Autorka wyraziła zgodę na tłumaczenie.
Link do oryginału znajduje się na moim profilu.
~ XXIX ~
Kiedy się obudziłam, nie wstawałam z łóżka przez co najmniej pół godziny. Nie byłam w stanie. Po prostu leżałam na wznak, gapiąc się w sufit.
W końcu przewróciłam się na bok, żeby sięgnąć po swoją komórkę. Nagle coś, co leżało na podłodze, przykuło moją uwagę.
Naszyjnik.
Westchnęłam. Damon musiał zapomnieć z powrotem mi go założyć. Chwyciwszy i łańcuszek, i telefon usiadłam nieco prościej.
Osiem połączeń nieodebranych.
Zmarszczyłam brwi, patrząc na wyświetlacz. Elena dzwoniła trzykrotnie, a jakiś nieznany numer aż pięć razy...
Po naciśnięciu odpowiedniego przycisku przyłożyłam komórkę do ucha.
— Amy, no wreszcie!
— Również miło mi cię słyszeć, Luke — mruknęłam ochryple. Odchrząknęłam. — Nowy numer?
— Tak. Dobrze się czujesz?
— Nic mi nie jest — zapewniłam. — A ty jak się masz?
— Nieźle — odparł. — Próbowałem się do ciebie dodzwonić jakieś...
— ...pięć razy? — dokończyłam. — Wiem. Zobaczyłam to dopiero chwilę temu. Przepraszam, nie słyszałam dzwonka.
— Nie ma sprawy. Po prostu się o ciebie martwiłem.
— Dzięki... — wymamrotałam. — Um... Ustaliliśmy, że dziś porozmawiamy, prawda?
Wydał z siebie długie westchnienie. — Prawda...
Przygryzłam wargę. — Będę w „Grillu" za około... godzinę.
— W porządku... — odparł. Uśmiechnęłam się.
— Dziękuję, Luke. Za... no wiesz, wczorajszy wieczór.
— Nawet o tym nie wspominaj. No to... do zobaczenia w „Grillu"?
— Tak, na razie — pożegnałam się i przerwałam połączenie. Na szczęście głowa przestała mnie już boleć.
Zmusiwszy się do opuszczenia łóżka, podeszłam do lustra i założyłam naszyjnik. Moje odbicie wydawało się takie... normalne, jakby nic się nie wydarzyło, jakby nigdy nie zaatakowały mnie psychopatyczne wampiry...
Wzdłuż kręgosłupa przebiegł mi dreszcz. Wzięłam głęboki oddech, próbując się opanować, po czym zeszłam na parter. Wchodząc do kuchni, omal nie wpadłam na Dana, który robił sobie kawę.
— Dzień dobry... — przywitałam się cicho, również napełniając swój kubek czarnym napojem, a następnie usiadłam na krześle.
— Dzień dobry.
Popatrzyłam na niego, obgryzając paznokcie. Mój umysł bombardowały teraz miliony myśli.
Mogłam wczoraj umrzeć.
I już ich więcej nie zobaczyć.
— Wszystko w porządku?
Poderwałam głowę. — Hę? Czemu pytasz?
Wzruszył ramionami. — Wróciłaś wczoraj dość wcześnie... Myślałem, że nie pokażesz się w domu przed północą.
Przełknęłam ślinę. — No cóż... Zabawa nie okazała się aż tak dobra, jak się spodziewałam... Poza tym byłam naprawdę zmęczona, więc...
Skinął głową. Po chwili podniosłam się na nogi i znalazłszy się przy nim, mocno go przytuliłam.
— Nie cierpię się z tobą kłócić... — wymamrotałam. — I... przepraszam.
Odetchnął głęboko, obejmując mnie ramionami.
— I ja przekroczyłem pewną granicę — przyznał. — Ale nie w złych intencjach. Nie zamierzałem cię skrzywdzić. I też przepraszam...
Tuż po tym, jak pociągnęłam nosem, do kuchni wkroczyła Caroline.
— Caroline, nie zrozum mnie źle, bo nie chcę być niegrzeczna, ale co, u diabła, robisz w moim domu?
Uśmiechając się z samozadowoleniem, pozwoliła sobie wziąć kubek kawy.
— Zapytaj swojego brata.
Zmarszczyłam brwi i spojrzałam na Dana. — Co ona tu u diabła robi?
— Nie tego, kretynko. Innego.
Skrzywiłam się. — No tak. Ciągle nie mogę się do tego przyzwyczaić.
Dan szturchnął mnie łokciem. Wkrótce do naszej trójki dołączył Mike.
— No wreszcie... — skomentował, zerknąwszy na mnie i Dana. — Bo stawaliście się coraz bardziej irytujący. Dzień dobry, Caroline.
— Dobry! — zaświergotała wesoło. W międzyczasie Mike sięgnął po moją kawę.
— Mike, to moje!
— Wybacz, za późno — zaśmiał się, upijając łyk, ale na jego twarzy szybko pojawił się grymas. — Boże, Amy, naprawdę musisz używać tak dużo cukru?
— Uznaj to za środek ostrożności przeciwko ludziom, którzy będą chcieli to wypić — oznajmiłam, odbierając mu kubek. Caroline zachichotała.
— Lubię waszą rodzinę. Jesteście uroczy.
— Lubisz tę rodzinę?
— Nie uważam się za część tej rodziny. Jestem po prostu biedną dziewczyną, uziemioną z tymi szalonymi ludźmi.
— Wcale nie jestem uroczy — dodał Mike. — Facet nie może być „uroczy". Co najwyżej... męski i fajny.
Przewróciłam oczami. — Gdzie Will?
— Nadal śpi — odpowiedziała Caroline. — Hej, Mike, czy mi się tylko wydawało, czy wczorajszego wieczoru naprawdę całowałeś się z Summer?
Otworzyłam szerzej oczy. — Och, daj spokój! Ty też?
— A co, kto jeszcze całował się z Summer?
— Nie mam pojęcia, kim jest Summer, ale poważnie: czy jestem jedyną osobą w tej rodzinie, która się z nikim nie spotyka?
— Nawiasem mówiąc — zwrócił się Mike do Caroline — ta dziewczyna nazywa się Summer? Boże, wielkie dzięki. Już zapomniałem...
Caroline się uśmiechnęła i obróciła ku mnie głowę. — Nie będziesz zbyt długo sama, Amy. Obiecuję, że niebawem się tym zajmę.
— Nie, nie, nie — zaprotestował Dan. — Nawet o tym nie myśl.
— Tak, zostanę zakonnicą — mruknęłam pod nosem.
Nagle zabrzmiał dzwonek komórki Mike'a.
Chwilę później do naszych uszu dotarł czyjś przytłumiony głos, a Mike zakrył dłonią dolną część aparatu, żeby ten ktoś, kto dzwonił — kimkolwiek nie był — go nie usłyszał.
— Caroline? — szepnął. — Mówiłaś, że ona ma na imię Summer, tak?
— Chyba sobie żartujesz... — powiedziałam cicho. Caroline skinęła głową.
Mike opuścił rękę. — Cześć, Summer! — Kilkusekundowa cisza. — Oczywiście, że nie zapomniałem! Jakże bym mógł?
Z westchnieniem wstałam z krzesła.
— Dokąd idziesz?
— Do siebie. Muszę się przebrać. Umówiłam się z Lucasem — wyjaśniłam i zmarszczyłam brwi, dostrzegłszy, że wygięła wargi w znaczącym uśmiechu. — Natychmiast pozbądź się z twarzy tego uśmieszku!
Po tych słowach pobiegłam do mojego pokoju. Już zaczęłam wyjmować z szafy ubrania, ale po chwili gwałtownie zamarłam.
Na parapecie siedział kruk.
Po raz kolejny.
— Um... — mruknęłam, spoglądając w jego czarne ślepia. — Miło cię znowu widzieć?
Przechylił łepek na prawo.
— Posłuchaj, stary: ty mnie nie atakujesz, ja nie rzucam w ciebie książką.
Ciągle się we mnie wpatrywał. Zamknąwszy oczy, po paru sekundach otworzyłam je ponownie.
— Chyba powinnam cię nazwać — odezwałam się po minutowej bitwie na spojrzenia. — Jako mała dziewczynka zawsze chciałam mieć jakieś zwierzątko... No cóż, dostałam kiedyś kota, ale... Długo by opowiadać. — Przygryzłam wargę. — Nazwijmy cię... Fircyk?
Zakrakawszy, odleciał.
— Najwidoczniej to imię ci się nie spodobało... — mruknęłam, zamykając okno.
~o~
Znalazłszy się w „Grillu", ściągnęłam z głowy kaptur i przeszukałam wzrokiem otoczenie. Przy jednym ze stolików siedział Luke, który do mnie pomachał. Uśmiechnęłam się i ruszyłam w jego stronę.
— Cześć. — Pocałowałam go w policzek. — Jak się masz?
— Dobrze — odparł, przyglądając mi się. — A ty?
Wzruszyłam ramionami. — Całkiem nieźle... chyba. To znaczy, jestem cholernie przerażona, ale fizyczne... nic mi nie jest.
Kiedy zerknął na moją szyję, pokręciłam głową.
— Poważnie, Luke. Wszystko w porządku.
Zacisnął szczękę. — Boże, już sama myśl, że... — mruknął. — A tak w ogóle to co robiłaś na dachu?
— Myślałam, że ty mnie tam zawołałeś — powiedziałam powoli. — Najwyraźniej ukradli twój telefon, więc...
Zapadła cisza.
— Jeśli coś by ci się stało...
— Ale się nie stało — przerwałam mu. — Um... Stałoby się, gdybyście ty i Damon w porę się nie pojawili... — Wypowiedziawszy to imię, zrozumiałam swój błąd, lecz było już za późno...
Luke cały się spiął i zmrużył oczy. Przełknęłam nerwowo ślinę.
— Luke... — odezwałam się. — Wiem, że to trudne do zrozumienia...
— Trudne do zrozumienia? — kłapnął. — Raczej niemożliwe! Amy, ten facet to...
— Szsz!
Rozejrzał się dookoła i zniżył głos. — Ten facet to wampir, a ty nie pisnęłaś ani słowa!
Wbiłam spojrzenie w stolik. — Wiem, że jesteś zły, ale... spróbuj zrozumieć...
— No cóż, ty spróbuj wyjaśnić! — zażądał. — Może zacznijmy od tego, czemu ciągle się wokół niego kręcisz?
Wydałam z siebie głębokie westchnienie.
— On... Luke, on mi niczego nie zrobi, widziałeś wczoraj...
— Jak możesz mu ufać? — Tym razem to Luke mi przerwał. — Przecież jest cholernym wampirem! Kto wie, co mu chodzi po głowie!
No cóż, niech mnie piorun trzaśnie, jeśli to nie jest dobre rozumowanie...
To prawda, że nie miałam pojęcia, o co chodziło Damonowi. Na litość boską, nie wiedziałam nawet, dlaczego w ogóle mnie chronił!
Pokręciłam głową, usiłując pozbyć się z niej tych myśli.
— Nie skrzywdzi mnie.
— Och, nie skrzywdzi cię... — powtórzył drwiąco. — A teraz mała niespodzianka: ty jesteś człowiekiem, on wampirem. On istnieje po to, by cię krzywdzić!
— To wcale nie tak i dobrze o tym wiesz, Luke! — zaprotestowałam. Pokłady mojej cierpliwości powoli się wyczerpywały. — Gdyby tylko chciał, mógłby mnie zabić już jakieś milion razy, ale... On po prostu... — Wzięłam głęboki oddech. — On próbuje mnie chronić. Sam widziałeś.
Zacisnął zęby. — Skąd mogę mieć pewność, że nie stosuje na tobie tych wampirzych sztuczek?
Chwyciłam naszyjnik i pokazałam mu go. — W środku jest werbena. Nie może mnie do niczego zmusić.
Prawie że widziałam, jak do jego głowy napływa natłok myśli.
Przetarłam twarz. — Popatrz, wiem, że czujesz się... zdradzony, ale nie mogłam ci niczego powiedzieć. To nie moja tajemnica. I... nie spodziewam się, że ot tak to zaakceptujesz, ale chcę cię prosić, żebyś nikomu o tym nie mówił.
Nie zareagował.
— Luke, nie dam rady walczyć z tymi wampirami w pojedynkę — kontynuowałam. — Ty również. Potrzebuję pomocy, a Damon... — przerwałam na moment — mi jej udziela.
Luke bez słowa upił łyk swojego napoju. Złapałam go za rękę.
— Mówimy teraz o moim życiu — mruknęłam, spoglądając w jego ciepłe, orzechowe oczy. — Luke, proszę. Będziesz pierwszą osobą, do której się zwrócę, gdy Damon zrobi coś złego, ale teraz... musisz mi zaufać.
Na kilka sekund przymknął powieki, odchylając głowę do tyłu.
— Kiedy tylko zacznę coś podejrzewać...
Odetchnąwszy z ulgą, uśmiechnęłam się.
— Oczywiście.
— Ja nie żartuję, Amy.
— Ja też nie! — zapewniłam pospiesznie. — Ale dziękuję. Za wszystko.
Skinął powoli głową, a ja przygryzłam wargę.
— No dalej, wstawaj.
— Co? Po co?
Pociągnęłam go za rękaw. — Rzutki. Nie graliśmy od wieków!
~o~
— Elena, przysięgam na Boga, że nic mi nie jest... — powtórzyłam po raz milionowy, umieszczając telefon pomiędzy uchem a ramieniem, żeby móc otworzyć drzwi. — Czemu, u licha, miałabym kłamać?
— Nie wiem! — odparła. — Czemu, u licha, miałaby cię atakować banda szalonych wampirów?
— Powiem ci, kiedy tylko się dowiem! — zirytowałam się.
Westchnęła. — No to... Luke wie?
— Tak.
— Ale...
— ...nikomu nie powie — dokończyłam za nią. — Ani słowa.
Odetchnęła z ulgą. — Dzięki, Amy. Naprawdę.
— Hej, gdyby nie ja, nigdy by się nie dowiedział — powiedziałam niepewnie, kładąc torbę na kuchennej szafce. — Uznaj to za przeprosiny.
— Nie masz za co przepraszać — zapewniła. — Nawet tak nie myśl. Tak czy owak, zamierzałam cię zapytać, czy byś dziś u mnie nie przenocowała?
Zamilkłam na moment. — Um... Jasne. Chyba.
— Cudownie! — ucieszyła się. — W takim razie do wieczora.
— Tak, na razie — pożegnałam się i przerwałam połączenie, po czym podeszłam do lodówki. Wyjąwszy z niej puszkę coli, odwróciłam się i... — Na litość boską, Damon! — wrzasnęłam, przyciskając dłoń do klatki piersiowej. — Rób choć trochę hałasu, gdy przychodzisz!
Opierał się o ścianę z ramionami założonymi na piersi, a na jego ustach igrał uśmiech samozadowolenia. Przełknęłam ślinę, podczas gdy moje serce jak zwykle przyspieszyło.
Wyglądał niesamowicie.
I znowu: jak zwykle. Można by przypuszczać, że powinnam się już do tego przyzwyczaić, ale nic z tego. Ani trochę.
— Poważnie, Złotowłosa? Fircyk?
Zmarszczyłam brwi. — Skąd wiesz o Fircyku?
— Kto nazwałby kruka Fircykiem?
W porządku, ten dzień staje się coraz dziwaczniejszy...
— Kiedy byłam mała, miałam kociaka, który się tak nazywał — wyznałam, przez co moja twarz momentalnie stała się gorąca. — Skąd wiesz o moim kruku?
W odpowiedzi pokręcił jedynie głową. — Fircyk? Poważnie? Fircyk?
— Pomyślałam sobie, że... Dobra, ta rozmowa zaczyna się zapętlać — uznałam, po czym wyminęłam go i usiadłam na krześle. — Co tutaj robisz?
— Tak tylko wpadłem. — Wzruszył ramionami. — Gdzie się podział A Rh+?
Poderwałam głowę. — Co?
— A Rh+. Ten koleś? Dzieciak z aspiracjami na Van Helsinga?
Zamrugałam, oniemiała. — Damon, ty właśnie nie nazwałeś Luke'a jego grupą krwi.
Uśmiechnął się z ironią, ale szybko spoważniał. — Jak się masz?
Wiedziałam, o co tak naprawdę chciał zapytać. Zabębniłam palcami w puszkę. — Nieźle. Nikt mnie jeszcze nie napadł... — Przerwałam. — Chyba powinnam się zamknąć, zanim wszechświat potraktuje to ostatnie zdanie jako wyzwanie.
Zachichotał.
— Wiemy, kim byli? — spytałam.
Pokręcił głową. — Pracuję nad tym.
Przygryzłam wargę, przenosząc spojrzenie na kolana.
— Twoi bracia cię wczoraj nie widzieli, prawda?
Teraz to ja pokręciłam głową, nadal nie podnosząc wzroku. — Dan prawie mnie przyłapał, ale... nie. Szybko weszłam do łazienki, więc mnie nie widział.
— Niczego nie podejrzewał?
— Nie sądzę — mruknęłam ledwie słyszalnym głosem. — Okłamuję go... To znaczy... Okłamałam. — Zaśmiałam się gorzko. — Okłamałam, okłamuję i będę okłamywać.
Przez chwilę się nie odzywał. — Musisz — oznajmił. — Jeśli powiesz im prawdę...
— Wiem — wymamrotałam. — Po prostu... Wiem. Z miejsca wyprowadzimy się gdzieś daleko stąd. Ale... Chciałabym móc się komuś zwierzyć. Potrzebuję czegoś takiego, wiesz? Chciałabym, żeby ktoś zrozumiał.
— Zrozumiał co?
— Jak bardzo się boję — powiedziałam cicho, podnosząc głowę, by na niego spojrzeć. — Przy Luke'u i moich braciach mogę udawać, że wszystko jest w porządku, że w ogóle się nie martwię, ale... — Wypuściłam z płuc drżący strumień powietrza, przeczesując palcami włosy. — Nie wiem, Damon. Ja...
— Czy to stosowny moment na powtórzenie, że jesteś człowiekiem, Złotowłosa? — przerwał mi dość szorstko. — Ty masz się bać. Ludzie są zazwyczaj przerażeni, gdy coś zagraża ich życiu. Nazywa się to instynktem.
Wzruszyłam ramionami. — Nieważne. Ja tylko... nie lubię nikogo okłamywać. Zwłaszcza moich braci.
— Nie okłamujesz ich. Po prostu... nie mówisz im wszystkiego.
— Co jest tak samo złe jak kłamstwo — odparłam. — A może nawet jeszcze gorsze. Ukrywanie czegoś przed kimś... nie może się dobrze skończyć. Prędzej czy później, w jakiś sposób, prawda wyjdzie na jaw, a ten ktoś przestanie ci ufać. Już na zawsze.
Damon wydał mi się nagle dziwnie skrępowany, jakby moje słowa całkowicie zbiły go z tropu.
Uniosłam brwi. — O co chodzi?
Obrócił się ku mnie twarzą. — O nic — odpowiedział nieco ochrypłym głosem, a ten dziwny wyraz zdumienia ponownie zastąpił zwykły, drwiący uśmiech.
— Damon... — zaczęłam, ale przerwał mi odgłos pukania. Marszcząc brwi, podeszłam do drzwi i je otworzyłam.
Świetnie.
Monica.
— Cześć! — zaświergotała, wchodząc do środka. — Co słychać?
— Um... — Rozejrzałam się dookoła. Damona nigdzie nie było. — Nic ciekawego. A u ciebie?
— Tak samo. — Uśmiechnęła się. — Skarbie, coś się stało? Jesteś cała czerwona!
Niech. To. Szlag.
— Nie, nic — zapewniłam pospiesznie. — Zupełnie... nic.
Jej uśmiech stał się szerszy. — Zgadnij co? Tak mi przyszło do głowy, że od wieków nie miałyśmy okazji do babskiej pogawędki, więc pomyślałam sobie, że dzisiaj wpadnę do was wcześniej i spędzimy trochę czasu tylko we dwie! — Podwinęła rękawy. — Chcę upiec ciasto. No dalej, pomóż mi! Będzie fajnie!
Niech mnie ktoś zastrzeli. Natychmiast.
— Suuuuuper.
~o~o~
