Londyn był absolutnie niesamowity. Gustaw bawił się świetnie, mimo to kiedy w niedzielę wieczorem wracał do Hogwartu, nie czuł żalu, a coś w rodzaju ulgi i radości. Dobrze było spotkać dawno niewidzianych przyjaciół, dowiedzieć się, co u nich. Z pewną melancholią rozmyślał o tym, jak bardzo się zmienili od czasu, kiedy widział ich po raz ostatni. Ktoś zmienił pracę, ktoś się ożenił, ktoś kupił dom, ktoś inny dorobił dzieci, w dodatku od razu bliźniaków. Gustaw słuchał tych wszystkich opowieści z sympatią, nieco tylko żałując, że sam nie może im zdradzić, czym się naprawdę zajmuje. Powiedział, że pracuje jako portier w prywatnej szkole z internatem. Nikt nie uwierzyłby mu, że został zatrudniony jako nauczyciel bez żadnych studiów pedagogicznych ani doświadczenia.

Teraz siedział w pustym przedziale pociągu przy zgaszonym świetle i z przyjemnością obserwował mijające za oknem kontury krajobrazu i dalekie światła miast i wiosek. Nie zatrzymywali się na zbyt wielu stacjach i oprócz kontroli biletów nic nie zaburzało ciszy i monotonii. W końcu Gustaw zasnął ukołysany miarowym turkotem kół.

Obudził się akurat, by zobaczyć wyłaniającą się zza drzew sylwetkę Hogwartu. Na ten widok serce zabiło mu szybciej — nie tyle z wzruszenia, co z grozy, kiedy uświadomił sobie, że o mało nie przespał swojej stacji. Włożył kurtkę, sięgnął po torbę i wyszedł na korytarz akurat w chwili, gdy pociąg zaczął hamować.

Oprócz niego nikt nie wysiadł w Hogsmeade. Pociąg nie zatrzymywał się tam na dłużej i odjechał prędko, zostawiając Gustawa samego na opustoszałej stacyjce. Zepsuty zegar wskazywał szóstą, ale musiało być koło pierwszej. Zieleziński zapiął kurtkę i owinął się szalikiem — po paru godzinach spędzonych w ciepłym przedziale nocny chłód wydał mu się szczególnie nieprzyjemny. Żałując, że nie zabrał ze sobą rękawiczek i czapki, zarzucił torbę na ramię, wsunął dłonie w kieszenie i żwawym krokiem ruszył do wyjścia. Sądził, że czeka go konkretny spacer do zamku i zdziwił się niepomiernie na widok zaparkowanego przed budynkiem powozu z emblematem Hogwartu na boku. Gustaw zawahał się lekko, a wtedy pojazd z lekkim szarpnięciem podjechał bliżej. Bez wątpienia czekał na niego. Nie zastanawiając się dłużej, Zieleziński wsiadł do środka i powóz natychmiast potoczył się w kierunku Hogwartu. Była to miła niespodzianka. Gustawowi nawet nie przyszło do głowy, by kłopotać Hagrida prośbą o wysyłanie po niego powozu w środku nocy, tym bardziej, że wiedział, że Rubeus kładzie się spać dość wcześnie. Będzie musiał mu podziękować...

Rzucił torbę na przeciwległe siedzenie i rozsiadł się wygodnie. Na Merlina, dobrze było wracać. Piątkową noc spędził w pociągu — bynajmniej nie w wagonie sypialnym — sobotnią, a właściwie jej mniejszą część, w hostelu. Kiedyś nie zrobiłoby to na nim większego wrażenia, ale teraz czuł się zmęczony i nie mógł się doczekać, kiedy znajdzie się w swoim własnym, wielkim i wygodnym łóżku. Pyskacz na pewno pamiętał, żeby rozpalić w kominku i może nawet posprzątał bałagan, jakiego Gustaw narobił przy pakowaniu...

„Ciekawe, czy Gryffindor wygrał mecz?" — pomyślał nagle. Będzie musiał zapytać Lizę przy śniadaniu... No, może przy obiedzie. Zresztą pewnie i tak dowie się od uczniów już na pierwszej lekcji.

Zbliżali się do zamku. Na widok strzelistych wież i jasnych okien sali wejściowej poczuł dobrze mu znane ukłucie radości. W przeszłości miał wiele domów, zarówno w czarodziejskim, jak i mugolskim świecie. W każdym czuł się na swój sposób szczęśliwy, ale w każdym prędzej czy później dopadało go to samo poczucie niedopasowania. Ziewając, Gustaw zastanawiał się, czy w ogóle istniało miejsce odpowiednie dla kogoś takiego, jak on, i czy to możliwe, że było ono właśnie tutaj.

x

Pokój Życzeń — wszyscy mówili o nim bez przerwy. Pojawienie się pokoju przyćmiło nawet sobotni mecz quidditcha, w którym drużyna Gryffindoru pokonała Ravenclaw, wysuwając się na prowadzenie w tabeli. Szczególnie uczniowie wydawali się nadzwyczaj podekscytowani i można było się domyślić, że już planują pierwsze wycieczki, mimo że przy śniadaniu Minerwa stanowczo przypomniała, że wstęp na korytarz na siódmym piętrze wciąż jest surowo zabroniony. Pomieszczenie miało zostać najpierw gruntownie zbadane i przetestowane przez wykwalifikowanych czarodziejów z Departamentu Tajemnic. Wszyscy zastanawiali się, jak długo to potrwa, i czy w ogóle Pokój zostanie uznany za bezpieczny i z powrotem udostępniony młodzieży.

Odkąd Gustaw wrócił z Londynu, nie słyszał o niczym innym. Jednak mimo że temat ten nie schodził z ust uczniów i nauczycieli, nikt jakoś nie kwapił się jasno powiedzieć, o co chodzi, jakby wszyscy zakładali, że każdy po prostu to wie. Zdaniem Zielezińskiego było to niezmiernie irytujące.

— To super i naprawdę cieszę się, że wszyscy są tacy zadowoleni — stwierdził w poniedziałek przy obiedzie. — Tylko co to właściwie jest ten cały Pokój Życzeń?

Liza, do której pytanie zostało skierowane, przerwała jedzenie i spojrzała na niego, jakby zapytał ją, ile jest dwa dodać dwa.

— Jestem tu od trzech miesięcy! — przypomniał jej. — Mam prawo nie wiedzieć.

— Jak sama nazwa mówi, jest to pokój, który spełnia życzenia — wyjaśniła Vector. — Możesz dostać się do niego tylko wtedy, kiedy naprawdę mocno czegoś pragniesz, i tam to znajdziesz. W granicach rozsądku, rzecz jasna. W zeszłym roku niektórzy uczniowie urządzili sobie tam kryjówkę przed Carrowami i stamtąd prowadziliśmy ewakuację do Hogsmeade przed bitwą.

— I co się z nim stało? — spytał zaintrygowany Gustaw.

— Spalił się doszczętnie podczas bitwy. Rzucono w nim zaklęcie Szatańskiej Pożogi; ledwie daliśmy radę ją ugasić. A teraz Pokój znów się pojawił.

— I...?

— Nie rozumiesz? Zamek sam wraca do dawnej formy! To cudowna wiadomość! Najlepsza z możliwych! — powiedziała czarownica entuzjastycznie.

Gustaw nie mógł powstrzymać uśmiechu, widząc ją tak ożywioną i radosną. Liza musiała źle zinterpretować jego minę, bo opanowała się szybko i przybrała obojętny wyraz twarzy.

— Dla nas to ważne — powiedziała wymijająco, wracając do swojego obiadu.

— Dla mnie również — zapewnił szczerze. — Byłaś już tam? — zapytał, ściszając nieco głos.

— Zwariowałeś? Jeszcze nie wiemy, czy to na pewno bezpieczne. Musimy poczekać, aż magia się ustabilizuje i dokładnie zbadać to miejsce, zanim ktokolwiek będzie mógł tam wejść.

— Naprawdę tam jest! — weszła jej w słowo rozentuzjazmowana Hailey, z impetem opadając na wolne krzesło obok Gustawa. — Uwierzycie? Wygląda zupełnie normalnie. Tak samo jak za moich szkolnych czasów...

— Ale chyba nie wchodziłaś do środka? — stwierdziła Liza bez większej nadziei.

Hailey wzruszyła ramionami, uśmiechając się zagadkowo. Vector prychnęła z irytacją.

— Na Merlina, od soboty powtarzamy uczniom, że mają się tam nie zbliżać. Powinniśmy wystosować osobne ostrzeżenia dla nauczycieli?

— Och, daj spokój. Pani Minerwa kazała mi tam zajrzeć na długiej przerwie i sprawdzić, czy nikt nie próbował naruszyć nałożonych na korytarz zaklęć. Przepędziłam parę dzieciaków kręcących się w pobliżu i przy okazji sama rzuciłam okiem.

Liza posłała jej surowe spojrzenie.

— Jakbym widziała dyrektorkę! — mruknęła dziewczyna pod nosem. — Hej, czy ty przypadkiem nie byłaś w Gryffindorze?

— A co to ma do rzeczy? — zirytowała się Vector.

Zieleziński rozkaszlał się, by ukryć śmiech, za co obdarzony został groźnym spojrzeniem. Hailey przewróciła oczami.

— Tak czy inaczej powinieneś to zobaczyć. Poszłabym z tobą, ale aż do wieczora mam zajęcia — westchnęła.

Gustaw zerknął pytająco na Lizę, ale ta tylko pokręciła głową. Nie zamierzała dać się im podpuścić. Doskonale pamiętała, jak wyglądał korytarz po kontakcie z Szatańską Pożogą. Nie zamierzała przekonywać się na własnej skórze, czy w którejś z postaci Pokoju nie pozostał jeszcze ogień albo nie pozalęgały się tam jakieś inne paskudztwa, przyciągnięte resztkami czarnej magii.

— Idź sam, jeśli tak bardzo chcesz. Tylko jak coś cię pożre, to nie miej do mnie pretensji — ucięła.

Zieleziński wzruszył ramionami i zajął się jedzeniem. Do końca posiłku nie poruszali już tego tematu, jednak kiedy Liza wstała, żeby odejść od stołu, podeszła do niej Minerwa.

— Po kolacji zjawi się specjalista z Ministerstwa, żeby obejrzeć i zbadać Pokój Życzeń — powiedziała. — Mogłabyś się nim zająć? Mam pilne spotkanie z radą nadzorczą, a Filius zajęcia z absolwentami, zresztą jako numerolog chyba najszybciej z nas wszystkich się w tym połapiesz. Później opowiesz mi, co ustaliliście.

— Och... — Liza nie wyglądała na zachwyconą tym pomysłem, ale widząc minę Minerwy zdusiła w sobie chęć protestu. — No dobrze — zgodziła się.

McGonagall podziękowała skinieniem głowy i opuściła Wielką Salę. Liza odwróciła się, by się pożegnać i napotkała wiele mówiące spojrzenie Zielezińskiego.

— Niech będzie — powiedziała z rezygnacją. — Ale nie mów, że cię nie ostrzegałam.

x

To naprawdę fascynujące... — stwierdził niepewnie przysłany z ministerstwa specjalista o nazwisku Jones, rozglądając się wokoło.

Wyglądał na rozczarowanego i Liza nawet mu się nie dziwiła. Miejsce, w którym się znaleźli w ogóle nie przypominało Pokoju Życzeń, jaki pamiętała z przeszłości. Nie wiedziała, czego konkretnie może życzyć sobie Gustaw oraz Jones — po prawdzie nie wiedziała nawet, czego sama sobie życzy — ale szczerze wątpiła, by była to akurat niewielka i całkiem pusta, jeśli nie liczyć dwóch rzędów ławek i biurka, sala lekcyjna, podobna do wielu innych w tym zamku.

— No cóż, zobaczmy, co mogę zrobić — mruknął Jones, szperając w wielkiej torbie, którą miał przewieszoną przez ramię, pełnej jakichś dziwacznych instrumentów i urządzeń pomiarowych. Po chwili tryumfalnie wyciągnął z niej coś, co przypominał duży termometr, i stuknął weń różdżką, szepcąc pod nosem jakieś zaklęcia.

Zieleziński zaczął przechadzać się po pomieszczeniu, dziwnie milczący i zamyślony, a Liza przysiadła na brzegu biurka i ze sceptycyzmem przyglądała się poczynaniom Jonesa. Jeszcze po drodze, wiedziona ciekawością zapytała go, w jaki dokładnie sposób zamierza zbadać Pokój, ale niestety mężczyzna nie posiadał umiejętności zrozumiałego przekazywania wiedzy i odpowiedział bezładnym, pełnym specjalistycznych określeń wywodem, z którego ona zrozumiała niewielką część, a Gustaw nie zrozumiał niczego. Żadne z nich nie zadawało już więcej pytań.

Jones mamrocząc coś pod nosem, zaczął zaglądać pod stoliki, jakby spodziewał się, że tam skryła się cała tajemnica Pokoju.

— Nic tu nie ma. Zupełnie nic... — Uniósł głowę i spojrzał na Lizę ze smutkiem. — Moje aparaty nie wykazują niczego odbiegającego od normy. Żadnych śladów czarnej magii. Jest pani pewna, że to właściwe miejsce?

Vector tylko zmierzyła go wzrokiem.

— Och, oczywiście, oczywiście... — zmieszał się. — No, to byłoby na tyle. Sporządzę raport, ale przypuszczam, że trzeba będzie powtórzyć pomiary za kilka dni.

Liza skinęła głową.

— Muszę nałożyć osłony. Profesor Gustaw odprowadzi pana do wyjścia.

— Nie ma potrzeby, sam trafię, a państwo niech zajmą się zabezpieczeniami. Lepiej, żeby nikt tu się na razie nie kręcił.

Liza wyglądała, jakby zamierzała nalegać, więc Gustaw odezwał się szybko:

— Oczywiście. Dziękujemy za wizytę i do widzenia. — Usłużnie otworzył przed czarodziejem drzwi i pożegnał go szerokim uśmiechem.

Kiedy znów się odwrócił, Liza zmierzyła go karcącym spojrzeniem. W odpowiedzi uśmiechnął się szeroko.

— Przecież się nie zgubi.

Vector przewróciła oczami. Machnięciem różdżki zgasiła świece w kandelabrach i wyszła na korytarz. Kiedy tylko Gustaw zamknął za sobą drzwi, natychmiast wtopiły się w ścianę i zniknęły. Klamka rozwiała się w jego dłoni jak dym. Liza uśmiechnęła się lekko na widok jego zaskoczonej miny.

— No dobrze, ty też już możesz iść — powiedziała. — Odnawianie osłon trochę potrwa. Muszę się upewnić, że żaden z uczniów nie będzie w stanie się tu wśliznąć. Ani żaden z nauczycieli.

— Poczekam na ciebie.

Wzruszyła ramionami, w głębi duszy zadowolona, że nie będzie musiała wracać sama zrujnowanym korytarzem, i zabrała się za nakładanie czarów. Gustaw oparł się o ścianę i przyglądał się jej w milczeniu.

Po kilku minutach skończyła i powoli ruszyli w stronę schodów. Byli zupełnie sami — ta część zamku wciąż była zamknięta dla uczniów ze względu na remont, a robotnicy skończyli już na dziś pracę. Za oknami zapadł już wczesny zimowy zmierzch. Liza wyczarowała światełko na końcu różdżki, by oświetlić im drogę. Mogłaby zapalić świece w kandelabrach, ale w ich blasku wyraźnie byłoby widać ogrom zniszczeń, których wciąż nie zdołano naprawić, i bałagan pozostawiony przez robotników. W półmroku korytarz wyglądał niemal zwyczajnie.

— Tak jak mówiłam, nie było tu nic do oglądania — odezwała się Liza. — Pokój nie działa tak jak powinien.

— Jak dla mnie zadziałał całkiem nieźle — odparł Gustaw. — Bardzo chciałem, żeby ten gość już sobie poszedł.

— Więc było nas dwoje — prychnęła z rozbawieniem.

— Jak to właściwie działa? — zapytał Gustaw. — Tak po prostu można tu sobie przyjść i pomyśleć o czymś, czego się pragnie? Przecież codziennie musiały się tu ustawiać kolejki ludzi!

Liza roześmiała się.

— Teraz pewnie tak będzie. Ale wcześniej pokój wcale nie był aż tak popularny. Mało uczniów o nim wiedziało, a jeszcze mniej rozumiało, jak działa. Czasem ktoś po prostu tędy przechodził i nagle odkrywał jakąś dobrze wyposażoną salę do nauki, zaciszny kącik na randkę albo spokojną kryjówkę, ale kiedy szukał po raz kolejny, już nie potrafił znaleźć tego miejsca, bo nie wiedział, że trzeba bardzo go potrzebować, albo wyraźnie go sobie życzyć... Ja sama odkryłam Pokój przez przypadek — dodała po chwili zawahania. — Byłam na trzecim roku i właśnie dowiedziałam się, że mój tata zginął w wypadku. Nawrzeszczałam na Minerwę i dyrektora Dumbledore'a, a potem uciekłam z jego gabinetu, trzaskając drzwiami. Chciałam się gdzieś ukryć, żeby nikt nie mógł mnie znaleźć...

Rzadko dzieliła się tymi wspomnieniami, ale o dziwo, nie czuła się z tym niezręcznie. Zerknęła na Gustawa. Wyglądał na zaskoczonego i nagle uśmiechnęła się na myśl, że chyba po raz pierwszy udało jej się sprawić, że nie wiedział, co powiedzieć.

— Oczywiście szybko rozgryzłam, o co w tym chodzi i potem często tu przychodziłam, już w mniej dramatycznych okolicznościach — dodała.

— Oczywiście — uśmiechnął się.

Była mu wdzięczna, że nie zadawał żadnych pytań, tylko pozwolił jej powiedzieć dokładnie tyle, ile chciała.

— Byłam przekonana, że tylko ja o nim wiem — ciągnęła — do czasu, kiedy wróciłam do szkoły jako nauczycielka. Kiepsko by było, gdyby w tej szkole istniało miejsce, o którym wiedzą tylko uczniowie... Teraz wiesz już, jak Pokój działa, więc za parę tygodni możesz go wypróbować. Powinien cię posłuchać, o ile zażyczysz sobie czegoś rozsądnego, a nie jakichś cudów…

Gustaw spojrzał na nią z zaskoczeniem.

— Czego według ciebie mógłbym pragnąć? — zaśmiał się.

Liza wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się przekornie.

— Nie mam pojęcia. Ostrzegam cię tylko, że nie masz co liczyć na magiczne przejście na plażę w Miami. Bądź co bądź to tylko Hogwart.

Nie roześmiał się ani nie odpowiedział. Patrzył na nią z powagą, jakby głęboko się nad czymś zastanawiał. Od intensywności jego spojrzenia zrobiło jej się dziwnie nieswojo i, ku własnemu zdumieniu, speszona odwróciła wzrok.

— Chodźmy stąd wreszcie — zakomenderowała, nieco zbyt pospiesznie, by mogło to wyjść naturalnie. — Marzę o filiżance gorącej czekolady w pokoju nauczycielskim... — westchnęła, przyspieszając kroku. — Nie zapytałam cię jeszcze, jak było w Londynie...?

Gustaw zatrzymał się.

— Zaczekaj, Lizzie.

— Po co? — rzuciła przez ramię. — Nic tu po nas...

— Proszę.

Coś w jego głosie sprawiło, że wbrew sobie posłuchała i odwróciła się. Gustaw zbliżył się do niej i zatrzymał o krok przed nią.

— A jeśli właśnie to jest tym, czego pragnę? — zapytał z entuzjazmem i rozłożył ręce, wskazując na nagie kamienne ściany wokół nich. — Co, jeśli oboje tego pragniemy?

— Mówisz o tamtej pustej sali czy zrujnowanym korytarzu przyprawiającym o ciarki na plecach? — prychnęła Liza, starając się nadać swojemu głosowi rozbawiony i nieco ironiczny ton. Z niewiadomych przyczyn przychodziło jej to z niejakim trudem. — Nie wiem jak ty, ale ja mam ciekawsze marzenia...

— Wiesz, co mam na myśli.

— Chyba nie bardzo — przyznała z wahaniem, czując dreszcz niepokoju i ekscytacji, biegnący jej po kręgosłupie.

Gustaw uśmiechnął się łagodnie, nieco zakłopotany i dziwnie zdeterminowany.

— Nie planowałem ci tego dzisiaj mówić, a już z pewnością nie w takich okolicznościach... Ale może to dobry moment...

Przerażona Liza pokręciła powoli głową, zaklinając go w duchu, żeby się zamknął i nie mówił nic więcej, zanim wszystko zepsuje... Ale on zabrnął już za daleko, by teraz przerywać.

— Nie zamierzałem zostawać na dłużej w Hogwarcie — ciągnął z rozpędu, patrząc jej prosto w oczy — ale prawda jest taka, że już dawno nigdzie nie czułem się tak dobrze. Wciąż za czymś gonię, ale od jakiegoś czasu mam wrażenie, że nic więcej nie jest mi potrzebne. Że mógłbym tu zostać. Chciałbym zostać. Z tobą. Niczego więcej nie pragnę. Jesteś niesamowita, Lizo, a ja tak bardzo się w tobie zakochałem…

Skonsternowana czarownica uciekła wzrokiem, zastanawiając się, jak w ogóle odpowiedzieć na coś takiego.

— Lizzie…? — Gustaw musnął palcami jej nadgarstek, ale szybko cofnęła dłoń.

Spojrzała na niego, czując, że całe zakłopotanie znika i zamiast niego ogarnia ją gniew.

— Dość. Nie chcę tego słuchać — powiedziała, nie dbając o to, jak obcesowo i niedelikatnie to zabrzmi. — Czego oczekujesz? Że się ucieszę? Skąd w ogóle ci przyszło do głowy, że jestem tobą zainteresowana?!

Gustaw wyglądał na zaskoczonego i zranionego i przez chwilę zrobiło jej się głupio — a to tylko podsyciło jej złość. Na Merlina, co on sobie wyobrażał, stawiając ją w takiej sytuacji?

— Przykro mi, ale nie jestem. A teraz wybacz, ale muszę już iść...

x

Grudniowy poranek był mroźny, ale pogodny. Severus okutany w ciężki wełniany płaszcz spacerował po ogrodzie, z trudem odszukując dawno pochłonięte przez roślinność ścieżki i omijając pokryte warstwą lodu kałuże. Ta część Malfoy Manor była zapomniana i zaniedbana. Skrzaty nie były w stanie zająć się wszystkim, dlatego skupiały się na utrzymaniu porządku wokół posiadłości i głównego wejścia, a tereny bardziej odległe, na które mało kto się zapuszczał, pozostawiono samym sobie. Tutaj królowała dzika przyroda, dawno nieprzycinane żywopłoty, które rozrosły się w najdziwniejszych kierunkach i gęsty bluszcz wspinający się wszędzie, gdzie tylko mógł. Gdzieniegdzie uchowało się kilka krzaków magicznej odmiany róż, kwitnących przez cały rok i nawet teraz obsypanych bladoróżowymi kwiatami. Ich pokryte szronem płatki skrzyły się w słońcu.

Severus przeszedł jeszcze kilkadziesiąt stóp, a potem, zmęczony i zirytowany tym, że po krótkim spacerze z trudem łapie oddech, przysiadł na ławce. Trochę kręciło mu się w głowie, a serce kołatało, jakby właśnie przebiegł co najmniej półmaraton. Pochylił się, opierając łokcie na kolanach. Zawsze szczycił się tym, że oprócz zdyscyplinowanego umysłu posiada także zdyscyplinowane ciało. Być może nigdy nie był szczególnie wysportowany, ale długie spacery po zamku w noce, kiedy nie potrafił zasnąć, i regularne wędrówki po Zakazanym Lesie w poszukiwaniu składników do eliksirów sprawiały, że pozostawał w zadowalającej kondycji fizycznej. Tymczasem teraz w głowie miał nieustanny bałagan, a własne ciało zdradzało go w najmniej odpowiednich momentach.

Parę dni temu powiedział o tym Cordice'owi i zażądał jakiegoś eliksiru, ale lekarz z irytującym rozbawieniem stwierdził, że to nie tyle kolejny objaw choroby, co dłuższego pozostawania bez ruchu. Powtarzał, że żadne zaklęcia nie mogły zastąpić regularnego wysiłku fizycznego i Severus po prostu powinien zacząć ćwiczyć, żeby wrócić do formy. Chcąc nie chcąc, Snape musiał posłuchać.

Doszedł również do wniosku, że najwyższy czas zastanowić się co dalej. Nie było sensu dłużej się oszukiwać — czuł się już prawie zupełnie dobrze i nieuchronnie zbliżał się moment, w którym będzie musiał wreszcie podjąć jakieś decyzje.

W zasadzie nie miał zielonego pojęcia, co powinien zrobić człowiek, który po ponad pół roku powrócił zza grobu. Nie istniało żadne miejsce, w które chciałby się udać, nie było też żadnych ludzi, którzy przyjęliby jego powrót z radością. Nie mógł ot tak zjawić się w Hogwarcie i ukryć we własnych komnatach — zakładając, że wciąż były na swoim miejscu po bitwie. Minerwa z pewnością natychmiast zawiadomiłaby aurorów. Chyba że wcześniej sama potraktowałaby go klątwą — w końcu właśnie to usiłowała zrobić podczas ich ostatniego spotkania.

Pozostawało jeszcze mieszkanie przy Spinner's End. Nie miał żadnych żyjących krewnych, którzy mogliby po nim dziedziczyć, więc nie wiedział, czyją własnością jest teraz dom, i czy w ogóle w ciągu pół roku ktokolwiek znalazł czas, by zająć się tą kwestią. Nie żeby szczególnie chciał tam znów zamieszkać — tym bardziej, że kiedy wieść o tym, że żyje, się rozniesie, z pewnością będzie to pierwsze miejsce, w którym dziennikarze i aurorzy będą go szukać — ale dobrze byłoby odzyskać choć część własnych rzeczy.

Priorytetem jednak było zdobycie różdżki. Najlepiej własnej, która być może nie została pochowana z ciałem Lestrange'a, tylko zachowana gdzieś jako dowód w śledztwie — choć po namyśle stwierdził, że łatwiejsze mogło okazać się wydobycie jej z grobu niż aurorskiego archiwum. Tak czy inaczej powinien zdobyć różdżkę — na razie jakąkolwiek różdżkę — po to, by móc swobodnie poruszać się po magicznym świecie i przestać czuć się tak beznadziejnie bezradnym...

Oczywiście w którymś momencie musiał też udać się do Ministerstwa, żeby postarać się o nowe dokumenty. I wtedy się zacznie. Nie miał wątpliwości, że to nie będzie przyjemne. Z pewnością natychmiast zainteresują się nim aurorzy, a co za tym idzie, czekają go niekończące się przesłuchania, składanie obszernych wyjaśnień i zeznań. Snape miał tylko nadzieję, że nie zostanie natychmiastowo aresztowany i wtrącony do Azkabanu. Przecież Albus musiał zostawić jakieś dowody na potwierdzenie tego, że cały czas działał na jego polecenie. Dowody silniejsze niż kilka ckliwych wspomnień przekazanych Potterowi w niemal przedśmiertnej agonii... Teoretycznie jego imię zostało oczyszczone, ale ani przez chwilę nie wątpił, że kiedy tylko wyjdzie na jaw, że przeżył, postępowanie w jego sprawie zostanie wszczęte na nowo. Martwy szpieg mógł zostać bohaterem narodowym. Żywy zapewne będzie dla wszystkich wybitnie niewygodny.

Oczywiście istniało jeszcze jedno wyjście... Im dłużej Snape o tym myślał, tym bardziej podobał mu się ten pomysł. Malfoy już raz go nie wydał, więc może dałoby się go przekonać, by pozostawić go w spokoju. Zresztą, nie musiał o niczym wiedzieć. Severus mógłby po cichu opuścić kraj — uwarzenie Eliksiru Wielosokowego to pestka, a zdobycie lewych papierów stanowiło problem tylko do czasu wizyty na Nokturnie — a potem pod zmienionym nazwiskiem zamieszkać gdzieś z dala od czarodziejów, niech ich wszystkich szlag. Urządziłby sobie pracownię — to cholerne drżenie rąk przecież w końcu ustąpi — i utrzymywał się z wysyłkowej sprzedaży eliksirów. Parę lat temu pod fałszywym nazwiskiem zaczął odkładać pieniądze na koncie bankowym w mugolskim świecie, na wypadek, gdyby musiał się ukrywać, tak więc posiadał pewien kapitał na start, nawet bez dostępu do skrytki w Banku Gringotta.

Ameryka wydawała się dobrym pomysłem. W południowej może trudniej byłoby go wyśledzić, ale nie znał hiszpańskiego ani portugalskiego, poza tym wątpił, by spodobał mu się klimat. Z tego samego względu odpadała południowa część Stanów Zjednoczonych, ale już północ powinna być do zniesienia. Zresztą dlaczego by nie udać się jeszcze dalej. W końcu w Kanadzie też mówią po angielsku.

To była kusząca wizja: zacząć wszystko od początku, wymyślić sobie nową tożsamość i resztę życia, dla odmiany, spędzić w spokoju i poczuciu bezpieczeństwa, bez zobowiązań wobec nikogo, bez ciążącej na nim odpowiedzialności. Severus Snape zginął w bitwie o Hogwart i niech spoczywa w pokoju.

Mimo to Severus wciąż się wahał. Sam nie wiedział dlaczego, w końcu plusy przeważały nad minusami, jednak wciąż zastanawiał się nad tym, jakby szukając dziur w całym planie...

„Och, do diabła" — pomyślał z irytacją, podrywając się z ławki tak gwałtownie, że aż zobaczył mroczki przed oczami. Kilka razy odetchnął głęboko, czekając, aż świat wokół niego odzyska ostrość, a potem na nowo podjął spacer po ogrodzie, starając się uporządkować myśli.

Rzecz w tym, że sam siebie starał się oszukać. Doskonale wiedział, dlaczego myśl o wyjeździe budziła w nim wątpliwości. Powód był jeden i nazywał się Auriga Sinistra.

W zasadzie nie było dnia, w którym by o niej nie pomyślał. Wszystko mu o niej przypominało: filiżanka Earl Greya, którą podał mu Spodek, artykuł o astronomii w jednej z podrzuconych przez Malfoya gazet i szelest sukni Narcyzy, która przyszła go odwiedzić. Podczas spacerów łapał się na myśli, że Auriga byłaby zachwycona zarośniętym ogrodem i że śmiałaby się serdecznie z białych pawi, pierzchających przed ludźmi niczym stadko kurczaków.

A potem docierało do niego, że owszem, może tak zachowywałaby się dwa lata temu, ale nie teraz. Teraz, gdyby się spotkali, nawrzeszczałaby na niego albo wręcz przeciwnie, nie odezwała się ani słowem. Nigdy nie miała skłonności do gwałtownych zachowań, ale nie zdziwiłby się, gdyby dała mu w twarz albo nawet próbowała go przekląć.

Właśnie dlatego ani przez chwilę nie żałował, że Malfoy nie doprowadził do ich spotkania. I im dłużej o tym myślał, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że trzymanie się od niej z daleka to najlepsza możliwa decyzja. Nic, co mógłby jej powiedzieć na swoje usprawiedliwienie, nie zmieniało tego, co zrobił. W dodatku sama myśl o tym, że miałby tłumaczyć się i błagać o wybaczenie, wydawała mu się upokarzająca. Już kiedyś znalazł się w podobnej sytuacji, płaszczył się i przepraszał, wystawał pod wejściem do Wieży Gryffindoru, narażając się na drwiny kolegów — bez skutku. A przecież wtedy chodziło o jeden głupi błąd, kilka rzuconych w gniewie słów, a nie o zdradę i morderstwo.

Mimo to Severus nie czuł się dobrze z myślą, że miałby tak po prostu wyjechać, nie zobaczywszy jej i nie zamieniwszy z nią ani słowa. Nie przekonawszy się na własne oczy, że nic jej nie jest.

„Świetnie, więc idź do niej i pozwól się przekląć, jeśli to ma ci poprawić humor" — pomyślał gorzko. — „Z pewnością do tej pory zdołała sobie wszystko poukładać, a twój powrót sprawi jej tylko ból. Dla wszystkich byłoby lepiej, gdybyś po prostu dyskretnie zniknął".

Paradoksalnie ta konkluzja nieco podniosła go na duchu. A więc miał jakiś plan. Oczywiście wymagał gruntownego przemyślenia i dopracowania, ale był.

Severus odetchnął głęboko mroźnym powietrzem i powoli ruszył w drogę powrotną.

xxx

Przed południem Auriga jak co dzień zeszła do pokoju nauczycielskiego na filiżankę kawy. Trwały jeszcze zajęcia, więc korytarze były puste, jednak kiedy tylko weszła do środka, natychmiast dostrzegła dziwne poruszenie wśród obecnych tam nauczycieli. Zaniepokojona podeszła do Lizy, która zamiast powitania od razu wyjaśniła:

Lena Abbott, matka Hanny. To samo co zawsze. Znaleziono ją dziś rano, nad domem unosił się Mroczny Znak.

Sinistra zakryła usta dłonią.

Co z Hanną?

Jest w szoku, oczywiście. Pomona i Minerwa rozmawiają z jej ojcem. Pewnie jeszcze dziś zabierze ją ze szkoły.

Auriga skinęła głową, nie zdążyła jednak zapytać o nic więcej, bo w tej samej chwili podszedł do nich Dumbledore.

Lizo, czy mogłabyś...

Vector skinęła głową i wróciła do przygotowywania kawy, a Auriga spojrzała ze zdumieniem na dyrektora, czując nagle dreszcz niepokoju.

Dobrze, że jesteś, Aurigo. Spotkałaś się z Severusem?

Nie, dopiero co zeszłam na dół — powiedziała.

Ostatni raz widziała Severusa wczoraj po kolacji. Później miała zajęcia z siódmym rokiem, po których została na Wieży, by popracować nad własnym projektem i nieco straciła poczucie czasu. Skończyła koło drugiej, a potem poszła prosto do łóżka, zakładając, że on również pracował do późna i nie chciało mu się przychodzić na Wieżę. — Na Merlina, on chyba nie...

Był tam. Nie zdążył nikogo zawiadomić, cały czas patrzono mu na ręce.

Zmartwiała. Albus przypatrywał się jej uważnie znad okularów połówek.

Nie był w stanie jej uratować — powiedział cierpliwie. — Zdradziłby się, gdyby spróbował, i sam mógłby zginąć.

Sinistra poczuła mdłości.

To straszne — ciągnął Dumbledore nie uzyskawszy odpowiedzi — i zrozumiem, jeśli to dla ciebie zbyt wiele, moja droga, ale postaraj się nie sądzić go zbyt pochopnie.

Auriga ocknęła się i spojrzała na niego ze zdumieniem.

O czym pan... Zresztą nieważne. Severus jest u siebie? Bardzo z nim źle?

Nie jest ranny...

Nie o to mi chodzi.

...ale przyda mu się towarzystwo kogoś życzliwego... — dodał niepotrzebnie, bo Auriga, rzucając niewyraźne przeprosiny, ruszyła prędko w stronę drzwi.

Odnalazła Severusa w jego klasie. Siedział przygarbiony za biurkiem i pusto wpatrywał się w swoje dłonie. Włosy nieporządnymi strąkami opadały mu na przeraźliwie pobladłą twarz. Gdy usłyszał skrzypnięcie otwieranych drzwi, drgnął nerwowo i natychmiast wyprostował się sztywno, przybierając chłodny i opanowany wyraz twarzy. Jednak kiedy zobaczył, że to ona, ramiona znów mu opadły.

Och, Sev — westchnęła cicho, myśląc o tym, jak wiele musiało go kosztować normalne prowadzenie lekcji i udawanie, że wszystko jest w porządku.

Nie powinnaś tu przychodzić — powiedział dziwnym tonem.

Pokręciła głową i podeszła bliżej, niepewna, jak się zachować. Nie wiedziała, czy potrzebuje teraz przyjaciółki, która cierpliwie wysłucha jego milczenia, czy raczej kogoś, kto nawrzeszczy na niego i każe mu wziąć się w garść. A może powinna raczej objąć go i spróbować choć na chwilę odwrócić jego uwagę pieszczotami? Przysunęła sobie krzesło i usiadła obok niego, czekając na jakąś wskazówkę.

Severus milczał, więc wyciągnęła rękę i ostrożnie pogładziła jego ramię.

To nie twoja wina.

Spojrzał na nią z jakąś przerażającą mieszaniną ironii i rozbawienia.

Skąd możesz to wiedzieć?

Severusie...

Nie było cię tam. Nie masz pojęcia, co się wydarzyło.

Oczywiście miał rację, ale nie zamierzała mu tego przyznawać.

Wiem, że gdybyś mógł ją uratować, zrobiłbyś to — powiedziała Auriga, starając się, by jej głos zabrzmiał pewnie.

Snape wstał gwałtownie, odtrącając jej dłoń.

Powinnaś już iść — rzucił, przechodząc na drugi koniec sali, odgradzając się od niej biurkiem i rzędami ławek.

I zostawić cię, żebyś mógł cały dzień pogrążać się w poczuciu winy? — zapytała drwiąco. — Na Merlina, Severusie, doskonale wiesz, że zrobiłeś wszystko, co w twojej mocy, żeby ocalić tę kobietę. Nie udało się i tak, to straszne, ale mamy wojnę. Zadręczanie się wyrzutami sumienia i użalanie nad sobą w niczym tu nie pomoże. — Wcale nie była przekonana co do słuszności swych słów, ale to nie była odpowiednia chwila, żeby dzielić się z Severusem swoimi wątpliwościami i strachem. Całkiem udatnie naśladowała jego przykry, ale zdecydowany ton i chyba to podziałało, bo zatrzymał się wreszcie. Podeszła do niego i tym razem nie pozwoliła się odsunąć.

Czy ty w ogóle się nie boisz? — zapytał. — Jestem śmierciożercą...

Szpiegujesz Czarnego Pana na polecenie Dumbledore'a — poprawiła go stanowczo.

Nigdy nie masz wątpliwości?

Pokręciła głową.

Znam cię, Sev. Nigdy w ciebie nie zwątpię.

Roześmiał się nagle, dziwnym niewesołym śmiechem, od którego przeszły ją ciarki.

Chciałbym, żeby to była prawda.

Nim zdążyła zaoponować i zapytać, co to ma znaczyć, przyciągnął ją do siebie i objął mocno, zanurzając twarz w jej włosach.

Tym razem to ona przytomnie wyciągnęła różdżkę i przekręciła klucz w drzwiach.

xxx

Kiedy Auriga zeszła na obiad, nie od razu zauważyła, że coś jest nie tak. Jak co dzień zajęła miejsce za stołem, przywitała się ze współpracownikami, nalała sobie soku dyniowego i sięgnęła po półmisek z ziemniakami. Dopiero wtedy uderzyło ją, że choć w Wielkiej Sali panuje zwyczajny gwar, to jej najbliższe otoczenie jest niepokojąco ciche.

Zaskoczona spojrzała najpierw na Lizę, a potem na Gustawa. Ona zmarszczyła z irytacją brwi i ostentacyjnie schowała się za gazetą, a on z zakłopotaniem odwrócił wzrok, udając zajętego obiadem. Sinistra westchnęła w duchu, stwierdzając, że lepiej dać im spokój.

Nie przestała jednak zastanawiać się, o co tym razem im poszło. Sprawiali wrażenie, jakby nie mogli nawet na siebie patrzeć. A przecież od kilku tygodni naprawdę świetnie się dogadywali i spędzali ze sobą dużo czasu. Tu kawa, tam herbata, pogawędki przy śniadaniu, wieczory przy kominku…

„No tak" — pomyślała Auriga, przygryzając lekko wargę. Niejako z własnego doświadczenia wiedziała, do czego to prowadzi. W zasadzie teraz wydawało jej się oczywiste, że w tym wypadku również wszystko do tego zmierzało.

Zagadką pozostawało, kto komu dał kosza. Gustaw od dawna sprawiał wrażenie mocno zafascynowanego Lizą. Ona zaś do woli mogła sobie mówić, że nie ma innego towarzystwa, ale nie dało się ukryć, że mimo początkowych nieporozumień nowy współpracownik przypadł jej do gustu. I nie mogła przecież nie zdawać sobie sprawy z tego, jak bardzo Gustaw jest nią zauroczony...

„Och, oczywiście, że mogła" — przerwała sobie Auriga z rezygnacją. Liza była bardzo bystrą i spostrzegawczą obserwatorką, gdy w grę wchodziły problemy jej przyjaciół czy uczniów, ale kiedy chodziło o nią samą, czasem umykały jej najbardziej podstawowe rzeczy. Sygnały, które inna kobieta natychmiast zinterpretowałaby w odpowiedni sposób, Liza potrafiła traktować jak coś zupełnie naturalnego i pozbawionego głębszego znaczenia. Gustaw zapewne nie narzucał jej się jakoś specjalnie, doskonale świadom tego, że ledwie kilka tygodni temu w dość nieprzyjemny sposób zakończyła poprzedni związek, a ona najprawdopodobniej nie dostrzegała subtelnych oznak zadurzenia z jego strony. I może naprawdę sama nie czuła do niego nic prócz zwyczajnej sympatii? Gdyby było coś więcej, chyba wspomniałaby o tym Auridze?

Co do tego ostatniego Sinistra wcale nie miała pewności. Ostatnio chyba nie najlepiej sprawdzała się w roli przyjaciółki.

Obiad przebiegł w dziwnie napiętej atmosferze i Auriga z ulgą powitała moment, kiedy Liza złożyła gazetę i wstała od stołu.

— Zaczekaj — poprosiła, również podnosząc się z miejsca. — Ja też już idę na górę.

Razem wyszły z Wielkiej Sali i w milczeniu zaczęły wspinać się po schodach. Po chwili Liza nie wytrzymała i spojrzała na przyjaciółkę podejrzliwie.

— Nie zapytasz o niego?

— A chcesz o nim rozmawiać? — odpowiedziała pytaniem Auriga.

— Nie! — stwierdziła Vector stanowczo.

Sinistra wzruszyła ramionami.

— Więc nie zapytam.

Liza milczała zacięcie przez jakieś trzydzieści sekund.

— Powiedział mi, że się we mnie zakochał! — wybuchnęła w końcu szeptem, rozglądając się, czy w pobliżu nie ma jakichś uczniów. Na szczęście korytarz był pusty. — Na Merlina, wyobrażasz to sobie? — zwróciła się do Aurigi.

— Cóż, Lizzie... jeśli mam być szczera, to tak. Wcale się nie dziwię, że wpadłaś mu w oko.

— Na Merlina, no to mógł dać mi to zrozumienia jakoś subtelniej, zamiast wyskakiwać z czymś takim! Dlaczego po prostu nie zaprosił mnie na randkę? Oczywiście odmówiłabym, ale i dla mnie, i dla niego byłoby to sto razy mniej niezręczne.

Auriga uśmiechnęła się łagodnie.

— Wątpię, żeby jemu to zrobiło jakąkolwiek różnicę — zauważyła. — Poza tym jesteś pewna, że nie próbował? Wiesz, i tak już spędzaliście razem sporo czasu...

Liza popatrzyła na nią nieprzyjaźnie; najwyraźniej już sama zdała sobie sprawę z tego, że źle interpretowała zachowanie Gustawa przez ostatnie tygodnie.

— Może po prostu tym razem chciał postawić sprawę jasno? — ciągnęła Sinistra spokojnie. — Prawdę mówiąc, on od dawna wydawał się zainteresowany... I sądziłam, że ty też go lubisz.

— Och, lubię — westchnęła Vector z irytacją. — Lubię też Filiusa i Hagrida, ale to nie znaczy, że chciałabym się z nimi umawiać!

Auriga pojednawczo uniosła dłonie.

— W porządku, rozumiem. Ale dlaczego się tak wściekasz?

Liza jęknęła cicho, jakby zirytowana tym, że musi odpowiadać na tak oczywiste pytania.

— Bo tak! Bo wkurza mnie, że postawił mnie w takiej idiotycznej sytuacji i wszystko popsuł! Sądziłam, że po prostu się przyjaźnimy. Że spędza ze mną czas dlatego, że lubi ze mną rozmawiać, a nie dlatego, że mu się podobam i chciałby mnie poderwać, namieszać mi w głowie, a później zostawić w jakiś paskudny sposób, kiedy już się znudzi.

Zaskoczona Sinistra spojrzała na nią niepewnie.

— Naprawdę sądzisz, że nie był z tobą szczery, czy po prostu jesteś teraz cyniczna?

Liza wzruszyła ramionami.

— A jakie to ma znaczenie? Może i naprawdę się zakochał, nie mówię, że nie, ale co z tego, skoro to zawsze wygląda tak samo? Tak czy inaczej mam nadzieję, że nie będzie do tego wracał. Najlepiej niech w ogóle trzyma się ode mnie z daleka, dopóki mu nie przejdzie.

x

Gustaw siedział w swoim gabinecie nad filiżanką herbaty, bezmyślnie wpatrując się w otwartą książkę i wciąż mimowolnie obracając w głowie wydarzenia wczorajszego wieczoru. Chętnie poszedłby na spacer, ale jak na złość od rana ani na chwilę nie przestawało lać. Pokręcił się trochę po zamku, jednak to nie było to samo. Potrzebował przestrzeni, powietrza i słońca. Pełne cieni korytarze przygnębiały go jeszcze bardziej, poza tym aż za bardzo przypominały mu o wczorajszym zajściu.

Liza nawet nie zaczekała na jego odpowiedź, tylko natychmiast odwróciła się i odeszła, zostawiając go samego. Dopiero kiedy gniewny stukot jej obcasów ucichł w oddali, Gustaw uświadomił sobie, że powinien pobiec za nią. Nawet nie po to, żeby z nią porozmawiać — to, co powiedziała, brzmiało wystarczająco kategorycznie, by nie pozostawiać żadnych złudzeń co do jej uczuć — ale choćby dlatego, żeby nie zostać samemu w przesiąkniętym czarną magią korytarzu, w kompletnych ciemnościach. Wciąż niezbyt rozsądnie było przebywać samemu w tych rejonach zamku, w dodatku bez różdżki. Z drugiej strony, może gdyby coś mu się stało, Liza pożałowałaby, że potraktowała go tak nieprzyjemnie?

Jakoś udało mu się wrócić do własnych komnat i nie wyściubił stamtąd nosa przez resztę wieczoru. Nie chciał ryzykować, że spotka Lizę w pokoju nauczycielskim albo na korytarzu. Dzisiaj widział ją podczas posiłków i nie wydawała się ani trochę zasmucona czy zakłopotana tym, co się stało. Wręcz przeciwnie — co za niespodzianka! — najwyraźniej znowu była na niego zła.

On z kolei czuł jednocześnie żal, zakłopotanie i złość na samego siebie. Właściwie sam był sobie winien. Na Merlina, chyba mu odbiło, jeśli sądził, że ma u niej jakiekolwiek szanse.

Ale przecież lubiła go. I musiała zdawać sobie sprawę z jego zauroczenia na długo przed tym, jak zdecydował się wyznać jej, co czuje. Zachowywała się, jakby nie miała nic przeciwko. Flirtowała z nim, uśmiechała się i droczyła... Może trochę trzymała go na dystans, ale składał to na karb jej niedawnych, niezbyt przyjemnych doświadczeń z Shepardem i nie naciskał. Sam zresztą jeszcze parę tygodni temu nie wiedział do końca, czego właściwie chce.

Patrząc wstecz, wiedział, że nie powinien w ogóle dopuścić do tego, by sprawy zabrnęły tak daleko. Od początku należało trzymać się od niej z daleka, pozwolić, żeby pozostała po prostu tajemniczą, piękną i zupełnie nieosiągalną wiedźmą, o której można tylko fantazjować. Im więcej czasu spędzał w jej towarzystwie, tym bardziej przekonywał się, że ani trochę nie traciła na bliższym poznaniu. Wręcz przeciwnie, okazała się jeszcze bardziej intrygująca, a przy tym także inteligentna, zabawna, wrażliwa i słodka…

Gustaw jęknął cicho, kryjąc twarz w dłoniach. Nie był pewien, w którym momencie zwykły pociąg do atrakcyjnej czarownicy zmienił się w beznadziejne zakochanie. Szczerze żałował, że na to pozwolił. Gdyby nie to, może odrzucenie nie bolałoby tak bardzo.

Cóż, mimo wszystko musiał przyznać, że to było bardzo w jego stylu — zwariować na punkcie kobiety, która nie widziała w nim nikogo więcej, jak tylko sympatycznego, choć nieco irytującego kolegę z pracy...

Z ponurych rozmyślań wyrwało go pukanie do drzwi.

— Proszę — zawołał, prostując się i usiłując przywołać na twarz coś, co choć odrobinę przypominałoby uśmiech.

Spodziewał się któregoś z uczniów, ale w drzwiach stanęła Auriga.

— Cześć... Mogę wejść? — zapytała nieco niepewnie.

— Pewnie, siadaj. Herbaty?

— Chętnie — odparła, zajmując miejsce w fotelu naprzeciw niego.

Gustaw obrócił się na krześle, z szafki wyciągnął filiżankę i napełnił ją ze stojącego na podgrzewaczu imbryka.

Auriga podziękowała uśmiechem, odbierając filiżankę, i wskazała na leżącą na biurku księgę.

— Czytasz „Historię Hogwartu"? — zapytała zdziwiona.

— Podczytuję. Omijam fragmenty z goblinami i te wszystkie nudy o polityce. Chciałem zobaczyć, jak wyglądał Hogwart przed wojną i Irma dała mi to. Na początku zamierzałem obejrzeć obrazki, ale zacząłem czytać i jakoś poszło. To całkiem ciekawe, można się sporo dowiedzieć o zamku... — urwał, zdając sobie sprawę z tego, że papla bez sensu, nie dając jej dojść do słowa, bo doskonale wie, o czym naprawdę chciała rozmawiać. — Powiedziała ci, prawda? — westchnął.

Auriga skinęła głową.

— Przyjaźnimy się — dodała w ramach wyjaśnienia.

Gustaw wzruszył ramionami.

— Będziesz ją tłumaczyć? Mówić, że nie powinienem mieć do niej żalu i przekonywać, że to i tak nie miałoby sensu?

— Co? Nie, oczywiście, że nie. — Sinistra wydawała się zdziwiona. — Chciałam tylko sprawdzić, jak się czujesz?

Zieleziński westchnął ciężko, a potem ku własnemu zdziwieniu odpowiedział najzupełniej szczerze:

— Okropnie! Naprawdę sądziłem, że ona czuje to samo — dodał, bo Auriga była wdzięczną słuchaczką, a on musiał się komuś wyżalić. — Że od dawna wie o moich uczuciach i tylko... czeka na mój ruch... — urwał, nieco zmieszany. Teraz to wszystko, co sobie wtedy wyobrażał, wydawało mu się takie głupie. — Na Merlina, wyglądała na kompletnie zaskoczoną... I cóż... powiem tak: zdarzało mi się zostać odprawionym w mniej bezpośredni i przykry sposób.

— To Liza — stwierdziła Auriga, jakby to wszystko tłumaczyło.

Zieleziński roześmiał się ponuro.

— Właśnie. Ale chyba nie lubiłbym jej tak bardzo, gdyby była inna — stwierdził bezradnie. — No trudno. Wygłupiłem się. Nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz. Ona oczywiście znowu jest na mnie wściekła. Myślałby kto, że w tej sytuacji to ja powinienem czuć się urażony... Ale w porządku, już przywykłem. Najgorsze jest to, że nawet trudno się na nią złościć.

Bardzo chciałby być na nią wściekły, ale czuł jedynie żal i smutek. Sinistra patrzyła na niego ze współczuciem.

— Liza potrafi namieszać w głowie — przyznała. — Przykro mi, Gustawie.

— Niepotrzebnie. — Zmusił się do uśmiechu. — W końcu mi przejdzie.

— Tak, w końcu tak... Ale nie jest przyjemnie zostać odrzuconym — westchnęła.

Spojrzał na nią pytająco, ale zamiast wyjaśnienia otrzymał jak zawsze ciepły i krzepiący uśmiech.

x

Cordice aportował się przed bramą Malfoy Manor. Natychmiast uderzył w niego podmuch zimnego wiatru, przenikając chłodem aż do kości. Cordice mocniej naciągnął kapelusz i postawił kołnierz płaszcza, a potem ruszył w kierunku posiadłości.

Na widok Lucjusza Malfoya zmierzającego ścieżką w jego stronę, poczuł ukłucie niepokoju.

— Znowu stracił przytomność? — zapytał, kiedy się spotkali.

— Nie, nie, wszystko z nim w porządku — odparł ze zniecierpliwieniem Malfoy. — Powiedział, że potrzebuje różdżki!

Mimo chłodu Cordice aż przystanął z zaskoczenia.

— Interesujące — stwierdził, podejmując marsz. — Ale nie wygląda pan na zadowolonego — zauważył. — Czy nie uważa pan, że to najwyższy czas, by wszystko ujawnić?

— Rzecz w tym, że on wciąż nie chce, by ktokolwiek się dowiedział. Poprosił o pomoc w dotarciu na Nokturn i namiary na jakiegoś nieoficjalnego handlarza.

— Cóż, to i tak pewien postęp — zauważył ostrożnie Cordice.

— Więc uważa pan, że powinienem na to przystać? — zdziwił się Malfoy.

Cordice jedynie wzruszył ramionami.

— To nie wszystko — dodał Lucjusz. — Zapytał, czy może skorzystać z pracowni. Stwierdził, że chce się czymś zająć.

— Jest Mistrzem Eliksirów, prawda — rzekł z namysłem Cordice. — To dobrze, że zaczął myśleć o powrocie do pracy...

— Czy to mu nie zaszkodzi?

— Wręcz przeciwnie, sądzę, że może mu to wyjść na dobre. Proszę tylko pilnować, żeby nie dostawał zbyt niebezpiecznych składników.

— Myśli pan, że mógłby spróbować się otruć? — zapytał Malfoy ze zdziwieniem i niepokojem.

— Nie, miejmy nadzieję, że nie jest w aż tak kiepskim stanie! — odparł Cordice. — Ale wciąż nie jest zupełnie zdrowy. Jad węża poczynił prawdziwe spustoszenie w jego organizmie. Nie znam podobnego przypadku. Nie wiem, jak długo potrwa rekonwalescencja i czy w ogóle uda mu się wrócić do pełnej sprawności... Widział pan jego ręce, prawda?

Malfoy skinął głową.

— Sądzę, że może spróbować warzyć proste eliksiry, nie wymagające większej precyzji i nie grożące wybuchem — ciągnął Cordice. — Miejmy nadzieję, że to mu pomoże, a nie wpędzi w większą depresję...

— Czy to nie za szybko? Pamięta pan, co stało się ostatnim razem. Możemy poczekać jeszcze kilka tygodni, aż zupełnie dojdzie do siebie.

— Nie możemy traktować go jak dziecko. Nam również zależy, by jak najszybciej wrócił do pełni zdrowia i się usamodzielnił. Niech go pan puści na Nokturn. Proszę dać mi kilka dni, a dowiem się, gdzie można zdobyć różdżkę. Możemy otworzyć kominek między pańskim domem i moim gabinetem; myślę, że to bezpieczniejsze niż teleportacja łączna. Dla bezpieczeństwa zamaskuję go jakimiś prostymi zaklęciami. Nie byłoby dobrze, gdyby pierwszą rzeczą, o której dowiedzą się media, było to, że cudownie zmartwychwstały bohater myszkuje potajemnie po Nokturnie...

Lucjusz nie wyglądał na w stu procentach przekonanego do tego planu, ale po chwili namysłu, skinął głową.

— Świetnie — stwierdził Cordice. — Zatem chodźmy przekazać mu dobre wieści!

xxx