Sarevok otarł twarz. Krew sączyła mu się z ust i nosa. Spojrzał na leżącego pod ścianą trupa. Głowę martwego chłopaka odcięto od ciała. Gnojek dobrze walczył. Miał na imię Jon. Pochodził z jakiegoś zadupia. Z... Asbravn? Nieważne. Przyjechał z tego gównianego Asbravn do Wrót Baldura. Pewnie szukać dup, sławy i szczęścia. Teraz leżał pozbawiony głowy, w zaplutej dzielnicy, przy załamaniu miejskich murów. W przytulnej kałuży ścieków. To miecz Sarevoka oddzielił jego głowę od ciała.

Wrócił do gospody. Był już wieczór, zaczął padać deszcz. Chwilę potem nad miastem rozpętała się prawdziwa ulewa. Krople uderzały o dachówki, z murów ściekały potoki, mokre liście niesione wiatrem przylepiały się do twarzy i ubrań. Przechodnie chronili się, gdzie się dało, w szynkach, gospodach, sklepach. Bezpańskie koty i psy uciekały do swoich kryjówek. Sarevok leżał w łaźni gospody. Z butelką bimbru z jednej, a mieczem z drugiej strony drewnianej balii. Wsłuchiwał się w szum deszczu. Pił. Pomyślał, że ulewa zmyje na trochę odór miasta.

Przybył do Wrót wczoraj, w tajemnicy przed wszystkimi. W listach Rieltar nalegał, żeby zatrzymał się w siedzibie Żelaznego Tronu, gdy już znajdzie się w mieście. Ale on miał to w dupie, nocował w gospodzie. Pierwszy raz był we Wrotach Baldura. Chciał uniknąć tego całego pierdolonego cyrku. Rieltar pewnie chciałby go wykorzystać do swoich politycznych gierek. Przedstawić jako swojego następcę, gdy już obalą Wielkich Książąt. To nie obchodziło Sarevoka. Chciał tylko jednego. Krwi. Krwi innych Dzieci Bhaala.

Wiedział kim jest. Wiedział, co mu się należy. Przybrany ojciec, Rieltar, przygarnął go dawno temu. Był wtedy bezdomnym dzieckiem. Włóczył się po ulicach kradnąc co się dało i usiłując przetrwać. Ale Rieltar nie zabrał go z dobroci serca. Był mu potrzebny pomocnik, który z czasem wyrośnie na mężczyznę, wojownika, z którego siły będzie mógł skorzystać. Wyjątkowy pomocnik. Sarevok wychowywał się w towarzystwie opryszków i mętów. Podróżował z ojcem i jego towarzyszami, złodziejami i moczymordami. Nikt nikomu nie ufał, wszyscy oszukiwali się nawzajem. Często skakali sobie wzajemnie do gardeł, kłócąc się o łupy, kobiety, czy wyimaginowane krzywdy. Sypiali w norach, paserniach, albo stertach śmieci. Kradli, rabowali i gwałcili. Pierwszy raz upił się, mając dziesięć lat. Mając dwanaście stracił dziewictwo w jednym z burdeli. Przeszedł twardą szkołę życia, nie znał innego świata niż walka, kradzież i rabunek.

Ale któregoś dnia ojciec popełnił błąd. Powiedział mu kim naprawdę jest. Powiedział o Bhaalu, Panie Mordu i jego potomkach. Mówił, że Sarevok ma w sobie tyle gniewu i nienawiści, bo jest jednym z nich. Przyznał, że dlatego go przygarnął. Był magiem, potrafił rozpoznać złą krew buzującą w ciele chłopca.

Sarevok nauczył się czytać. Przekupił jednego z pomagierów ojca, żeby wytłumaczył mu te dziwne znaczki, symbolizujące słowa i cyfry. Oszustwa, szemrane interesy Rieltara z czasem zaczęły przynosić zyski. Pojawiły się pieniądze. Wynieśli się z najpodlejszych nor, zaczęli żyć jak ludzie. Na śniadanie jedli jajka z kiełbasą i cebulą, zamiast suchego chleba, popijanego wodą, czy wódką. Na obiad pieczony drób, czy szynka zamiast kolejnej butelki bimbru. Nie spali już razem z karaluchami i pluskwami. A Sarevok uczył się walczyć i pochłaniał książki. Wszystko co zostało napisane o Bhaalu, Czasie Niepokoju i Dzieciach Bhaala.

Bhaal. Pan Mordu. Zszedł na ziemię, między ludzi kiedy krwawe żniwo zbierał Czas Niepokoju. Sypiał ze śmiertelnymi kobietami, by spłodzić jak najwięcej potomstwa. Jego dzieci miały nieść chaos i zniszczenie. Ich przeznaczeniem było rozpętywać wojny i konflikty, utopić cały Faerûn w powodzi krwi, by ich ojciec mógł powrócić. Ale w jednej z książek wspomniano o przepowiedni, zgodnie z którą jedno z Dzieci Bhaala samo zapragnie stać się bogiem i sięgnie po boski tron. Sarevok uczepił się tej myśli. Był przekonany, że chodzi o niego. Znalazł w księgach kolejną informację. Im więcej swoich braci i sióstr zabije, tym większą siłę zdobędzie. A przy tym usunie innych pretendentów do boskiego tronu. Nauczył się ich rozpoznawać, potrafił wyczuć płynącą w nich złą krew. Niektórzy byli opryszkami, sukinsynami, w których zew pochodzenia wziął górę, nad ludzkimi uczuciami. Inni prostaczkami, nieświadomymi jakie brzemię dźwigają. Wszyscy, których spotkał, zginęli.

Sarevok nie pamiętał wiele z okresu, zanim błąkał się po ulicach i znalazł go Rieltar. Wspomnienia zacierały się pod warstwą codziennego kurzu, brudu i krwi. W jego pamięci został obraz migotania płomieni, wszechobecnego gorąca. I twarzy dziewczynki, wyciągającej ku niemu bezradnie ręce, uwięzionej w objęciach starszego mężczyzny. To pewnie te płomienie zostawiły na jego ciele rozległe blizny. Czasem budził się w nocy, z krzykiem i płaczem dziewczynki brzmiącym w uszach, nie pamiętając kim jest i co tu robi. Ale po chwili do głosu dochodziła rzeczywistość. Spał przy ognisku, albo w gospodzie, czy na tyłach burdelu. Obraz ciemnowłosej dziewczynki rozmywał się w jego pamięci.

Nie ważne, czy przymierali głodem, czy mieli pieniądze. Sarevoka trawił gniew. Przyswoił sobie prawdę, że świat jest skurwysyńskim miejscem, pełnym brudu i nędzy. Wszystko co masz musisz sobie sam wywalczyć. Jego życie było pasmem przemocy. Gdy był dzieckiem musiał się przed nią chronić. Z czasem nauczył się sam ją zadawać. Bez współczucia, bez litości, bez wahania. Dlaczego nie wziąć, tego co mu się należy? Dlaczego nie zostać bogiem? Zła krew, krew Bhaala krążyła w jego żyłach.

Razem z przybranym ojcem mieli coraz więcej pieniędzy, uzbieranych na nielegalnych interesach. Utworzyli wokół siebie siatkę bandytów i przestępców. Nie mieli litości dla konkurencji, dla przestępczych cechów i grup rabusiów. I wtedy pojawił się Żelazny Tron. Grupa przestępców, na tyle niegłupich, żeby można im było wydawać rozkazy. Ale na tyle tępych, żeby dało się ich kontrolować. To był pomysł Sarevoka. Zaczęli skupywać żelazo, czy po prostu je kraść. Zatruwać metale w kopalniach. Rieltar cieszył się, gdy za dobry stop mogli uzyskać cenę trzy razy wyższą od rynkowej. Kieszenie puchły mu od złota. Sarevok dążył do wojny, chciał zdestabilizować rynek i pchnąć Wrota Baldura do starcia z Amnem. Liczył, ze utopi całe Wybrzeże Mieczy we krwi. Rieltar mógł sobie nawet rządzić Wrotami, po obaleniu Wielkich Książąt. Władza, której pragnął Sarevok sięgała daleko poza jedno, marne miasto na Wybrzeżu Mieczy.

Gdy Żelazny Tron zaczynał już budować swoją potęgę w ręce Sarevoka wpadło coś wyjątkowego. Listy. Plik listów. Pisał je mężczyzna imieniem Gorion. Korespondował z magiem, którego zabili siepacze Tronu. Jeden z podwładnych wiedział, jaką obsesję ma Sarevok na punkcie Dzieci Bhaala i zapiski trafiły w jego ręce.

Gorion napisał wiele listów. W większości padało jedno imię. Steele. Jego przybrana córka. Dziecko Bhaala, którą wykradł ze świątyni martwego bóstwa. Świątynię, kapłanów i inne Dzieci Bhaala, które tam przetrzymywano strawił pożar. To mógł być ten sam pożar, z którego Sarevok wyniósł swoje blizny. Steele mogła być tą dziewczynką, której obraz został mu w pamięci. Gorion na kartach papieru rozpaczał, że udało mu się zabrać tylko jedno dziecko, pozostałe zapewne zginęły w trawiącym wszystko ogniu. Powtarzał, że jeśli któreś z pozostałych przy życiu dzieci uciekło, jego naturalne skłonności do zła mogą wziąć górę. Pisał wiele o córce. Jak dorasta, jakie miewa kłopoty z jej krnąbrnym charakterem i pędem do niezależności.

Sarevok czytał te słowa z dziwnym uczuciem. Odsłaniały przed nim świat, jakiego nie znał. Świat bezpiecznej twierdzy - Candlekeep i kochającego ojca. Rzeczywistość, w której dzieciom opowiada się bajki, na dobranoc i gdzie kładą się spać, z pełnym brzuchem. Życie, jakiego nie zaznał, jakiego nie miał szansy zaznać. Jakby on i Steele byli dwiema stronami tej samej monety. Jedno wychował kochający człowiek, a drugie opryszek i bandyta. Czytał o tej elfiej dziewczynie. W myślach stawała mu jej twarz, opisana na stronach listów. Ciemne włosy, jasna skóra, zadziorny uśmiech. Wyobrażał sobie, że ją zerżnie, zanim ją zabije. Widział w myślach, że dziewczyna będzie krzyczeć z rozkoszy, na jej policzki wpełznie rumieniec przyjemności, a potem z nią skończy. Był pewien, że Steele z Candlekeep, córka Goriona to dziewczynka z jego snu. Jego siostra. Czuł to. Musiał też być w świątyni. Udało mu się przeżyć. Ogień go nie pochłonął. Czas wziąć, co mu się należało.

Forteca Candlekeep było chroniona, dostać się tam komuś spoza twierdzy było piekielnie ciężko. Dlatego tym razem wynajął zamachowca, członka gildii zabójców. Zawiódł. Ale Sarevok był już w pobliżu warowni. Wierzył, że uda mu dostać się do środka. Nie musiał. Kruki, od szpiega w Candlekeep przyniosły mu wiadomość, że dziewczyna wyruszyła, razem z przybranym ojcem. Zaskoczyli ich. Pamiętał wyraz strachu w oczach elfki. Ale przecież wszyscy tak patrzyli. Wszyscy, którym zabrał życie. Gorion zginął, pod mieczem Sarevoka. Na nic zdały się jego marne zaklęcia. Ale Steele uciekła. Od tamtej pory umykała wynajętym zabójcom. Sarevok powierzył jej śmierć, w cudze ręce. Nie miał czasu ścigać jednego Dziecka Bhaala po całym Wybrzeżu. Zniszczyła interesy Tronu w Naskhel. Przyczyniła się do śmierci Tazoka. Charakterna dziewczyna. Prawdziwe Dziecko Bhaala. Jego siostra. Ale musiała zginąć, jak całe jego rodzeństwo. Prędzej, czy później skończy z nią wynajęty przez Żelazny Tron łowca głów. Albo zrobi to sam Sarevok, kiedy los znowu postawi ich naprzeciw siebie.

Ulewa się skończyła. Sarevok zasnął w swoim pokoju w gospodzie. Następnego dnia poszedł do „Cynamonowej Dziewczyny", lokalnego burdelu. Nie ma jak dobre dymanie, zanim wypruje się komuś flaki. A on na pewno wydusi życie z wielu, tutaj we Wrotach Baldura. Zamówił sobie gówniarę, o pucułowatej twarzy. Kiedy szedł do jej pokoju ze wszystkich stron rozbrzmiewały jęki kurew, śmierdziało kadzidłami i zapachowymi świecami. Zamknął za sobą drzwi. Dziewczyna szykowała się na to, co miało nastąpić, wyraźnie speszona. Zaproponowała coś do picia. Podała mu wino, wychylił je jednym haustem. I wtedy świat zawirował mu przed oczami. Upadł na podłogę. Kurwa zmierzyła go wzrokiem i nagle zobaczył w jej oczach twardość i chłód. W mgnieniu oka dziewczyna zaczęła się zmieniać. Nie była już młodą kurewką, o pełnych, różowych policzkach i pospolitych rysach. Stała nad nim drobna kobieta w średnim wieku, ze zdecydowaniem wypisanym na twarzy. Zniknęły frywolne ubranie, zastąpiła je długa, luźna szata w odcieniu fioletu. Wyjęła pakunek. Wyciągnęła z niego... ludzką głowę. Głowę chłopaka, o grubo ciosanych, ale sympatycznych rysach twarzy. Z grzywą kręconych, jasnych włosów. Głowę Jona z Asbravn, którego zabił.