Przyjemny zapach kadzideł z drzewa sandałowego roztaczał się w ciemnym pomieszczeniu łaskocząc nos leżącej w wannie dziewczyny, pozbawiając ją natrętnych, mrocznych myśli, tak uparcie unoszących się na wierzchu świadomości. Wpatrywała się w tańczące płomyki świec rzucające bezkształtne cienie w całej łaźni. Cisza zastąpiła nieustanny chaos koncertujący w jej myślach przekształcając go w wygodną niewrażliwość. Zanurzyła się głębiej w gorącą wodę, chcąc doszczętnie pogrążyć się w błogim spokoju.

Napięte mięśnie rozluźniły się po jakże stresującym dniu. Po wyjściu z kawiarni udała się do sklepu winiarskiego po butelkę Chateau Suduiraut z dwa tysiące siódmego, by zatopić w niej swe smutki. Jeśli miała to robić, to przynajmniej przy pomocy trunku, który został oceniony w Sauternes przez Parkera na dziewięćdziesiąt cztery punkty. I tak skończyła w łaźni pod sklepem Urahary ponad trzy godziny temu.

Bez mrugania nieludzkie złote ślepia z delikatnie jaśniejszą obwódką przyglądały się z nieukrytą fascynacją walce ognia o przeżycie na szczycie świecy. Starając się przetrwać, bezwzględnie pożerał knot i wosk, by zyskać więcej mocy, pnąc się w górę dając z siebie wszystko, pochłaniając bez wyjątku wszystko, co stanie mu na przeszkodzie bez cienia wstydu, bez oglądania się za siebie. Podobnie jak niegdyś ona sama.

Chłodne szkoło było ciepłe w lodowatych dłoniach. Bezmyślnie zakołysała winem, drugą ręką rozgarniając pianę na powierzchni wody. Podniosła kieliszek, którego zawartość wpadła do jej gardła. Na moment przymknęła powieki w nadziei, że alkohol odepchnie fale rozgoryczenia. Zadziałało, na chwilę, ale ledwo. Nie wiedziała jak długo zdoła zwalczać ból procentami. Na co innego mogła się powołać, skoro jej światopogląd, dawniej niezachwiany, jak i nieugięta logika okazały się być jedynie zamkiem na piasku? Zanurzyła się głębiej, broda ledwo wystawała sponad tafli wody, która pokryta gęstą pianą załamywała światło świec zdając sie skrzyć niczym gwiazdy.

Pozwoliła sobie popaść w obojętność, ostatnią linię obrony, pozostając kompletnie nieruchoma, aż ostre zimno wczołgało się pod jej bladą skórę. Musiała minąć przynajmniej godzina, nim jej wzrok niechcący opuścić wypalających się świec spoczął na drzwiach. Usłyszała zbliżające sie kroki na czystej dębowej podłodze. Rozpoznała obecność podchodzącą do łaźni, obecność, której nie zamierzała wpuszczać do środka.

Jednak i tak namiastka spokoju została jej odebrana. Westchnęła poirytowana i odchyliła głowę do tyłu, by podziwiać sufit. Cień zagościł w jej oczach, które zdawały się żarzyć ogniem gorętszym niż ten z świec, których walka i tak skazana była na porażkę. Płomienie traciły swą moc, pomimo dostatku tlenu nie miały paliwa, jakim mogłyby się żywić. Wygłodniałe, bezsilne, w każdej chwili mogły odetchnąć swym ostatnim łykiem powietrza i zgasnąć.

Moment ciszy przerwało, nie bacząc na stalowy zamek, prymitywne otwarcie kopniakiem drzwi, które zatrzeszczały przy tym jakby były łamane na kole, jednak jakimś cudem nie wypadły z zawiasów. Ani jeden skurcz ni zadrganie mięśnia nie zdradziły, że zauważyła nieproszonego gościa. Niska brunetka w kapitańskim haori stanęła tuż przed nią uprzedzona podmuchem zimnego powietrza z korytarza. Stalowoszare oczy całkowicie skupiły się na złotych. Kapitan zdawała się mieć dosyć ignorowania jej osoby po mogłoby się wydawać godzinach niekomfortowej ciszy i w końcu odezwała się do swej pani żądając uwagi.

- Ariel-sama…

Odpowiedź nadeszła po dłuższej chwili w formie niskiego warkotu i monotonnych słów wydobywających się z ledwo poruszających się ust.

- Licząc trójkę poprzednich drzwi w posiadłości Shihoin te są czwarte jakie bez wahania zniszczyłaś przez swój niewyobrażalny opór przyswojenia odrobiny pospolitego taktu. Mogłabyś nauczyć się chociaż pukać, zwyczaju, o którym mam nadzieję słyszałaś? - powiedziała szatynka wyraźnie zgryźliwym tonem, podczas gdy jej spojrzenie nieustannie pozostawało na suficie, który ogarnął głębszy cień, przez zgaszenie się kilku świec. Ich walka została już zakończona, płomienie umarły pozostawiając jako dowód swej egzystencji jedynie ciemny dym . Tylko dym, bez ognia. Zamrugała rozkojarzona.

- Po co? - zapytała Sui-Feng z rękoma wyzywająco skrzyżowanymi na piersi. - Wiesz, gdybyś, chociaż raz podeszła do drzwi i je otworzyła, może nie musiałabym ich kopać.

- Byłabyś zaskoczona odkrywszy jak daleko może cię zaprowadzić odrobina kurtuazji i dobrych obyczajów, Sui-Feng .

- Jak na razie brutalna siła wraz z fortelami sił specjalnych sprawiały się całkiem nieźle - na sekundę rosnąca frustracja brunetki ustąpiła smutnej ironii w jej słowach i absurdu w poglądach Ari. Odrobina kurtuazji, akurat! Skazałaby Gotei na zatracenie, nim większość jej członków odkryłoby, co to jest.

- Czy byłoby dla ciebie tak strasznie niedogodne zaprzestanie lekceważenia wszystkiego co mówię i powstrzymanie się od zachowywania w sposób bardziej właściwy dzikiej bestii pozbawionej kompletnie kontaktu z cywilizacją?

- Znaczy się?

- Pukaj!

- A ty najzwyczajniej w świecie otworzysz mi, wtedy drzwi? - kobieta nie odpuszczała z powątpiewaniem unosząc brew.

- Nie.

- Nie mam więcej pytań - shinigami uśmiechnęła się niepewnie mając nadzieją, że Ariel dostrzeże zabawną stronę ich bezsensownej kłótni, osiągając jedynie większe rozgoryczenie dziewczyny.

- Zazwyczaj powodem ignorowania osoby obecnej pod drzwiami jest niechęć okupanta pomieszczenia do zyskania sobie towarzystwa jednostki pragnącej uzyskać wstęp - warknęła, jasno dając do zrozumienia, że jej tolerancja wobec niskiej brunetki jest na wyczerpaniu.

Sui-Feng stała niewzruszona, przyzwyczajona do okazyjnego chłodnego zachowania księżniczki Shihoin, które miało miejsce zawsze, gdy coś gryzło jej sumienie, które przez większość czasu pozostawało uśpione, ale niestety od czasu do czasu dawało o sobie znać. Przejawiało się to zazwyczaj wielogodzinną kąpielą i upiciem się w sztok. Nie mogła się jednak przyzwyczaić do jej ówczesnego zwyczaju wyrażenia czegoś, co można ująć bardzo prosto w sposób niepojęty dla normalnej osoby, używając dziesięć razy więcej słów niż to konieczne.

- Czyli…?

Ari przymknęła oczy próbując opanować nagłą chęć uduszenia czegokolwiek.

- Preferujesz wersję krótką, czy uprzejmą

- Możliwie najkrótszą - odpowiedziała bez namysłu.

- Nie jesteś tu mile widziana, Sui-Feng taichou - dopiero teraz spojrzała na swego nieproszonego gościa. - Podobnie jak nikt inny. Chcę być sama.

Na kobiecie nie wywołało to najmniejszego wrażenia. Była jedynie rozczarowana, że nie usłyszała zwykłego „Odwalcie się wszyscy ode mnie!".

- Nie przyszło ci do głowy, Ariel-sama, że to właśnie dlatego tu przyszłam?

- W istocie przyszło. Zawsze lubiłaś robić mi na umyślnie.

Ari starała się brzmieć możliwie grzecznie, ale usta wykrzywiły jej się w geście rosnącego rozdrażnienia. Uniosła prawie pustą butelkę i ponownie wypełniła kieliszek.

- Shihoin- sama! Martwię się o ciebie razem z panią Yoruichi! Nawet Urahara się przejmuje. Rozumiem, że życie w tak marnych warunkach, jak te, które ci zapewnia są niedopuszczalne, ale wystarczy słowo, a zagwarantuje ci się lepszą lokalizację. Jeśli nęka cię jednak coś innego to powiedz!

- To nic, co chciałabym z tobą, czy nikim innym przedyskutować.

- Spójrz na siebie, pijesz - skrzywiła się ze wstrętem. - Ledwo jesz, całymi dniami gdzieś się włóczysz nie wiadomo z kim. Nie rozumiem czemu nawet nalegasz, by tu mieszkać. Ja nie mogłabym spędzić w tym pokręconym domu ani jednego dnia, gdyby nie życzyła sobie tego pani Yoruichi. To musi mieć coś wspólnego z tymi „randkami". Popadłaś w niewłaściwe towarzystwo i…

Dziewczyna nie wiedziała, co ma powiedzieć niskiej kobiecie miotającej się po pokoju w wściekłym rozczarowaniem buchającym z niej niczym para z wulkanu. Na barkach Ari znów spoczywała odpowiedzialność, którą nie mogła się z nikim podzielić. Fakt, nikt nie oczekiwał, że będzie walczyć z Aizenem oko w oko, ale wszyscy spodziewali się, że zaplanuje jakiś spektakularny koncept, który pomoże im go pokonać. Nawet Yamamoto wysłał tu ją w tym celu. Pewnie, chciał, żeby szpiegowała Uraharę dla Gotei, a przynajmniej tak dał jej do zrozumienia. Wątpiła jednak, by ktoś, kto przez tyle lat zdołał sprawować władzę nad Społecznością i użerał się z Centralą, arystokracją i kapitanami był idiotą. Zgodził się ją posłać, bo wiedział, że jak zawsze będzie kombinować i to właśnie tego od niej oczekiwał. Jakimś niewyobrażalnym cudem zaufał jej. To była walka shinigami, ale od jej wyniku zależał los wszystkich światów, a po rozmowie z Shinjim dotarło do Ari, że w żaden sposób nie będzie to happy end. Nawet jeśli zdołają zetrzeć Aizena z powierzchni ziemi to nie obejdzie się to bez ofiar. Vizardzi byli tego idealnym przykładem. Zyskali moc, ale stracili wszystko inne, a teraz to samo miało spotkać Ichigo. Wiedziała, że odegra on niezwykle ważną rolę w nadchodzącej wojnie i w jej przyszłym planie. Był to miły dzieciak, choć jego syndrom bohatera niezmiernie działał jej na nerwy, a teraz zostanie on wykorzystany przez wszystkich, a potem, kiedy nie będzie już potrzebny wyrzucony w kąt, złamany i zapomniany. Od niej zależał los Ichigo i jego przyjaciół, którzy nawet nie zdawali sobie sprawy z powagi sytuacji. Dla nich była to przygoda, po której będą mogli wrócić do domu. Nie rozumieli, że jeśli zawiodą nie będzie już nic, do czego mogą wrócić. Vizardzi złożyli w jej dłonie wszystko co im pozostało, polegając na dziecku, o którym nic nie wiedzą. Nie mogła rzecz jasna powiedzieć nikomu o byłych kapitanach, nawet Urahara nie chciał się mieszać w ich sprawy. O Gotei nawet nie wspominając. Jak miała o tym wszystkim dyskutować, gdy sama przed sobą bała się przyznać do odpowiedzialności obciążającej jej jestestwo?

- Wyjdź - powiedziała w końcu, mając już dość napiętego, żółtego reiatsu kobiety i jej mamrotania.

- Słucham?

- Jeśli masz zamiar wyjść stąd w przeciągu najbliższego stulecia to nalegam byś zrobiła to w tej chwili.

Ostateczność i lodowaty ton Shihoin wreszcie dotarły do Sui-Feng. Ariel nie odezwała się już więcej. Podczas swych ataków dziwnego zachowania nigdy tego nie robiła po tym jak kazała jej spadać.

- Jak chcesz - zacisnęła pięści w akcie rezygnacji. - Ale lepiej powiedz Uraharze, by zaopatrzył się w zapas nowych drzwi, bo będę tu wracać, nie wspominając, że przez Baunto także inni zostali tu oddelegowani i niedługo mają się pojawić. W tej chwili Yoruichi-sama wyjaśnia wszystko Kurosakiemu i jego kompanom, a dzisiaj wieczorem Ukitake przysyła Kuchiki. Jestem pewna, że będzie chciała wyrwać cię z tej apatii, choćby miała wywlec cię stąd za włosy nie zwracając na nic uwagi.

Nie czekała na odpowiedź od Ari, bo doskonale wiedziała, że ta nie nadejdzie i wyszła z pokoju. Drzwi zatrzaskujące się za nią wtłoczyły podmuch zimnego powietrza do i tak już wychłodzonego pomieszczenia.

Cisza spadła na Ariel niczym wieko trumny. Spokój jaki przynosił zapach kadzideł wyparował wraz z dymem z wypalonych świec pozostawiając jedynie wilgotne powietrze w pogrążonej w ciemności łaźni.


Zgodnie z zapewnieniami Sui-Feng, Rukia rzeczywiście pojawiła się późnym wieczorem w sklepie Urahary. Ariel nie chcąc narażać się na możliwość jakiejkolwiek asocjacji społecznej wślizgnęła się po cichu do swego pokoju i zapieczętowała drzwi na wszystkie znane jej sposoby. Łącznie z wywieszeniem kartki „ Wściekła kobieta, nie wchodzić. Grozi długą i bolesną śmiercią!"

Leżąc na łóżku i zastanawiając się, jak ma pozbierać się do kupy uświadomiła sobie, że nie zrobiła dziś wszystkiego co miała. Sprawa z Vizardami zdawała się wstępnie załatwiona, ale został jeszcze projekt Y. Będzie musiała wprawić go w wersję czynną jeszcze przed wizytą w magazynie, co oznaczało, że musi rano wstać. Westchnęła. Poużalała się już nad sobą i zrobiło jej się lepiej. Zaspokoiła polską, malkontencką część swej natury i teraz mogła spokojnie położyć się spać. Spokojnie, nie licząc coraz to bardziej niepokojących koszmarów, które męczyły ją co noc.


- Czy możliwe jest wzięcie rozwodu z własną czaszką?

Urahara o mało nie podskoczył słysząc cierpiętniczy głos wydobywający się spod wymiętolonej kołdry. Przyniósł Ariel coś na ząb po tym jak nie stawiła się na śniadaniu. Jak widać winny był temu król wszystkich kacy, który postanowił dziś rezydować w jej głowie. Postawił tacę z jedzeniem tak, by zapach kawy doleciał do niej jak najszybciej.

- Mam wrażenie, że z twoim szczęściem przyznaliby ci jeszcze prawo do opieki nad ścięgnami z szyi - odpowiedział niemal szepcąc, by nie pogarszać jeszcze jej stanu.

- W tej chwili skłaniam się ku amputacji.

- Vizardzi aż tak ci dopiekli? - zapytał pomagając jej usiąść. - Zaniepokoiłaś nas wczoraj. Ledwo udało mi się przekonać Kuchiki-san, że jesteś po prostu zmęczona.

- Po pierwsze dzięki za kawę, ale po za nią nic nie przełknę - wymamrotała, odsuwając talerz z kanapkami poza pole widzenia. - Po drugie nie dopiekli mi, tylko w końcu zdałam sobie sprawę, czego wszyscy ode mnie oczekują i się przestraszyłam. A po trzecie… to, jak tu wszedłeś? Zapieczętowałam wejście.

Kisuke uniósł kapelusz i z uznaniem spojrzał na drzwi, które niemal świeciły się od ilości nałożonych na nie kido.

- Przyznaję to imponujące, ale… sądzisz, że do tego pokoju jest tylko jedno wejście? Poza tym chyba wczoraj nieco przesadziłaś z chlaniem wina?

Wiedział, że popełnił błąd, kiedy zmrużyła oczy i przygryzła jedną wargę.

- Chlaniem wina? - wyprostowała się, by wyglądać bardziej groźnie. - Kisuke, mogę chłeptać, sączyć i podawać je sobie dożylnie, ale nigdy bym go nie chlała. A teraz wybacz, ale wzywają mnie ważne sprawy.

- Mam wyjść? - zapytał chcąc ją trochę pownerwiać, by jeszcze bardziej oddaliła się od swego wczorajszego humoru, którym mogłaby dobić krainę troskliwych misiów.

- Niekoniecznie, uważam, że nie mam się czym wstydzić, ale, gdyby przy Byakuyi albo Sui-Feng wymknęło mi się, że…

Mężczyzna pokręcił głową i skierował się do wyjścia. Na chwilę przystanął w drzwiach, które pojawiły się w ścianie.

- Znów się dziś z nimi spotykasz?

- Między innymi - przyznała, zaprzestając zdejmowania koszulki. - Muszę przyznać, że miałeś rację. To nie jest najmilsza zgraja, ale na pewno silna. Mam wrażenie, że przy nich Superman wygląda jak wróżka zębuszka.

- Powiedzieli, że pomogą?

- Niezupełnie, ale Hirako wyznał mi swą miłość, jeśli to się jakoś liczy?

Urahara nasunął kapelusz na oczy, by ukryć bijące z nich zadowolenie. Wiedział, że jeśli ktoś zdoła do nich dotrzeć to tylko Ari. W końcu, kto mógłby lepiej dogadać się z Vizardami jak inny wynik eksperymentu?

- Nie dziwię mu się. Jak ktokolwiek mógłby ci się oprzeć?

- Pochlebca, ale i tak nie zobaczysz moich piersi.


Mimo króla kacy humor od razu jej się poprawił widząc minę Isshina, który na jej widok zastygła w drzwiach. Dopiero co otworzył przychodnię wyprawiwszy dzieci do szkoły i zaczął przyjmować pacjentów, a tu stała przed nim osoba, która od ponad roku powinna nie żyć.

- Black-san! - wrzasnął, rzucając się jej na szyję. - Ty żyjesz! Co za niewyobrażalna ulga widzieć cię w jednym kawałku. Moje córki bardzo się przejęły twoim zaginięciem, to takie wrażliwe duszyczki. Widzisz Masaki, nasza kolejna córka wróciła cała i zdrowa do domu…

Dziewczyna próbowała uwolnić się z jego łamiącego żebra uścisku chcąc odetchnąć. O mało nie zepsuł jej ciemnych okularów, które teraz niemal nie spadły jej z nosa, dyndając już tylko na jednym uchu. Ojciec Ichigo miał krzepę, to musiała mu przyznać bez wahania. Jego bełkotanie zaczynało ją już jednak wnerwiać i było stanowczo za głośne jak na jej skacowaną głowę. Podczas tego jak była niemal wciśnięta w klatkę piersiową mężczyzny starała się wyczuć jego siłę duchową. Bez rezultatu. To było intrygujące. Ariel nie wiedziała jak, ale Isshin stracił swe moce shinigami, bo jakieś musiał kiedyś posiadać. Wskazywało na to wszystko od umiejętności jego syna, testów genetycznych jakie na nim przeprowadziła, po subtelne wskazówki jakie na temat Ichigo dał jej Byakuya. W końcu straciła cierpliwość. Wyciągnęła przed jego twarz dłoń, z której błysnęło światło, unieruchamiając go, tak jak kilka dni temu Kisuke.

Szatynka wyrwała się z mocarnego uścisku, poprawiła okulary i rozmasowała boki.

- Jedno muszę ci przyznać Kurosaki-san, pomimo utraty mocy shinigami jesteś silny. Zastanawiam się - kontynuowała nie bacząc na jego zdumioną minę. - Co sobie myślałeś pozwalając wysłać Ichigo do Seireitei? Yuzu i Karin nigdy byś nie puścił, a nawet nie mrugnąłeś, kiedy Urahara posłał tam jego. Zdajesz sobie sprawę, że, gdyby nie ja nie miał byś już syna? - pstryknęła palcami, a mężczyzna uwolniony z zaklęcia upadł na podłogę.

- Jesteś shingami? - zapytał. Cała jego beztroska osobowość wywróciła się momentalnie do góry nogami.

- A zatem nie utrzymujesz zbytnich kontaktów z Uraharą, skoro o mnie nie wiesz. Ciekawe - rozpatrywała na głos, by wiedział, że nie może jej nie doceniać. - I nie musisz się bać. Nie jestem shinigami i nie mam zamiaru mówić o tobie Gotei. Jeśli chcesz możesz się zapytać Kisuke o moje poglądy polityczne. Jestem neutralna niczym Szwajcaria. Obawiam się, że jestem także kimś, kto do spółki z nim ma wykombinować jak pozbyć się Aizena. Jak widzisz zero presji.

Isshin uniósł brwi w zadumie widząc jej szeroki biały uśmiech. Zastanawiał się, czy stojąca przed nim kobieta potrafi sama odróżnić, kiedy szczerze się uśmiecha. Westchnął wiedząc, że nie może zrobić zbyt wiele, przynajmniej na razie. Postanowił, więc ją wysłuchać.

- Ale, co to ma wspólnego ze mną?

Dziewczyna usiadła na biurku i zsunęła okulary, by zniszczyć wszystkie dodatkowe bariery pomiędzy nimi. Musiała wyglądać na pewną siebie, jeśli chciała zyskać jego pomoc.

- Oprócz chęci wyrażenia mej skromnej opinii, że jesteś faworytem do nagrody najgorszego ojca roku?

- Pogadamy za kilka lat, jak sama będziesz matką. To trudniejsze niż się wydaję.

- Co to, to nie. Nie nadaję się do wychowywania dzieci. Nie mówiąc, że do tanga trzeba dwojga, a ja nie wyobrażam sobie, by dane mi było spotkać kogoś na tyle porypanego, by ze mną wytrzymał - przez głowę przemknął jej widok jasnowłosego Vizarda, który wczoraj wyznał jej miłość. Tak, tylko ktoś tak zwariowany, jak Shinji mógłby z nią wytrzymać sam na sam dłużej niż kilka godzin. Potem, któreś z nich bezwątpienia, by uciekło. Nie była jednak pewna, że byłby to on. - Wracając do tematu. Potrzebujemy wszelkiej pomocy, także twojej.

- Jakbyś nie zauważyła to w obecnym stanie na nic się wam nie przydam. Od ponad dwudziestu lat nie mam mocy - wyjaśnił, dziewczyna jedynie oplotła pasemko włosów wkoło palca bawiąc się nim bezwiednie, jednak ani na moment nie przestała się uśmiechać.

- Masz rację Isshin-san. W tym stanie mi się nie przydasz, dlatego musimy to zmienić.

- Zmienić? - najpierw sądził, że blefuje, ale, kiedy przekonał się, że młoda kobieta mówi prawdę roześmiał się z rozgoryczeniem. - Ty mówisz poważne. Heh. Zatem chcesz bym w zamian za zwrócenie mocy, chociaż to niemożliwe, pomógł wam w walce z Aizenem?

Słysząc jego dociekania musiała się powstrzymać, by nie wyszczerzyć się, jak wampir na widok młodej dziewicy przykutej do łóżka.

- Oczywiście, że nie. Nie zrozumieliśmy się Isshin- san. Jeśli pozwolisz mi spróbować przywrócić ci moc to, to zrobię. To raczej proste.

- I nie chcesz nic w zamian? Nie wierzę.

Nad byłym shinigami, który był zwykle radosny do poziomu wywołania torsji, zdawały się zebrać burzowe chmury.

- Na to już nic nie poradzę - wzruszyła ramionami i zeskoczyła z biurka. - Jeśli jednak zdecydujesz się Kurosaki- san, na współpracę to czekam jutro o siedemnastej w kawiarni naprzeciwko ratusza. Do zobaczenia.

Dopiero, kiedy skręciła za róg pozwoliła sobie na zmianę mimiki. Skrzywiła się i złapała za głowę. Przez ściąganie mięśni mimicznych aby się nie uśmiechnąć kac przypomniał sobie o jej głowie, w której teraz stado mamutów tańczyło „Gangam style", co było dużo bardziej dokuczliwe niż zwyczajowa „Makarena". Ari nie narzekała na słabą głowę, ale nawet najbardziej zatwardziałego żula wino w długiej ciepłej kąpieli zmiotłoby z terytorium trzeźwości z wyjątkowo skacowaną drogą powrotną. Mimo tego wszystkiego musiała zaliczyć wizytę u Isshina na plus. Wiedział, że w jej propozycji coś było nie tak, ale właśnie o to chodziło. Zaintrygowała go dużo bardziej niż normalnie, a jeśli idzie o to, że nie żądała niczego w zamian to zwyczajnie nie było takiej potrzeby. Normalni ludzie, nawet z marginalnym poczuciem przyzwoitości nie lubią być nikomu nic dłużni. Chcą się odwdzięczyć i to jak najprędzej, żeby poczuć się lepiej. Ariel była pewna, że ojciec Ichigo także będzie chciał to zrobić. Zwłaszcza, jeśli na szali leży życie jego dzieci.