Agent był już przy zbiorniku. Jednak nic nie widział przez płomienie. Nagle dobiegł go głos jednego z mężczyzn ubranych na brązowo:
-Jej przeznaczenie się wypełniło.- na te słowa agent chciał go rozszarpać. Jednak najpierw musiał ją uratować, to nie mogło się tak skończyć. Odszukał wzrokiem jakąś płachtę i zarzucił, aby ugasić płomień. Jednak jedynie poparzył sobie lewą dłoń.
-Szybko!! Ugaście to!!- krzyczał po agentach. Czas wydawał się stanąć w miejscu. W końcu przybiegł ktoś z gaśnicą. Jej piana po dłuższej chwili wygrała z żywiołem. Booth szybko wyciągnął ciało kobiety.
-Bones! Nie!- głos agenta się załamał. Położył ją na podłodze wraz z innym agentem, który nożem przeciął liny, którymi była spętana. Booth odgarnął lepiące się do jej twarzy mokre włosy. Przyłożył dwa palce do szyi by sprawdzić puls. Nie! Ona musi żyć!! Szybko przystąpił do akcji reanimacyjnej. Booth z nerwów cały drżał, ale nieustannie wraz z drugim agentem walczył o jej życie. Tłoczył powietrze do jej bladych ust, jednak kobieta nie reagowała. Wyglądała tak spokojnie. Nikt nie odważył się mu przerywać. Ci co pozostali w magazynie patrzyli w osłupieniu na całą sytuację. W końcu przybyli sanitariusze. Booth nie odstępował kobiety na krok. Nie pozwolił sobie opatrzyć sparzonej dłoni tylko wszedł razem z sanitariuszami do karetki. Jak zza ściany dochodziły go ich głosy:
2 miligramy epinefryny….Tracimy ją! Szybko!! Spróbujcie podać tlen!
Wszystko wydawało się być zamazane. Agent nie widział pełnych współczucia spojrzeń obecnych w samochodzie. Ściskał jej dłoń i nie w pełni świadomie szeptał :
- Nie.. Bones. Nie poddawaj się… Nie rób mi tego... Żyjesz, musisz żyć…
Szybko dojechali do szpitala. Wzięli ją na oddział ratunkowy. Tuż przed jej salą zatrzymali go, nie pozwolili mu wejść.
-Ale ja musze tam być! Ona..
-Proszę pana, niech pan pozwoli nam się nią zająć. Ktoś powinien zając się pana dłonią.- powiedziała kobieta widząc dość poważne oparzenie.
-Ale..- nie mógł uwierzyć, że ta kobieta każe mu myśleć o czymś innym niż o Tempe, przecież ona była teraz najważniejsza, chciał na nią krzyknąć, ale zdrowy rozsądek nieco go opanował - Nie pozwólcie jej umrzeć!
-Zrobimy wszystko co w naszej mocy, proszę tu zostać. Zaraz ktoś powinien przyjść zając się panem- Pielęgniarka zniknęła za szklanym drzwiami. Mógł dostrzec jak wszyscy krzątali się dość nerwowo koło Temprence. Jak wkłuwali jej jakieś kroplówki. Ostatecznie ktoś zasłonił żaluzje. Seeley'a ogarnęła bezsilność. Zaczynała opanowywać go wściekłość. Uderzył prawą pięścią w ścianę. Miał przed oczami obraz leżącej bezruchu na podłodze magazynu Tempe. Do oczu zaczęły napływać łzy. Nagle zadzwonił jego telefon. Wyjął komórkę na wyświetlaczu wesoło tańczył napis: ANGELA. Zawahał się chwilę, ale odebrał połączenie.
-Temprence jest w szpitalu- powiedział nim artystka zdążyła cokolwiek powiedzieć. -walczy o życie- załamał mu się głos i rozłączył się. Wypowiedzenie tych słów sprawiło, że ostatecznie stały się dla niego realne. Kleszcze lęku i niepewności ścisnęły mu klatkę piersiową. Z trudnością łapał oddech.
W instytucie wiadomość spowodowała niemałe poruszenie. Wspólnie zadecydowali, że Angela wraz z Monicą pojadą do szpitala. Ktoś musiał zostać zabezpieczyć wszystkie dowody w sprawie. Wzięły taksówkę, ponieważ żadna z nich nie czuła się na sile, aby prowadzić samochód.
-Powinnam wcześniej wpaść na to, ze ten materiał porównawczy był podmieniony- powiedziała załamana blondynka- To wszystko moja wina, powinnam…
-Skarbie, to jest wina Johnny'ego i jego kumpli.- przerwała jej artystka- Poza tym Booth powiedział, że Tempe walczy, a nie znam bardziej bojowej kobiety niż ona. Będzie dobrze. Musi być- mówiła bardziej do siebie niż do stażystki, jakby te słowa miały jakąś moc.
W końcu dotarły przed salę. Zauważyły Seeley'a siedzącego na podłodze. Szybko do niego podbiegły.
-Booth? Wiadomo coś?
-Nie..- powiedział na wydechu.
-A co się stało? Co on jej zrobił?!
-On ją…- przed oczami stanęły mu wszystkie sceny dzisiejszego dnia z magazynu. Gardło ścisnęła gorycz. Angela spostrzegła oparzoną dłoń agenta.
-I co ci się stało w rękę?
-To nic…-spojrzał na dłoń, która była już pokryta bąblami.
-Monica idź po kogoś. Trzeba to opatrzyć.- dziewczyna kiwnęła głową i bez słowa poszła.
-Angela…- zaczął Seeley- Ja sobie nie poradzę jak jej zabraknie. Nie teraz…
-Nie myśl o tym. Ona wyjdzie z tego! Zobaczysz!
-Była taka blada…- artystka przytuliła mężczyznę. Ten gest spowodował, że emocje obojgu puściły.
Czerń opanowała wszystko. Nie mogła złapać tchu, chociaż tak bardzo chciała. Mogła przysiąc, że z oddali słyszała głos Seeley'a, ale nie mogła zrozumieć co mówi. Nie była pewna czy chce zrozumieć, bo wtedy pewnie zaczęłaby walczyć. Nie miała na to siły. Była pogodzona z tym, że to koniec. Przynajmniej tak jej się wydawało. Otaczająca ją ciemność zaczęła ją pochłaniać. Poczuła, że znów się dusi. Tak musi być… Nagle poczuła, że ktoś trzyma jej dłoń. Doskonale znała ten dotyk- to był on. Wiedziała, że musi jeszcze kiedyś spojrzeć mu w oczy, ale czy nie było za późno?
NIE! To nie może się tak skończyć!- krzyczała do siebie w myślach.
Zdawało się, że przestrzeń wkoło niej robi się z każdą podjętą myślą jaśniejsza. Ale czy to oznaczało jej powrót? Nagle dotyk jej partnera został brutalnie przerwany, a ona poczuła ogarniający ją lęk. Nie wiedziała czy da radę sama wyswobodzić się z sideł tak bliskiej śmierci.
Czas mijał nieubłaganie swoim monotonnym rytmem.
-Zawiodłem ją…- Booth mówił szeptem, a Angela słuchała go w milczeniu, nie wiedziała jak inaczej zareagować. Postanowiła dać mu to z siebie wyrzucić. Lekarz opatrzył mu rękę. Powiedział, że prawdopodobnie pozostaną blizny, ale on się tym nie przejął. Nerwowo skubał opatrunek wylewając z siebie słowa.- Jak miała koszmary… wtedy przyrzekłem jej, że już nic nigdy się jej nie stanie. Ona mi zaufała, a ja ją zawiodłem… Jak mogłem spuścić ją z oczu? Jak mogłem nawet przez sekundę wątpić czy mówi prawdę?- siedzieli dalej na podłodze pod jej salą. Booth nie chciał się ruszyć. Reszta, która niedawno przybyła w pełnym składzie nie pomijając słodkiego poszła do pobliskiego bufetu.
-Booth… Temprence wie, że nigdy w nią nie zwątpiłeś.- powiedziała cicho artystka kładąc dłoń na jego ramieniu. Nic nie odpowiedział pogrążając się w czarnych myślach. Ciszę przerwał lekarz.
-Państwo są z rodziny dr Brennan?- oboje skinęli widząc smutną minę mężczyzny. – No więc w tej chwili oddycha za nią respirator. Nie wygląda to za dobrze. Jak w ciągu 24 godzin nie podejmie sama oddechu to będziemy musieli ją odłączyć. Nawet jak się obudzi nie wiadomo jak długo była pod wodą czy jej mózg nie był zbyt długo pozbawiony tlenu.
-Zabijecie ją?!- krzyknął Booth- Jak śmiesz!- rzucił się na lekarza.
-Booth!! Booth! Zostaw go!!- krzyknęła Angela. Mężczyzna usłuchał.
-Rozumem pana roztrzęsienie- zaczął niepewnie lekarz poprawiając fartuch.- Jednak tak mam zapisane w karcie pacjentki. Nie chce być sztucznie podtrzymywana przy życiu.
-To niemożliwe… to musi być jakaś pomyłka! Angela powiedz mu!- kobieta na te słowa jedynie spuściła wzrok. Wiedziała, że przyjaciółka podpisała te papiery, kiedyś o tym rozmawiały.
-Możecie wejść do niej, ale pojedynczo.- spojrzał na tłumik, który się zebrał, to była reszta zespołu. Dlaczego on mówi tak jakbyśmy mieli się z na pożegnać?!
-Booth?- to był głos Angeli pytający czy chce iść pierwszy. Bał się jej widoku.
-Idź pierwsza- wydukał
-Jesteś pewien?- odpowiedziało jej milczenie, ale weszła do sali kobiety. To co zobaczyła wstrząsnęło nią. Temprence miała na twarzy maskę z której wychodziła dość gruba rurka dostarczająca tlen dzięki respiratorowi. Poza tym miała podłączone kroplówki i aparat monitorujący prace jej serca. Była bardzo blada, jej włosy były w nieładzie.
-Skarbie…- zdołała jedynie powiedzieć artystka i dotknęła jej dłoni. Nagle usłyszała, ze ktoś wchodzi do sali, odwróciła się. To był Booth wyglądał jak cień człowieka. Ten dzień pozostawił na nim duży odcisk.
-Angela… chciałbym…
-Jasne- artystka wyszła spoglądając przez ramię na przyjaciółkę.
Od kobiety jego życia dzieliło go około 2 metry. Teraz zdawało się, że są to co najmniej 2 kilometry. Wpatrywał się w nią i nie mógł się ruszyć. To było jak jakiś koszmar, przecież jeszcze jakieś 3 dni temu trzymał ją bezpieczną w swych ramionach. W końcu zdołał się do niej zbliżyć.
-Bones… Temprence nie zostawaj mnie- z bladej twarzy odsunął jej kasztanowy kosmyk, a następnie ujął jej dłoń. Wpatrywał się w nią i w myślach modlił się, aby to przeżyła i wtedy stało się coś niezwykłego. Poczuł, że odwzajemniła uścisk. Czy to moja wyobraźnia?! Spojrzał na nią. Kobieta otwarła oczy i zaczęła się dusić aparaturą. Szybko nacisną guzik wzywający siostrę.
-Siostro! Ktokolwiek! - do pomieszczenia wbiegł lekarz z którym przed chwilą się szarpał.
-To niemożliwe- powiedział zdziwiony lekarz, który najwyraźniej spisał kobietę na straty. Szybko oswobodził z maszyny kobietę i osłuchał. Szok nie schodził mu z twarzy. –Dr Brennan słyszy mnie pani?- zapytał na co kobieta kiwnęła głowa. Zdał sobie sprawę, że przecież jej gardło jest poważnie podrażnione i mu nie odpowie.- Zna pani tego mężczyznę?- wskazał na Bootha, który podświadomie napiął każdy mięsień swojego ciała w oczekiwaniu na odpowiedź. Po kilku sekundach, które zdawały się wiecznością Temprence znowu kiwnęła a Booth w sekundę znalazł się tuż przy niej. Lekarz postanowił ich zostawić.
-Ale napędziłaś mi strachu- powiedział Seeley z wyraźną ulgą. – Jak dobrze, że jesteś.- ich dłonie się splotły. Mężczyzna ułożył się tuż przy kobiecie na szpitalnym łóżku. Nie potrzebowali więcej słów. Podświadomie oboje wiedzieli, że ten dzień będzie ich nowym początkiem.
Z progu patrzyli na nich inni z uśmiechami na twarzy. Wiedzieli, że przeżycie Temprence było cudem. Cudem spowodowanym miłością.
-Kiedy ja znajdę swojego agenta FBI?- westchnęła Monica.
-Ja pracuje dla FBI- odpowiedział Sweets.
-Ona mówiła o umięśnionym, przystojnym z idealnym uzębieniem agencie FBI- podsumowała wypowiedź psychologa Angela i wszyscy wybuchli śmiechem, który zdawał się niszczyć wszystkie złe emocje.
Qniec
