie kiwnie palcem, by je powstrzymać. Plus, Harry nie jest aż takim chłopcem, wątpię by rudzielec chciał, by jej mąż miał lepszą figurę od niej. ;)

I doczekałaś się informacji o tradycyjnej roli kobiety w świecie czarodziejów.

Co do nowego opowiadania, to będzie albo nie będzie. Nie mam pomysłu na jego zakończenie, więc nie nastawiaj się za bardzo na szybkie pojawienie się go.

radekxpl123 - dużą pomocą jest korzystanie z oryginału i opieranie się na nim. Jest to w naprawdę pomocne. A brak hipotetycznego rozdziału byłby spowodowany raczej nie lenistwem i tylko zacięciem pisarskim. Które jest najgorszą rzeczą jaka może przytrafić się każdemu pisarzowi.

WomenInBlue - wspólne sceny Toma i Harry'ego nadchodzą. Jednak musisz pamiętać, że to opowiadanie nie będzie nigdy wielkim "love story", a każdy z nich ma swoje życie i swoje obowiązki.

A Voldi może nie zdaje sobie sprawy ze szpiegostwa Severusa, ale mu nie ufa. Stąd biedny Harry nie miał oparcia w swoim zgryźliwym mistrzu eliksirów przez cały rok szkolny.

Bookolak - a musi być?

Do następnego rozdziału!