Nie jestem Charlaine Harris.
5. Kiedy się obudziłam, było już dobrze po południu – wiedziałam, bo w pierwszym impulsie po zapaleniu światła odszukałam zegarek i sprawdziłam, ile mam czasu, zanim moje wampiry się ockną. Nie było go wcale tak dużo. Chciałam wydostać się z pokoju przed tym, jak się obudzą. Nie miałam ochoty konfrontować się od razu z Erikiem i Pam. Wiedziałam, że drzwi zablokują się automatycznie po zatrzaśnięciu, więc nie musiałam obawiać się o ich bezpieczeństwo.
Spojrzałam na pogrążoną w śpiączce Pam. Leżała na wznak w schludnej, bladoróżowej koszuli nocnej, przykryta po pierś, z rękami na kołdrze splecionymi na brzuchu i z głową odwróconą w stronę łóżka Erica. Przypuszczam, że patrzyła na nas tuż przed zaśnięciem. Odwróciłam się do Wikinga i pogłaskałam go po twarzy. Z trudem powstrzymałam się przed wyciśnięciem soczystego całusa na jego ustach, po prostu dlatego, że wydawało się dziwnie wyzwalające móc całować go bez żadnych konsekwencji. Uśmiechnęłam się sama do siebie i wstałam. Na szafce przy łóżku Erica leżały trzy plastykowe hotelowe klucze – dwa do mojego pokoju i jeden do pokoju Erica i Pam. Domyśliłam się, że Eric zabrał wczoraj dla mnie mój klucz, żebym mogła dostać się do mojego pokoju, a dodatkowa sztuka to ta, którą wyłudził od recepcjonistki. Najprawdopodobniej oznaczało to, że zamierzał jeszcze w przyszłości z niej skorzystać.
Rzuciłam wampirom ostatnie spojrzenie (zauważając przy tym, że wampirze kwatery były oprócz łóżek wyposażone w umieszczone na stojakach trumny – być może dla bardziej przywiązanych do tradycji, albo nieufnych względem hotelowego bezpieczeństwa gości) i wymknęłam się z pokoju. Przebiegłam szybko przez korytarz i schody. Na szczęście udało mi się nikogo nie spotkać – miałam na sobie tylko piżamę.
Zdążyłam wziąć prysznic i zamówić coś do jedzenia, zanim do pokoju weszła Carla, która najwyraźniej również spędziła tę noc gdzie indziej.
- Hej – powiedziałam.
- Cześć. Szykujesz się na bal? Ma być po procesie.
To właśnie wtedy przypomniałam sobie, że na dzisiejszy wieczór zaplanowany był bal. Ale proces został odwołany po śmierci głównej oskarżycielki, Jennifer Carter – byłam tego prawie w stu procentach pewna. Carla musiała mieć przedawnione informacje.
Muszę się przyznać, że z pewną przyjemnością myślałam o tym, że się wystroję. Przygotowania były nieco utrudnione przez to, że musiałyśmy z Carlą dzielić łazienkę (w której moim zdaniem spędzała zdecydowanie zbyt dużo czasu), ale byłam całkiem zadowolona z końcowego efektu. Wyjęłam moją najszykowniejszą sukienkę – była jasnoniebieska, miała gorset i długą, sutą spódnicę. Była świetnie skrojona i wyglądała naprawdę pięknie. Próbowałam upiąć włosy do góry, ale poddałam się po kilku nieudanych próbach i pozwoliłam im spływać swobodnie rozpuszczonym na ramiona. Założyłam błyszczące kolczyki i pomalowałam się nieco mocniej niż zwykle. Nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz wyglądałam tak dobrze.
Carla wyłoniła się spod prysznica i pokazała mi swoją sukienkę, co pozwoliło nam nawzajem wygłosić nieszczere komplementy na temat naszego gustu. Po kilku minutach do drzwi zapukał Gervaise, który przyszedł po Carlę. Nie robił na mnie specjalnie dobrego wrażenia, a sposób, w jaki się witali kazał mi pomyśleć, że wolałabym, by poszli do prywatnej sypialni, ale Carla wydawała się bardzo zadowolona z brylantowej bransoletki, którą jej podarował. Odetchnęłam z ulgą, kiedy sobie poszli.
Wsunęłam nogi w wysokie szpilki i zaczęłam się zastanawiać, czy powinnam już zejść na dół. Trochę zepsuło mi humor, kiedy zdałam sobie sprawę, że pojawię się na balu bez pary. Właśnie w chwili, gdy rozważałam to wszystko, przestraszył mnie wibrujący głośno w mojej torebce pager, który królowa dała mi, by móc się ze mną komunikować.
„Zejdź na dół" – przeczytałam. – „Zaczyna się proces."
Więc proces jednak miał się odbyć. Zdałam sobie sprawę, że moja balowa kreacja będzie trochę nie na miejscu, ale nie miałam czasu się przebierać. Nieco wkurzona złapałam moją torebkę i zjechałam windą. Przy wyjściu czekał na mnie Andre. Nigdy dotąd nie widziałam go tak zdenerwowanego.
- Co się stało? – zapytałam. – Myślałam, że proces będzie odwołany.
Nie miałam najmniejszej ochoty z nim rozmawiać, ale sprawa była na tyle poważna, że postanowiłam na moment odłożyć osobiste urazy.
- Właśnie, wszyscy tak myśleliśmy. Albo, że jeśli się odbędzie, to tylko na pokaz. Ale wygląda na to, że chcą skazać królową przed rozpoczęciem balu. Mamy więcej wrogów, niż myśleliśmy. Sookie, musisz dowiedzieć się jak najwięcej. Weź moją rękę.
Byłam tak zaskoczona, że nie zaprotestowałam, kiedy wziął mnie pod rękę i poprowadził mnie do sali.
- Uśmiech – syknął. – Wyglądaj pewnie.
To było nawet w pewien sposób zabawne.
Tłum rozdzielił się przed nami, a mnie uderzył napływ myśli. Głupich, śmieciowych myśli, z których część dotyczyła królowej, część mnie, część Andre, a większość seksu, jedzenia, nudy i złośliwości. W końcu dotarliśmy do pomieszczenia, w którym, zauważyłam z niepokojem, nie było prawie w ogóle ludzi – nawet kelnerzy byli wampirami. To, co rozgrywało się w tych czterech ścianach, nie było przeznaczone dla ludzkiej społeczności.
Zobaczyłam Quinna przygotowującego scenę i siedzącą na honorowym miejscu siwowłosą, niewidomą wampirzycę – nigdy dotąd nie widziałam wampira przemienionego w tak późnym wieku. Andre wyjaśnił mi z roztargnieniem, że była to Starożytna Pythoness i że pełniła rolę sędziego. Obok niej siedziało w rzędzie pięciu wampirów, którzy byli radą.
Odszukałam wzrokiem wampiry z Luizjany. Skierowaliśmy się w ich stronę. Królowa, podobnie jak ja, wystrojona była w piękną purpurową suknię. Obok wampirów stała też Diantha, pan Catalides i Johan Glassport, prawnik Sophie-Anne. Wrogie nam wampiry stały po lewej od nas. Obserwowałam z zadziwieniem Henrika Feitha, jedynego ocalałego wampira z grupy z Arkansas, któremu po śmierci Jennifer Sophie-Anne zaproponowała opiekę i który wyglądał, jakby niespodziewanie przeszedł przemianę z zalęknionego cienia w kłębek furii.
Król Kentucky, który przewodził rozprawie, zarządził rozpoczęcie procesu i wezwał obie strony do przedstawienia swoich wersji wydarzeń.
Henrik mówił długo i żarliwie. Oskarżał królową o manipulowanie jego królem, nieczyste intencje, z jakimi zawarła małżeństwo i podkreślał anielską dobroć i adorację, jaką żywił zmarły władca dla swojej żony. Zakończył tyradę twierdzeniem, że po tym, jak w niewiadomy i podejrzany sposób wyszła cało z masakry, zamordowała króla, a następnie Jennifer i obłudnie oferowała mu miejsce w swojej świcie, sprawiając, że prawie uwierzył w jej dobre intencje, ale zdał sobie sprawę, że tak naprawdę chce zabić także jego.
Nie mam pojęcia, skąd przyszło mu do głowy opowiadać takie bzdury, bo zdawało się, że w nie wierzy.
- Ktoś mu to powiedział – szepnęłam z przekonaniem. – Ktoś powiedział mu, że królowa chce go zabić. To dlatego zmienił zdanie i wywołał na nowo proces. Wcale nie chciał atakować królowej, ale panicznie się boi, że ktoś go zamorduje.
- Skąd wiesz? – zapytał Andre.
- Jego prawnik. Czytam jego prawnika.
Prawnik Henrika był po części demonem, jak pan Catalides, ale widocznie jego umysł działał bardziej ludzko, bo mogłam go czytać dość swobodnie. Nieświadomie wyciągnęłam szyję do przodu.
- Ona nie chce cię zabić! – krzyknęłam, zanim zdążyłam się powstrzymać.
Wszystkie oczy były na mnie. Ups. Henrik Feith gapił się na mnie, a ja byłam tak podekscytowana, że mówiłam dalej:
- Powiedz nam, kto ci o tym powiedział, a dowiemy się, kto zabił Jennifer Carter…
- Kobieto – przerwał mi ktoś. – Bądź cicho. Kim jesteś, żeby przeszkadzać w tak ważnej sprawie sądowej?
Z zaskoczeniem stwierdziłam, że była to Starożytna Pythoness, której głos okazał się nadspodziewanie mocny jak na kogoś w tak podeszłym wieku. Zdałam sobie sprawę, że paskudnie wdepnęłam, ale musiałam już teraz brnąć dalej.
- Nie mam takiego prawa, Pani – przyznałam. – Ale znam prawdę.
Ktoś prychnął. Mogłabym przysiąc, że poznałam głos Pam.
- Och, więc ja jestem tu zupełnie niepotrzebna? Dlaczego powinnam pozwolić ci orzekać?
- Nie mam władzy orzekania, ale mogę usłyszeć prawdę i przedstawić ją, by kto inny wydał sprawiedliwy wyrok – powiedziałam starając się być jednocześnie niezbyt uległa i nie prowokować nadmiernie wampirzycy.
Pam prychnęła ponownie.
Nagle Eric wystąpił przed szereg i poczułam jego obecność, bardzo blisko siebie. Nic nie powiedział, ale w jakiś sposób dodawał mi odwagi i wiedziałam, że robi to świadomie i celowo. Nie miałam pojęcia, jak to robi, ale czułam siłę, którą próbował pchnąć w moją stronę. Była mi w tej chwili bardzo potrzebna, bo w tej strasznej sekundzie zdałam sobie sprawę z okropnej prawdy – nie czytałam w umyśle prawnika, czytałam w umyśle samego Henrika. Ostatnia wymiana krwi z Erikiem zwiększyła moje telepatyczne możliwości i pchnęła mnie nagle poza bezpieczną i dotychczas błogosławienie niedostępną granicę – czytałam w wampirzym umyśle. Byłam przerażona.
- Więc chodź i powiedz mi, co powinnam zrobić – powiedziała Pythoness z niebezpiecznym sarkazmem.
Miałam całe dwadzieścia sekund, by przezwyciężyć szok i zareagować. Podeszłam bliżej platformy. Eric przesunął się tuż za mną, wciąż nic nie mówiąc. Czułam się, jakby osłaniał moje tyły. Być może przed naszymi własnymi wampirami, by nie rozpruły mi gardła, aby mnie uciszyć.
- Henrik myśli, że królowa chce go zabić – powiedziałam tak czystym głosem, jak tylko mogłam. – Świadczył w samoobronie.
- Królowa nie chciała mnie zabić? – zapytał zdezorientowany Henrik, z nutą nadziei w głosie, zdradzając swoje intencje.
- Nie – powiedziałam zwracając się do niego. – Jej oferta była szczera.
Ale wampir nadal był przerażony.
- Ty też próbujesz mnie oszukać – rzekł jednocześnie demaskując prawdziwość swojego lęku. – Zapłacą ci za to.
- Mogłabym mieć swoje zdanie? – powiedziała zimno Starożytna Pythoness.
Auć. Nastała mroźna cisza.
- Czym jesteś? – zapytała mnie.
- Jestem telepatką, pani.
- Czytasz w umysłach wampirów.
- Nie, proszę pani – powiedziałam niezachwianym głosem. – To jedyne, które nie są dla mnie dostępne. Odczytałam to wszystko z umysłu prawnika.
- Czy Henrik Feith mówił ci o tym wszystkim? – zwróciła się do adwokata, który nie był zadowolony.
- Tak. Pan Feith czuł się śmiertelnie zagrożony.
- I wiesz, że królowa zaproponowała mu dołączenie do niej?
- Tak. Powiedział mi o tym – to było powiedziane już słabszym tonem.
- Nie uwierzyłeś w słowa królowej? – wampirzyca umiała czytać między wierszami.
- Moim obowiązkiem było chronienie mojego klienta – odparł dyplomatycznie i pokornie.
- Sophie-Anne Leclerq, wzywam cię do przedstawienia twojej wersji!
Sophie-Anne potwierdziła moją wersję odnośnie Henrika i opowiedziała o nocy, podczas której zginął Peter. Raz jeszcze zostałam wezwana na świadka, jako że byłam obecna przy jego śmierci. Królowa postarała się, by wszyscy zwrócili uwagę na fakt, że ona sama poniosła w wyniku wydarzeń w Nowym Orleanie duże straty finansowe i straciła wiele wampirów ze swojej świty, oraz że masakrę sprowokowały wampiry z Arkansas. Nie znałam się na procesach, ale miałam wrażenie, że sympatia rady zaczyna się przychylać na naszą stronę.
Nastała cisza, podczas której Starożytna Pythoness rozważała wyrok. W końcu podniosła głowę i jej ślepe oczy skierowały się bezbłędnie na Sophie-Anne.
- Na mocy prawa Arkansas jest twoje – powiedziała beznamiętnie. – Jesteś niewinna.
Nikt nie wyraził protestu. Odetchnęłam z ulgą. Podczas procesu zdążyłam się zastanowić, co też mogłoby się z nami wszystkimi stać, gdyby proces skończył się niepomyślnie dla królowej. Królowa uśmiechnęła się, Andre przestał wyglądać jak tykająca bomba zegarowa. Eric zrobił krok do tyłu w stronę swojego poprzedniego miejsca w grupie wampirów.
- A teraz – powiedziała Starożytna Pythoness zwracając się w stronę Henrika – Twoje bezpieczeństwo jest zapewnione. Powiedz, kto ci naopowiadał takich kłamstw?
Henrik nie wyglądał na zapewnionego. Wyglądał na przerażonego. Wstał i przesunął się w moją stronę, być może kierując się jakąś przewrotną logiką, która kazała mu myśleć, że obecnie jestem użyteczniejszą zabawką od niego, więc moja bliskość stanowi jakąś strefę bezpieczeństwa. Okazał się najinteligentniejszy z nas wszystkich.
Świsnęło. Henrik spojrzał w dół i zatrzymał wzrok na tkwiącej w jego piersi strzale. Jego twarz zdążyła jeszcze przybrać wyraz zgrozy, a potem zaczął rozsypywać się w proch. Trzonek strzały był drewniany.
Wampiry rzuciły się na podłogę. Britlingenowie dobiegli do króla Kentucky z bronią w ręku. Andre zasłonił Sophie-Anne…
…Eric skoczył przez pustą przestrzeń na środku sali i powalił mnie na ziemię biorąc na siebie kolejną strzałę, całkowicie niepotrzebną ubezpieczającą strzałę przeznaczoną dla Henrika.
Wiem, że Eric w oryginale wypowiedział się dość niejednoznacznie na pytanie, czy skoczyłby przed strzałą, ale myślę, była tam niekonsekwencja, której tu nie przywołam, żeby nie spojlerować kolejnego rozdziału ;)
