Rozdział XXIX

Na ulicach Hogsmeade panowała idealna cisza, gdy nagle zakłócił ją trzask teleportacji. Wszyscy mieszkańcy wioski natychmiast podeszli do okien, gotowi w każdej chwili zaatakować nieproszonego intruza, zakłócającego spokój niedzielnego wieczora. Odetchnęli z ulgą, gdy dostrzegli znajomą, niewielką postać nauczycielki eliksirów, idącej w stronę ścieżki prowadzącej do Hogwartu.

Vanessa Harding zerknęła w stronę doskonale widocznego zamku, znajdującego się na niewielkim wzniesieniu przy jeziorze, górującego ponad lasem i wioską. W wielu jego oknach światła były zgaszone lub przyćmione, świadcząc o późnej porze jej powrotu. Nie spieszyła się jednak i powłócząc nogami pokonała całą drogę, jaka dzieliła szkołę od magicznej osady. Kiedy stanęła na dziedzińcu dostrzegła dwie, czekające na nią postaci. Nie miała żadnego problemu z rozpoznaniem dwójki swoich kolegów i na jej twarzy pojawił się niewielki uśmiech, kiedy zgodnie zawołali: „Van!" na jej widok.

Jonathan natychmiast podszedł do niej i ją uściskał, po czym pobiegł do środka tłumacząc, że musi dokończyć pakowanie. Kompletnie zapomniała o tym, że w tym tygodniu drużyna ma opuścić szkołę i udać się do Rosji, żeby rozegrać kolejny w tym sezonie mecz. Kiedy jednak sobie to uświadomiła, pospieszne powitanie Reynoldsa przestało ją dziwić. Doskonale wiedziała, że zawsze przygotowywał się do wszystkiego kilka dni wcześniej, żeby mieć pewność, że o niczym nie zapomniał. Następnie spojrzała na Matta, który uśmiechnął się do niej, ale wyraz jego twarzy natychmiast się zmienił, kiedy nie odwzajemniła uśmiechu.

- Co się dzieje?- zapytał, pochodząc bliżej.

Westchnęła, zastanawiając się, co tak naprawdę mu powiedzieć. Nie miał zielonego pojęcia o jej stosunkach z rodziną, ogólnie niewiele wiedział o jej życiu poza Hogwartem. Często zastanawiało go to, dlaczego nie wspominała o nikim ze swojej rodziny, dlaczego zdawała się nigdy nie prowadzić z nikim korespondencji oraz nie odwiedzać krewnych przy żadnej okazji. Potrafił jednak uszanować jej prywatność i nie wypytywał jej o to. Zdziwił się jednak bardzo, kiedy nagle oznajmiła, że musi udać się do brata; Matt nie wiedział nawet, że go miała. Ze względu na to, że nie wspominała nic o swojej rodzinie założył, że najwidoczniej w przeszłości musiało stać się coś, przez co teraz nie ma nikogo.

Zauważył, że jej skulona sylwetka lekko się zatrzęsła, a po chwili dostrzegł spływającą po jej policzku łzę. Spojrzał na nią, po czym przyciągnął ją do siebie i przytulił. Czuł się niezręcznie i bezradnie, nie mając pojęcia co tak naprawdę może dla niej zrobić. Trzymał ją, gładząc po plecach i powtarzając, że wszystko będzie dobrze dopóki jej szloch nie umilkł, a jej ciało nie przestało drżeć.

- Przepraszam…- wybąkała w końcu, odsuwając się od niego, a Matt pokręcił głową.

- W porządku, czasem trzeba rozładować emocje… Chcesz o tym pogadać?

Spojrzała na niego, jej policzki mokre od łez i ku jego zdziwieniu, po chwili wahania kiwnęła twierdząco głową. Nie spodziewał się twierdzącej odpowiedzi; sądził, że po prostu wróci do siebie, a od jutra zacznie zachowywać się tak, jakby nigdy się nie rozkleiła. Nie pierwszy raz jednak go zaskoczyła; położył dłoń na jej plecach i delikatnie popchnął w stronę schodów, mając zamiar odprowadzić ją do lochów.

Przez całą drogę Vanessa zastanawiała się, co tak naprawdę powiedzieć. Nie była pewna czy Matt Hollands jest naprawdę najlepszą osobą do zwierzeń, ale jednocześnie nie miała nikogo innego, z kim mogłaby porozmawiać. Jedyne, co wiedziała to, że potrzebowała wyrzucić to wszystko z siebie. Wizyta u brata obudziła w niej mnóstwo różnych emocji, które do tej pory z całej siły w sobie tłumiła. Znajdując się już w swoim niewielkim salonie, zaczęła wszystko opowiadać. Wkrótce Matthew wiedział już, dlaczego nigdy wcześniej nie słyszał nic o jej krewnych.

Jak się okazało, jedynym żyjącym członkiem jej rodziny był jej brat. Oboje jej rodzice zginęli w trakcie II Bitwy o Hogwart, a ciotka, która ich wychowywała, zmarła krótko po tym jak Vanessa ukończyła szkołę. Kontakty pomiędzy nimi były jednak dość napięte. Choć byli dla siebie tak naprawdę najbliższymi osobami, nigdy nie łączyła ich żadna szczególna więź, a kiedy oboje chodzili do szkoły, zniknęła ona praktycznie zupełnie. Evan był towarzyską, popularną osobą, a opinia innych bardzo się dla niego liczyła. Jeszcze w czasach szkoły dawał odczuwać swojej młodszej siostrze, że uważa, że przynosi mu wstyd; siostra-Puchonka, uznawana za lekko dziwaczną nie należała do tego, czym szczyciłby się dumny, lubiany przez wszystkich Gryfon, taki jak on. Na początku ją to bolało, ale potem przestała zwracać na to uwagę. Wkrótce ich pokrewieństwo stało się jedynym, co tak naprawdę ich łączyło.

Pamiętała jednak doskonale awanturę, jaką zrobił jej, gdy usłyszał o jej planach na przyszłość. Nie miała wątpliwości, że nie będzie zadowolony, że jego siostra chce być nauczycielką, ale tego co zrobił się nie spodziewała. Pamiętała doskonale jak wrzeszczał, że na każdym kroku czego by nie robiła przynosi mu wstyd i że jej wybór kariery tylko to podkreśla. Przekonanie, że dla żadnego z nauczycieli, jego praca nie była wyborem, lecz bardziej koniecznością ze względu na brak lepszych opcji, było dość powszechne. Jeżeli ktoś zostawał profesorem, uznawano go za po prostu kiepskiego w swojej dziedzinie, nie chcianego nigdzie indziej. Tak również sądził Evan, ale Vanessa kompletnie nie zwracała na to uwagi. Ona wiedziała, że jest inaczej i chciała poświęcić swoje życie nauczaniu kolejnych pokoleń czarodziejów. On tego jednak nie rozumiał i stwierdził, że nie chce mieć z nią nic wspólnego.

- Skoro tak cię potraktował, to dlaczego bez wahania opuściłaś Hogwart?- spytał Matthew widząc, że blondynka nie kontynuowała.

- W liście pisało, że jego życie jest zagrożone i że poprosił o to, żebym się pojawiła…- westchnęła- Sądziłam, że chce mnie przeprosić albo coś w tym rodzaju…

- Ale nie o to chodziło?

- Nie… Jedynym powodem, dla którego poprosił uzdrowiciela, żeby się ze mną skontaktować było to, że nie miał z kim zostawić swojej małej córeczki.

Od razu wyjaśniła, że nie chodziło tu o kwestię zajęcia się dzieckiem, lecz samej interesowności Evana. Kiedy tylko przybyła do szpitala świętego Munga i uzdrowiciel poinformował ją o panującej sytuacji, to ani na moment nie zawahała się zaopiekować dziewczynką dopóki jej brat nie wydobrzeje. Wiedziała jednak, że gdyby nie miała Grace, zapewne nie wiedziałaby o tym wypadku, tak samo jak nie miała pojęcia o istnieniu swojej bratanicy. Bez problemu jednak z sympatycznej profesor Harding stała się opiekuńczą ciocią Van, szybko zyskując zaufanie dziewczynki.

Prawdą było jednak, że opieka nad nią po raz kolejny uświadomiła jej, dlaczego tak bardzo angażowała się w zdobycie zaufania uczniów swojego domu, staranie się pomagać im w problemach. Zawsze starała się traktować ich jakby byli jej własnymi dziećmi; cieszyły ją ich sukcesy i przejmowała się porażkami, zawsze była gotowa ich wysłuchać i spróbować im pomóc. Wiedziała, że była to najbliższa macierzyństwu rzecz, jakiej miała kiedykolwiek doświadczyć. Niewiele ludzi wiedziało o tym, że nie mogła mieć dzieci; nie chwaliła się tym – bo i nie było czym – ale sądziła też, że nikt tego nawet nie podejrzewał. Była zresztą bardzo empatyczną osobą i nikt nawet nie miał powodu, aby doszukiwać się jakiegokolwiek głębszego powodu jej ogromnego zaangażowania.

Na sam koniec pobytu jednak, Evan zaskoczył ją po raz kolejny. Nie spodziewała się, że będzie jej wylewnie dziękował za jej nieocenioną pomoc; w rzeczywistości nie oczekiwała niczego, może poza zwykłym, niewielkim dziękuję. Zdziwiła się, gdy stanął przed nią z ogromnym bukietem kwiatów i „Niezbędnikiem Warzyciela" – walizeczką zawierającą wszystkie podstawowe, najczęściej używane składniki mikstur. Oniemiała, nie wierząc że to co widzi przed sobą było prawdziwe; a jednak, jej brat znajdował się przed nią z wyraźnym zamiarem zakopania topora wojennego. Nie miało dla niej znaczenia, że kwiaty, które trzymał były jedynym gatunkiem, na który miała uczulenie, a niezbędnik przeznaczony był dla uczniów do trzeciej klasy włącznie. I tak się popłakała, gdy ją uścisnął i przeprosił, i żałowała, że nie mogła zostać dłużej. Umówili się jednak, że odwiedzi go w trakcie wakacji.

Matt słuchał jej uważnie, jednocześnie obserwując; im więcej mówiła, tym bardziej zdezorientowany się stawał. Kiedy dotarła do momentu, że pogodziła się z Evanem, był już całkowicie skołowany. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego była w kiepskim humorze, skoro wyglądało na to, że pomiędzy nią a jej bratem zaczęło się układać, a przynajmniej mieli zamiar nad tym pracować. Zawsze spodziewał się, że w takiej sytuacji ktoś powinien być szczęśliwy, a nie przygnębiony, Vanessa jednak nie przejawiała zbyt wielu oznak radości, a jej wybuch przed Hogwartem był tylko na to dowodem. Nie dał jednak tego po sobie poznać, a i nic nie powiedział; musiał przyznać, że Van miała momenty, w których kompletnie jej nie rozumiał i to był wybitnie jeden z nich.

- Dzięki za dotrzymanie mi towarzystwa i wysłuchanie.- powiedziała, gdy zbierał się do wyjścia, a on tylko się lekko uśmiechnął.- I jakby to wszystko mogło zostać między nami…

- Jasne.- odparł natychmiast, a ona w końcu odwzajemniła uśmiech.

Już następnego ranka każdy bardzo ucieszył się z powrotu nauczycielki. Kiedy jako jedna z ostatnich osób weszła do Wielkiej Sali, powitały ją piski i oklaski. Wszyscy, lecz jednak szczególnie Puchoni i Gryfoni, bardzo cieszyli się, że eliksiry znowu będą wyglądały tak jak wcześniej. Allyson, Shyanne i Andrew też byli zadowoleni. Andrew mógł odetchnąć z ulgą, że nie będzie tracił setek punktów, chcąc dotrwać tylko do końca piątego roku. Shyanne, mimo że nie naraziła się szczególnie profesorowi, zazwyczaj i tak była oceniana dość nisko, a czasem naprawdę nie zrobiła jakiegoś szczególnie dużego błędu. Ally natomiast mogła wreszcie odpuścić sobie zakuwanie po treningach, żeby wiedzieć wszystko co było jej potrzebne na następnych zajęciach. W zachowaniu Snape'a widoczna była ogromna niechęć do Rose, a chcąc udowodnić jej, ze nie jest pępkiem świata ani nie posiada talentu do jego przedmiotu, za każdym razem pokazywał to wykorzystując Allyson. Wszelkie błędy Gryfonki wytykał porównując czynności obu dziewcząt, za każdym razem, gdy Rose nie odpowiadała na pytanie zadawał je Ally, oczekując odpowiedzi. Wszyscy, włącznie z samą Allyson, byli zaskoczeni, ale doszli do wniosku, że traktował ją tak jak Ślizgonów, a nie chcąc narobić sobie kłopotów wolała po prostu się wszystkiego nauczyć.

Popołudniu jednak dziewczyna odnalazła kolejny powód, dla którego była szczęśliwa, że opiekunka Hufflepuffu wróciła. Przyszła do dormitorium razem z Shyanne, podczas gdy ich współlokatorki udały się na wróżbiarstwo, mając zamiar zacząć pakować się do wyjazdu. Ze względu na odległość dzielącą Hogwart i Valaniyę, mieli wyjechać już następnego ranka, przez co zostało jej niewiele czasu na to, żeby się przygotować. Kiedy jednak podeszła do łóżka z zamiarem wyciągnięcia spod niego torby i zebrania w niej najpotrzebniejszych rzeczy, dostrzegła Jamiego. Kotek leżał na poduszce na boku, oddychając ciężko i trzęsąc się, a gdy zauważył Allyson w pobliżu podniósł tylko odrobinkę główkę i wydał z siebie ciche miauknięcie.

- Pobiegnę zobaczyć czy Harding ma teraz lekcje.- oznajmiła Shyanne i wybiegła z pomieszczenia, a Ally usiadła na skraju łóżka.

Bardzo delikatnie podniosła kociaka i gdy tylko przytuliła go do siebie, ten natychmiast wczepił jedną łapkę w jej szatę. Allyson doskonale wiedziała, że teraz za wszelką cenę nie będzie chciał się od niej odsunąć. Zazwyczaj jednak mruczał, a tym razem wydawał z siebie po prostu ciche pomiaukiwanie i Ally nie miała wątpliwości, ze coś musiało być nie tak. Z niecierpliwością czekała na powrót koleżanki, mając nadzieję, że Harding nie miała lekcji, aby udać się do niej po coś, co mogłoby pomóc Jamiemu. Cała szkoła w przypadku problemów ze swoimi zwierzątkami udawała się właśnie do nauczycielki eliksirów, gdy ta posiadała naprawdę rozmaite specyfiki i zawsze była gotowa im pomóc. Hagrid znał się w większości na dużych, często niebezpiecznych stworzeniach, o których uczyli się na jego zajęciach. Gdyby jednak pojawili się u pani Pomfrey, ta natychmiast by ich pogoniła. Profesor Harding natomiast nigdy nie odmówiła pomocy przy pupilu, czasem nawet kontaktując się ze swoim znajomym magowetem*, kiedy podanie zwykłej mikstury nie było wystarczające.

- Chodź Ally, Harding ma akurat okienko i kazała przynieść Jamiego!- blondynka prawie podskoczyła, gdy jej przyjaciółka wbiegła do sypialni.

Natychmiast wstała i razem z Shyanne udały się do gabinetu nauczycielki, która już na nie czekała. Jamie nie był zbytnio zadowolony, gdy Allyson odsunęła go od siebie i położyła na kocyku, który kobieta przygotowała dla niego na swoim biurku.

- Znalazłam go takiego jak wróciłam z zajęć… Jeszcze rano nic mu nie było…- w głosie Ally słychać było, że była bliska płaczu.

Kobieta obejrzała kota dokładnie i choć zazwyczaj nie był zbyt chętny, aby dać się dotknąć komukolwiek poza Allyson, było mu wszystko obojętne. Wydał z siebie tylko miauknięcie, gdy nauczycielka delikatnie nacisnęła jego brzuszek.

- Jak na moje musiał coś zjeść albo wypić i to coś porządnie mu zaszkodziło… Nie znam się jednak na tyle, żeby wiedzieć co takiego…

- Ale pomoże mu pani?

- Nie wiem czy nie lepiej będzie oddać go do magoweta… Mogę mu podać eliksir, ale nie wiedząc co mu tak naprawdę jest są małe szanse, że trafię właściwie. Wybitnie boli go brzuszek, a tego może być tysiąc powodów.

Allyson bez wahania zgodziła się oddać kotka specjaliście, nie chcąc niczego ryzykować. Shyanne została wysłana z listem do sowiarni, a nauczycielka pozwoliła Allyson zostać z kotem w jej gabinecie, podczas gdy sama musiała się udać na zajęcia z siódmą klasą. Ally siedziała na stołku przy Jamiem, delikatnie go głaszcząc i mówiąc do niego; ostatnia czynność nie należała do rzadkości, gdyś dziewczyna często przebywając samej w dormitorium rozmawiała z kotkiem. Nie był on co prawda najlepszym rozmówcą, ale zawsze sprawiał wrażenie wsłuchanego w jej słowa i nigdy jej nie krytykował.

Odpowiedź od magoweta przyszła szybko – o w pół do czwartej mieli go przenieść do niego. Do tego czasu Ally nie ruszała się od kotka nawet na krok, całkowicie ignorując panikowanie Shyanne, że nie zdąży się spakować. Wiedziała co chce wziąć, wystarczyło to tylko zebrać i schować do torby. Gdy w końcu nadeszła odpowiednia pora, przesłali Jamiego siecią Fiuu; Allyson ze łzami w oczach spoglądała na kotka, leżącego na swoim własnym, ulubionym kocyku, przyniesionym przez Shyanne. Nie wytrzymała jednak, gdy kociak spojrzał na nią smutnym wzrokiem tuż przed tym, jak pochłonęły go zielone płomienie i zniknął.

- Hej, Aluś, wszystko będzie dobrze.- pocieszała ją Shyanne, gdy szły z powrotem do dormitorium.

Allyson nic nie odpowiedziała, tylko pokiwała głową bez przekonania. Cały czas miała przed oczami smutne ślepia kota i czuła się okropnie, po prostu go tak zostawiając. Wiedziała jednak, że to dla jego dobra i jedynie to sprawiało, że nie wzięła go na ręce i nie wróciła z nim z powrotem do sypialni.

Przygotowanie wszystkich potrzebnych rzeczy nie zabrało jej dużo czasu, tym bardziej, że na szafce nocnej odnalazła listę tego, co każdy z drużyny miał ze sobą wziąć. Trzy szaty, kilka mugolskich ubrań, wszystko co potrzebne było na lekcjach – poza podręcznikami, a nawet kilka niezbędnych przy podróżowaniu eliksirów. Kiedy w końcu była gotowa doszła do wniosku, że w torbie zostało jeszcze mnóstwo miejsca, a i nie ważyła za dużo.

Wszyscy z samego rana zebrali się przed Hogwartem, żeby tak jak poprzednio pożegnać wyjeżdżającą drużynę. Gdy wyszli na dziedziniec, ujrzeli czekający już na nich autobus. Allyson uściskała Shyanne, Andrew i Annabelle, po czym wzięła swoją torbę i miotłę, i udała się do środka. Kompletnie zignorowała kierowcę, informującego ich po raz kolejny, żeby rzeczy zanieść na górę i bez chwili zawahania weszła na piętro. Większość zgromadziła się na niższym poziomie, ona jednak nie miała ochoty na towarzystwo. Przytrzymała się mocno, gdy usłyszała wrzask: „Ruszamy!" i przez okno widziała machających im uczniów, szybko jednak zniknęli jej z pola widzenia. Wtedy usiadła na łóżku i skuliła się; martwiła się o Jamiego, nie mając o nim jakichkolwiek informacji, a teraz jeszcze jechała w bardzo daleką podróż.

Tak się zamyśliła, że nie usłyszała zbliżających się kroków ani nie dostrzegła, że ktoś się do nich zbliża. Dopiero gdy poczuła dłoń na przedramieniu niemal podskoczyła i podniosła głowę.

- Czego chcesz, James?- spytała, nie pozostawiając mu żadnych wątpliwości, że wolałaby zostać sama.

- Dotrzymać ci towarzystwa, podnieść na duchu…

- Podnieść to mi możesz ciśnienie. A gdybym chciała towarzystwa, to poszłabym na dół. Poza tym, domyślam się, że uważasz martwienie się o kota za głupie.

- Wcale, że nie. Przywiązałaś się do niego i to normalne, że się przejmujesz, gdy coś mu jest. Co z tego, że jest to zwierzak? On też może się źle czuć, coś go może boleć i tylko człowiek bez serca nie starałby się mu pomóc. Troszczysz się o Jamiego i to tylko dobrze o tobie świadczy. Ale nie martw się o niego. Magowet z Hogsmeade jest prawdopodobnie najlepszym w Wielkiej Brytanii – na pewno błyskawicznie go wyleczy i gdy wrócimy do zamku, powita cię radosne miauczenie.

- Dzięki… Mam nadzieję, że masz rację.- uśmiechnęła się lekko i bez przekonania, ale Jamesowi to wystarczyło.

- Partyjka szachów na zabicie nudy i odciągnięcie pochmurnych myśli?

- Mogę zagrać, ale uprzedzam, że szachistka ze mnie kiepska.

- To świetnie, bo ze mnie również! Może dzięki temu uda mi się wreszcie rozegrać wyrównany pojedynek!

Chłopak zaczarował szachownicę, że unosiła się w powietrzu pomiędzy dwoma łóżkami, usiadł na jednym z nich, znajdującym się obok tego, na którym siedziała Allyson i rozpoczęli grę. Profesor Reynolds uprzedził ich, że choć autobus jest szybki, podróż potrwa ładnych kilka godzin, więc mieli bardzo dużo czasu, aby gra im się wręcz znudziła.