Z perspektywy Annabeth

- Annabeth, nie poznaję cię. Od kiedy ty wszystko robisz tak pochopnie? – sapnął Nico, gdy całą trójką przedzieraliśmy się przez tłum wiecznie spieszących się gdzieś Nowojorczyków.

– Odkąd ktoś zaczął wsadzać paluchy w moje życie – odwarknęłam, przy czym niemal wywróciłam biegnącego obok mnie malucha. Cóż, jego matka chyba nie była z tego powodu zadowolona, jednak widząc moją wściekłą minę natychmiast zeszła mi z drogi. I dobrze. Uniknęła najgorszego.

Nie wiedziałam, czy uda mi się czegokolwiek dowiedzieć. Miałam wprawdzie opracowany naprędce plan wypytania sąsiadów Glonomóżdżka o wszelkie możliwe informacje i poszukanie jego młodszego braciszka, jednak w praktyce będzie to trochę bardziej skomplikowane niż w mojej głowie. Bo gdzie mógł się podziać ten brzdąc? Wątpiłam, czy ktokolwiek z sąsiadów wie coś na ten temat. Jednak zawsze można spróbować, nie?

– Chase! Zwolnij tępo, bo wpadniesz pod samochód! – wrzasnął zdenerwowany Nico, nadal drepcząc za mną i Clarisse niczym detektyw.

– Dla twojej wiadomości, kobiety mają bardziej wyczulony zmysł wykrywania zagrożenia. Stąd mniejsza ilość wypadków z naszym udziałem – prychnęła córka boga wojny, nie obdarzając bruneta ani jednym spojrzeniem. Przemilczałam fakt, że nie istnieje coś takiego jak "zmysł wykrywania zagrożenia", co najwyżej intuicja.

Jak na zawołanie z mojej prawej strony rozległ się przeraźliwy pisk, który mógł być niczym innym, jak odgłosem hamowania na suchej powierzchni asfaltu.

W dozie instynktu samozachowawczego odskoczyłam jak oparzona do tyłu, potykając się przy okazji o własne nogi i lądując tyłkiem na ziemi, omal nie przewracając także trzymającego się z tyłu syna Hadesa.

– Gówniarze! Nie widzicie, że czerwone? – usłyszałam donośny, skrzekliwy wrzask około czterdziestoletniego blondyna, wychylającego się zza opuszczonej szyby swojego srebrnego auta. Jego mrożący krew w żyłach wzrok zdawał się przeszywać nas na wylot, a ściągnięte brwi wyrażały więcej, niż tysiąc słów. Był wkurzony.

Nim zdążyłam jakkolwiek zareagować na jego wybuch, zostałam mocnym szarpnięciem odciągnięta do tyłu przez Clarisse, która przeklinała pod nosem nowojorskich kierowców.

Zanim zdążyłam wstać i otrzepać okurzone spodnie, mężczyzna zdążył splunąć wprost pod moje nogi i odjechać z piskiem opon, posyłając w naszą stronę jeszcze jedno zabójcze spojrzenie.

– To jak dziewczynki, gdzie teraz prowadzi nas wasz instynkt? – zakpił Nico, przyglądając się nam pobłażliwie.

Cholerni faceci. Teraz poważnie zastanawiam się nad zostaniem feministką.

Obie puściłyśmy uwagę chłopaka mimo uszu i poczekałyśmy zgodnie z prawem na pojawiające się co jakiś czas zielone światło przy przejściu dla pieszych. Czasami mi się zdaje, że to nie działa automatycznie, a jakiś upierdliwy pracownik miasta siedzi w budce, włączając czerwone akurat wtedy, gdy widzi kogoś ewidentnie spieszącego się do pracy.


Resztę drogi na Upper East Side przeszliśmy w ciszy, a Nico, który też postanowił zamilknąć, nadal trzymał się z tyłu. Skoro taki mądry, to dlaczego nie przeniósł nas cieniem? Wiem, że takie podróże piekielnie go męczą, jednak mógłby się troszkę wysilić. W końcu liczy się każda minuta.

Nie mogłam już tego znieść. Tyle pytań krążyło w mojej głowie, że powoli zaczynały przyprawiać mnie o mdłości.

Z jednej strony chciałam zaprzeczyć wszystkiemu, co usłyszałam do Asklepiosa. Gabe miałby znęcać się nad Percym? Absurd. Po pierwsze Glonomóżdżek zawsze, podkreślam zawsze, był ze mną szczery. Czasami nawet do bólu. Nie wyobrażam sobie, że nie powiedział mi o czymś takim. Ani nie dopuszczam do siebie myśli, że nikt mógł tego nie widzieć. Błagam, Chejron, Grover czy nawet Posejdon mogli się domyślić, że coś jest nie tak.

Z drugiej strony to wszystko mogło być prawdą. Percy co prawda nie umiał kłamać, ale wszyscy zawsze powtarzają, że zatajanie prawdy nie jest kłamstwem. Sama też kiedyś tak robiłam. Tłumienie uczuć do Luke'a, obawa przed wróceniem do domu, chęć osiągnięcia sukcesów i chorobliwa arogancja, którą zawsze starałam się maskować. Nawet przed sobą.

Dopiero przy nim się otworzyłam. Poznał moje najskrytsze sekrety, przytulał, gdy wypłakiwałam się w jego ramię, mocząc mu koszulkę i pocieszał wtedy, gdy byłam zdołowana. Dlatego tak bardzo bolało mnie to, że mógł zataić przede mną coś, co rujnowało jego życie.

Dlaczego nigdy nie zastanowiło mnie to, że Percy nigdy nie był smutny? Czy naprawdę mogłam wierzyć, że wszystko jest w porządku?

Nigdy nie widziałam jego łez. Pierwsze pojawiły się dopiero na pogrzebie jego mamy. Na pogrzebie, na którym nie dałam mu ani odrobiny wsparcia. Wręcz przeciwnie. Chyba dopiero teraz dotarło do mnie, że wygarnęłam mu wszystkie niedociągnięcia w jednym z najgorszych dni w jego życiu. Nawrzeszczałam na niego, zdołowałam, zdeptałam, wtarłam w niego wszystkie brudy, jak w starą, dziurawą ścierkę.

Bogowie. Jestem potworem.

– Ann? – usłyszałam ciszy szept Clarisse, wyrywający mnie z zamyślenia. – Wszystko w porządku?

Dopiero teraz poczułam coś mokrego na moim policzku.

Nie czekając na jakąkolwiek reakcję córki Aresa, wytarłam pojedyńczą łzę wierzchem dłoni i rozejrzałam się wokół. Od razu w oczy rzucił mi się znak drogowy, oznajmiający nam, że znajdowaliśmy się na Upper East Side.

– Nie, ale to teraz nie ma znaczenia – odpowiedziałam zgodnie z prawdą, kierując się w stronę kamienicy, w której mieściło się mieszkanie Jacksonów.

W końcu teraz nie liczyło się to, jak ja się czuję. Od czasu do czasu trzeba zagryźć zęby i robić to, co trzeba. Inaczej stoimy w miejscu, a ja nie zamierzałam tego robić.

Gdy całą trójką znaleźliśmy się pod drzwiami wejściowymi do jednej z wielu czteropiętrowych kamienic na Upper East Side, dotarło do mnie, że życie Percy'ego nie toczyło się jedynie wokół Obozu Herosów.

Nie był on taki jak ja, która to właśnie obóz traktowała jako własny dom. Jego domem były te zdezelowane ściany z godnym pożałowania graffiti, ruchliwa ulica pełna ludzi spieszących się do pracy i małe mieszkanko na czwartym piętrze, w którym przecież się wychował i spędził całe swoje życie.

– Od czego zaczynamy? – zagadnęłam mnie Clarisse, gdy nacisnęłam klamkę i weszłam na klatkę schodową. Brak domofonu był kolejną rzeczą, która sprawiała, że kamienica wyglądała na naprawdę starą. Czytałam kiedyś, że to właśnie na Upper East Side można spotkać jedne z najstarszych budynków w mieście, zachowanych w bardzo dobrym stanie.

– Od początku – odparłam, wskazując dłonią pierwsze drzwi do prawej. Cóż, trzeba było do czegoś zacząć, a ja postanowiłam to zrobić o rozmowy z sąsiadami Glonomóżdżka.

– Nico! – krzyknęła nagle Clarisse, zwracając na siebie moją uwagę. – Nawet nie próbuj znikać. Twoja fobia społeczna jest koszmarna – dodała, chwytając starającego się trzymać z tyłu syna Hadesa za nadgarstek.

Fakt, Nico nie lubił przebywać wśród ludzi, a pukanie do obcych mieszkań zdecydowanie nie mieściło się w jego kompetencjach. Zdecydowanie wolał wpadać bez zapowiedzi przez ściany.

– Nie zmusisz mnie do gadania z jakimiś starymi babami – prychnął Nico, mrożąc Clarisse wzrokiem.

Westchnęłam głęboko i wywróciłam oczami. Czy on nie może przynajmniej raz w życiu obejść się bez swoich fochów? Nawet Afrodyta nie narzeka tyle, co on.

– Nie robisz tego dla mnie, tylko dla Percy'ego, zapomniałeś? – warknęła córka Aresa, odrzucając na plecy opadający jej na lewe ramię warkocz. – Też nie uśmiecha mi się rozmawiać ze śmiertelnikami.

– Jeżeli nadal będziesz wyglądać tak, jakbyś chciała każdego poćwiartować na kawałki, to nie licz, że ktokolwiek będzie chciał z tobą rozmawiać – mruknął pod nosem Nico, za co został zdzielony po głowie przez córkę Aresa.

– Au! – powiedział syn Hadesa, rozcierając sobie potylicę.

Oh, czy każde dziecko Wielkiej Trójki musi zachowywać się dziwacznie? Thalia jest nadopiekuńcza, Percy nadpobudliwy aż zanadto jak na półboga, a Nico po prostu z dnia na dzień przechodził samego siebie. Z kim ja się zadaję?

– Możecie choć raz zachowywać się poważnie? Spokój albo wracajcie do obozu. Sama sobie poradzę – fuknęłam w stronę moich towarzyszy, którzy na dźwięk mojego głosu momentalnie spoważnieli.

Clarisse, nie czekając na jakąkolwiek reakcję z mojej strony, podeszła do pierwszych lepszych drzwi i zapukała w nie trzy razy.

– Istnieje coś takiego jak dzwonek, Clarciu – dodał pobłażliwe Nico, po czym oparł się barkiem o ścianę.

Clarisse z emanującą od niej wściekłością na młodego półboga zachowała zimną krew i uśmiechnęła się lekko w stronę około czterdziestoletniego mężczyzny, który otworzył przed nami drzwi. Dzwonek okazał się niepotrzebny.

– Witam – odwzajemnił uśmiech, stając w progu. – Czym mogę służyć? – dodał, czym odrobinę wprowadził mnie z zakłopotanie. W San Francisco nie spotkałam jeszcze nikogo, kto by tak uprzejmie zwracał się do nieznajomych.

– Zna pan może Jacksonów? Mieszkają na czwartym piętrze – zagadnęła nieznajomego Clarisse.

Czterdziestolatek zrobił zdziwioną minę, jakby zobaczył Minotaura ubranego w różowe slipy biegającego po klatce schodowej. Bogowie, skąd w mojej głowie wzięło się takie porównanie? Spędzałam zdecydowanie zbyt dużo czasu z moimi braćmi i Glonomóżdżkiem.

– Przepraszam, ale to chyba jakaś pomyłka. Nie mieszka tu nikt o nazwisku Jackson – odparł po chwili mężczyzna, wprawiając całą naszą trójkę w zdziwienie.

– Jest pan pewien? Nico, to na pewno dobry adres? – zapytałam szybko, jednak w obu przypadkach otrzymałam twierdzącą odpowiedź.

– W takim razie przepraszamy – zakończyła rozmowę Clarisse, a nieznajomy zamknął drzwi swojego mieszkania, uprzednio się z nami żegnając.

Policzyłam cicho do dziesięciu, aby uspokoić oddech.

Były dwie opcje zaistniałej sytuacji. W jednej czterdziestoletni sąsiad Percy'ego był takim samym odludkiem jak Nico i nie znał nawet swoich najbliższych sąsiadów, natomiast w drugiej działo się coś dziwnego. Coś, czego nawet ja nie rozumiałam.

Po kilkusekundowej ciszy, która zapadła na klatce schodowej, Nico zaproponował, aby się rozdzielić i popytać w kolejnych mieszkaniach, na co obie zgodnie przystałyśmy. Nie widziałam innego wyjścia, a ciekawość wręcz dusiła mnie od środka. W tym miejscu działo się coś dziwnego. Byłam tego pewna i nie zamierzałam tak łatwo zrezygnować.


Kwadrans później miałam już dość. Byłam na skraju rozpaczy, a kolejne przeczące odpowiedzi mieszkańców kamienicy, gdy pytałam o Sally bądź Percy'ego mnie dobijały. Naprawdę nie wiedziałam, co mogliśmy robić źle, a dokładne miejsce zamieszkania Glonomóżdżka znałam na pamięć.

– Kompletna klapa. Czy oni mają amnezję grupową? – westchnęła córka boga wojny, gdy całą trójką usiedliśmy na najniższym piętrze klatki schodowej, aby przemyśleć wszystko, czego świadkami byliśmy w ciągu kilkunastu ostatnich minut.

Nie miałam nawet siły się odezwać. Co powie Chejron, jeśli się dowie, że zawiodłam nawet w tak banalnej sprawie, jak wypytanie śmiertelników o Percy'ego? Uzna mnie za nic niewartą szarą myszkę, a tytuł stratega mogę wrzucić do oceanu, może pobratymcy Glonomóżdżka się nim zadowolą.

Sama nie rozumiałam, co się ze mną dzieje. Z jednej strony miałam pewność, że Percy przeżyje, jednak moje sumienie ciągle dawało o sobie znać. Podświadomie czułam, że to wszystko jest moją winą. Tylko i wyłącznie moją.

– Może faktycznie pomyliliśmy dzielnice? Annabeth, jesteś kłębkiem nerwów, mogłaś się pomylić – zasugerował Nico, wytrącając mnie z równowagi.

– Nie pomyliłam się – wyplułam z jadem w głosie, mając serdecznie dość bezustannych docinek syna Hadesa.

Nico zamilkł, uprzednio obrzucając mnie zdziwionym spojrzeniem. Cóż, chyba go uraziłam. Jednak co poradzę na to, że mądrzy się jak Hera?

Moja złość na bruneta nie trwała długo, ponieważ po kilkusekundowej ciszy usłyszałam kroki na klatce schodowej. Zrezygnowana i nieoczekująca już niczego pomyślnego kompletnie je zignorowałam. Jednak osoba, która schodziła po schodach, nie zignorowała mnie.

– Czekacie na kogoś? – usłyszałam głos starszej kobiety, która zszedłszy ze schodów, zaczęła uważnie się nam przyglądać. Jej upięte w wysokiego koka włosy zdawały się być ptasim, niezbyt dokładnie utrzymanym gniazdem, jednak sama kobieta sprawiała wrażenie miłej i pogodnej.

– Jeżeli pani też powie, że nie mieszkają tu Jacksonowie, to ja zaraz nie będę czekał – wymamrotał Nico, a kobieta zrobiła zdziwioną minę, czym utwierdziła mnie w przekonaniu, że także uległa zbiorowej amnezji mieszkańców kamienicy na Upper East Side.

– Zaraz zaraz, jesteście przyjaciółmi Percy'ego, prawda? – na dźwięk imienia Glonomóżdżka zerwałam się na równe nogi jak rażona piorunem, po czym zaczęłam gorączkowo plątać się w potwierdzeniu jej słów. Na ratunek przyszła mi Clarisse, która stanąwszy tuż za mną, położyła mi rękę na ramieniu i również uradowana słowami staruszki wyjaśniła, kim jesteśmy i czego szukamy.

– Wie może pani, dlaczego każdy twierdzi, że nikt o takim nazwisku tu nie mieszka? – zapytała córka boga wojny, a ja przeklinałam w myślach moją nadpobudliwość. To przecież ja zawsze byłam tą opanowaną i trzeźwomyślącą, nie Clarisse.

– Zapraszam do mnie, napijecie się herbaty? – zagadnęła staruszka, uśmiechając się do nas łagodnie. Z niechęcią, że nie mogliśmy usłyszeć wszystkiego od razu, przystaliśmy na jej propozycję, po czym kobieta zaprowadziła nas do swojego mieszkanka.


Już po wejściu do mieszkania kobiety zaczęłam czuć się niezręcznie. Nawet to, że wydawała się faktycznie miła, a wnętrze było przytulnie urządzone, nie zagłuszyło obaw piętrzących się w moim umyśle jak wieżowce na Manhattanie. Clarisse i Nico również nie wydawali się czuć komfortowo.

– Skąd pani wiedziała, że przyjaźnimy się z Percym? – zagadnęła podejrzliwie Clarisse, siadając razem ze mną na sofie, podczas gdy kobieta krzątała się nieopodal nas, zaparzając herbatę i wykładając ciasteczka na tacę.

Najchętniej siłą zaprowadziłabym ją do nas i wydusiła wszystkie informacje, jakie posiada o Jacksonach, jednak pomimo tylu lat spędzonych w obozie nie zatraciłam kultury i manier, co z taką rzeszą małpiszonów z domku Hermesa nie było łatwe.

– Widziałam was na pogrzebie Sally. Okropna tragedia, dzieciaki strasznie do przeżyły – westchnęła staruszka, stawiając na stoliku przed nami tacę, na której znajdowały się cztery pękate, parujące kubki aromatycznego napoju i czekoladowe słodkości.

Jej słowa, a zarazem intonacja jej głosu nieco mnie przybiły. Fakt, dla Percy'ego śmierć matki musiała być koszmarem. Odkąd pamiętam, był do niej strasznie przywiązany. Sama nie umiałabym sobie wyobrazić, co ja bym czuła, gdyby mój tata lub Louis nagle zniknęliby z tego świata.

Dlaczego śmierć jest taka bezwzględna? Zabiera nam powoli najważniejsze osoby, zostawiając jedynie ból i cierpienie. Zostaje także pustka, której nikt nie zdoła już wypełnić. Dusza zostaje okaleczona, a ludzie, którzy mówią, że czas leczy rany, nie przeżyli nigdy czegoś takiego na własnej skórze, nie zdają sobie sprawy, że nawet wyleczona rana pozostawia bliznę.

– Ach, gdzie moje maniery. Jestem Emilia – dodała, wyciągając ku nam dłoń, którą ujęłam, nieco się ociągając. Przedstawiliśmy się krótko, a następnie ja postanowiłam rozpocząć akcję prawda.

Odchrząknęłam głośno, jakbym chciała opanować struny głosowe, aby przypadkiem nie zadrgały w niepożądany sposób, co zaskutkowałoby niemożliwym do opanowania jąkaniem z mojej strony. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się nic takiego, jednak przezorny zawsze ubezpieczony.

Nie musiałam się jednak nawet odzywać, ponieważ pani Emilia sama zabrała głos.

– Wiem, po co przyszliście. Spokojnie, wszystko wam wytłumaczę, nie musicie się bać. Powiedzcie mi jednak najpierw, co z Percym.

Nikt z naszej trójkie nie wiedział, co odpowiedzieć starszej pani. Cóż, ja nie miałam zamiaru wygadywać obcej kobiecie, w jakim stanie jest mój chłopak. To przecież niedorzeczne.

– Przeżyje – bąknęła Clarisse, biorąc do ręki ciastko i żując je tak, jakby w tej chwili liczyło się tylko ono i jego czekoladowy smak. Na pierwszy rzut oka było jednak widać, że to nie czekolada zaprząta myśli córki Aresa. Po prostu zajadała stres.

– Traktuję go ja wnuka, naprawdę się o niego martwię. Jak tylko pomyślę, co ten psychopata wyprawiał, to krew mi się gotuje – odparła pani Emilia, co całą naszą trójkę wprawiło w osłupienie.

Jaki psychopata? Czyżby to, co mówił Asklepios, było prawdą? Wszystko na to wskazywało, jednak mój pełen nadziei i racjonalizmy mózg nie dopuszczał tego do wiadomości.

– Kto mu to zrobił? – zapytała Clarisse, niespokojnie wiercąc się na kanapie i mimowolnie skubiąc obciętymi przy samej skórze paznokciami frędzelki przyczepione do dużej, ozdobnej poduszki leżącej obok niej.

– Jego ojczym – odpowiedziała bez zająknięcia, z wyczuwalną nutą odrazy w głosie kobieta.

Nie miałam pojęcia, jak miałam się zachować. Kompletnie nie wiedziałam, co powinnam powiedzieć, ponieważ wszystkie słowa zdawały się uciekać mi z głowy, pozostawiając po sobie jedynie pustkę, której nic nie zdołałoby wypełnić.

– Naprawdę nie chcę w to uwierzyć, że na Olimpie nic wam nie powiedzieli. Aż żal patrzeć na tą znieczulicę bogów – prychnęła kobieta, na co ja jedynie przytaknęłam, kompletnie oszołomiona.

Czułam coraz większe poczucie winy. Mogłam go wspierać. Mogłam mu pomóc. Mogłam nie wyżywać się na nim. Mogłam coś zauważyć. Mogłam zareagować. Mogłam sprawić, że nie leżałby teraz ledwie żywy w szpitalu.

Zdałam sobie sprawę, że gdybym nie była tępo zaślepiona uczuciami do niego, zdołałabym mu pomóc. W końcu byłam, poza mamą i bratem, najbliższą mu osobą. Osobą, która bezczynnie stała z boku, nie robiąc nic, gdy jej chłopak był gnębiony i katowany w domu. Gdybym tylko zdołała teraz dorwać tę kanalię... nawet tortury Posejdona nie równałyby się z moim gniewem, który w tamtej chwili odczuwałam.

– Chwileczkę, skąd pani wie o... o nas? – usłyszałam głos Nico, który wyrwawszy mnie z osłupienia, sprawił, że zaczęłam podejrzliwie spoglądać na siedzącą naprzeciwko nas kobietę.

Odruchowo dotknęłam rękojeści sztyletu, który nosiłam przyczepiony do paska. Zawsze, gdy ktoś nieznajomy wiedział, kim jesteśmy, okazywał się w najlepszym wypadku zezłoszczonym, obrażonym na olimpijczyków pomniejszym bożkiem, lub co gorsza, chcącym jedynie nas pozabijać potworem. Sama nie wiedziałam, co było gorsze, biorąc pod uwagę, że żadne z tej dwójki nie chciało dla nas dobrze.

– Nie jestem jeszcze aż tak stara, żeby nie poznać koszulki z waszego obozu – uśmiechnęła się pani Emilia, lekko skinąwszy głową w moją stronę.

Rzeczywiście, neonowo-pomarańczowej koszulki z czarnym pegazem nie sposób nie zauważyć.

– Spokojnie dzieciaki, jestem zwykłą śmiertelniczką. Nie chcę was pozabijać – dodała kobieta, machając uspokajająco dłonią. To wszystko z sekundy na sekundę wydawało mi się coraz bardziej chore.

– Skąd pani wie o nieśmiertelnych? – dopytywał syn Hadesa, który jako jedyny z całej naszej trójki nadal trzeźwo myślał. Muszę dopisać do listy jego zalet, chociaż takowa nie istnieje. Niełatwo go wyprowadzić z równowagi, a jeżeli już komuś się uda, dość szybko do niej wraca.

– Kochani, naprawdę nie chciałabym streszczać wam mojego życiorysu. Znam dość dobrze ojca Percy'ego, to powinno wam wystarczyć – odparła pani Emilia.

– Miała pani z nim romans? – wypaliła Clarisse, za co błyskawicznie dostała ode mnie mocnego kuksańca w bok. Jednak nie da się cofnąć tego, co się powiedziało.

Staruszka zaśmiała się serdecznie, obracając przy tym kubek z gorącą herbatą w dłoniach.

– Tak – odpowiedziała, lekko przymykając oczy. – Jednak to było dość dawno temu i nie chcę do tego wracać. Przez ostatnie lata na prośbę Posejdona doglądałam Percy'ego. Nie była to łatwa robota, bo muszę przyznać, że ciężko jest go upilnować – zręcznie zmieniła temat.

– Dlaczego pani nic nie zrobiła? – warknęłam, czując nagłą, niepohamowaną złość na kobietę. – Musiała pani wiedzieć, że w tym domu dzieje się coś nie tak. Nie mogła pani zadzwonić na policję albo zabrać stamtąd Percy'ego siłą?

Pani Emilia momentalnie spochmurniała. Naprawdę nurtowało mnie to, dlaczego nie zareagowała. W końcu twierdziła, że traktuje go jak wnuka, a wnuka nie zostawia się na łasce jakiegoś zwyrodnialca.

– Uwierzcie, że chciałam. Zrozumcie jednak, że bez zgody ojca Percy'ego nie mogłam tego zrobić. Namawiałam go do tego wiele razy, ale jak grochem o ścianę.

Pomiędzy nami zapadła niezręczna cisza. Rozmowa kompletnie się nie kleiła, Nico wyczerpał swój zasób pytań, Clarisse ponownie zajęła się czekoladowymi ciasteczkami, a ja nerwowo zagryzłam wargę, starając się wydobyć z plątaniny myśli w mojej głowie jakieś sensowne słowa, które mogłabym wypowiedzieć.

Myślałam, że to wszystko będzie prostsze. Miałam nadzieję, że jak zwykle wkroczę do akcji z niezawodną pewnością siebie, dopnę każdy szczegół misji na ostatni guzik i dowiem się wszystkiego, co zaplanowałam. Natomiast w rzeczywistości utknęłam w mieszkaniu sympatycznej byłej kochanki Posejdona ze znudzonym wszystkim synem Hadesa i zajadającą stres Clarisse, niezdolna do wypowiedzenia bodaj jednego zdania.

Dlaczego w praktyce, nawet najbardziej dopracowany plan zdaje się bezużyteczny? Po raz pierwszy w życiu zaczynałam rozumieć Glonomóżdżka i jego wieczne roztrzepanie oraz podejmowanie pochopnych decyzji. Niczego nie da się zaplanować w stu procentach. Zawsze znajdzie się przynajmniej jeden szczegół, który będzie odbiegał od naszych oczekiwań.

– Wie może pani, dlaczego nikt nie pamięta, że ktokolwiek o nazwisku Jackson tutaj mieszkał? – odezwał się Nico, przerywając niezręczną ciszę, mąconą jedynie chrupaniem Clarisse.

To ja miałam grać role Sherlocka Holmesa, nie on.

– To tylko odrobina Mgły, kochanieńki – zaśmiała się pani Emilia, jakby drwiąc z naszej niewiedzy i zdezorientowania.

– Gdzie jest Brian? – wydukałam, patrząc kobiecie prosto w oczy. Moje szare komórki nie były zdolne do wypowiedzenia zdań złożonych. Byłam w zbyt dużym szoku, aby powiedzieć coś logicznego.

– Oh, jest u mnie. Niedawno zasnął – odparła kobieta, wskazując głową w kierunku półotwartych drzwi, prowadzących do sąsiedniego pokoju.

– Jak to? Muszę się z nim zobaczyć, wypytać o wszystko – podskoczyłam na sofie jak oparzona, trącając przy tym łokciem Clarisse, która przez to upuściła kolejne czekoladowe ciasteczko na jasnobrązowy dywan.

Nie umiałabym opisać, co czułam w tamtym momencie, nie mówiąc już o całej tej zaistniałej sytuacji. Ulgę? Złość? Wściekłość na ojczyma Percy'ego? Równie dobrze mogłam czuć to wszystko na raz. Należę do grona tych osób, które noszą w sobie istny wulkan energii. Niekiedy jest to niebezpieczne. Nigdy nie wiadomo, kiedy taki wulkan może wybuchnąć.

– Śpi... – zaczęła pani Emilia, jednak nie było dane jej dokończyć zdania.

– Nie śpię babciu, wszystko słyszałem – zza uchylonych drzwi rozległ się przytłumiony, dziecięcy głosik, który mógł należeć tylko do jednej osoby.

Nie zważając na utkwione w nim spojrzenia całej naszej zgromadzonej w saloniku czwórki, ciągnąc za sobą szmacianego królika, podszedł do mnie i wgramolił mi się na kolana. Jego brązowa czupryna łaskotała mnie w szyję, drobne, delikatne palce wczepiały się w zamek mojej bluzy.

– Ej, nie płacz. Duzi chłopcy nie płaczą – szepnęłam mu do ucha, widząc, że po policzkach małego staczają się dwie duże, dziecięce łzy.

Nawet nie chciałam sobie wyobrażać, co ten brzdąc musiał przeżywać. Nie zdziwię się, jeżeli będzie miał traumę na całe życie. Wiedziałam już, dlaczego Glonomóżdżek tak prędko wracał do domu po wakacjach. Zwyczajnie bał się o brata.

– Płaczą – odpowiedział zdecydowanie Brian. – Percy płakał. W nocy, w poduszkę, ale ja i tak słyszałem.

Po tych słowach wszystko runęło. Nie ukrywałam już tego, że czułam się winna temu wszystkiemu. Nie ukrywałam samotnej łzy, która skapnęła mi z powieki na materiał moich jeansów. Nie zaprzeczałam już przed sobą, że jestem silną i niezależną kobietą. Potrzebowałam wsparcia tak jak każdy. Potrzebowałam Percy'ego. On był moim wsparciem. Nawet wtedy, gdy sam potrzebował tego najbardziej.

Chyba przeszedł czas na to, aby odwrócić role.

Po półgodzinnej rozmowie wyszliśmy z mieszkania pani Emilii w ponurych humorach. Clarisse co chwila spoglądała na mnie, jakby oczekując jakiejkolwiek reakcji lub komentarza adekwatnego do tego, co przed chwilą miało miejsce. Nico, nie zważając na nasze ociąganie się, przeniósł nas cieniem na Olimp, gdzie po chwili, całkiem nieprzytomnie, zmierzaliśmy w kierunku szpitala.

Ja za to byłam kompletnie skołowana. Czułam, że widok zrozpaczonej twarzy Briana, gdy opuszczałam mieszkanie starszej pani, będzie mi towarzyszył przez bardzo długi czas. Wszystkie, najczęściej niepełne i niezrozumiałe informacje, które przekazała nam pani Emilia, wirowały w mojej głowie, tworząc w niej kompletny chaos. Moje, zwykle poukładane, szare komórki nie wiedziały, za co się zabrać. Miałam wrażenie, że od natłoku wrażeń rozsadzi mi czaszkę.

– Nico, stój! – krzyknęłam na syna Hadesa, gdy ten ciągnął nas w kierunku szpitala. – Muszę odpocząć – dodałam szybko, siadając na kamiennej fontannie, która zapewne została tutaj postawiona dopiero kilka dni temu. Kolejny kaprys Hery. Dlaczego ta bogini tak lubuje się w fontannach?

– Annabeth, wracajmy do obozu – szepnęła mi na ucho Clarisse.

– Mhm – mruknęłam w odpowiedzi. Chyba faktycznie byłam wypompowana. Nawet nie zorientowałam się, gdy moja głowa bezwiednie opadła na ramię córki Aresa, a ja sama pogrążyłam się w objęciach Morfeusza.


OoOoOoO

Tak więc wstawiłam trzy zaległe rozdziały :)

Niezapominajka - Dziękuję za komentarz ^^ Wattpadowicze - łączmy się! Po tym rozdziale sprawa Brian'a chyba nieco się rozjaśniła, prawda?

HacckedTrolleq34 - Cieszę się, że OKM Ci się spodobało :) Zapraszam także na miniaturkę "Czarna Panna Młoda", również o Percabeth.

Guest - Dziękuję za opinię! Zdaję sobie sprawę, że po skończeniu OKM, to opowiadanie czego gruntowna renowacja i korekta, ponieważ cóż, nie jest wolne od błędów.

Do zobaczenia! Następny rozdział jest w trakcie pisania :)