Rozdział XXIX

Betowała ramoncia, dzięki ;)

Upuścił widelec, więc Alicja uniosła głowę znad swojego wypracowania na transmutację i spojrzała na niego z ciekawością. Siedzieli przy samym końcu stołu Gryffindoru, tuż obok drzwi i grupki rozgadanych trzecioklasistów. Teoretycznie James powinien zająć miejsce wśród swoich rówieśników, koło Harry'ego, ale nie miał na to najmniejszej ochoty. Gdyby nie Snape, w ogóle zrezygnowałby z jedzenia posiłków w Wielkiej Sali, ale mężczyzna ubzdurał sobie, że Rainbow postanowił się głodzić. Chłopak chodził więc na śniadania tylko po to, żeby ojciec dał mu spokój.

Nie wiedział, czemu Alicja towarzyszyła mu, zamiast siadać wśród swoich przyjaciół, ale podejrzewał, że stoi za tym Julia, więc pewnie i Chupacabra.

A teraz dziewczynka zamarła z uniesioną do ust łyżką w jednej i pergaminem w drugiej ręce. Patrzyła.

James zerknął na widelec, który upadł obok talerza, brudząc obrus resztką jajecznicy. Powoli opuścił dłoń, złapał go i odłożył na odpowiednie miejsce, starając się niczego po sobie nie pokazać.

Przede wszystkim próbował nie krzyczeć.

– Przepraszam – wymamrotał. – Zaraz wrócę.

– Źle się czujesz? – Alicja wpakowała sobie do ust łyżkę i połknęła płatki nie odrywając od niego wzroku. – Wyglądasz, jakby cię jednorożec obsikał.

– Dobrze… co? Skąd ty w ogóle znasz takie…? – spytał półprzytomnie, wstając. Spojrzał na stół nauczycielski, ale nie zobaczył Snape'a.

– W ogóle go dzisiaj nie ma. Wczoraj też nie – poinformowała go dziewczynka usłużnie. – A ciocia mówiła, żebym na niego uważała, bo on ma konszachty ze złymi mocami.

– Trafne – stwierdził, na moment zamykając oczy i opierając się o blat stołu.

– Zaraz zemdlejesz, nie?

To go na chwilę ocuciło. Pokręcił lekko głową i zerknął na Gryfonów, którzy na moment przerwali pogawędkę, obserwując go z zaciekawieniem. Miał ochotę krzyknąć na nich, ale zabrakło mu siły. Bez słowa więc odwrócił się i odszedł, starając się nie wzbudzać dalszych podejrzeń.

Musiał tylko pamiętać, by iść prosto do drzwi i nie zatrzymać się, bo gdyby się zatrzymał, upadłby na pewno. Przejście paru kroków zajęło wieczność i wymagało nieludzkiego wręcz skupienia. Na końcu, gdy myślał, że się udało, nie trafił dłonią w klamkę. Ręka ześlizgnęła się obok, więc zachwiał się, uderzając barkiem o drewno. Parę sekund stał tak, oddychając z coraz większym trudem, nim ponowił próbę.

Drzwi odmykały się powoli, cal po calu. Zanim pojawiła się wyrwa, przez którą mógł się przecisnąć, minęła wieczność kolejna.

Na korytarzu było łatwiej. Oprócz obrazów nikt nie patrzył, więc mógł oprzeć się o ścianę prawą ręką i nie przejmować wyrazem swojej twarzy. Tylko musiał pamiętać, aby nie krzyczeć.

Dało się to zrobić.

Pot zaczął szczypać go w oczy, więc przetarł czoło mechanicznie. Prawie nie widział, gdzie idzie, nie potrafił się skupić na otoczeniu. Czasem tylko jakiś szczegół wpadał mu w oko i wypalał się w mózgu z nieludzką dokładnością. Plama wody na posadzce. Pająk w ramie obrazu. Martwa mucha z jednym skrzydłem przed szybą.

Uświadomił sobie, że pół klęczy, pół wisi, trzymając się kurczowo parapetu. Nie pamiętał jednak, żeby upadał. Podciągnął się i ruszył dalej, zataczając się od jednej ściany do drugiej.

W łazience nikogo nie było, ani żywego, ani martwego. Mimo to zmusił się, żeby dotrzeć do kabiny i zamknąć od środka. Ręce drżały mu, kiedy zakładał haczyk, ale dał radę uspokoić je na moment akurat tak długi, aby wystarczył na rzucenie jednego zaklęcia.

– Silencio – wykrztusił, celując w swoje nogi.

Wypowiedział parę przypadkowych słów na próbę, ale niczego nie usłyszał. Nie był jednak pewien, czy nie zagłuszył ich po prostu szum w jego głowie. Różdżka wypadła mu z ręki i potoczyła się po kafelkach poza kabinę, ale nawet tego nie zauważył. Częściowo usiadł, częściowo upadł na podłogę, opierając się plecami o ubikację. Skulił się, zacisnął palce na lewym rękawie szaty, a czoło przycisnął do kolan.

I mógł wreszcie krzyczeć.

xxx

Voldemort wszedł do jadalni, od progu rzucając klątwę, która rozpruła rząd obrazów wiszących na ścianie. Szlachetny ród Malfoyów w jednej chwili stał się żałosnym zbiorem rozdartych płócien, nieruchomych i wyzutych z magii.

– Zostaw nas samych – powiedział Czarny Pan do Narcyzy.

Kobieta otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale zrezygnowała. Wyszła i nawet nie drżały jej ramiona.

Voldemort zamknął drzwi czarem i rzucił na pokój zaklęcie wyciszające.

– Zdaj mi raport – rozkazał, siadając na krześle przy Severusie, bokiem do stołu.

Snape spojrzał na niego nieprzytomnie.

– Więc byliśmy... – spróbował powiedzieć, ale język jakby mu skołowaciał i zabrzmiało to jak bełkot. Czarny Pan zmrużył oczy. – Ja, Lucjusz, byliśmy...

Stracił wątek, zgięty przez spazm bólu. Prawą dłoń zacisnął na brzegu stołu, aż paznokcie wbiły się w drewno.

Voldemort skrzywił się z irytacją. Machnął różdżką i bandaż rozwiał się, odsłaniając poparzony klątwą bok Snape'a. Rzucił kolejny czar, spojrzał z namysłem na skrzynkę z eliksirami, częściowo już wybebeszoną.

– Mów dalej – rozkazał, sięgając po gałgan i nasączając go zielonkawym płynem. – Lucjusz, Emily, co z nimi?

– Nie żyją.

Voldemort spokojnie przyłożył materiał do ramienia mężczyzny i przesunął po nim w dół. Szczerniała skóra odeszła, odsłaniając mięso. Severus zaskowyczał. Czarny Pan na moment zamknął oczy, jakby próbując się opanować. Następnie znów sięgnął po różdżkę i rzucił na sługę kolejny czar.

Snape najpierw poczuł chłód, tak ostry, że bolesny, który zelżał jednak po chwili, zamieniając się w odrętwienie. W końcu przestał czuć cokolwiek. Załzawionymi oczami spojrzał w dół, na zwisającą bezwładnie rękę.

– Raport – powtórzył Voldemort lodowato, sięgając ponownie po medykamenty.

Snape skinął głową, ale nic z siebie nie wykrztusił. Mógł skupić się tylko na wyglądzie swojego brzucha, lepkiego od wyciekającej spod skóry ropy.

– Jak tu wróciłeś? – podpowiedział w końcu Czarny Pan.

– Świstoklik – odparł mechanicznie.

– Ktoś cię mógł śledzić?

– Nie.

– Z kim walczyliście?

Snape zamknął oczy, ponownie zaciskając palce na krawędzi blatu.

– Ze sobą – odpowiedział.

Voldemort obnażył zęby w krótkim, nieludzkim grymasie, ale natychmiast się opanował. Otworzył lewą dłonią puzderko z korzennie pachnącym proszkiem, nabrał szczyptę i posypał nią odsłonięty mięsień. Drobny pył zmieszał się z krwią i momentalnie stworzył cienką, szarawą powłokę.

– Gdzie? – spytał Czarny Pan chłodno.

– Mugolski dom. W Nowosybirsku. Podała nam adres. – Przypomniał go sobie i powtórzył. Z twarzy Voldemorta nie potrafił niczego wyczytać.

– Czemu walczyliście? – pytanie zabrzmiało wręcz łagodnie.

Snape zamknął oczy. Przypomniał mu się duży stół z jasnego, sosnowego drewna. Emily leżała na nim na brzuchu, kiwała zgiętymi, skrzyżowanymi nogami. Przeglądała kartki rozrzucone wokół niej w całkowitym chaosie. Pomiędzy ręcznie zapisanymi stronami i kserówkami magicznych ksiąg leżały ulotki z pizzerii i klubów do fitnessu. Kiedy weszli, kobieta uśmiechnęła się.

– Chodziło o dziennik. Nie zrozumiałem – powiedział mężczyzna powoli. – O coś z dziennikiem – powtórzył ciszej, tracąc na moment kontakt z rzeczywistością.

– Otwórz oczy – rozkazał Voldemort, łapiąc go za żuchwę. Snape zrobił to, odruchowo napinając mięśnie.

Czarny Pan nawet nie starał się być ostrożny. Wdarł się do umysłu mężczyzny szybko, bez finezji, siłą łamiąc instynktowny opór. Zanurzyli się oboje we wspomnieniach, chaotycznych i szczątkowych. Stan Snape'a wypaczył mu pamięć, zmieniając ostatnie wydarzenia we wpół oniryczne majaki.

Emily leżała na stole ubrana w przyduży podkoszulek z rysunkiem uzbrojonego w macki potwora i szorty, choć w pokoju nie było zbyt ciepło.

– Nie wierzę, naprawdę chciało wam się skakać do Rosji? – spytała, uśmiechając się wesoło.

– Nie – odparł Snape lakonicznie. – Zbieraj się.

Usiadła i podrapała się po karku, ziewając.

– Czemu jesteś tak poważny?

– Bo nie mam czasu na głupoty, Rainbow. Czarny Pan chce cię widzieć.

Kobieta machnęła ręką.

– Poczeka.

Obraz rozmył się na krawędziach, rozlał, choć Snape starał się go powstrzymać. Przez chwilę wydawało mu się, że widzi równocześnie wnętrze i zewnętrze domu, w którym się starli, spłaszczone do niemożliwego fizycznie wymiaru.

– Wiem wszystko – powiedział ktoś, może Emily, może nie. – O nim. Fajne rzeczy mówił ten facet, ten tamten, dużo o przeszłości.

Tak, na pewno Emily.

Voldemort skupił się na tych słowach, wywlekł wspomnienie z podświadomości i Snape znów zobaczył stół i kobietę.

– Daj spokój, Malfoy. Przecież wiesz, że cię zabije. Za ten dziennik – przewróciła oczami. – Wkopałeś się.

– To nie ma znaczenia – odpowiedział Lucjusz. Twarz miał równie białą jak ściana za nim, ale odpowiadał spokojnie.

– Więc co ma znaczenie? – spytała miękko. – Ja cię lubię, Malfoy. Jesteś niezły w łóżku. Nie chcę, żebyś umierał.

– Więc nie przeszkadzaj mi w wypełnianiu rozkazów – odparł znudzonym tonem.

– Rozkazów? – spytała, zeskakując na ziemię.

– Mamy cię sprowadzić.

– A, o tym mówisz – prychnęła śmiechem. – No dobrze, poczekajcie. Muszę jeszcze porozmawiać z Grindewaldem – stwierdziła, zgarniając kartki na kolorowy stos.

Mężczyźni wymienili spojrzenia, Severus sięgnął po różdżkę, ale trzymał ją w luźno opuszczonej dłoni.

– On tu jest?

– Nie, głupku. Siedzi w więzieniu. Nie znasz historii?

– Więc jak chcesz z nim porozmawiać?

Spojrzała na niego, unosząc brwi w zaskoczeniu.

– Normalnie? Włamię się.

Snape zaczął tracić przytomność, więc Voldemort na chwilę wycofał się z jego umysłu. Severus zgiął się w pół, prawie kładąc się na blacie. Wpatrywał się we własną dłoń, próbując zrozumieć, kiedy zdążył połamać paznokcie.

Voldemort machnął ręką z irytacją, podrywając zaklęciem bandaże. Owinęły się wokół ciała mężczyzny ciasno, lecz po partacku, przyciskając jedną rękę do tułowia.

Czarny Pan pstryknął palcami. Po chwili drzwi otworzyły się i zajrzał przez nie przerażony skrzat.

– Przynieś mi dzban mleka – rozkazał Voldemort, wstając. – Już – dodał, kiedy stworzenie tylko się skuliło.

Zaczął krążyć wzdłuż stołu, opuszkami palców muskając oparcia krzeseł. Twarz miał przy tym doskonale obojętną.

– Emily nie miała powodu, aby mnie zdradzić – powiedział, bardziej do siebie niż mężczyzny. – Ta kobieta nie ma ambicji, nie chce władzy ani wpływów. Czym można by ją było przekupić?

– Magią? – zaryzykował Snape.

– Jestem najpotężniejszym czarnoksiężnikiem na świecie – odparł odruchowo. Nagle zatrzymał się. – Jej syn.

Severus patrzył na niego bez zrozumienia.

– To też nie ma sensu – podjął jednak Voldemort, kontynuując swą wędrówkę. – Sama mi go oddała. – Zawahał się, na moment przystając. – Powinienem go zabić. Na wszelki wypadek.

Severus zamknął oczy, żeby Czarny Pan nie mógł w tej chwili zajrzeć do jego umysłu. Czuł, że serce zaczyna bić mu szybciej.

– Nie wiem, czy można nazwać to zdradą – spróbował. – Emily po prostu nie chciała wracać.

– Więc ją zabiliście?

Snape nie spodziewał się ciosu. Zaklęcie rzuciło nim w tył, oparcie krzesła pękło z trzaskiem i znalazł się na podłodze. Zwinął się w kłębek, starając się ochronić ranny bok. Voldemort stanął nad nim, ale nie robił nic. Dopiero po chwili Snape zorientował się, że jego pan oczekuje odpowiedzi. Z trudem podniósł się na klęczki, pochylił głowę.

– Rozmawiali, nie sądziłem, że uderzy zaklęciem. To moja wina.

– Pokaż mi.

Mężczyzna zmusił się do podniesienia wzroku, ale Voldemort zamiast wedrzeć się do jego umysłu, obejrzał się na drzwi. Stanął w nich ten sam lekko rozhisteryzowany skrzat, trzymający przed sobą dzbanek jak tarczę. Czarny Pan przywołał naczynie zaklęciem, a następnie wlał do niego odrobinę czerwonej, lepkiej substancji. Snape rozpoznał eliksir, choć z pewnym trudem. Wszystko mu się mieszało, myśli umykały. Kiedy dostał do ręki kubek z doprawionym mlekiem, o mało go nie upuścił.

Płyn miał gorzkawy posmak, więc przełknął go z trudem. Po chwili poczuł się lepiej, jakby dostał zastrzyk z czystej energii. Myśli przestały mu się wymykać, a rzeczywistość tańczyć przed oczami. Ulgę psuła tylko świadomość, że za parę godzin, gdy działanie eliksiru minie, poczuje się jeszcze gorzej niż przed chwilą.

Odłożył kubek ostrożnie i spojrzał na Voldemorta, przygotowując się na kolejny legilimencki atak.

Czarny Pan zanurzył się w jego umyśle bez zbędnej delikatności.

Znów powrócił pokój z jasnym stołem, tym razem jednak dużo realniejszy i bardziej kompletny. Na białych ścianach wisiały kubistyczne obrazy bez ram, a w kącie czaiła się nowoczesna rzeźba z wygiętego drutu.

Emily oparła się o stół plecami i wyciągnęła przed siebie nogi. Palcami bębniła po blacie.

– Więc? – spytała.

– Co: więc? – Snape zmrużył oczy.

– Więc co dalej?

– Idziesz z nami.

– To wiem. Ale co dalej?

– Nie wiem, to zależy od naszego pana.

Przewróciła oczami.

– Ale wy jesteście nudni – zawyrokowała. – Nigdy nie myślicie sami? No dobrze, to chodźmy. Po drodze zahaczymy o jakąś knajpę i Nurmengard. Wódka dobrze wam zrobi.

– Mam świstoklik – stwierdził Lucjusz obojętnie. – Skorzystamy z niego – dodał, wyciągając z kieszeni srebrną papierośnicę. Otworzył ją, odsłaniając fragment drewienka, po chwili jednak zamknął pudełeczko z troską.

Emily przyglądała się mu, przygryzając wargę.

– Jesteś pewny, Lu? – spytała nagle, cicho i jakby nieszczęśliwie.

Nie odpowiedział, tylko jego magiczne oko obracało się powoli w oczodole, to osłaniając, to kryjąc rozszerzoną źrenicę.

Snape odwrócił się i wyjrzał do holu, bo usłyszał zgrzyt. Drzwi wejściowe były częściowo oszklone, więc zobaczył za nimi rozmytą, ludzką sylwetkę.

– Pospieszmy się – rzucił ostro.

– To moi przyjaciele – zbyła jego niepokój Emily. Wlepiała wzrok w swoje bose stopy i przypominała trochę skarcone dziecko, które nie do końca pojmuje swoje przewinienia. – Chciałam mu zrobić niespodziankę. To by było miłe prawda? Jakby znowu był kompletny. No, minus dziennik.

– Jakoś sobie poradzimy – powiedział nagle Lucjusz dziwnie miękko. – Tylko chodź z nami.

Snape odwrócił się znów i spojrzał na mężczyznę, który właśnie otworzył drzwi wejściowe. Choć dzieliła ich cała długość holu, i tak dostrzegł na twarzy obcego zaskoczenie. Uniósł różdżkę, aby go odrętwić, ale usłyszał za plecami jedno słowo:

– Nie.

Zaczął się odwracać, ale nie zdążył, na swoje szczęście. Klątwa uderzyła go w ramię, prześlizgnęła się po karku i brzuchu pojedynczym płomieniem, rzuciła w głąb holu jak kukiełkę. Z trudem obrócił głowę, aby spojrzeć w głąb jadalni. Zniknął stół z jasnego drewna i kubistyczne obrazy, zastąpione przez smugi sadzy. Ale Emily wciąż tam była. Pół siedziała, pół leżała pod ścianą, ze zdumieniem na twarzy, przyciskając dłoń do boku. Spomiędzy jej palców wystawał żelazny pręt, zgięty dziwnie przy końcu – fragment rzeźby. Wbił się pod kątem, przechodząc pod żebrami w głąb ciała. Kobieta była tak cicha i nieruchoma, że Severus nie wiedział, czy jeszcze żyje. Przesunął wzrok i dojrzał coś wystającego spoza framugi, czego najpierw nie potrafił zidentyfikować. Dopiero po chwili zrozumiał, że patrzy na dłoń z palcami zakrzywionymi jak szpony, ale całkiem zwęgloną. Kiedy wbijał w nią wzrok, raz drgnęła, po czym zamarła.

Wtedy mugol, który wchodził do domu, upuścił klucze. Dźwięk ich upadku wyrwał Snape'a z odrętwienia.

– Papierośnica – wykrztusił bełkotliwie.

Mugol spojrzał na niego z szokiem. Spytał o coś po rosyjsku.

– Pudełko – spróbował jeszcze raz, bez większej nadziei. Wiedział, że zaczyna tracić przytomność.

Nagle poczuł, że mężczyzna wsuwa mu w palce gorący przedmiot. Zmusił się, aby otworzyć oczy. Człowiek był blady i dygotał, ale w tej sytuacji trzymał się zaskakująco dobrze.

Przyjaciel Emily...

Kiedy Snape nie mógł otworzyć papierośnicy, bo zamek się stopił, zrobił to za niego. Cały czas mówił po rosyjsku, wtrącając co najwyżej parę angielskich słów, więc Severus niczego nie rozumiał. I nie chciał rozumieć. Mijał pierwszy szok, dzięki któremu prawie nie czuł bólu.

A później świstoklik, wywracanie na nice i ostatnie pięćdziesiąt jardów morderczej drogi od miejsca, w którym wylądował, do jadalnianego krzesła.

Voldemort wysunął się z umysłu.

Przez chwilę stał nieruchomo, wpatrując się obojętnie w najbliższy ze zniszczonych obrazów. Snape tymczasem oparł się jedną ręką o podłogę, bo brakowało mu siły nawet na klęczenie. Z pewnym zaskoczeniem zauważył, że z nosa płynie mu krew i powoli skapuje na deski, tworząc płytką kałużę.

– Rosja – powiedział Czarny Pan z namysłem. Nagle odwrócił się gwałtownie i podszedł do drzwi. Otworzył je na oścież i wyszedł, rzucając do stojącej przy schodach Narcyzy: – Zajmij się nim.

Snape usłyszał jeszcze jak trzasnęły drzwi wejściowe. Wymacał krawędź najbliższego krzesła i, pomagając sobie nim, spróbował się podnieść. W pewnym momencie nogi się pod nim ugięły, znów upadł na kolana. Zacisnął zęby, aby nie jęknąć, i spróbował ponownie. Poczuł, że Narcyza chwyta go ostrożnie za nieuszkodzone ramię, więc przy jej pomocy jakoś udało mu się usiąść na krześle.

Nie miał odwagi spojrzeć kobiecie w oczy.

– Czy on żyje? – spytała w końcu po długiej, niezręcznej ciszy.

Zmusił się więc, żeby unieść wzrok. Stała parę kroków od niego, z rękoma skrzyżowanymi pod piersią, jakby obejmując się. Palce zaciskała mocno na eleganckiej szacie, ale twarz miała spokojną, a głos pusty, wręcz obojętny.

– Przykro mi – powiedział Snape cicho.

– Czy...?

– Nie, szybko. To była Avada – skłamał.

– Kto?

– Emily. Ale ona już nie żyje.

Skinęła głową i odwróciła się do niego plecami. Słyszał jej oddech, zbyt równy i głęboki, by mógł być naturalny.

– Możesz skorzystać z kominka w jadalni – powiedziała w końcu. – Proszek stoi na gzymsie.

– Narcyzo...

Umilkł, bo nie potrafił znaleźć innych słów. Wszystko, co przychodziło mu do głowy, brzmiało albo banalnie, albo kpiąco, albo na wskroś nieszczerze.

Pokręciła głową, nie odwracając się do niego.

– Wynoś się z mojego domu – powiedziała cicho i wyszła, nie dając mu czasu na odpowiedź.

Zresztą, nie potrafił wymyślić żadnej.

Odetchnął ciężko i spojrzał na bałagan na stole. Spośród flakoników z eliksirami wyciągnął jeden, którego nie miał w domu, a domyślał się, że będzie mu potrzebny przy kuracji. Wsunął go do kieszeni spodni i zmartwiał, kiedy wyczuł pod palcami inny kształt.

Wyciągnął małą, szklaną kulkę i poczuł obezwładniającą ulgę. Choć przypominajka nie rozjarzyła się czerwienią – była tylko zabawką – wiedział z całkowitą pewnością, że nie miał jej przy sobie, kiedy szedł na spotkanie z Emily.

xxx

Co za absurd.

Narcyza wyszła przed dom w szary, brzydki dzień, ale wiedziała, że ten dzień był szary i brzydki, ponieważ większość dni października takich była, a nie dlatego że Lucjusz zginął. Dla świata jego śmierć nie miała znaczenia. Mżyłoby również, gdyby żył.

Co za absurd, pomyślała ponownie.

Chyba powinna teraz płakać. Nie, nie chyba, na pewno. Jej matka płakała, kiedy ojciec umarł, choć nawet go nie lubiła. Narcyza wciąż pamiętała histerię kobiety, zapuchnięte oczy i zasmarkany nos, którego nawet nie próbowała wytrzeć. A przecież ostatni raz z mężem rozmawiała pięć lat temu, przez przypadek, gdy natknęli się na siebie u wspólnych znajomych, i bardzo często powtarzała, że ten mężczyzna jej nie obchodził.

Absurd, absurd, absurd.

Ale Narcyza oczy miała suche. Czuła się raczej chora, niż smutna. Coś ciążyło jej w gardle, ściskało płuca, ale nie było w tym nic z żalu ani jakichkolwiek innych uczuć.

Tylko to wrażenie nierealności, jakby ktoś narzucił na jej zmysły iluzję, spoił eliksirem, pogrzebał w magicznym śnie.

Podświadomie czekała, aż Snape przyjdzie i powie, że skłamał. Że to był tylko żart albo kolejna z politycznych gierek jej męża. Aż przyjdzie i przeprosi.

Bo przecież to nie mogła być prawda. Śmierć zdarzała się innym. Mugolom i idiotom. Lucjusz nie mógł zginąć. Nie dzisiaj.

Przycisnęła dłoń do ust, choć nie wiedziała, dlaczego ten gest przynosi jej ulgę. Zamknęła oczy. Przez długą chwilę stała z pustką w głowie, czując tylko drobny deszcz na twarzy i dłoniach.

Snape nie przyszedł.

Objęła się mocniej rękami, garbiąc ramiona.

Czemu nie mogła płakać? Nagle znienawidziła się za tę suchość w oczach i spokojne dłonie, za to, że potrafi jeszcze stać, oddychać, żyć. Jakby nic się nie stało.

To było niesprawiedliwe, niesprawiedliwe, niesprawiedliwe.

Wiedziała, co będzie dalej. Pogrzeb, z ciałem bądź bez. Stypa, na której pojawią się najwyżej Śmierciożercy. Kondolencje.

Na samą myśl chciało jej się rzygać.

Nagle wzdrygnęła się, otworzyła oczy i czujnie rozejrzała po dziedzińcu. Serce przyspieszyło jej trochę.

Czarny Pan wyszedł, a prócz niego w domu był tylko Snape, jeśli jeszcze się nie ulotnił. To znaczyło, że została sama, bez nadzoru, i nim ktoś o niej pomyśli, może minąć jeszcze wiele czasu. A taka okazja mogła się już nie powtórzyć.

Poza tym pozostawała jeszcze jedna rzecz: ktoś musiał poinformować Draco. Nie chciała, żeby dowiedział się od kolegów, Gregory'ego albo Vincenta, a wiedziała, że chłopcy nie są mistrzami dyskrecji. Jeśli ojcowie im powiedzą, przekażą to tego samego dnia. Mógłby go uświadomić Severus, ale ta myśl ją odrzucała.

Choć wiedziała, że to głupie i dziecinne, nie potrafiła zignorować pytania czającego się gdzieś w głębi jej umysłu.

Jeśli mógł wrócić tylko jeden, dlaczego właśnie on?

xxx

James ocknął się na posadzce, niewygodnie skręcony, z prawą nogą zaklinowaną pod ścianką oddzielającą jedną kabinę od drugiej. Ostrożnie ją oswobodził i usiadł, opierając się o drzwi. Był tak mokry od potu, jakby właśnie wyszedł z wanny. Szczypały go oczy, więc otarł je rękawem szaty. Przez chwilę po prostu siedział, wpatrując się w sznurek od spłuczki. Po głowie tłukło mu się tylko jedno pytanie: za co?

Nie wiedział, ile czasu minęło, odkąd stracił przytomność. Mogły równie dobrze to być minuty, jak i godziny.

W końcu zmusił się, żeby wstać, pomagając sobie muszlą ubikacji. W pewnym momencie wilgotna ręka zsunęła się z niej i zachwiał się, tracąc równowagę. Zaklął, ale niczego nie usłyszał.

Świetnie, pomyślał.

W łazience nikogo nie było.

Chłopak spojrzał w lustro i uśmiechnął się słabo. Wyglądał jak trup-alergik. Skórę miał szarą, pomijając czerwone plamy na policzkach i załzawione, podrażnione oczy, a włosy lepiły mu się do spoconego czoła. Przemył twarz i kark chłodną wodą.

Pod jedną z umywalek znalazł swoją różdżkę. Oczyścił ją z pajęczyny i bez większej nadziei rzucił na siebie niewerbalne Finito.

– Świetnie – stwierdził i równocześnie wzdrygnął się na dźwięk własnego głosu. Źrenice rozszerzyły mu się, a serce zaczęło bić szybciej.

Ściągnął z siebie szatę gwałtownie i drżącą ręką podwinął lewy rękaw koszuli najwyżej jak mógł. Zaklęciem usunął czar maskujący.

Pojawiły się blizny, pojawiła zaczerwieniona skóra, pojawił siniak, który nabił sobie sam nie wiedział gdzie. Ale tatuażu nie było.

Zaczął oddychać tak szybko, że znalazł się na granicy hiperwentylacji. Upuścił różdżkę i ściągnął z siebie koszulę, parę guzików urywając.

Obejrzał swój brzuch, drugie ramię, wygiął się dziwacznie przed lustrem, żeby dojrzeć plecy. Powoli docierało do niego, że pies, towarzyszący mu niemal całe życie, naprawdę zniknął.

Uświadomił sobie, że zrobiło się zimniej. Szron wspinał się po lustrach, osiadał na ścianach i podłodze. Z jednego kranu, który przeciekał, zwisał sopel lodu.

James spojrzał na niego i objął się rękami.

Nie, nie, nie, nie.

Tylko nie teraz, tylko nie teraz.

Udało mu się opanować, choć nadludzkim wysiłkiem. Założył koszulę, podniósł z ziemi różdżkę.

Więc mama nie żyje, pomyślał.

Zamknął oczy, czując, jak magia znowu mu się wymyka. Ponownie ją opanował.

Powinien się cieszyć. Wiedział, że to byłoby normalne. Emily go krzywdziła.

Zamiast tego chciał się rozpłakać jak dzieciak, skulić gdzieś w kącie i przeczekać, aż świat znów stanie się normalnym miejscem.

Nieprawda, nie krzywdziła go. Tak mógł twierdzić Snape albo Potter, albo Dumbledore, albo ktokolwiek inny z tych obrzydliwie dobrych dupków, którzy zawsze wiedzieli, co jest dla niego najlepsze. Wszyscy zawsze wiedzieli najlepiej i nie rozumieli, jak może się z nimi nie zgadzać. Jak może nie chcieć wydać jej aurorom. Jak może jej nie nienawidzić. O tak, w ich świecie powinien ją nienawidzić, bo zostawiła go w Meksyku i wytatuowała psa na ręce. Bo w ich świecie wszystko było tak cholernie proste.

– Kurwa.

Ale przecież wiedział, że ona po prostu nie rozumiała.

I przyszła po niego w Brazylii, choć zdawała sobie sprawę, że to pułapka. Nikt inny nie przyszedł, mimo że wspomnienia o tym, jak go katowano, krążyły po całym czarnym rynku. Ani aurorzy, ani dobrzy ludzie.

A teraz będą mu mówili, że dobrze się stało.

– Kurwa.

Usłyszał nagle cichutki głosik, wydobywający się z kieszeni jego spodni. Wyciągnął obrazek i spojrzał w twarz nieco zaniepokojonej dziewczynki.

– Wszystko w porządku? – spytała. Pierwszy raz usłyszał w jej głosie mocny akcent, co bardziej niż cokolwiek innego powiedziało mu, jak jest roztrzęsiona.

– Co się dzieje?

– Nie odpowiadałeś, a tu nie ma żadnych innych obrazów… – zaczęła tłumaczyć mu, ale przerwał jej.

– Co się dzieje? – spytał ponownie.

– Narcyza, znaczy wiesz, ta kobieta, którą kiedyś kazałeś mi szukać, ona jest teraz u McGonagall.

– I?

– Ona powiedziała, że twoja matka nie żyje. – Dziewczynka spojrzała na niego z przestrachem. – I że chce sama ci to powiedzieć. Ale wcześniej chce porozmawiać ze swoim synem.

– I? – powtórzył. Jego głos brzmiał martwo, obojętnie.

– McGonagall po niego poszła, więc skoczyłam do ciebie, żeby przekazać, skoro nic tam się teraz nie dzieje.

– Dlaczego Narcyza nie poszła do Dumbledore'a? – spytał.

– Ja… nie wiem. – Dziewczynka się zawahała. – Chyba go nie ma. James, tak mi przykro – dodała nagle. W oczach miała łzy.

Chłopak przełknął ślinę.

– Wracaj tam – rozkazał. – Chcę wiedzieć, co powie Draco.

Mała skinęła głową i zniknęła pod peleryną niewidką, a on ostrożnie schował obrazek. A później uderzył pięścią w ścianę, tuż koło lustra, tak mocno, że rozkrwawił sobie knykcie.

Ale nie poczuł ulgi.

xxx

Zamierzał przetrwać tę niedzielę w możliwie najprostszy sposób, nie ruszając się z łóżka. Nie kusiło go śniadanie, obiad odstręczał, a kolacja wydawała się zbyt odległa, aby choćby o niej myśleć. Pewnie byłby nieubrany, gdyby nie to, że wczoraj położył się spać w szacie, ale nie pamiętał czy rzeczywiście spał, czy może leżał tylko wsłuchując się w ciemność i drapiąc po karku kota Zabiniego.

Nie otworzył oczu, kiedy Pansy zajrzała do dormitorium.

– Na litość Salazara, Draco, mógłbyś się choć umyć – prychnęła, ale w jej głosie zamiast irytacji brzmiało tylko znużenie. – McGonagall na ciebie czeka.

– Dla McGonagall mam się myć? – spytał obojętnie.

– Dla kogokolwiek, cuchniesz.

Uchylił powieki i spojrzał w twarz dziewczyny, która była trochę rozzłoszczona, ale przede wszystkim smutna.

Pansy usiadła na skraju łóżka i odgarnęła mu z czoła przydługie włosy. Wzdrygnął się na ten gest, co zauważyła. Na chwilę zacisnęła usta tak mocno, że stały się wąską kreską.

– Słuchaj, Zabini widział, jak twoja mama wchodzi do szkoły – powiedziała cicho. – Ale nie wie nic więcej.

To było... niepokojące. Draco usiadł, czując że łapią go dreszcze. Spoconymi dłońmi przygładził mechanicznie szatę, byle tylko czymś je zająć.

Narcyzy nie powinno tu być, więc skoro była, znaczyło to, że trwa nowy sen.

Przez chwilę kusiło go, żeby to zignorować, nie ruszyć się z łóżka i poczekać, aż śmierć przyjdzie do niego sama. Ale później pomyślał, że jednak chce zobaczyć matkę, nawet jeśli była tylko sennym majakiem. Czasem miał wrażenie, że tylko one mu zostały.

– Poproszę McGonagall, żeby dała ci chwilę – powiedziała Pansy wreszcie.

Skinął głową.

Dziewczyna otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale ostatecznie tylko westchnęła.

Przyjrzał się jej czujnie, napinając mięśnie w oczekiwaniu ataku. Kiedy odkrywał, że śni, zaczynał zwracać uwagę na szczegóły, choć ten odruch nigdy mu nie pomógł.

Pansy nie pomalowała się dzisiaj, a włosy związane miała byle jak gumką. Kiedy zauważyła, że na nią patrzy, uśmiechnęła się bez przekonania.

Mimo wszystko nie chciało mu się brać prysznica, więc gdy wyszła, zmienił tylko szatę i odświeżył się zaklęciem. W kufrze znalazł też grzebień, więc poczesał się, używając wielkiej szyby okna jak lustra.

Czuł, że to wszystko nie ma sensu, ale na swój sposób uspokajało go. Proste czynności pozwalały mu przygotować się do śmierci.

Czasami, owszem, olewał zasady i przestawał nawet udawać, że świat w którym przebywa, istnieje naprawdę. Ale skoro klątwa, czymkolwiek była, pozwoliła mu spotkać się z rodziną, nie zamierzał marnować okazji. I nie chciał, aby Narcyza widziała, że drżą mu ręce, bo nawet jeśli ona nie była prawdziwa, on był. Nie chciał patrzeć, jak się smuci.

McGonagall patrzyła na niego inaczej, z niepokojem, co nieszczególnie mu się podobało. Kiedy szli korytarzem, nie odzywała się, ale to nie było nic nowego. Większość nauczycieli nie chciała z nim rozmawiać, nie lubiła go. Gdy był młodszy, trochę się tym przejmował, ale szybko mu przeszło. Zauważył, że traktują tak prawie każdego Ślizgona, może za wyjątkiem Samuela, ale on w tym domu znalazł się poniekąd przypadkiem.

Pierwszy raz zastanowił się, czy było też tak przed wojną. Jego rodzice zawsze dobrze wspominali Hogwart i sam Slytherin. Mówili, że jest najlepszym z domów. Nie wiedział tylko, czy kłamali, czy za ich czasów nie było tej… niechęci.

W Slytherinie bez wątpienia znajdowali się najlepsi ludzie, ale należenie do niego czasem nużyło.

Narcyza stała obok biurka, jedną dłoń opierając na blacie. Patrzyła na nią w nienaturalnym skupieniu, z koncentracją, od której Malfoya przeszedł dreszcz. W jej postawie było coś złowieszczego, choć chłopak nie potrafił sprecyzować dlaczego. Zauważył tylko, że gdy weszli do gabinetu, jego matka się nie poruszyła. Dopiero odkaszlnięcie McGonagall zwróciło jej uwagę. Oderwała wzrok od swojej dłoni i spojrzała na syna z tym samym chorobliwym skupieniem.

– Czy mogłabyś zostawić nas samych? – spytała miękko wicedyrektorkę, choć patrzyła na Draco.

McGonagall przytaknęła i wyszła, ale chłopak prawie tego nie zauważył. Patrzył na matkę, napinając mięśnie i szykując się do uniku, na wypadek, gdyby wyciągnęła różdżkę i spróbowała uderzyć go klątwą.

Wtedy Narcyza zachwiała się, złapała za oparcie krzesła, aby nie upaść. Draco zrobił krok w jej stronę, ale zatrzymał się, gdy nieufność wygrała z odruchem. Kobieta przycisnęła dłoń do ust, zamknęła oczy i przez moment tak stała, jakby zawieszona w pół ruchu. Wreszcie odetchnęła głębiej, wyprostowała się i podeszła do Draco. Chłopak zesztywniał, gdy go objęła. Czuł, że drży lekko, więc przemógł się i ją przytulił.

Po chwili puściła go i otarła oczy, choć nie widział, żeby płakała.

– Draco… usiądź, proszę.

Zrobił to, bezmyślnie ustawiając krzesło tak, aby móc mieć na oku również drzwi. Kobieta usiadła na drugim tuż przed nim, splotła dłonie na kolanach.

– Lucjusz nie żyje – powiedziała.

Patrzył na nią w skupieniu, zastanawiając się, czy cieszy się z jej obecności. Chciał, aby tak było, ale zbyt się bał i równocześnie brzydził tego, że to właśnie jej się boi.

– Rozumiesz mnie? – spytała po chwili, gdy nie doczekała się reakcji.

– Tak – stwierdził obojętnie. – Mój ojciec nie żyje.

Zdarzało się to już parę razy.

– Czemu…? – zamilkła. Znów zamknęła oczy i zastygła na irytująco długi moment.

Chłopak włożył dłoń do kieszeni szaty, chwycił różdżkę i czekał na to, co nadejdzie.

Narcyza przełknęła ślinę.

– Musimy być teraz silni, Draco – powiedziała, pochylając się nagle w jego stronę. – Lucjusz… twój ojciec… on wypadł z jego łask. Rozumiesz, co to znaczy, Draco?

Tak, pomyślał chłopak ze zmęczeniem.

– Ale ja nie mam… nie będzie mógł nas łatwo znaleźć. Może nie będzie chciał. Ale musimy odejść teraz. – Spojrzała na niego z nagłym rozgorączkowaniem, pasją, której z każdą chwilą nienawidził coraz bardziej.

Ale też zaczął się rozluźniać. To nie matka miała go zabić, ale Voldemort. Będzie ich ścigał i znajdzie, to też już się zdarzało. Nie lubił tych śmierci, bo były długie.

– Pójdziesz teraz i spakujesz się – powiedziała. – Weź wszystko, co możesz. Powiem McGonagall, że zabieram cię na parę dni, nie będzie protestować.

– Dobrze – stwierdził, wstając.

Nagle poczuł przypływ euforii. Mógł spędzić parę godzin, może nawet dni z matką. I nie bać się jej. W przypływie impulsu uścisnął ją mocno.

– Zaraz wrócę – powiedział.

Wyszedł z gabinetu czując się dziwnie lekko, nawet uśmiechnął się do McGonagall i przytaknął, kiedy poprosiła, żeby kogoś zawołał. Nie słuchał jej zbyt dokładnie.

Miał ochotę biec, ale od samego chodzenia kręciło już mu się w głowie. Uświadomił sobie nagle, jak bardzo jest osłabiony. I głodny. Tak, to przede wszystkim. Po raz pierwszy od paru dni miał ochotę jeść.

Skręcił w korytarz, z którego można było zejść do lochów i przystanął w pół kroku. Z łazienki wyszedł Rainbow. Draco spojrzał na jego twarz, później na różdżkę, którą trzymał w dłoni. Wyszarpnął z kieszeni swoją.

Znowu, pomyślał.

xxx

James zatrzymał się i spojrzał na Malfoya nieprzytomnie.

– O co chodzi? – spytał, mimowolnie napinając mięśnie.

Draco milczał, ale stał z różdżką w ręce, więc James potrafił domyślić się, jak brzmiałaby odpowiedź. I sposób, w jaki Malfoy na niego patrzył, z prawie namacalną wrogością, nie pozostawiał wątpliwości.

Lucjusz nie żył. Emily nie żyła. Łatwo było powiązać te fakty. Mogli zginąć walcząc razem albo przeciw sobie, ale James wykluczył to pierwsze. Gdyby po prostu umarli razem, Draco nie zachowywałby się w ten sposób.

– O co chodzi? – powtórzył lodowato, starając się zapanować na sobą. Miał ochotę coś zrobić, coś zniszczyć, bić się, byle tylko w jakikolwiek sposób rozładować narastającą frustrację i rozżalenie. – Słuchaj, nie mam czasu – rzucił, uśmiechając się w nieco kpiący sposób. – Zejdź mi z drogi.

Czuł swoją magię, pulsowała mu w żyłach i dławiła w płucach. Ale tym razem zamiast wyciekać, zbierała się, czekając, aż sam ją uwolni. Odkrył, że nieświadomie przygotowuje się do walki, inaczej trochę trzyma różdżkę, stoi na lekko ugiętych nogach. Znów zmusił się do spokoju, głębokiego oddechu i rozluźnienia mięśni.

Ale nie wiedział, co zrobić z magią, która ponownie zaczęła mu się wymykać. Jego ciało oczekiwało pojedynku – czarodziejskiego pojedynku – i nie mógł nic poradzić ani na przypływ adrenaliny, ani magii. Musiał ją jakoś zużyć.

Stanąć gdzieś, gdzie nie ma ludzi, i rzucać klątwy tak długo, aż ze zmęczenia będzie rzygał krwią. I nie myśleć. Nie o tym, że uratował Lucjusza tylko po to, aby ten gnój zabił jego matkę. Nie o tym, że wszystko w tym miesiącu spieprzył.

Draco milczał i patrzył na niego w skupieniu. James nie był pewien, czy chłopak go zrozumiał, czy w ogóle usłyszał. Malfoy wydawał się chory.

Zrobił krok w jego stronę rozdrażniony, głównie po to, żeby złamać impas. W następnej chwili odskoczył do tyłu.

Spodziewał się, że Draco rzuci zaklęcie, ale nie takie. Klątwa rozpruła posadzkę i fragment ściany, w powietrze uniósł się pył, a drobne odłamki uderzyły Jamesa w twarz i dłonie.

Mogłeś mnie zabić, chciał warknąć, ale słowa nie przeszły mu przez gardło, bo w tej samej chwili uświadomił sobie, że Malfoy naprawdę chciał go zamordować.

Odruchowo postawił tarczę i w ostatnim momencie sparował kolejny czar. Siła uderzenia była tak duża, że rzuciła go w bok, na ścianę.

Malfoy nie powinien znać takich zaklęć, kurwa mać, był tylko gówniarzem z Hogwartu.

I synem swojego ojca.

James zamrugał, próbując coś dojrzeć przez pył. Draco stał cały czas w tym samym miejscu, choć od załomu muru dzieliło go ledwo parę kroków i mógłby użyć ściany jako osłony. Zamiast się cofnąć, tylko kołysał się lekko na piętach.

Uniósł różdżkę do kolejnej klątwy i James zadziałał odruchowo. Uderzył, rzucając pierwsze zaklęcie, które przyszło mu do głowy. Wlał w czar cały swój gniew i żal, i magię, której nie potrafił okiełznać.

A Draco nie uchylił się.

Powinien się uchylić. Każdy by się uchylił. To była powolna klątwa. Te najgorsze zawsze były powolne.

James dopadł do chłopaka, zanim ten upadł. Chwycił go tuż przed tym i położył na posadzce, jakby miało to jakiekolwiek znaczenie. Sam przy nim ni to ukląkł, ni usiadł, obejmując Malfoya jedną ręką, żeby jego głowa nie zsunęła mu się z kolan. W krótkiej chwili dżinsy i koszula Jamesa prawie całkiem przesiąkły krwią, ale nie zauważył tego.

– Ty fiucie – wymamrotał. – Ty kutasie.

Wyszarpnął z kieszeni paczuszkę i mocował się, próbując ją rozpakować, ale palce ślizgały mu się po taśmie klejącej. Rozdarł ją w końcu zębami, ale minęło do tego czasu parę koszmarnie długich sekund.

Co i tak nie miało znaczenia.

Draco nie żył od chwili, gdy dotknęła go klątwa. Żywi ludzie mają wnętrzności w środku.

James zastygł z nieotwartą fiolką w ręce. Nie wiedział, gdzie mógłby wylać łzy Fawkesa.

– Ty... – powiedział. – Ty...

Opuścił dłoń.

Nie, pomyślał.

Draco zamarzał w jego rękach, zamarzały ściany i podłoga, ale on tego nie widział. W uszach zbyt głośno huczała mu krew.

Nie.

Miał wrażenie, że się dusi. Że kamienne mury naciskają na niego, a sufit obniża z każdym oddechem. Korytarz w jednej chwili stał się ciasną pułapką, z której nie miał siły uciec. Czuł, że brakuje mu tlenu.

Ktoś krzyknął.

Obrócił się w stronę schodów i zobaczył, że stoi na nich dziewczyna ze Slytherinu, ta, której imienia nie zapamiętał.

Nie.

Chciał się tylko wydostać, wydostać, wydostać.

A magia wysłuchała jego życzenia.

Najpierw usłyszał dźwięk, podobny trochę do tego, który wydaje rozdzierana tkanina, a zaraz po nim jęk wyginających się krokwi. Spojrzał na dziewczynę i krzyknął: uciekaj. Chyba, nie był tego pewien. Albo go usłyszała, albo sama na to wpadła, bo po sekundzie wahania obróciła się zbiegła po schodach.

Tymczasem narastał hałas, już niesprecyzowany, zbyt głośny, zbyt dysharmonijny. Chór trzasków, huków, jęków udręczonego materiału. James osłonił rękami głowę, kuląc się, jakby mogło to go ochronić.

Wreszcie pojawiło się pęknięcie, biegnące ukośnie przez ścianę i sufit. Zaczęło rozszerzać się, ale w dziwaczny sposób. Drewno, kamienie, wszystko, co znajdowało się przy krawędziach, przesuwało się w bok i piętrzyło na hałdach niepodlegających prawom fizyki. Okruchy gruzu nie spadały na głowę chłopaka, wydawały się raczej przylepione do sufitu siłą podobną do grawitacji.

W pewnym momencie James odważył się otworzyć oczy i zauważył, że w korytarzu zrobiło się jaśniej. Uniósł wzrok i spojrzał na odległe, pochmurne niebo widoczne w wyrwie.

Proces zatrzymał się, gdy była niemal tak szeroka jak sam korytarz, ale magia nie ustała. James wstał chwiejnie i spojrzał na błonia rozpościerające się przed nim, tam, gdzie wcześniej znajdował się gruby, zewnętrzny mur. Pomyślał, że musieli to zauważyć, wszyscy musieli to zauważyć, i zaraz przyjdą do niego.

Snape. McGonagall.

Zamknął oczy, a gdy je otworzył odkrył, że ściany skuł lód. Rozrastał się z każdą chwilą, blokując korytarze, drzwi i schody, zmieniając podłogę w jedną śliską taflę.

Wszystko to trwało nie więcej niż chwilę, tak krótką, że można w jej czasie było zaczerpnąć tylko parę oddechów.

Spojrzał na Draco, którego wciąż obejmował ręką. Chłopak pokryty był szronem, ale oczy miał otwarte. Patrzył gdzieś ponad jego lewym ramieniem.

Narcyza, uświadomił sobie James.

Narcyza była w zamku.

Pył i odłamki kamieni poderwały się w powietrze, zawirowały wokół niego, odgradzając go od wszystkiego. Nieba, lodowych ścian, ludzi, którzy czekali za nimi.

Podniósł się chwiejnie i zrobił jeden krok, po to tylko, aby upaść. Przez moment klęczał, wpatrując się we własną twarz odbitą przez zamarzniętą posadzkę i przez nią zniekształconą. Znów zmusił się, żeby wstać, objął się rękoma i zgarbił. Od zapachu krwi, którą przesiąkła jego koszula, robiło mu się niedobrze.

Zrobił krok na przód, później drugi, równie niepewny. Patrzył pod nogi, ale nawet je ledwo widział. Od wszechobecnego pyłu łzawiły mu oczy.

Musiał zeskoczyć na ziemię, bo była jard niżej od posadzki, i znów upadł. Kiedy dotknął darń rękami, poruszyła się. Część ziemi poderwała się do góry, dołączając do gruzu, ale tam, gdzie stał, było spokojnie. Tylko coś zaczynało istnieć.

Najpierw wynurzył się pysk uzbrojony w kamienne zęby, pozbawiony zaś oczu, później jedna z przednich łap. James na klęczkach patrzył jak ziemia formuje się w kształt, koszmarnie znajomy i równocześnie pocieszająco bliski. Pies z sierścią ze zrudziałej darni, pies z ogonem ze splątanych korzeni, jego pies, który powinien być czarny, ale wokół Hogwartu nie było czarnej ziemi.

James podniósł się i oparł o chłodny bok zwierzęcia, które w kłębie sięgało mu do połowy ramienia. Jedną dłoń wplątał w jego sierść, a w drugiej wciąż trzymał ampułkę. Gdy odchodzili, usłyszał za plecami huk, ale prawie tego nie zauważył.

Magia wyciekała dalej.


A na kolejny rozdział chwilę poczekacie.

Tylko spokojnie, już tłumaczę.

Parę (paręnaście?) razy narzekałam w komentarzach, że Maskę w zasadzie powinno czytać się na raz. Cóż, finał Maski też. Rozdzielanie następnych rozdziałów miesięcznymi przerwami wydaje mi się po prostu kiepskim pomysłem, to raz. Dwa, chcę mieć lepszą kontrolę nad całością, bo jednak pozamykanie wszystkich wątków będzie wymagało ode mnie lekkiej gimnastyki ;). Dlatego zdecydowałam, że rozdziały 30 – 35 opublikuję, gdy ukończę wszystkie, a wy je przeczytacie tak, jak będzie wam wygodnie. Co oznacza, oczywiście, że pisanie zajmie mi trochę dłużej. Naprawdę postaram się, żeby to nie był straszny szmat czasu, ale przygotujcie się na parę miesięcy i trzymajcie kciuki, żeby studia nie okazały się tak czasożerne, jak wydają się być.