Ci, którzy kochają nas i których my kochamy zawsze zranią nas bardziej, niż ktokolwiek inny *** Kwietniowe słońce rozświetlało mrok tego dnia nie tylko dla Ginny Inne osoby również siedziały smutne na błoniach pogrążone we własnych myślach. Wczorajszego dnia zmarła jedna z ich przyjaciółek. Dziewczęta rzewnie łzy lały rozpaczając nad tym, co utraciły. Wiedziały, że jej, jak wszystkim zresztą ciężko było pogodzić się z odejściem ważnej dla niej osoby. Nie było to jednak według nich powodem do popełnienia samobójstwa. Lavender starała się sobie wytłumaczyć to w taki sposób, że nie widziała życia bez niego. Emily siedziała oparta o pień wielkiego dębu i wpatrywała się bezmyślnie w taflę jeziora, w którym Kałamarnica taplała się z radością, jako jedyna ciesząc się z tego, że jest piękna pogoda. Susan siedziała ze spuszczoną głową i nawet próbowała coś czytać, jednak po kilku zdaniach, które przeczytała zapomniała o tym, gdy na gałęzi drzewa, pod którym siedziała usiadł czarny kruk. Wiedziała, że to nie oznacza niczego dobrego. Miała jednak nadzieję, że nie ma się czego bać. Jej chłopak cały czas był z nią i na razie nie zanosiło się na to, by miał z nią zrywać. Jednak czy żyć można tylko miłością? Sue uważała inaczej. Miłość nie jest niezbędna do życia. Wiedziała, że przez kilka dni, tygodni czy nawet miesięcy trudno byłoby jej sobie poradzić bez Chrisa, jednak wiedziała, że dałaby sobie radę. Miała przyjaciółki, z którymi mogła porozmawiać o wszystkim, co ją bolało. Starała się, by one wiedziały, że również mogą na nią liczyć. Chciała, by Ona też to wiedziała,. Jednak Ona wybrała inną drogę. Postanowiła skończyć ze sobą, jak tchórz, którym w rzeczywistości przecież nie była. Byłą przecież Gryfonką! To do czegoś zobowiązuje! Ona jednak wybrała to, co prostsze, zamiast wybrać to, co słuszne i lepsze dla niej, a także dla jej przyjaciół, rodziny i znajomych. Kate zaś leżała na trawie z głową na kolanach swojego chłopaka rozmyślając, dlaczego zrobiła to, co zrobiła. Kate i Ona przyjaźniły się od dzieciństwa. Myślała, że wie o niej wszystko, a okazało się, że nie wiedziała tak podstawowej rzeczy, jaką była chęć skończenia ze sobą. Mimo tego, że przez ostatnie kilka miesięcy nie rozmawiały zbyt często, Kate miała nadzieję, że ze wszystkim sobie poradzi. Najwidoczniej to, co przeszła miało na Nią bardziej negatywy wpływ, niż to po sobie pokazywała. *** Chris pałętał się po zamku bez celu. Nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Nie chciało u się organizować żadnych psikusów. Wiedział, że to nie jest najlepszy czas, by robić tak przyziemne rzeczy. Uczyć też mu się nie chciało. Zresztą nigdy nie chciało mu się uczyć, a i tak był jednym z najlepszych uczniów. Wiedza wchodziła mu do głowy jak woda wsiąka w gąbkę, toteż nie przejmował się niczym i mógł przyjemnie spędzać czas czy to ze swoją dziewczyną, czy to z przyjaciółmi. Teraz jednak jego dziewczyna przeżywała jakąś żałobę. Chris nie znał Jej tak dobrze, jak jego dziewczyna i Kate oraz Emily, toteż wcale się nie przejmował powieszeniem się jakiejś uczennicy, która miała problemy natury psychicznej. Zresztą miał na głowie inne problemy. Wielkimi krokami zbliżały się jego siedemnaste urodziny. Wiedział, że z tym wiekiem wiążę się wielka odpowiedzialność, gdyż na mocy czarodziejskiego prawa w wieku siedemnastu lat traciło się namiar, a tym samym stawało się osobą pełnoletnią, mogącą oddawać głos w Wizengamocie, a także używać zaklęć oraz otworzyć własną działalność, o ile miało się niezbędne ku temu umiejętności. Wiedział, co chce robić w przyszłości. Pomimo tego, że ze swoimi wynikami mógł robić niemalże wszystko, Chris bardzo chciał być aurorem, zresztą jak wszyscy Huncwoci. Ron jednak nie mógł być aurorem, gdyż nie spełniał minimalnych kryteriów. Na drodze Chrisa i reszty paczki nic nie stało na przeszkodzie. Chris zatrzymał się przy oknie na korytarzu na czwartym piętrze i wyjrzał przez nie. Na błoniach pałętało się kilka osób, dyskutujących o czymś lub chodzących bez celu, zaś przy brzegu jeziora, porozkładane rozpaczały Gryfońskie dziewczęta. Chris drwiąco się uśmiechnął i poszedł w kierunku siódmego piętra, gdzie był obraz grubej damy, pozwalającej uprawnionym dostać się do pokoju wspólnego Gryffindoru. Po dotarciu do portretu podał hasło, a portret odsunął się ukazując pokój wspólny Gryfonów. W środku nie było zbyt wiele osób. Chris dostrzegł jedynie Ericka, siedzącego na fotelu przed wygasłym kominkiem i patrzącego się gdzieś w przestrzeń tępym wzrokiem. Wszedł po schodach i poszedł do drzwi swojego dormitorium. Z przyzwyczajenia załomotał pięścią w drzwi, po czym wparował do środka, głośno trzaskając za sobą drzwiami. Herbert leżący na łóżku i wertujący jakiś opasły wolumin spojrzał krótko na niego i powrócił do poprzedniego zajęcia. Harry zaś siedział przy oknie, bezmyślnie patrząc się w przestrzeń. Chris podszedł do niego i położył mu dłoń na ramieniu. Harry wzdrygnął się. Poznawszy tego, kto ośmielił się zakłócić jego spokój rozluźnił się i dalej patrzył się w przestrzeń. - Idziemy coś zrobić? – spytał niezrażony milczeniem przyjaciela Chris. – Nie możesz tu tak wiecznie siedzieć. - Mogę – odparł niechętnie Harry. – Akurat ty nie masz prawa mi tego zabronić. - Chciałbym ci przypomnieć – warknął Chris – że to jest tylko i wyłącznie twoja wina i teraz nie masz prawa obrażać się na cały świat, bo nikt z nas nic złego ci nie zrobił. - Powiem ci, że mogłeś mnie powstrzymać – powiedział smętnie Harry spuszczając głowę. – Może wtedy nie żałowałbym tego tak, jak żałuję teraz. - Próbowałem – odparł Chris. – Ty jednak nie chciałeś mnie słuchać, więc po tym, jak Michael powiedział, żebym dał sobie spokój, bo i tak zrobisz to, co zechcesz, więc już za tobą nie szedłem. Harry westchnął ciężko i zszedł z parapetu tylko po to, by usiąść na łóżku i wpatrzyć się w ścianę naprzeciw. Chris usiadł obok niego i poklepał go po ramieniu. Wiedział, że Harry przeżywa teraz bardzo trudny okres w swoim życiu. Taką decyzję, jaką podjął Harry nie jest łatwo zaakceptować stronie poszkodowanej. Lecz jak można tu mówić o stronie poszkodowanej, gdy w konsekwencji tej decyzji ucierpiały dwie osoby? Ginny może czuć się porzucona, a Harry wcale nie czuje się lepiej, gdyż nie chciał zrywać z Ginny, a musiał to zrobić dla jej dobra, tka przynajmniej to sobie tłumaczył. Chris jednak nie miał zamiaru tolerować tego, że Harry będzie się nad sobą cały czas użalał. Chciał wyciągnąć przyjaciela gdzieś, gdzie będzie mógł wyrzucić z siebie wszystko, co go trapi. Nie znał jednak żadnego takiego miejsca, które jednocześnie nie byłoby związane z Hogwartem. Wiedział jedna, że po odpowiednich poszukiwaniach uda mu się coś znaleźć. Podniósł się więc z łóżka Harry'ego i opuścił dormitorium, by udać się do wielkiej biblioteki, której tak dawno nie odwiedzał. Ostatni raz byli tutaj, gdy szukali informacji o Krysztale śmierci. *** Następnego dnia sytuacja wcale nie wyglądała inaczej, niż dnia poprzedniego. Jedyne, co się zmieniło to pogoda. Nie zachęcała wcale do wyjść na błonia. Uczniowie więc pałętali się bez celu po korytarzach, rozmyślając o tym, o czym rozmyślają przeciętni nastolatkowie. Chris próbował znaleźć coś, co wyrwie Harry'ego z jego stanu, Michael miętosił się po kątach z Kate, Herbert chodził gdzieś wściekły na cały świat, zaś Ron nie robił nic innego, tylko siedział i obżerał się w wielkiej sali. Chris zauważył, że coraz rzadziej widuje Rona i Hermionę razem. Czyżby ta dwójka już niedługo miała się rozstać? Dużo go to jednak nie obchodziło. Na głowie miał teraz inne rzeczy. Szedł właśnie w kierunku biblioteki, by wyszukać jakieś interesujące zaklęcia, gdy nagle zaczepił go jakiś Puchon z siódmej klasy. - Ty, Night! – ryknął. - Czego? – spytał Chris zatrzymując się i spoglądając złowrogo na chłopaka. Chris dostrzegł, że ten był od niego pół głowy niższy. Miał blond włosy i strasznie dziecinną twarz, na tle jego postury wyglądającą dość nie na miejscu. - Ostrzeż swojego przyjaciela – kontynuował chłopak – że jego dziewczątko wcale nie jest takie lojalne i grzeczne, jak mu się wydaje. - I że niby po co ty mi to mówisz? – spytał Chris. – Nie rozumiem, w jakim celu ja ci tu jestem potrzebny, więc sobie właśnie cię opuszczam i życzę ci niemiłego dnia. Chris chciał ruszyć w dalszą drogę po korytarzach Hogwartu, jednak Puchon chwycił go za ramię i rzucił nim o ścianę mówiąc: - Traktuj moje słowa poważnie! Ona go zrani, a on sobie z tym nie poradzi! - A jaki ty masz cel mówiąc mi o tym? - Lubię was – stwierdził tamten. – Jesteście całkiem w porządku i nie chcę, by wasza paczka się przez to rozpadła. Sam wiesz, jak się teraz Potter zachowuje. - No dobra – westchnął Chris. – Mogę mu o tym powiedzieć, ale nie wiem, jak na to zareaguje. Zresztą podejrzewam, że wcale w to nie uwierzy, a nawet jak w to uwierzy, to i tak nic z tym nie zrobi i dalej będzie się z nią męczył, bo przecież podobno ją kocha. - Miłość jest ślepa – przyznał Puchon. – Sam tak kiedyś imałem, więc wiem, co mówię. - Ja tam na szczęście jestem bardzo szczęśliwy z moją lasencją – stwierdził Chris śmiejąc się jak szalony. – No dobra, młody, ja cię opuszczam, bo muszę znaleźć coś fajnego, co wyciągnie Pottusia z tego śmiesznego stanu odrętwienia. - Teraz to już mu raczej nic nie pomoże – odezwał się Tamten. – Myślę, że jedyne co mogłoby mu pomóc, to powrót do tej jego rudej, jak jej tam… A, Ginny, czy coś koło tego. Chris machnął ręką, ostro zniecierpliwiony i znużony gadką tamtego. - Dobra – uciął. – Idę sobie, a ty sobie rozmyślaj na ten temat, ile tylko sobie chcesz. Powiadomię Michaela, a teraz złaź mi z drogi! Chris odsunął przeszkadzającego mu chłopaka i skierował się ponownie w stronę biblioteki. Nie dane mu było jednak dotrzeć na miejsce, gdyż tym razem przeszkodził mu Ron, który z rękami i ustami pełnymi jedzenia wpadł na niego, nieomal przewracając go na ziemię. Jednak Chris był od niego sporo cięższy i masywniejszy, toteż jedynie lekko go szturchnął. Sam Ron zaś wylądował na ziemi, gubiąc przy okazji to, co w rękach trzymał. Chris dostrzegł również wysypujące się z kieszeni Rudzielca ziemniaki i inne mniejsze lub większe części filetów rybnych, Kotletów jagnięcych, pulpecików w sosie domowej roboty pani Weasley, udek z kurczaka, jakieś ogórki i inne niezidentyfikowane fragmenty bliżej nieokreślonego jedzenia. Chrisowi opadła szczęka. Ron zaś wściekł się i rzucił się, by uderzyć tłustymi pięściami wielkości sporych szynek Chrisa w nos. Ten jednak uniknął niezbyt celnego zresztą uderzenia ociężałego Ronalda i sam wyprowadził własne uderzenie. Ronald oberwawszy prosto w twarz zwalił się z powrotem w jedzenie, które sam przed momentem upuścił. Jak opętany, zamiast tłuc się dalej z Chrisem, rzucił się pożerać to, co upuścił na podłogę. Chris obserwował go w milczeniu. Nie wiedział, co go opętało. Wiedział jednak, że takie zachowanie na pewno nie było normalne. Nikt mądry nie zjada jedzenia, które wypadło mu z kieszeni i upadło mu na podłogę. Starał się wyminąć tarzającego się po korytarzu i jedzącego Rona, jednak ten chwycił go za nogę. Chris nie przewidziawszy tego zwalił się na niego i obaj poturlali się gdzieś pod ścianę. Ron chwycił głowę Chrisa i uderzył nią mocno w podłogę, po czym powrócił do jedzenia. Gdy pozbierał wszystko to, co upuścił ruszył z powrotem do wielkiej sali. Chris natomiast podniósł się z podłogi. Otrzepał się z resztek ziemniaczków i sałatki Tureckiej z domieszką kurczaka i ziemniaków z truskawkami i ruszył w dalszą drogę do biblioteki. Znów jednak nie mógł dojść do celu, gdyż drogę zagrodził mu wściekły Michael. Jego wściekłość była tak wielka, że dymiło mu się z uszu, a z nosa przy każdym oddechu wydobywała się para. Ruszył niczym rozjuszony byk na Chrisa i rąbnął go pięścią w twarz. Chybił jednak i zamiast w twarz uderzył Chrisa w ramię. Chris nie pozostał mu dłużny i żeby zaznaczyć, że to on jest poszkodowany w tym starciu wyprowadził własny cios, który minął nos Michaela dosłowne o włos… Zamiast tego lądując na górnej wardze Michaela, który zobaczył mroczki przed oczami. Spróbował odsunąć Chrisa z drogi jednak ten stał i nie miał zamiaru przesunąć się ani o milimetr. Postanowił zastosować nieco inną taktykę. Zamachnął się udając, że wyprowadza kolejny cios. Tak jak przewidział, Michael uchylił się, a Chris wykorzystując to, że Michael odchylił się do tyłu, zwalił się na niego całym ciężarem. Michael przewrócił się na podłogę, a Chris cofnął się trochę do tyłu i robiąc potężny rozpęd, przeskoczył wysoko nad ciałem Michaela i wreszcie otworzył drzwi biblioteki, do której nie mógł tak długo dotrzeć. *** Znalazł bardzo interesującą powieść w dziale ksiąg zakazanych. Wiedział, że nie mógł tam pójść podczas gdy biblioteka była otwarta, więc postanowił przyjść po zamknięciu. Wiedział, o której pani Pince opuszczała swoje stanowisko pracy, więc postanowił wpaść tu zaraz po zamknięciu. Powieść „Jak ożywić umarłego" tkwiła sobie na najwyższej półce działu zakazanego i czekała, aż ktoś po nią sięgnie. Nikt jednak nie cechował się taką odwagą lub głupotą, by sięgnąć po tę pozycję wcześniej, tak przynajmniej wydawało się Chrisowi. Chris jednak zamierzał być pierwszy. Zamierzał stworzyć kogoś, kto będzie chodził po Hogwarcie i stanie się zmorą wszystkich uczniów, a najbardziej Kate. Nie miał zamiaru pozwolić, by ta dziewczyna dalej męczyła swą osobą jego najlepszego przyjaciela. Wiedział, że Huncwoci muszą się trzymać razem. Wiedział, że musi się pozbyć tej niszczycielskiej dziewczyny z życia swojego przyjaciela, gdyż ten będzie przez nią tylko cierpiał. Przeczytał kilka fragmentów i wzdrygnął się zniesmaczony. Wiedział, że sztuki ożywiania zmarłych są makabryczne i na pewno nie powinny być dostępne dla wszystkich, jednak to, co czytał przekraczało ludzkie pojęcie. Musiał najpierw wyciągnąć z grobu jakieś ciało ludzkie, w które chciał tchnąć życie, potem musiał stworzyć rytuał, który miał to życie przywrócić, ale jeszcze przed tym musiał naprawić uszkodzenia wywołane przez nadmierne przebywanie w grobie. Chris jednak się nie poddawał. Postanowił, że to zrobi, więc miał zamiar wykonać powierzone przez samego siebie zadanie. W tym celu udał się na najbliższy cmentarz. Otworzył najstarszy grób, jaki znalazł, a następnie zebrał wszystkie prochy, pozostałości kości i inne fragmentu dobytku umieszczone pośmiertnie w grobie wraz z ich właścicielem. Zabrał to wszystko do Hogwartu i rozłożył na stole, na którym pracował. Sięgnął do księgi i przeczytał kolejny fragment. Skończywszy wyciągnął różdżkę i zaczął rzucać zaklęcia. Pół godziny później miał w pełni zregenerowane ciało nastoletniej dziewczyny. Była dość drobną, przyjemną dla oka wiewiórą, z małym noskiem i naturalnie czerwonymi ustami. Kilka chwil później była już w pełni żywa. Rzucił na nią jeszcze inny zestaw zaklęć, a dziewczyna stała się zmorą dla wszystkich Hogwartczyków. Wyszła uwodzicielskim krokiem z biblioteki, by wykonywać przydzielone jej zadanie. Chris zaś zadowolony ze swego dzieła udał się wreszcie na spoczynek. Wiedział, że dziewczę będzie umiało o siebie zadbać, gdyż on już o to zadbał. Wszedł do dormitorium i rzucił się na swoje łóżko. Tam jednak czekała na niego niespodzianka w postaci jego dziewczyny, rozłożonej na całej szerokości jego łóżka. Susan leżała z rozpostartymi ramionami i głową odchyloną w lewą stronę. Chris położył się obok niej i obrócił ją przodem do siebie. Susan objęła go drobnymi ramionami i oboje zapadli w długi, głęboki, niczym niezakłócany sen. *** Nigdy nie żałuj tego, że powiedziałeś prawdę. Taką zasadę cenił sobie Michael i takiej zasady się trzymał również słonecznego, sobotniego ranka, którego Kate i jej koleżanki znów rozpaczały po utracie przyjaciółki. Michael miał już tego zwyczajnie dość, więc pozwolił sobie powiedzieć kilka ostrych słów na ten temat. Kate oczywiście wszystkiego się wypierała i potem się na niego obraziła, jednak dla Michaela wcale się to nie liczyło. Liczyło się dlatego tylko i wyłącznie to, że był szczery z samym sobą. No bo ileż można lamentować nad tym samym jeziorem, nad którym doszło do tragedii? Ileż można marnować chusteczek, skomleć na ramieniu swojego chłopaka albo żalić się profesorom, że nikt nie szanuje ich żałoby? Dla Michaela szczególnie to ostatnie było totalną paranoją. Nie był w stanie wyobrazić sobie, czy Chris i Herbert zachowywaliby się w taki sposób, gdyby to on zginął. Próbował i próbował i nic z tego nie wychodziło. Tego ranka było dokładnie tak samo, a Michael miał już tego dość. Usiadł ze swoją dziewczyną na trawniku pod drzewem rosnącym na skraju jeziora, gdzie Kałamarnica leniwie wygrzewała macki w promieniach późnowiosennego słońca, a Kate znów zaczęła lamentować. - Czy ty w ogóle wiesz, jak ja się teraz czuję? – spytała zrozpaczonym głosem. – Nigdzie nie mogę znaleźć dla siebie miejsca. Jak pomyślę, że jeszcze kilka dni temu była razem z nami, że plotkowałyśmy sobie porankami o tym, jaki kolor paznokci jest modny dzisiejszego dnia albo jaka spódniczka pasuje do tej czerwonej bluzki, co to ją ci ostatnio pokazywałam… - Dość! – warknął Michael. Kate spojrzała na niego wyjątkowo przytomnym jak na ostatnie dni spojrzeniem. Jej ustaw po chwili wykrzywiły się w wyrazie czystego gniewu targającego jej osobą. - Jak śmiesz! – ryknęła. – Nie rozumiesz, co to znaczy stracić najbliższą osobę! - Świetnie! – wycedził Michael. – Nic nie wiem! A kto musi ciągle wysłuchiwać twoich jęków? Kto musi ciągle znosić twoje płacze? Kto musi ciągle za tobą biegać, żebyś choć trochę się uspokoiła i była choć trochę przytomna na lekcjach? No kto? Ja! A ty mi tu wciskasz, że ja nie wiem, jak to jest stracić najbliższą osobę? Chyba ciebie coś opętało! Łazisz po korytarzach rycząc jak bóbr, żalisz się profesorom, że nikt nie jest w stanie cię zrozumieć… Dziewczyno, ty się opanuj! - Nie no, teraz to totalnie przesadziłeś! – stwierdziła Kate. – Ja się użalam? A kto siedział i narzekał po utracie jakiejś tam swojej latającej maszynki? Kto narzekał, jak Harry miał na głowie inne sprawy, które stracił właśnie przez was i wtedy, jak je miał nie chciał z wami rozmawiać? Kto jęczał, że mu się nudzi… - To ty przesadzasz! – żachnął się Michael. – Naprawdę robicie z igły widły. Jak można tak ciągle łazić i rozpaczać, a w dodatku jeszcze płakać nauczycielom, że nikt was nigdy nie słucha! - A czy ty mnie choć raz wysłuchałeś? – spytała Kate ze łzami w oczach. – Ciągle tylko zajmujesz się sobą! - Ja zajmuję się sobą? – wysyczał rozwścieczony do granic Michael. – Kto ciągle się użala? Ja mam już tego dość. Albo się ogarniesz, albo z nami koniec. Nie mam zamiaru ciągle tolerować tego, że jedyne, co ostatnio robisz, to się nad sobą użalasz! - Nie użalam się! – zaprotestowała Kate. Zrobiła to jednak w taki sposób, że sama nie wierzyła w to, co mówi. – Ja po prostu… - Ty po prostu potrzebujesz poużalać się nad sobą, żeby znów znaleźć się w centrum uwagi – dodał Michael. – Powiem ci, że myślałem, że już dawno z tego wyrosłaś. - Zrywam z Tobą – warknęła Kate. – I wcale się nad sobą nie użalam. - Nie ma problemu – odparł Michael, choć wiedział, że ona doskonale wie, że problem jest i to duży. – Nie będę w takim razie zawracał ci więcej głowy. Chłopak wstał i ruszył szybkim krokiem do zamku. Nie usłyszał wołającej go dziewczyny. Nie słyszał, a może wcale nie chciał słyszeć? *** Ludzka wytrzymałość ma swoje granice. Dla Huncwotów pewne wydarzenia dziejące się w Hogwarcie od momentu zerwania Michaela z Kate były zwykłą przesadą. Chris wiedział, że większość tego, co się działo było jego winą, jednak nie mógł się przyznać przyjaciołom do tego, że stworzył to, co stworzył i że ich własne dziewczyny przez nią obróciły się przeciwko im. Wiedział, co jego przyjaciele o tym pomyślą. Powiedzą, że przecież mogli przysiąść nad tym razem i zrobić to tak, by nie ucierpieć z jej powodu. Chris jednak wiedział, że Michael nie mógł się o tym dowiedzieć za żadne skarby. Wiedział, że gdyby Michael się o wszystkim dowiedział, najpewniej albo by się odwrócił od nich, albo tylko i wyłącznie od niego, ale ani to, ani to nie pasowało Chrisowi. Musiał więc rozwiązać w jakiś sposób tę sytuację, nie wiedział jednak jak się za to zabrać jednocześnie nie wyjawiając przyjaciołom tego, co zrobił wcześniej. W tym celu udał się z powrotem do biblioteki do tego samego działu, co kilka tygodni wcześniej i odszukał księgę, z której korzystał przy tworzeniu ich zmory. *** Kilka dni później ich problemy całkiem znikły. Nie znaczyło to jednak, że Michael i Kate znów do siebie wrócili, o nie. Chris nie miał zamiaru do tego dopuścić. Wiedział, że Michael wcale nie był z nią szczęśliwy. Wiedział również, że nigdy szczęśliwy z nią nie będzie. Zaletą tego, co stworzył było również to, że mogło przyjmować postać dowolnego Hogwartczyka, gdy tylko zaszła taka potrzeba. Pewnego dnia przybrało postać kogoś, kto natychmiast wpadł w oko Kate. Dziewczyna zbytnio nie protestowała, gdy owa postać zrobiła jej drinka, oczywiście z wiadomym środkiem usypiającym wchodzącym skład ów napoju. Potem zaciągnęła ją do Voldemorta twierdząc, że jest jego dawną zaginionym sługą i przyprowadziła mu nową zwolenniczkę, która może dostarczyć mu wiele informacji dotyczących Chrisa, ministra i jego przyjaciół. Voldemort przetrzepał umysł biednej, małej Kate, którą potem Albus Dumbledore znalazł ledwo żywą pod bramami Hogwartu, oczywiście z wytatuowanym mrocznym znakiem. Oczywiście starzec próbował wszelkimi znanymi środkami usunąć piętno dziewczyny, jednak w żaden sposób, dokładnie jak przed laty, nie udało mu się tego osiągnąć. Nikt nie wiedział, że wszystko to, co mówi dziewczyna, c widzi a także co myśli trafia wprost do Voldemorta, gdyż znak był nieco ulepszoną wersją poprzedniego. Voldemort mógł bez przeszkód grzebać w głowie biednej, naiwnej Kate wiedząc, że ona nigdy tego nie zauważy nawet, gdyby była najlepszym Legilimentą. W ten sposób Voldemort uzyskał wszystkie informacje, jak mu się wtedy wydawało niezbędne, by zgładzić ministra i przejąć wreszcie władzę w świecie Magii. Władzę, która jak myślał należała mu się już dawno temu. Nie wiedział jednak, że Kate nie wie większości tego, co potrzebowałby by zniszczyć władzę panującą w świecie magii. Nie wiedział, że to, co się dowiedział obróci się przeciwko niemu samemu i wyczerpie jego siły już w najbliższym czasie. *** Herbert obudził się pięknego, majowego dnia i spostrzegł, że jego przyjaciół już dawno nie ma w łóżkach. Rzucił różdżką tempus i zorientował się, że już dawno powinien być na lekcjach. Coś mu jednak nie pasowało, toteż szybko zeskoczył z łóżka i ubrał się, po czym wybiegł z dormitorium. Wpadł do pokoju wspólnego wypełnionego młodzieżą przekrzykującą siebie nawzajem. Próbował dowiedzieć się o co chodzi, jednak bezskutecznie. Rzucił więc na siebie sonorus i wydarł się na cały pokój wspólny: - Zamknąć ryje, debile! Zaowocowało to jednak jeszcze większą paniką. Dzieciarnia zaczęła pchać się do wyjścia, zatarasowanego tarczą wchłaniającą energię. Herbert zastanawiał się, co u diabła się stało, że ktoś postawił tu coś takiego. Nie mógł jednak dłużej nad tym myśleć gdyż wiedział, że jak nie zdąży jej ściągnąć, dzieciak straci całą magię. Szybko więc rzucił się przed dzieciaka i cisnął go z powrotem w tłum, po czym zaczął rzucać zaklęcia. Po kilkunastu minutach przekleństw i ciężkiej pracy udało się zdjąć tarcze. Okazało się jednak, że to nie wszystkie zaklęcia broniące jedynego wyjścia z pokoju wspólnego. Byłą tam jeszcze tarcza dźwiękoszczelności, z czym Herbert poradził sobie kilkoma machnięciami różdżką, gdyż sam niegdyś rzucał to zaklęcie. Od razu do wnętrza pokoju wdarły się wrzaski tratowanych ludzi, dźwięki tłukących się szyb, rzucanych zaklęć, huku ognia, łomotu zderzających się ze sobą olbrzymów i… Świst fajerwerków… „A to na Merlina co ma być? – pomyślał Herbert". „No, stary, nareszcie wstałeś! – usłyszał w swojej głowie głos Chrisa. – Mamy tu istną jesień średniowiecza, więc zawijaj dupę w troki i dawaj do nas...". „Ale gdzie wy jesteście? – spytał Herbert. – I dlaczego akurat postawiliście TĘ tarczę? Wiecie, że jakby ktoś tam wpadł to już byśmy go nie odratowali?". „To nie była tak do końca właśnie TA tacza – uspokajał Michael gdzieś z głębi Jesieni średniowiecza. – Przecież nie bylibyśmy na tyle głupi, żeby postawić taką tarczę w środku pokoju pełnego dzieciuchów". „To po co ja tu stałem tyle minut rozbrajając to, jak mogłem sobie po prostu przez to przejść?! – syknął Herbert.". „A może przez to, że jakbyś tak zrobił, to oni stwierdziliby, że też mogą sobie przejść? – spytał Michael". „Dobra, nie pomyślałem – przyznał Herbert. – Idę tam do was. Gdzie dokładnie jesteście?". „Walczymy z Voldemortem na wierzy astronomicznej – stwierdził Chris. – Dawaj do nas, nie możesz tego przegapić". Herbert przeraził się słysząc w głowie słowa przyjaciela. Szybko rzucił się za portret grubej Damy, uprzednio rzucając z powrotem tarczę pozbawienia mocy, a przynajmniej taką tarczę, której sygnatura wyglądała dokładnie tak, jak tarczy pozbawienia mocy. Wybiegłszy za obraz grubej Damy prędko musiał rzucić się na ziemię, gdyż nad jego głową i w jego kierunku natychmiast zaczęły śmigać różnokolorowe zaklęcia. Wstał i rzucił się w wir walki. Machnięcie różdżką, unik, przewrót, odchylenie się z toru lecącej śmierci… Zaklęcie, unik… Zaklęcie, unik… Zaklęcie… Poślizgnął się na skrawku wybitej szyby i zarył nosem w ziemię. Podniósł głowę i otarł krew ściekającą mu po twarzy, po czym poderwał się znów do walki nie zważając na to, że zapewne złamał sobie nos. Nie obchodziło go to teraz. Musiał dojść do swoich przyjaciół i pomóc im przy obronie Wierzy Astronomicznej. Najpierw jednak musiał się rozprawić z tymi, którzy tłoczyli się teraz pod obrazem grubej Damy. W tym cel u musiał użyć mieszanki zaklęć, jakiej nigdy wcześniej nie używał. Pomieszał wszystko, co tylko znał. Białą z czarną magią, tworząc w powietrzu różnokolorowe promienie, przyprawiające o ból głowy samym na nie patrzeniem, aczkolwiek tak śmiertelnych w skutkach… Herbert nie bał się zabijać. Wiedział, że by chronić tych, na których zależy mu najbardziej będzie musiał poświęcić kilka istnień. Rzucał więc na lewo i prawo różne zaklęcia, które przy zderzeniu się z żywym, wrogim organizmem niszczyły układ oddechowy, niszczyły układy nerwowe, przecinały szyje odcinając głowy, miażdżyły żebra, wbijając ich odłamki w płuca, skalpowały lub wywoływały inne śmiertelne w skutkach rzeczy. Krwawa masakra. Tak zapewne mógł nazwać to ktoś, obserwujący z boku to, co wyczyniał Herbert. Na polu walki na razie nie zdarzyło mu się spotkać nikogo, kto dorównywałby mu umiejętnościami. Kątem oka dostrzegł drobną brunetkę walczącą z profesor McGonagall i Flitwickiem. Palce ręki, w której trzymał różdżkę rozwarły się mimochodem, a kawałek drewienka wypadł na podłogę, z niesłyszalnym przez ogólny harmider stuknięciem. Herbert stanął w miejscu nie zwracając uwagi na to, że śmiertelne zaklęcia mijały go o włos. Miał po prostu szczęście, gdyż żadne do tej pory go nie trafiło. Stał i patrzył się na Kate, która ze zwinnością kotki uciekała przed urokami rzucanymi przed dwójką nauczycieli, jednocześnie sama rzucając swoje zaklęcia, co chwile przełamujące obronę pedagogów. Stał, patrzył i nie mógł uwierzyć własnym oczom. Nie potrafił uwierzyć w to, jakim cudem ta dziewczyna, dla której tyle zrobili stała teraz przeciwko nim i właśnie rzuciła śmiertelne zaklęcie w McGonagall, która uskoczyła i z jeszcze większym zaangażowaniem rzuciła się do walki ze zdradziecką uczennicą… Nie był w stanie uwierzyć… To mu się nie mieściło w głowie. Przypominał sobie wszystkie chwile spędzone z nią kiedykolwiek. Tyle, ile dla niej poświęcili… A ona teraz odpłacała im się czymś takim… Otrząsnął się w chwilę później, a przywoławszy do siebie różdżkę jednym machnięciem dłoni rzucił się najszybciej, jak tylko mógł wesprzeć nauczycieli. „Poradzicie sobie jeszcze chwilę beze mnie? – wysłał myśli w przestrzeń. – Mam tu zdradziecką dziewczynkę do pokonania". „Jasne – usłyszał w odpowiedzi. – Spodziewałem się, że w końcu na nią natrafisz. Michael ciężko to przeżył, jednak udało mi się go tu zaciągnąć i teraz sam wiesz, jak jest". „Dobra – pomyślał Herbert. – Postaram się dostać do was najszybciej, jak to tylko będzie możliwe, jednak nie wiem, kiedy dokładnie to będzie. Nie mogę przecież przegapić walki z Voldemortem… Przytrzymajcie go dla mnie trochę...". „Nie ma sprawy, stary – usłyszał myśli Michaela. – Mogę się na nim zemścić za wszystkie moje krzywdy...". Herbert dotarł wreszcie do walczących nauczycieli i Kate i rzucił się im do pomocy. Za cel od razu obrał Kate, jednak co chwilę przeszkadzał mu jakiś Śmierciożerca pojawiający się przed nim, by chronić dziewczynę. „Pewnie wiedzą, że nie ma ze mną żadnych szans – pomyślał. – Dlatego nie chcą dopuścić do bezpośredniego starcia między mną a nią". Skupił się na walce z przeciwnikami. Zaklęcie, unik. Zaklęcie, unik… Zaklęcie… Wyskoczył w górę aż po sam sufit, by uniknąć lecących ze wszystkich kierunków promieni. Widać było, że Śmierciożercy właśnie jego obrali sobie za cel. Szybko jednak wokół niego i walczących Nauczycieli z Kate utworzył się krąg zakonników wraz z ludźmi, których ściągnął tu Dumbledore. Mieli na celu bronić wszystkich, którzy byli po dobrej stronie. Z ich siła również należało się liczyć. Szybko pozbyli się Śmierciożerców, rzucając ich spętanych lub ich zakrwawione zwłoki gdzieś pod ścianę. Nie wtrącali się zaś w walkę Kate i nauczycieli. Wiedzieli, że oni będą musieli poradzić sobie sami. Udali się więc na niższe piętra zamku, gdzie nadal trwała walka z poplecznikami Voldemorta. Herbert zaś wreszcie mógł zrobić to, o czym marzył od dzisiejszego poranka. Stłuc Kate na kwaśne jabłko. Wyciągnął różdżkę i wyciągnął drugą dłoń,. Kate zrozumiałą ten przekaz i oboje ruszyli do śmiertelnego tańca. Oboje wiedzieli, że to nie jest zabawa. Od tej walki zależało ich własne życie. Znów zaczęła się zabawa. Unik, zaklęcie. Unik, zaklęcie. Postanowił jednak lekko zmienić taktykę. Szybko rzucił najsilniejsze mu znane zaklęcia rozcinające, łamiące kości i zamrażające akcję serca. Trafił. Niemal każde z nich dotarło do tego ciemnowłosego, drobnego celu. Zdążyła jeszcze zrobić obrót, pokazując wszystko to, co miała do pokazania, po czym jej jeszcze żywa osoba zwaliła się na ziemię, dysząc ciężko. Herbert wiedział, że przegrała. Nie miała z nim żadnych szans. To on był panem sytuacji i zamierzał to wykorzystać. Najpierw jednak musiał nie dopuścić do tego, by dotknęła mrocznego znaku. Wiedział, że gdy go dotknie przeniesie się do Voldemorta, a Dumbledore i reszta paczki miała już z nim wystarczająco dużo problemów. Rzucił na jej dłonie zaklęcie paraliżujące i zbliżył się do niej z uniesioną różdżką. Spojrzał jej w oczy… I zatrzymał się w miejscu. W jej oczach było tyle szaleństwa… Nie widział nigdzie indziej tka szalonej osoby, jak Ona. Patrzyła na niego jakby miała ochotę go unicestwić. Wiedział, że nie może zrobić nic, jednak przestraszył się tego wzroku. Nie przerwał jednak spojrzenia. Wdarł się do jej umysłu i przewertował go od góry do dołu. Wiedział, że nie musi martwić się o swoje plecy. McGonagall i Flitwick poradzą sobie ze wszystkim. Zdjął z niej wszystkie uroki, które rzucił na nią Voldemort, jednak mrocznego znaku nie mógł się pozbyć. Wyszedł więc z jej umysłu, a zauważywszy, że odzyskała jasność umysłu i że nie ma w jej oczach tego przerażającego szaleństwa miał zamiar odejść, jednak powstrzymał go jej cichy, ledwo słyszalny szept: - Przeproś wszystkich ode mnie. I… I powiedz Michaelowi, że nigdy nie byłam go godna… I… I że go kocham… Kilka sekund później jej serce odmówiło pompowania krwi i zatrzymało się. Głowa dziewczyny opadła z lekkim, głuchym stuknięciem na marmurową posadzkę. Herbert ostrożnie zamknął niebieskie, puste teraz oczy dziewczyny, w której niegdyś widniało tyle uczuć i odszedł, szukając przeciwnika, na którym będzie mógł się wyładować. Jedyne, co chodziło mu teraz po głowie to to, by zabić jak największą liczbę przeciwników. Chciał zemścić się na nich za wszystko, co ci im zrobili. Za to, że zabrali Michaelowi osobę, którą kochał ponad wszystko… Za to, że teraz on musiał ją zabić, choć tego nie chciał. Za to, że Voldemort teraz był tutaj, a nie siedział zaszyty w swojej jamie, knując jakieś plany. Zamierzał zniszczyć ich jak najwięcej. Nie zamierzał się wycofać. Nie obchodziła go walka Voldemortem. Wiedział, że Dumbledore i reszta Huncwotów poradzą sobie bez niego. On miał do wyrównania własne porachunki. Nie widział, że nad ciałem dziewczyny zawisł pulsujący niebieskim światłem kryształ. Kryształ ów obracał się powoli zabierając to, co z dziewczyny zostało. Jej duch popłynął ku kryształowi, który rozbłysł i zniknął, zabierając duszę ze sobą. *** Potyczka z Voldemortem to coś, do czego Chris, Harry i Michael nigdy nie byli przygotowani. TO tak, jakby stanąć twarzą w twarz z rozwścieczonym, świadomym huraganem. Szanse na przeżycie są marne. Z takim huraganem walczyli oni i Dumbledore. Mimo tego, że było ich tam czterech mieli nie lada problem w pokonaniu czarnoksiężnika. Rozwścieczony Voldemort słał zaklęcie za zaklęciem jednocześnie w nich wszystkich. Mało powiedzieć, że przewyższał ich mocą. Miał również większe doświadczenie. Jedynie Dumbledore nie ustępował mu mocą i słał w niego urok za urokiem, jeszcze bardziej drażniąc i tak wściekłego do granic możliwości Voldemorta. Chris, Harry i Michale starali się dotrzymać tępa Dumbledore'owi. Ten mając już chyba dość ciągle gubiących taktykę młodych, przesłał im telepatycznie plan walki. Przyjaciele szybko dostosowali się do tego i zaczęli zyskiwać przewagę nad czarodziejem. Słali w niego wszystkie zaklęcia, jakie znali. Powstrzymywali się jednak od używania tych czarnomagicznych, gdyż wiedzieli, że Dumbledore nie byłby z nich dumny. Gdy zauważyli jednak, że Dumbledore nie jest taki święty i źle w Voldemorta klątwę za klątwą, również przybrali taką samą taktykę, szybko zyskując przewagę nad Voldemortem, kosztem nadwyrężonych sił magicznych i zrujnowanej wierzy astronomicznej. W pewnym momencie Voldemort się potknął. Nie utrzymał się na skrawku posadzki i runął z rozłożonymi ramionami w dół. Uprzednio zrobił jednak coś, co złamało ducha walki w Huncwotach. Jakimś cudem trafił zaklęciem zabijającym w Albusa Dumbledore'a. Starzec runął z rozkrzyżowanymi ramionami pod ich nogi, a w chwilę później nad jego ciałem pojawił się magiczny, pulsujący niebieskim światłem kryształ, a znikając zabrał ze sobą ducha Albusa Dumbledore'a. Przyjaciele nie wiedzieli, że ów kryształ przyda im się w najbliższych wydarzeniach. Jedyne, o czym teraz myśleli była śmierć ich mentora. Chris kątem oka dostrzegł deportującego się Voldemorta. Czarnoksiężnik deportował się tak po prostu z błoni, jakby robił to codziennie. W chwilę później zawyły alarmy. - Złamał wszystkie bariery – szepnął cicho Michael. – Nie mamy żadnych szans. - Ale zabrał ze sobą swoich przydupasów – dodał Harry. – Myślę, że na dziś mamy spokój. - Chodźmy na dół – powiedział Chris. – Tutaj i tak nic nie zdziałamy. *** Pogrzeb Albusa Dumbledore'a był dla wszystkich niezwykle smutnym wydarzeniem. Na uroczystości zjawiło się wiele czarodziejów, których nikt dawno nie widział. Wszyscy przybyli złożyć hołd temu, który stoczył ostatnią, tak im się przynajmniej wydawało, walkę z Voldemortem, sam przy tym ginąc, ratując jednak tyle istnień, ile tylko zdołał. Grób jego miał się znajdować na środku Hogwarckiego jeziora. Nawet wielka Kałamarnica wynurzyła swoje macki, smutno nimi machając. Trytony zaś zaskrzeczały pieśń, ku pamięci Albusa Dumbledore'a, której jednak nic nie rozumiał Chris przypomniał sobie, że przecież Dumbledore znał język Trytonów. CO ciekawe, Centaury wychyliły swe zarozumiałe łuki z zakazanego lasu i wystrzeliły w powietrze masę strzał, utożsamiając się z rozpaczą czarodziejów. Minister wygłosił żałobną mowę, w której pełno było zasłużonych pochwał dla Albusa Dumbledore'a. Nie szczędził jednak sobie obelg, który obrzucił jego sposób zarządzania szkołą. Uważał, że w szkole powinni uczyć się jedynie sprawdzeni uczniowie. Stwierdził, że nie będzie tolerował braku osłon, które miały uniemożliwiać wejście na teren szkoły osób naznaczonych mrocznym znakiem. *** Ostatni dzień, który uczniowie spędzili w Hogwarcie nie był wesoły. Uczniowie pakowali się, myśląc już tylko o wakacjach. Chris, Harry, Herbert i Michael wiedzieli, że spędzą te wakacje wraz z Jamesem, Lily, Syriuszem i Remusem na Grimmauld Place 12. Ron stwierdził, że może się tam pojawi, gdyż skończył już siedemnaście lat i jego matka nie będzie miała prawa mu zabronić odwiedzić swoich przyjaciół. Hermiona zaś powiedziała, że musi się przygotować na niewiadome w następnym roku i nie będzie miała czasu na rozrywki. Uczniowie wsiedli do pociągu Hogwart Express, z wyjątkiem Huncwotów. CI polecieli nowym nabytkiem, który był ich własną konstrukcją. Łącząc Mugolską technologię i magię udało im się zbudować najszybszy, najzwrotniejszy i posiadający najlepsze zarówno Mugolskie, jak i Magiczne bronie myśliwiec. Nie omgli się doczekać, gdy opuszczą Hogwart. Miejsce, które przez ostatni czas było dla nich miejscem, w którym nikt się nie uśmiechał. Istnym cmentarzyskiem złych wspomnień, fruwających jak ćmy do światła po korytarzach i wchodzącym do głów w najmniej oczekiwanych momentach. Teraz chcieli się cieszyć wakacjami i dobrą zabawą ze starszym pokoleniem Huncwotów.