Gehenna
Czarny Pan postawił sobie za cel likwidację członków Zakonu Feniksa. Dane członków tej organizacji są łatwe do ustalenia bo nie kryją twarzy w czasie walki. Jesienią 1979 roku, razem z Karkarowem, rozpracowaliśmy kolejnego członka zakonu: Benia Fenwicka, ale nie zostaliśmy wyznaczeni do akcji i zlikwidowali go Rosier i Wilkes. Miesiąc później wystawiłem Carbona Dearbona, Kierownika Wydziału w Ministerstwie i członka Zakonu. Czarny Pan zlikwidował go osobiście. Czarny Pan docenia moje umiejętności, bo jestem bardzo przydatny jako szpieg i jako warzyciel. Oczywiście, najtrudniej będzie rozpracować i zlikwidować szefa Zakonu Feniksa i jednocześnie dyrektora Hogwartu, Albusa Dumbledore. Czarny Pan, aby szpiegować Dumbledore, zamierza umieścić śmierciożercę jako nauczyciela w Hogwarcie. Poza mną i Karkarowem nie ma wśród śmierciożerców odpowiednich kandydatów na nauczyciela, zdolnych i wiarygodnych dla dyrektora szkoły. Warunkiem powodzenia planu są nasze w miarę czyste ręce, więc w drugim roku śmierciożerczej "kariery" moja działalność ogranicza się głównie do szpiegowania i warzenia na potrzeby organizacji. Głównie, bo pewnego wieczoru, gdzieś tak pod koniec lutego 1980 roku, zostałem wezwany do walki. Aportuję się przy moim Panu na skraju mugolskiej wioski w której trwa zażarta bitwa z Zakonem Feniksa. Jak się później dowiedziałem, koledzy na rozkaz Czarnego Pana pacyfikowali wieś ćwicząc klątwy na mugolach, gdy zjawił się Zakon. Początkowo śmierciożercy cofali się przed przeważającymi siłami Zakonu, ale sytuacja w miarę przybywania posiłków szybko zaczęła się zmieniać na naszą korzyść. Staję do walki jako śmierciożerca, rzucam klątwy, tnę przeciwników niewerbalną Sektusemprą. Obok mnie walczy Imperius, poznaję go po zwalistej, kanciastej sylwetce, z drugiej strony stoi Karkarow, jego poznaję po charakterystycznych, szybkich, nieco nerwowych ruchach różdżką. Powoli posuwamy się naprzód lecz w pewnej chwili serce zamiera mi w piersi, bo widzę Lily, Pottera i Blacka ustawionych bokiem do nas i walczących z nadchodzącymi z drugiej strony śmierciożercami. Karkarow celuje różdżką w Lily
- Avada...
Udając, że się potykam, wpadam na Karkarowa podbijając mu rękę ku górze. Klątwa leci w niebo, a na chodnik spada martwy ptak. Potter korzysta z okazji i deportuje się, ciągnąc za sobą Lily i Blacka.
- Coś ty zrobił?- Wrzeszczy Karkarow.
- Potknąłem się, - mruczę.
Mulciber posyła Igorowi nienawistne spojrzenie ale nic to nie daje, bo Karkarow poleciał z tym do Czarnego Pana. Nasz Pan jest wściekły z powodu mojej nieudolności i wchodząc do mego umysłu widzi Lily... Widzi moje pożądanie. Ta wiedza doprowadza go do zimnej furii bo orientuje się, że celowo zablokowałem Karkarowa. Jestem karany późnym wieczorem tego samego dnia przed wszystkimi śmierciożercami którzy brali udział w akcji. Przeżyłem, bo jestem potrzebny i mój Pan nie pojął kim tak naprawdę jest dla mnie Lily. Myślę, że Czarny Pan chciał dać mi porządną nauczkę, sprawić żeby nawet pożądanie było nieistotne, żebym ślepo spełniał rozkazy i nie reagował nawet wtedy, gdy klątwa zabijająca jest kierowana w mojej przytomności ku bliskiej mi osobie... I osiągnął swój cel. Już nigdy, w jakikolwiek sposób, nie sprzeciwiłem się bezpośrednio wyrażonej woli mojego Pana, wiernie wykonywałem rozkazy nawet w myśli nie próbując dyskutować i nie wtrącałem się do poczynań innych śmierciożerców.
Klęcząc, wolno zdejmuję i składam mój śmierciożerczy płaszcz. Ach, jak dobrze rozumiem teraz Crabble. Czarny Pan, niemal pieszczotliwym ruchem odgarnia mi włosy z twarzy i unosi głowę ku górze lekko ciągnąc mnie za włosy.
- Pij, eliksir zapobiegający utracie świadomości.
Czarny Pan patrzy na mnie i widząc moje przerażenie, zimno, sadystycznie uśmiecha się. Zaczynam się trząść ze strachu, chcę prosić o litość, ale prośba nie wydobywa się z moich ust bo wiem, że nie ma sensu bo mój Pan jest świadom tego, co myślę i czuję. Twarz wykrzywia mi grymas przerażenia gdy fiolka z eliksirem zbliża się do moich warg... Zbieram całą odwagę jaka mi jeszcze pozostała i przełykam eliksir. Czarny Pan puszcza moją głowę i zwraca ku mnie różdżkę... Ból który mnie ogarnia jest straszny, nieporównywalny do niczego, czego kiedykolwiek doświadczyłem... Kości są miażdżone a ciało jest rozrywane na strzępy. Wyję i skamlę, wijąc się z bólu na podłodze. Mam wrażenie, że tortura trwa całą wieczność, ból zmniejsza się ale nie ustępuje nawet po cofnięciu klątwy. Leżę we własnych odchodach i nie mogę się ruszyć. Jęczę przez zaciśnięte zęby.
-Wyciągnij ręce za siebie,- słyszę polecenie. Czarny Pan nakłada czar ochronny na moje ręce i głowę, po czym mówi: - To, co zrobił Snape jest trudne do wybaczenia, ponieważ świadomie naraził moje sługi na klątwy przeciwnika. Karkarow, Mulciber, Travers, Rosier, Wilkes,- wywołuje śmierciożerców którzy byli tam ze mną,- proszę dać wyraz swojej wściekłości i proszę to zrobić skutecznie, jeśli nie chcecie narazić się na mój gniew.
Przerażony, lekko unoszę głowę obserwując występujących z kręgu śmierciożerców. Ciężkie, masywne buty idące w moim kierunku. Jeden drugi, trzeci krok... Liczenie zajmuje umysł i pozwala choć na chwilę odwrócić uwagę od bólu, pozwala choć trochę opanować strach. Nie spodziewam się ulgowego traktowania, wiem że klątwy będą wykonane perfekcyjnie bo nikt nie chce wić się pod Cruciatusem. Z trudem panuję nad sobą, aby nie skamleć o litość. Nie dlatego, żebym był jakimś pieprzonym bohaterem, po prostu wiem, że błagania nie odniosą skutku i tylko podniecą moich oprawców narażając mnie na okrutniejszą torturę. Czuję, jak łzy spływają mi po twarzy. Wywołani śmierciożercy otaczają mnie. Ich twarze zakrywają maski a sylwetki są zniekształcone przez obszerne płaszcze. Nie wiem i nie chcę wiedzieć kto jest kim. Jestem torturowany przez śmierciożerców, przez bezimiennych ludzi w maskach spełniających wolę Czarnego Pana, a nie przez kolegów których znam i lubię, z którymi obaliłem niejedną flaszkę i z którymi imprezowałem na Nokturnie. I znowu straszliwy ból... Brzuch, podbrzusze, genitalia, podeszwy stóp. Nie wiem jak długo trwa, już dawno straciłem rachubę czasu. Nie mam kontroli nad własnym ciałem, jest tylko ból, i poza bólem nie ma nic. Śmierciożercy wracają do kręgu... Krótka chwila wytchnienia. Chcę błagać o litość, o zakończenie kary, chcę powiedzieć, że już nie mogę, że już więcej bólu nie zniosę, ale żadne słowo nie przechodzi przez suche, zdarte od krzyku gardło. Czarny Pan kieruje różdżkę na różne części mojego ciała i ból wzmaga się... Czuję znowu, jak moje kości są miażdżone, każda po kolei, jak jestem oblewany wrzątkiem, jak skóra odchodzi od ciała żywcem ściągana ... Nie słyszę już własnego krzyku, wszystko staje się dalekie i nagle ciemność... Słyszę śpiewną inkantację Czarnego Pana i krzyki kolegów.
- Eliksir rewitalizujący szybko, serce mu stanęło, umiera.
Czuję, jak ktoś wlewa mi do gardła eliksir, przełykam i zaczynam być świadomy własnego oddechu. Czarny Pan odczynia nade mną uroki zdejmując warstwy bólu... Ale nie do końca.
Przeżyłem we Dworze Malfoyów dzięki troskliwej opiece kolegów którzy czuwali przy mnie na zmianę, wzywając Czarnego Pana gdy zbliżałem się ku granicy śmierci. Po dwóch tygodniach zacząłem samodzielnie siadać, po trzech chodzić i oporządzać się. Po miesiącu powróciłem do warzenia. Byłem torturowany przez wiele godzin... Do bladego świtu. W moim sercu nie ma nienawiści ani do kolegów ani do Czarnego Pana. Zasady są jasne, znam je, byłem świadomy tego co robię gdy łamałem jedną z nich... Nieudolność a właściwie zdrada, nielojalność. Zostałem sprawiedliwie ukarany. A koledzy... Ja na miejscu każdego z nich robiłbym to samo... Musiałbym robić. Żal mi Mulcibera bo widzę jak się miota... Siedział przy mnie dniami i nocami jak balansowałem na granicy życia i śmierci. Mike przyrzekł Karkarowowi zemstę i gdy doszedłem do siebie to rozmawialiśmy na ten temat.
- Odpuść, pewno myślał, że to prowokacja, bał się i poleciał do Czarnego Pana. Karkarow jest obcy, nic nie wie o mnie i Lily.
Jednak nie przekonałem Imperiusa.
-Musiałem patrzeć, jak godzinami byłeś torturowany, jak umierałeś z bólu, sam musiałem torturować ciebie przez godzinę! Wiesz, jak ja się z tym teraz czuję!?
- Nie mam do ciebie żalu, na twoim miejscu musiałbym robić to samo,- cicho szepcę.
- Może ty nie masz do mnie żalu Alchemik, ale ja mam żal do Karkarowa!- Mike wrzeszczy, dla odmiany.- Pieprzony tchórz. Nienawidzę go za to, co musiałem tobie zrobić. I zemszczę się, przysięgam ci Alchemik, że się zemszczę. Jeszcze poczuje ten paniczyk co to znaczny być godzinami torturowanym i nie móc nawet odpłynąć w nieświadomość pod tym pieprzonym eliksirem. Jeszcze będzie błagał mnie o śmierć.
Nie wiedzieliśmy wtedy, jak bardzo prorocze były te słowa, bo wiele lat później Imperius zrealizował swoją groźbę.
