AN: Cytując pewnego klasyka (filmik z jego udziałem od dwóch lat krąży po internetach ku uciesze kibiców Realu), wszystkim czytelnikom, fanom piłki nożnej i nie tylko, życzę Morry Krisma!


Malaga CF – 3 : 2 – Real Madryt


Daniel poruszał się po domu trochę jak nastolatek po muzeum. Ostrożnie, jakby obawiając się, że zza rogu wyskoczy z wykrzywioną miną stary kustosz i zacznie wrzeszczeć, że eksponatów się nie dotyka.

Dokładnie obejrzał pokój dzienny na parterze, ten z wyjściem na patio, aż wreszcie zatrzymał się przed szklanymi drzwiami. Ponad zaroślami na końcu posesji rozciągał się widok na najbardziej ekskluzywną część Pozuelo z kosmicznymi rezydencjami osiadłymi na wzgórzach.

Luna rozciągnięta na kanapie śledziła go kątem oka, ale książka, którą rozłożyła sobie na kolanach, interesowała ją bardziej.

Harry wahał się, czy dołączyć do swojej przyszywanej dziewczyny, czy podejść do brata. Ostatecznie wybrał podpieranie ściany.

- Wow! To tutaj mieszkał Diego Forlan!...

- Nie Diego Forlan tylko Pablo Ibanez.

Przed nim w zacisznym zakątku Pozuelo de Alarcón mieszkało co najmniej trzech piłkarzy, a dom należał do jednego z nich.

- Dzwoniłeś do mamy?

Daniel słysząc wyrzuty w jego głosie wyraźnie skurczył się. Harry dobrze znał ten nerwowy nawyk brata ze skubaniem rękawa, kiedy próbował wymigać się od trudnej odpowiedzi.

- Wysłałem jej wczoraj wieczorem SMSa…

Spojrzał w sufit szukając wsparcia u siły wyższej.

- Nie mów mi, że zaraz potem wyłączyłeś komórkę.

Daniel miał przynajmniej na tyle przyzwoitości, by wyglądać na skruszonego.

- Wiesz, jaka potem byłaby afera!

- Wiem, jaka będzie zaraz afera! – Harry niechcący podniósł głos.

Tata i bez tego spodziewał się po nim najgorszego. Teraz pewnie oboje z mamą myśleli, że to Harry sprowadził ich najmłodszą latorośl na manowce. Ciągle czuł w rodzinnym domu tę obawę, że Daniel wkrótce pójdzie w ślady brata, bo już od najmłodszych lat uważał go za wzór do naśladowania.

- Ja wytłumaczę, że to mój pomysł! – Daniel przysunął się do niego i przybrał nieszczęśliwą minę.

Harry potrząsnął głową. Splótł ręce na piersiach. Jeszcze tego brakowało, by rodzice zaczęli dystansować się i od jego brata.

- To już lepiej zwal wszystko na mnie.

Daniel rozdziawił się głupio, a Luna ostentacyjnie przewróciła kartkę.

- No co? – Harry wzruszył ramionami – Jednej czarnej owcy w rodzinie wystarczy.

- Ale ja nie chcę, żebyś był tym najgorszym!

Jeszcze chwila a jego młodszy brat wybuchnie płaczem.

- Nie chcę, żebyś mnie zostawił i zapomniał!

- Nie zapominam o tobie… - wydukał Harry.

Daniel chwycił go za ręce i patrzył błagalnie w oczy.

Gdzieś z boku usłyszał cichy głos Luny.

- Sam się wpędzasz w poczucie winy – powiedziała po hiszpańsku.

Fakt, że cokolwiek rozumiała z niemieckich wykrzykników w normalnych okolicznościach zastanowiłby go, ale teraz całą jego uwagę skupiały występki buntującej się młodzieży. Daniel chyba właśnie wkraczał w okres emocjonalnego dorastania. Jeszcze rok wcześniej nie odważyłby się na samotną eskapadę po Europie.

- Jeden telefon na urodziny to za mało – Daniel pociągnął nosem.

- A limitowana edycja ostatniego albumu Fanta Vier z dedykacją od samego Thomasa D to niby co? Kapcie?

Harry wciąż pamiętał, jak podczas drogi powrotnej z festiwalu Deichbrand rok wcześniej jego młodszy brat recytował na okrągło "Wir sind dafür geboren wie Gladiatoren".

Daniel wzruszył ramionami i uciekł wzrokiem w bok.

- Nie mów mi, że zmieniasz gust muzyczny tak często jak Greta chłopaków.

- To był najfajniejszy prezent – przyznał się wreszcie – A na Święta chcę, byś był w domu – dodał cicho.

Harry oswobodził ręce z uścisku i objął luźno brata ramieniem. Westchnął ciężko.

- Tylko bym wam je schrzanił.

- Może nie będzie tak źle? – Daniel podchodził do sprawy z optymizmem.

I naiwnością.

- Mama na pewno się ucieszy.

- I zacznie pytać, czemu nie zabrałem z Madrytu dziewczyny – Harry przeszedł płynnie na angielski.

- Mam plany – odparła Luna nie podnosząc wzroku znad książki.

- Wiem.

Ten moment upatrzył sobie były kryminalista pomieszkujący kątem w domu Harry'ego.

- ¡Mi cariño! Mi vida! – Syriuszowi służyła zmiana otoczenia.

Kilka miesięcy życia na koszt znanego piłkarza sprawiło, że przestał przypominać uciekiniera z rosyjskich łagrów. Pokochał kolorowe marynarki z second handu i hiszpańskie piwo. Niestety wciąż unikał wizyty u fryzjera i golibrody, więc dalej wyglądał jak żul spod mostu.

- Mi… - talerz z odgrzanym kawałkiem pizzy i prawie pusta butelka Dorada Especial wylądowały na posadzce – …hostia!...Junior! Stary też ciebie z domu wygonił?

- Wu.. wujek Syriusz? - Daniel cofnął się przezornie o dwa kroki i spojrzał pytająco na Harry'ego.

- Długo by opowiadać…

XXX

Z pewną taką nieśmiałością zwrócił się do Olivieiry z zapytaniem o wolne miejsce w samolocie do Malagi. Harry nie orientował się, jakie w klubie panowały zwyczaje co do podróżowania drużyny i ewentualnych gości. Wiedział tylko, że kiedyś z Realem Madryt na mecze latała połowa stołecznych dziennikarzy, ale Snape już kilka dni po podpisaniu kontraktu dał wszystkim znać, że z wynajętego samolotu korzysta drużyna, sztab trenerski i personel pomocniczy. Pomiędzy nimi udało się jednak znaleźć miejsce dla jego brata.

Dziwnym trafem to Michael Corner poczuł się w obowiązku oprowadzić Daniela po kabinie i przedstawić wszystkim sanitariuszom. Harry stracił ich z oczu po kilku minutach.

- To co? Jednak wracasz do domu?

Obok niego Neville z namaszczeniem żuł owocowego cukierka, którymi częstowała ich załoga samolotu. Dzięki temu łatwiej znosili różnice ciśnień, a Nev nie tracił słuchu przy starcie i lądowaniu.

Harry westchnął i wtulił się w fotel.

- Z Malagi do Frankfurtu, a stamtąd do Bremy. Szkoda, że te Święta spędzasz z rodzicami Hannah.

- Byleby tylko nie postawili mi ultimatum.

Obaj roześmiali się.

- W razie czego Draco chętnie pomoże ci wybrać pierścionek – doradził wesoło Jack Sloper okupujący miejsce po drugiej stronie przejścia.

- Tak! Nikt inny nie zna się tak dobrze na świecidełkach! – zawołał entuzjastycznie siedzący przed nimi Blaise.

- Jakby co, to daj znać – ponad siedzeniami zaraz obok ciemnoskórego Włocha pojawiła się głowa blondwłosego piłkarza.

- Eee… dzięki – wybąkał zmieszany Neville – Będę pamiętał.

- A gdzie twój fan boy? – zagadnął Harry'ego Zabini.

Dwie doby w Madrycie, a najmłodsza latorośl Potterów dorobiła się już ksywki.

- Sam chciałbym wiedzieć.

- Przyznaj, że po prostu się boisz, że Daniel nagle wyparuje stąd i znajdą go za kilka dni na kupce śniegu przy Stamford Bridge – zażartował Jack.

- Ew…. – obok niego Theo Nott skrzywił się, jakby zjadł coś trującego – Po prostu… ew… Czemu chłopakowi tak źle życzysz?

- A co? Karkaroff przecież nie zjada dzieci.

- Twój umysł to ciemne i paskudne miejsce. Takie skojarzenia…

- To nie trzeba było mnie ciągać razem z Michaelem na nocki z „Wallanderem" po przegranych meczach.

Starzy kumple mogli się tak sprzeczać w nieskończoność. Harry jednak zaczynał naprawdę niepokoić się o brata. Postanowił go poszukać.

Okazało się, że Daniel zaprzyjaźnił się z Kay Murray. Uruchomiwszy swój nastoletni urok zadawał prezenterce Real Madrid TV tysiąc pytań na minutę jednocześnie zaglądając jej za dekolt ku uciesze pilnującego ich Cornera.

- Może się trochę zdrzemniesz? – zasugerował bratu Harry – Potem będzie okazja dopiero w drodze do domu.

- Nie. Jestem okay! – zapewnił go Daniel – Poza tym wiesz, że dopiero czwarty raz lecę samolotem?

Chłopak ignorował kompletnie otoczenie na rzecz kobiety, która mogłaby być jego nauczycielką matematyki.

- A co ci się najbardziej podoba w Valdebebas?

- Siłownia. I sauna. I gabinet, w którym urzęduje Mister Snape.

- Czy on był w kabinie pilotów? – Harry zagadnął cicho Michaela.

- Tylko wsadził głowę i popatrzył na przyrządy.

- Jeśli przez niego będą mieli kłopoty… - zawiesił znacząco głos.

- Skądże – starszy piłkarz machnął ręką – Był grzeczny. Nie pisnął ani słówka.

Harry wątpił w te zapewnienia. Danielowi usta zamykały się tylko kiedy spał albo grał w nogę.

- Jakoś nie mogę w to uwierzyć.

- Chodź, chiquito – Michael pociągnął chłopaka delikatnie za rękę.

Widocznie chciał dać chwilę oddechu przygotowującej się do pracy kobiecie.

- Pogadamy z kapitanem. On ma jeszcze fajniejsze historie w tej swojej głowie niż ja.

- Fajniejsze niż o Juanie, waszym szczęśliwym pilocie i o tym jak Hagrid kupował Beckhamowi pestki słonecznika? – zapytał Daniel grzecznie drepcząc za nim.

- Charlie był w klubie cały czas. Ja musiałem wyjechać na kilka lat do Anglii.

- Wow! Tyle lat w jednym klubie! Jak pan wytrzymał?

Wszyscy trzej doszli do miejsc okupowanych przez Weasleya i Finnigana. Seamus siedział przy oknie w wyjątkowo kiepskim humorze i nie angażował się w rozmowy kolegów. Wciąż trawił ostatnią sprzeczkę z trenerem. Harry przyłapał ich jeszcze w autokarze w Madrycie jak syczeli na siebie. Teraz miny obu kapitanów zwiastowały nieciekawe wydarzenia.

Harry zastanawiał się, po co Michael przyprowadził do nich Daniela, skoro wyraźnie nie mieli nastroju na pogawędkę. Nie posądzał kolegi z drużyny o aż taką złośliwość przed ważnym meczem. To, że Corner i Weasley przestali się lubić, wyczuł już po pierwszym meczu z Barceloną. Hobby polegające na robieniu zatrważającej ilości zdjęć i fakt, że związał się z byłą studentką Slughorna, sprawiały, że Harry nadal miał opory przed obdarowaniem Charliego pełnym zaufaniem.

- Po prostu robiłem swoje – Charlie uśmiechnął się słabo do Daniela.

- Opowiedziałem mu już o tym, jak Lupin wpadł w szał po meczu z Atleti i zdemolował szatnię. I o pierwszym tatuażu Gutiego. Może teraz ty przypomnisz sobie coś ciekawego?

Ach, a więc Michael próbował tchnąć życie w apatycznego kapitana. Seamus wychodząc na murawę zmieniał się w lwa walczącego do końca. Na 90 minut zapominał o wszystkim, co się działo poza stadionem. Natomiast Charlie był innym typem człowieka, bardziej niezależnym ale i wrażliwym. Jeżeli coś przykrego działo się w jego życiu, przynosił to na trening, do szatni czy na mecz. Negatywne emocje ciągnęły się za nim jak złe duchy.

- Tyle tego było… - bąknął obok Seamus i poprawił poduszkę pod głową.

- Wiem! – Michael podniósł rękę – Niedawno minęła rocznica. Osiem lat od alarmu.

- To był fałszywy alarm – powiedział niechętnie Charlie.

- Ale ty pamiętasz najlepiej.

- Jaki alarm? – Seamus nareszcie ożywił się.

- Nie pamiętasz. Gówniarzem jeszcze byłeś. Z gołym tyłkiem po Walencji latałeś.

Michael oberwał poduszką.

- Graliśmy mecz z Realem Sociedad. Remisowaliśmy. Zostały najwyżej trzy minuty czasu podstawowego, kiedy kazali nam zejść z murawy – zaczął opowiadać Charlie.

Zamyślił się.

- Powiedzieli nam, że ETA mogła podłożyć bombę na Bernabeu. Pamiętam, że wyprowadzili nas tak szybko, że nie zdążyliśmy się przebrać w dresy. Carlos, jeden z naszych dawnych masażystów, dał mi przynajmniej kurtkę, bo było cholernie zimno. Czekaliśmy, aż policja przeszuka stadion, każdy w nerwach. Bo jeśli rzeczywiście coś znajdą i jeżeli to wybuchnie, to już nie mamy gdzie pracować. Nawet Guti się bał.

Seamus potrząsnął głową niedowierzając.

- To prawda. Też się bał, ale tylko trochę. Zaraz skombinował komórkę i zaczął wydzwaniać po całej rodzinie.

- Typowe! – Michael uśmiechnął się do własnych wspomnień.

Charlie zaczął szperać w upchniętej pod fotelem torbie, aż wydobył swoją komórkę.

- Zrobisz nam zdjęcie? – poprosił wniebowziętego chłopca.

Harry wraz z Michaelem zrobili pół kroku w tył. Po kilku miesiącach zaczął przejmować od niektórych kolegów zdrowy lęk przed nadmiarem swoich fotek krążących po Internecie. Na paparazzich i zwyczajnych kibiców uodpornił się szybko. Różni ludzie robili mu zdjęcia, gdy wychodził na ulicę albo podczas meczu, jednak szatnia, autokar czy samolot nie były publicznymi miejscami. Aparat, czy nawet zwykły telefon w dłoni sympatycznego kolegi mogły zmienić się w granat eksplodujący po kilku minutach agresywnymi komentarzami z najdalszych zakątków świata.

Tymczasem Charlie gestem zachęcił stojących piłkarzy, by zbliżyli się i oddał telefon w ręce młodszego Pottera.

Harry przełknął ślinę i przykucnął obok fotela. Zaraz poczuł ramię Weasleya na plecach. Corner stanął z tyłu. Uśmiechnęli się. Daniel pisnął z zachwytu.

Czego się nie robi dla zachowania dobrego imienia klubu.

XXX

Chmury zbierały się nad La Rosaleda. Dosłownie i w przenośni. I to nad obiema drużynami. Malaga była bankrutem. Teoretycznie klub należał do szejka, który nie wiedział, ile ma pieniędzy. Praktycznie, nie dostali od niego przez ostatni rok nawet centa na waciki. Natomiast trener gości postanowił zapewnić wszystkim hiszpańskim dziennikarzom sportowym sute święta.

Theo Nott usiadł na końcu ławki rezerwowych i dokładnie zapiął kurtkę. Obok niego zrelaksowany Roger Davies wyciągnął długie nogi, szczęśliwy, bo prezes obiecał nie sprzedawać go nigdzie zimą. Młody napastnik szybko jednak zainteresował się starszym kolegą po drugiej stronie.

- Charlie, wiem, że to cholernie nie fair, ale Adan też na pewno chciałby czasem pograć.

- Uhnn…

Kapitan osunął się nisko na fotelu i przygryzł dolną wargę.

- Najważniejsze jest dobro drużyny, co nie?

Niekoronowany król Madrytu, mistrz skromności i wielbiciel amatorskiej fotografii splótł ręce na piersiach.

- Następnym razem to ty dasz czadu i pokażesz, że jesteś najlepszy.

Charlie przewrócił oczami i schował dolną część twarzy w kołnierzu kurtki.

- A wiesz, że Mister może znowu da mi dziś zagrać 20 minut?

- Skup się ty lepiej na meczu, to się może czegoś nauczysz – padła odpowiedź spod kilku warstw nieprzemakalnego materiału i gęsiego puchu.

- Przynajmniej teraz łatwiej się wczujesz w sytuację nas, zwykłych wyrobników – wtrącił się Terence Higgs z drugiej strony – Nie każdy może grać non stop, mecz w mecz przez 10 lat.

Siedzący za nim Blaise Zabini wyglądał na rozbawionego.

Charlie zmienił pozycję. Usiadł na fotelu nisko w szerokim rozkroku. Czerwono-czarne getry bramkarza gryzły się z uniwersalną białą kurtką i jasną, natchnioną kolorystyką stadionu.

Theo marzył, by znaleźć się w tej chwili pomiędzy biegającymi na murawie kolegami. To nie na nich skupiała się uwaga fotoreporterów, to nie w nich tego wieczora wycelowano większość kamer.

Ponieważ ból w pachwinie zaczął mu uprzykrzać życie, sztab wolał nie ryzykować i dać mu odpocząć. Szkoda, że Theo nie siedział w głowie trenera. Gdyby wiedział, co Snape planuje, zamelinowałby się w Madrycie z trylogią „Millenium" na całą świąteczną przerwę, zamiast niechcący zostać statystą w piłkarskim dramacie. Obiecał sobie, że na drugą połowę spotkania usiądzie jak najdalej od kapitana.

W trzeciej minucie pół ławki rezerwowych poderwało się na widok Malfoya podkręcającego piłkę. Weasley opadł zawiedziony na fotel, kiedy bramkarz gospodarzy instynktownie obronił strzał.

W piętnastej minucie Michael Corner po męsku potraktował skrzydłowego Malagi. Theo odetchnął z ulgą widząc, że arbiter nie sięga do kieszeni by ukarać jego przyjaciela.

- Szczęśliwy skurczybyk! – zawołał na cały głos Terence.

Snape wstał, przeszedł się dwa razy po wyznaczonym dla niego sektorze zasłaniając rezerwowym widok na murawę.

Charlie schował dłonie w kieszeniach kurtki. Wyglądał jak mocno nadąsany gołąbek pokoju. Popatrzył spode łba na trenera. Trener zrewanżował się spojrzeniem o temperaturze ciekłego azotu.

W trzydziestej minucie dumnie prezentujący światu opaskę kapitańską Seamus Finnigan zobaczył żółtą kartkę. Snape podbiegł do linii bocznej boiska, zaczął wymachiwać rękoma i wołać o sprawiedliwość. Charlie bezwiednie powtarzał jego gesty dziesięć kroków dalej.

- Uspokój się, chłopie… - Terence posadził go obok wzburzonego Rogera – Więcej w tobie życia na ławce niż w bramce.

Charlie ostentacyjnie zakrył oczy ręką.

- Pieprz się…

Blaise i Jack zaczęli chichotać.

- No przecież to jawna niesprawiedliwość! – oburzał się dalej Roger – Ta ręka była tylko tak, niechcący! On wcale nie chciał nią zagrać!

- Gdyby cesarz zebrał wszystkie żółte kartki, jakie w życiu dostał, miałby paczkę makulatury – zauważył uśmiechnięty Blaise.

Theo w duchu przyznał mu absolutną rację.

- Nie denerwuj się – położył młodemu napastnikowi rękę na kolanie w uspokajającym geście – Odgwizdali im spalony, którego nie było. Jest dobrze.

Szkoda tylko, że sam nie czuł tego spokoju. Przewidywał, że pierwsze gromy uderzą już w przerwie.

- Napisali o was w jakimś szmatławcu, że jesteście najlepszymi obrońcami na świecie. Do głów wam uderzyło – pluł jadem Snape w twarze Seamusa i Deana – Nic nie potraficie! Nawet ogarnąć ofensywy skleconej z kilku podrzędnych kopaczy!

- Gramy tak, jak nas pan ustawiłeś!

- Przecież nie straciliśmy bramki.

- Myślicie, że oni będą chcieli grać na zero? – trener szerokim gestem wskazał w stronę wyjścia z szatni.

Theo przyglądał się, jak jego ulubiony sanitariusz Martin rozmasowuje Longbottomowi bolącą łydkę. Niemiec zachowywał zimną krew, chyba jako jedyny w szatni.

- Nie nasza wina, że mamy tyle kontuzji – Draco pośpieszył wyjaśniać sytuację i bronić przyjaciela.

- Ach, i uważasz, że lepiej nie może być? – Snape rzucił się na niego.

Jak na technikę motywowania najlepszego zawodnika drużyny brzmiało to zbyt agresywnie. Theo podniósł się z ławki i podszedł do nich.

- Mister, mogę wejść na drugą połowę – zaproponował.

Za plecami Snape'a jego rosyjski asystent stanowczo potrząsał głową.

- Ty mi jesteś potrzebny cały i na chodzie na Manchester United.

Zanosiło się na starcie z podtekstami, które jego trener zamierzał wygrać. Theo zawsze miał wrażenie, że Snape'm targają sprzeczne uczucia w stosunku do utytułowanego rywala z Anglii. Podziwiał go i szanował, ale jednocześnie czyhał na jego posadę.

- Z Czerwonymi Diabłami gramy dopiero w lutym – powiedział Theo – A poza tym nic mi się nie stanie. Malaga to nie Atleti.

- Kopią równie mocno – wtrącił się Ernie ze zbolałą miną.

- Z takim nastawieniem nie wygracie ligi. Nie będziecie nawet na drugim miejscu.

- Jaki trener, taka ekipa – zauważył Finnigan.

- Jaki kapitan, taka ekipa – odparował szybko Snape sugestywnie patrząc na opaskę z herbem klubu, którą na ramieniu nosił obrońca – Chociaż pewnie nawet nie wytrwasz 90 minut.

Seamus zgrzytnął zębami.

- Damy radę!

- Guzik dacie…

- Z takim nastawieniem nie można trenować Realu Madryt!

- Ale, jak widać, można w nim grać.

- Panowie, zbliżają się święta. To ostatni mecz w tym roku – Olivieira poczuł się w obowiązku odegrać rolę negocjatora – Jeszcze nic nie jest przesądzone.

Czasem Theo Nott dziwił się, jak chłodno myślącymi i zrównoważonymi ludźmi otaczał się jego trener.

- Wszyscy się rozejdziemy na prawie dwa tygodnie. Głowy ochłoną – zawtórował mu Dołochow – Pomyślcie, że już w tym roku nie będziecie nas oglądać.

Ritchie Coote zaśmiał się histerycznie.

Echo tego śmiechu rozbrzmiewało w głowie Theo przez całą drugą połowę meczu.

Nad nimi jeszcze szczęśliwy tłum oklaskiwał gospodarzy, którzy pokonali zadufanych gości z Madrytu pierwszy raz od 30 lat. Za ścianą obok, koledzy Isco i Roque Santa Cruza – strzelców bramek, przygotowywali się do wielkiej imprezy.

Tymczasem w szatni okupowanej przez „Królewskich" atmosfera stała się tak dusząca, że na zawodników nie działał nawet anielski błękit wszechobecny w kolorystyce wnętrz La Rosaledy.

- Pan się nie nadajesz na trenera w tym klubie! Pan kompletnie nie wiesz, czego ta drużyna potrzebuje, by zwyciężać!

Seamus nie odstępował od Snape'a na krok.

- W lwiej części sam możesz siebie winić. Taki ciężki masz tyłek, że nie nadążasz za byle gówniarzem?

- Byliśmy źle ustawieni!

- Bo lepiej się nie dało! – Michael Corner również podniósł głos – Jak mieliśmy się ustawić bez Lee i Grahama? No jak?!

- Mogliśmy wziąć Nacho – burknął Finnigan.

- I myślisz, że by sobie poradził? – Theo nie mógł uwierzyć, jaką czasem naiwnością cechował się drugi kapitan – Na lewej obronie?

Przegrali mecz w fatalnym stylu. Tak źle nie grali od sierpnia. Były zawodnik Tottenhamu przyzwyczaił się w Anglii do wielu upokorzeń. Musiał się z tym liczyć należąc do trzeciej ekipy w mieście. Nie po to zdecydował się na przeprowadzkę do hiszpańskiej stolicy, by należeć do klubu będącego w piłkarskim światku pośmiewiskiem. Kiedy podpisywał kontrakt, wszystko wskazywało na to, że Real ma przed sobą świetlane lata bogate w trofea i rekordy. Marvolo zaangażował wreszcie trenera z kręgosłupem, kładącego nacisk na obronę. Kupił świetnych zawodników za rozsądne pieniądze. Chłopaków, którzy może nie byli najpiękniejsi czy najbardziej medialni, ale za to doskonale grali w piłkę. Triumf nad Barceloną w poprzednim sezonie tylko potwierdzał, że wkroczyli na właściwą drogę. Po Mistrzostwach Europy harmonia zniknęła. Każdy miał inne oczekiwania co do klubu i do trenera, każdy widział siebie w innym świetle.

- Przynajmniej mielibyśmy jakąś szansę!

- Od tworzenia szans to jesteście wy. Zawaliliście – stwierdził zimno Snape – Wszyscy. Na całej linii.

- ¡Que te folle un pez!

- Bez takich, Finnigan!

- Byłoby lepiej, gdyby to Charlie stał w bramce – powiedział Malfoy, który również się znalazł w grupie krytykującej trenera.

Gdyby nie Michael, Theo zostałby sam.

Niemcy, MacMillan i Ritchie przezornie zachowywali dystans. Reszta się uwzięła na Snape'a kompletnie nie widząc własnych wad.

- Gdybym miał lepszego bramkarza, to bym go wystawił – zapewnił zawodników trener.

Charlie rozdziawił się urażony. Seamus się zagotował.

- Charlie jest najlepszy. Drużyna potrzebuje kapitana na boisku!

- Kapitana a nie wypalonej gwiazdy, która ma dziurawe ręce – Snape stanął nad bramkarzem – Przecież tobie, Weasley, już się nawet nie chce. Idź do swoich braci w Katalonii. Może chociaż oni będą z ciebie mieli jakiś pożytek.

- ¡Me cago en tu puta madre! – krzyknął Seamus opluwając jednocześnie stojącego obok Theo.

- Nie jest pan godzien, by pracować w tym klubie – wycedził Charlie przez zaciśnięte zęby.

Jego oczy miotały błyskawice. Był bardziej rozbudzony niż na ostatnich treningach.

- Jeśli ja nie jestem godzien, to co ty tu jeszcze robisz? Raul był dziesięć razy lepszym kapitanem od ciebie. Wiedział, kiedy się usunąć, by nie pogrążać drużyny.

- Raul odszedł też, bo wiedział, że w pańskiej szatni nigdy nie będzie dla niego miejsca – zauważył gorzko Draco.

To nieuniknione, że najlepszy piłkarz grający obecnie w klubie dopatrywał się porównań z jego legendą. Za kilka lat również Malfoy będzie zmuszony szukać gry za granicą w słabszej lidze i słabszej drużynie albo pogodzić się z rolą obserwatora z ławki rezerwowych patrzącego na narodziny nowych gwiazd.

Theo ponad głowami kolegów uchwycił spojrzenie Michaela. Jego najlepszy przyjaciel zgarnął swoją torbę i poszedł do łazienki pozostawiwszy bałagan w szatni. Z pewnością zaraz zadzwoni do swojego agenta.

Bo świat kręcący się wokół piłki odmierzał czas okienkami transferowymi, a to zimowe otwierało się za kilka dni. Szkoda, bo Michael Corner był równie ważną częścią drużyny, co Charlie Weasley. Choć mieli zupełnie inną wizję przyszłości, każdemu z nich zależało na klubie, w którym pracowali.

XXX

Nigdy nie przypuszczał, że w tak szanowanej instytucji może dojść do rozłamu na tak wielką skalę. Po meczu z Malagą na własne oczy zobaczył to, co wyczuwał od chwili, gdy poznał nowych kolegów w Valdebebas. Piłkarze zawsze będą mieć różne charaktery i różnie się zapatrywać na wykonywaną pracę. W żadnej drużynie nie jest idealnie, szczególnie gdy ta drużyna zaczyna przegrywać mecz za meczem. Spodziewał się, że Real Madryt będzie bardziej harmonijnym bytem. Emocje pulsujące pod powierzchnią wybuchły na La Rosaleda z intensywnością bomby atomowej. Tego konfliktu już nie da się zakończyć w pokojowy sposób. Ktoś będzie musiał odejść.

Neville miał cichą nadzieję, że nie padnie na Seamusa Finnigana.

To Snape sprowadził go z Harry'm do Madrytu. Pomimo ciągłej krytyki stawiał na nich obu w niemal każdym meczu. Jednak patrząc na Seamusa wiercącego butem dziurę w asfalcie na parkingu pod stadionem, rozumiał jego motywy i doceniał starania drugiego kapitana o zachowanie dobrych stosunków między piłkarzami.

- Frolisze Weinacht…

- Że co?

Seamus spuścił wzrok i zaklął po hiszpańsku. Jego lewa noga zaczęła przytupywać do niesłyszalnej muzyki.

- Powiedziałem: Frolisze Weinacht… ein glukliches en gesundes neues Jahr!

Neville zmarszczył brwi w skupieniu. Obok Harry i Daniel chichotali na całego.

- No przecież się staram – wybąkał drugi kapitan.

- Chyba z translatorem Google'a – parsknął Harry.

- Ach! – Neville'a olśniło – ¡Feliz Navidad!

Objął mocno Finnigana. Gdzieś pomiędzy fryzjerem, kosmetyczką, reklamą wody po goleniu i uganianiem się za spódniczkami Seamus znalazł czas, by się nauczyć świątecznych życzeń w języku kolegów.

- Następnym razem, jak chcesz nam zaimponować, to poproś o pomoc kogoś, kto zna niemiecki – doradził Neville.

Finnigan spróbował się uśmiechnąć ale był zbyt zażenowany. W pogoni za karierą sportową nie zdążył dokończyć szkoły i teraz tego żałował. Nie każdy umiał pogodzić intensywne treningi i naukę w delikatnym wieku kilkunastu lat, kiedy w dodatku zaczynał interesować się dziewczynami i rozumieć, ile nadziei pokładają w nim najbliżsi.

- Te voy a echar de menos – Harry dostosował się do nastroju i też objął Finnigana.

Przeszli daleką drogę od czasów, kiedy drugi kapitan zamknął Pottera w szafce w szatni. Teraz mieli takie same fryzury, pożyczali sobie ubrania, a Seamus był w domu Harry'ego równie częstym gościem jak Nev.

- Cuidate mucho – odpowiedział mu Finnigan – Trzymajcie się, chłopaki!

Neville przeczuwał, że to będą bardzo długie Święta. Na wszelki wypadek obiecał sobie nie rozstawać się przez najbliższe dni z komórką.

Harry po raz pierwszy od pół roku miał zostać kompletnie sam.

Harry wracał do domu.


Notatki odautorskie:

1) Znów za bardzo się rozpisałam i musiałam skończyć w tym miejscu, bo rozdział miałby z 7000 słów. Cliffhanger chyba nie jest zbyt duży.

2) Przyznaję, że nie znam się kompletnie na kolokwializmach hiszpańskich i posiłkowałam się tym, co można znaleźć w Internecie. Jeśli ktoś kompetentny zechciałby mi od czasu do czasu pomóc, będę bardzo wdzięczna.

3) Mam mały apel do ludzi piszących fanfiki: Proszę, nigdy nie usuwajcie ich z sieci. Gdzieś na drugim końcu kraju albo nawet świata może być osoba, dla której Wasza twórczość jest ważna i zrobiła wielkie wrażenie. Nie pozbawiajcie jej świadomości, że kiedy ponownie będzie szukać waszego opowiadania, ono będzie już istnieć jedynie w Waszej szufladzie. Ja w ten sposób zostałam odarta z możliwości powrotu do dwóch wspaniałych fanfików. Na szczęście jeden z nich udało mi się odnaleźć w innym miejscu.