Jak zawsze nie sprawdzany. Wybaczcie mi wszystkie literówki i inne pomyłki, ale mam teraz zbyt dużo roboty, żeby je popoprawiać.
Otaksował otępiałym spojrzeniem biały pokój, jakby sprawdzając, czy niczego nie zapomniał. Wiedział dobrze, że nie, nie miał tu wielu rzeczy, a wszystkie, które jednak się tu znalazły, spakował Remus, rozmawiający teraz z Uzdrowicielem przed drzwiami. Czuł się otępiały i jakby odcięty od własnych uczuć – był pewien, że to zasługa eliksiru uspokajającego, którym w ostatnich dniach był faszerowany. Znał jego smak tak dobrze, że mógłby opisać go wyjątkowo szczegółowo nawet gdyby ktoś zerwał go z łóżka o trzeciej w nocy. Nienawidził jego efektu; sprawiał on, że nie mógł skupić swoich myśli na niczym konkretnym, nie pozwalał ułożyć się wspomnieniom w spójną całość. Myśleli, że mu pomagają, w końcu po eliksirze napady histerii mijały, ale nikt nie słuchał, kiedy mówił, że już nie chce, że nie da rady. Wiedział, że starają się mu pomóc, lecz właściwie wolał, żeby dali mu święty spokój.
Przejechał dłonią po gładkiej, białej pościeli i nagle poczuł do tego pomieszczenia, falę ogromnej nienawiści. Wszystko w nim było takie... idealne, każdy przedmiot miał swoje miejsce, a on, Harry, jakby zakłócał całą jego harmonię. Zacisnął pięści z bezradnego gniewu, ale wtedy poczuł, że eliksir zaczyna walczyć z rosnącym w nim uczuciem. Poddał się więc ogarniającej go na nowo obojętności.
Drzwi otworzyły się i wolnym, spokojnym krokiem do środka wszedł Remus. Harry mógłby przysiąc, że jego uśmiech był wymuszony, z całą pewnością nienaturalny.
- Gotowy, żeby wrócić do domu, dzieciaku? - zapytał, zatrzymując się w bezpiecznej odległości. Ostatnie dni musiały go nauczyć, że lepiej nie zbliżać się do Harry'ego, jeśli sytuacja tego nie wymaga. Nawet eliksiry uspakajające nie były w stanie zlikwidować strachu Harry'ego przed innymi ludźmi.
- Do domu – powtórzył chłopiec, bez grama emocji w głosie. - Wracamy do Hogwartu? - zapytał cicho, uporczywie przyglądając się swoim dłonią.
- A chciałbyś? - zapytał Remus ciepłym głosem.
Harry zmarszczył brwi. Nie rozumiał, dlaczego Remus pyta go o zdanie, przecież i tak zrobi to co uważa za słuszne.
- Nie – odparł jeszcze ciszej niż poprzednio. Nagle myśl o powrocie do tłocznego Hogwartu, gdzie już każdy wie co zrobił mu wuj, wydała mu się niesamowicie przerażająca. Podniósł wzrok i wbił spojrzenie swoich zielonych oczu w Remusa. - Nie każ mi tam wracać, błagam – poprosił głosem cichszym od szeptu.
Remus wykonał ruch, jakby chciał podejść do chłopca, jednak zauważając jego wzdrygnięcie się, zrezygnował z tego.
- Nie musisz tam wracać jeśli nie chcesz, Harry. Do niczego cię nie zmuszę – powiedział, starając ukryć się złość, którą odczuwał do Dursleyów. Wydawało się jednak, że Harry musiał dostrzec nutę gniewu w jego głosie, bo widocznie się skulił. Objął chude ramiona rękami i wbił spojrzenie w ziemię.
- Przepraszam, że sprawiam tyle kłopotów.
- Nie sprawiasz kłopotów, Harry i nie masz za co przepraszać.
Remus podszedł powoli do łóżka chłopca, udając, że nie widzi jak ten wzdryga się i odsuwa. Usiadł obok niego i delikatnie chwycił jego dłoń.
- Wiesz, kiedy się urodziłeś wszyscy byli tobą zachwyceni. James był taki dumny... Biegał w kółko, krzycząc „mam syna, mam syna!". Lily nigdy nie lubiła tych jego wybryków, ale w tamtej chwili odnosiłem wrażenie, że gdyby nie była tak wykończona porodem, dołączyłaby się do niego. Gdyby teraz tu byli, możesz być pewny, że dostałbyś ochrzan życia za to jak o sobie mówisz.
- Dobrze, że ich tu nie ma – powiedział Harry tonem, który wskazywał, że nie słuchał tego, co mówił Remus. - Umarli by ze wstydu, widząc jak beznadziejnego mają syna.
Remus popatrzył lekko zszokowanym wzrokiem na Harry'ego.
- Myślisz, że wstydziliby się ciebie? - zapytał Remus, jednak nim Harry zdążył przytaknąć kontynuował. - Lily i James byli gotowi nie tylko za ciebie umrzeć Harry, wiem, że mogliby dla ciebie zabić i uwierz mi, gdyby twoi rodzice tu byli, twój wuj nie pożyłby długo.
- Dlaczego to robisz? Dlaczego mnie pocieszasz? Zasłużyłem sobie na to... Gdybym był lepszy, gdybym umiał być częścią idealnej rodziny... - Chłopiec nie dał rady dokończyć zdania. Łzy przyozdobiły jego policzki i Harry nie zrobił nic by temu zapobiec.
- Harry, Harry posłuchaj mnie. - Remus przyklęknął przed chłopcem i delikatnie uniósł jego brodę, tak by patrzył mu w oczy. Dzieciak odwrócił twarz w drugą stronę i zacisnął oczy, jakby spodziewał się uderzenia. To zabolało Remusa, ale starał się to ignorować.
- Nie zasłużyłeś na żadne z tych okropieństw, które cię spotkały, Harry. To my zawiniliśmy. Nie ty. To my jesteśmy dorośli, powinniśmy zauważyć jakieś znaki, powinienem wiedzieć, że sposób w jaki mówisz o swojej rodzinie nie jest normalny. Twój wuj jest chorym psychopatą, Harry i obiecuję ci, że już nigdy go nie zobaczysz. Przepraszam, że nie potrafiłem dostrzec w porę tego wszystkiego.
Przytulił do siebie chłopca, a ten zadrżał gwałtownie i jakby delikatniej niż ostatnio, z mniejszym przekonaniem spróbował się wyrwać.
- Przepraszam – wychlipał chłopiec w jego ramię w końcu nieco się uspokajając. - Przepraszam. Nie umiem nad tym panować. Dotyk mnie przeraża. Przepraszam.
Faktycznie chłopiec mimo że przestał się wyrywać, był bardzo spięty.
- Nie martw się, popracujemy nad tym – powiedział uspokajająco Remus, gładząc delikatnie jego plecy. - Harry?
- Hmm?
- Kocham cię, dzieciaku.
Remus uśmiechnął się delikatnie, czując jak Harry obejmuje go ramionami i wtula twarz w jego ramię.
- Też cię kocham, Remus – powiedział cicho, a mężczyzna nie był pewien czy to wzruszenie uczyniło głos chłopca tak ochrypłym, czy tylko mu się wydawało.
- To twój dom? - zapytał cicho Harry, przyglądając niewielkiemu domkowi, który otoczony był lasem.
- Tak – odparł Remus, również spoglądając w tamtą stronę. - Wiem, że to niewiele, ale...
- Jest wspaniały – powiedział Harry rumieniąc się i wbijając wzrok w ziemię. - Przepraszam, nie powinienem ci przerywać.
- Nie szkodzi. Chodź, zobaczysz pokój, w którym będziesz mieszkał. Później możemy go urządzić jak będziesz chciał. Na razie musisz coś zjeść i iść spać.
- Nie jestem głodny – mruknął chłopiec.
- Musisz jeść, dzieciaku, słyszałeś co mówił Uzdrowiciel. Wiem, że możesz nie być głodny, ale twój organizm potrzebuje jedzenia. Nie martw się, niedługo eliksiry zaczną działać i twój układ pokarmowy wróci do normy.
Weszli do środka i Remus poprowadził go po dość wąskich schodach na górę. Otworzył trzecie drzwi po lewej i oczom Harry'ego ukazał się dość przestronny, skromnie urządzony pokoik.
- Mój pokój jest obok, po prawej jest łazienka. Pamiętaj, gdyby coś się działo, możesz przyjść do mnie o każdej porze dnia czy nocy.
- Ile tu zostaniemy? - zapytał chłopak, przyglądając się zdjęciom jego rodziców, wiszącym na ścianach
- Około dwóch tygodni, w zależności jak będziesz się czuł – odparł Remus.
- A co z twoją pracą? Zwolnią cię przeze mnie...
- Nie zamartwiaj się, Harry. Albus załatwił już zastępstwo. Jeśli już o Albusie mowa, w szafie powinieneś znaleźć resztę swoich rzeczy, dyrektor je tu przywiózł.
- Dziękuję – odparł chłopiec, unikając spojrzenia mężczyzny.
- Harry? Co się dzieje?
- To nic takiego, naprawdę.
- Jeśli coś cię dręczy, to proszę, porozmawiaj ze mną.
- Czuję, że jestem dla ciebie ciężarem – powiedział smutno Harry, siadając na łóżku. - Pojawiłem się w twoim życiu i wywróciłem je do góry nogami. Powoduję same problemy, mój wuj miał rację, powinienem był umrzeć razem z mamą i tatą, nie niszczyłbym wszystkim życia.
- Och Harry – westchnął Remus, przygarniając do siebie łkającego chłopca. - Co za głupoty opowiadasz? Poznanie cię, jest jedną z najlepszych rzeczy, które mnie w życiu spotkały. Wcale nie powodujesz problemów. Są na tym świecie ludzie, którzy nie wyobrażają sobie życia bez ciebie. Gdybyś umarł razem z Lily i Jamesem, Harry, nie byłoby już nic, co trzymałoby mnie przy życiu. Jest ci teraz ciężko i wiem, że nie mogę zrozumieć tego co czujesz, ale to minie i pewnego dnia znów będziesz szczęśliwy. Pomogę ci w tym, Harry. Uzdrowiciel Carter podobno znalazł już kogoś, kto będzie umiał rzucić zaklęcie, które ci pomoże. Dasz sobie radę.
- Przepraszam, że sprawiam tyle problemów.
Remus westchnął ciężko, czując, że jego wilk robi to samo. Przed nimi jeszcze naprawdę długa droga, żeby mogło być dobrze.
Delikatnie zamknął drzwi do pokoju Harry'ego, starając się nie narobić hałasu. Dzieciak po ponad godzinie płaczu i rozmowy, zasnął. Remusa cieszył ten fakt, chłopiec z pewnością potrzebował naturalnego, niewymuszonego eliksirami snu, by jego organizm mógł się zregenerować.
Zszedł schodami na parter, w duchu zastanawiając się, czy da sobie radę z nowymi obowiązkami. Nie miał dużo pieniędzy, ani wielkiego domu i szczerze mówiąc, bał się. Bał się, że nie da rady zapewnić Harry'emu szczęśliwego domu, bezpieczeństwa, że nie da rady pomóc chłopcu. Poza tym, dochodziła do tego wszystkiego jego likantropia. Po tylu latach nauczył się już z nią żyć, lecz nie wybaczyłby sobie, gdyby miał jakoś skrzywdzić chłopca Jamesa.
Rozejrzał się po domu i przyznał w duchu, że to nie są najlepsze warunki dla dorastającego dziecka. Dom nie był specjalnie duży, choć i nie była mały. Kuchnia była największym pomieszczeniem, które jednocześnie robiło za jadalnię. Jedna łazienka znajdowała się na dole, druga zaś na górze. Mały salon z wygodną kanapą i mugolskim telewizorem był naprzeciwko kuchni. Wąskie schody prowadziły na górę, gdzie znajdywały się trzy sypialnie i druga toaleta. Wszystko było urządzone dość skromnie - Remus nie należał do rozrzutnych ludzi, ale z jego przypadłością ciężko było cokolwiek zarobić. Dopiero jego pracę w Hogwarcie można było nazwać dość przyzwoitą, choć pensja i tak nie zwalała z nóg.
Remus westchnął po raz setny tego dnia i zabrał się za przygotowywanie kolacji. Harry czy tego chciał czy nie, musiał jeść. Nagle jego wzrok natknął się na jakiś ciemny kształt za oknem. Wstrzymał oddech, a jego ręka odruchowo powędrowała do różdżki. To niemożliwe! To niemożliwe, żeby Syriusz miał czelność się tu zjawić.
