ROZDZIAŁ 36
Gwiezdne znaki
Severus
– Potter – wysyczałem, dostrzegając chłopaka na progu naszego mieszkania. – Możesz mi łaskawie powiedzieć, czego tutaj szukasz?
– Ja … – Harry głośno przełknął – ja, bo pani Snape mnie prosiła. Profesorze, ja … ja chyba coś źle zrozumiałem. Przepraszam, pójdę już.
– Severus? Jeśli to pan Potter, to bądź tak miły i przyprowadź go do salonu – krzyknęła z głębi mieszkania Solem. Zmierzyłem swojego ucznia spod zmrużonych powiek i z niezadowoloną miną wpuściłem do środka.
– Jedno niewłaściwe słowo pod adresem mojej żony, jedno krzywe spojrzenie, Potter i będziesz szukał swojej blizny w Zakazanym Lesie – syknąłem mu, zbliżając do niego swoją twarz.
Chłopiec pospiesznie spuścił wzrok na swoje mocno zniszczone buty i z trudem powstrzymałem westchnienie, widząc przetarcia na wysokości palców. W pierwszym odruchu miałem ochotę chwycić różdżkę, naprawić zepsute obuwie i powiększyć je na tyle na ile pozwoli zaklęcie, ale powstrzymałem się. Nie chciałem zawstydzać chłopaka jeszcze bardziej. Nie miałem też najmniejszej ochoty spoufalać się z nim, ale na to już miałem niewielki wpływ. Perspektywa samotnego spędzania nocy i poranków, kolacje w Wielkiej Sali i święta bez pierożków mojej żony, była wystarczającą motywacją do kilku chwil, w których zostałem zmuszony do tolerowania obecności chłopaka w prywatnym czasie.
– Nie śmiałbym, proszę pana – odpowiedział cichym głosem.
Solem uśmiechnęła się promiennie, gdy dzieciak stanął na progu salonu.
– Severusie, zrobisz nam herbatę? – poprosiła i gestem nakazała Potterowi wejść dalej.
– Dzień dobry, proszę pani – przywitał się grzecznie i usiadł na jednym z foteli.
Przyglądałem mu się przez chwilę. Niezbyt wyjściowe obuwie próbował ukryć pod długą szatą, która też nosiła wyraźne ślady znoszenia. Nie wiem, czy bardziej mnie to przeraziło, czy zniesmaczyło. Czarna, szkolna szata przypominała do złudzenia krój tej, którą sam nosiłem jako uczeń i o ile się nie myliłem, była to szata, która dokładnie pamiętała tamte czasy. Z jednej strony jakiś cichy, diabelski głosik podśmiewał się z syna Pottera, jednak dużo donośniejszy krzyczał, że to przecież tylko dziecko. W dodatku dziecko, które odziedziczyło fortunę po swoich dziadkach i ojcu. Nie nosił zniszczonych ubrań z powodu biedy albo skąpstwa rodziców, ale jedynym powodem była próba upokorzenia go. Podejrzewałem, że prym w gnębieniu Harry'ego wiódł Lupin. Nie tylko dlatego, że Evans była jego matką, ale dobrze pamiętałem zamiłowanie kobiety do otaczania się wszystkim co ładne. Nie raz i mnie próbowała narzucać modny styl, podsuwała sklepowe katalogi z szatami na czasie i trajkotała na temat mojej niezbyt twarzowej fryzury. Takie traktowanie chłopaka, bez względu na uczucia jakimi darzyła go matka, kompletnie nie pasowało do Lily.
Lupin musiał dobrze wiedzieć, że jego przyszywany syn, będzie w centrum uwagi i pewnie nie raz, i nie dwa inni uczniowie wytykali go palcami. Sam zresztą także na pierwszej lekcji zachowałem się dokładnie tak, jak życzyłby sobie tego wilkołak. Przekląłem się w myślach i obiecałem sobie bardziej sprawiedliwe traktowanie Pottera. Nie tylko dla Solem i lepszego samopoczucia, ale musiałem też dać swoim córkom nieco lepszy przykład.
– Harry, poprosiłam cię, żebyś tutaj przyszedł, bo mam coś dla ciebie od Syriusza – wyjaśniła. – Jednak zanim ci to dam, musisz mi przysiąc, że nikomu nie powiesz co dostałeś i nie wykorzystasz tego prezentu do czegoś niestosownego. Domyślam się, że jesteś na tyle duży, by wiedzieć co mam na myśli.
– Oczywiście, proszę pani – odparł grzecznie, pochylając głowę.
– Severus, nie stój w progu tylko nalej nam wreszcie herbatę – poprosiła ze śmiechem. – Chcę to dać Harry'emu, zanim dziewczynki wrócą od babci. – Westchnąłem głośno i postawiłem lewitowaną dotychczas tacę na stoliku. – Obiecujesz, Harry? – zwróciła się ponownie do chłopca.
– Obiecuję, proszę pani – odpowiedział z pewnością w głosie.
– Potter, co twoim zdaniem moja żona uważa za coś niestosownego? – spytałem, wykrzywiając usta w ironicznym uśmiechu.
– Nie będę robił niczego niezgodnego z regulaminem, panie profesorze. – Harry nieśmiało spojrzał mi w oczy.
– Nie tylko to mam na myśli, Harry – zaśmiała się i powoli wyciągnęła przed siebie dłoń w poszukiwaniu filiżanki z herbatą. Z wzrokiem utkwionym w ścianę, odszukała dzbanek z mlekiem i wciąż bardzo powoli nakierowała go do swojego naczynia z parującym napojem. Potter przyglądał się jej ze zdumieniem i najwyraźniej chciał coś powiedzieć, ale mocno zacisnąłem dłoń na jego ramieniu, skutecznie go przed tym powstrzymując. Posłał mi zasmucone i zdezorientowane spojrzenie, ale kiwną lekko głową na znak, że rozumie i o nic nie zapytał. – Oczekuję, że nie wykorzystasz tego prezentu, by kogoś skrzywdzić, do robienia głupich dowcipów ani sam siebie nie narazisz na niebezpieczeństwo. Jeśli dowiem się o czymś niestosownym, zabiorę prezent z powrotem.
– Obiecuję, proszę pani, że nikogo nie skrzywdzę, nawet jeśli nie dostanę tego prezentu – wyszeptał chłopiec.
– Chciałabym cię też prosić, żebyś w miarę możliwości zachował jego posiadanie tylko dla siebie. – Harry przytaknął, ale po chwili, gdy Solem nie odpowiadała, zreflektował się i głośno obiecał jej dochować sekret. – Jest w mojej pracowni – zwróciła się do mnie z widoczną prośbą w głosie.
Bez słów wyciągnąłem do chłopca pudełko i gestem nakazałem, żeby otworzył.
– Co to? – zdziwił się Harry, wyciągając srebrzystą, lejącą tkaninę.
– Nie wiem dokładnie w jaki sposób ta peleryna trafiła do Syriusza – zaczęła Solem – ale należała do twojego ojca. To peleryna niewidka.
– Peleryna niewidka? – zdziwił się. – Pan Lupin jej szukał – wykrzyknął i po chwili złapał się za usta. Skrzywiłem się na określenie pan w stosunku do ojczyma, ale Potter chyba nieopacznie zrozumiał ten grymas.
– Przepraszam, nie chciałem tego powiedzieć – odrzekł pospiesznie i w obronnym geście schował głowę w wysoko uniesionych ramionach.
– Potter, nie musisz nas przepraszać za to, że coś mówisz – prychnąłem lekceważąco.
– Harry – zaczęła Solem wyraźnie ważąc słowa – nie muszę ci chyba mówić, że lepiej by było, gdybyś ten prezent utrzymał w tajemnicy także przed Remusem?
– Nie, proszę pani, już obiecałem, że nikomu nie powiem – zapewnił dzieciak. – Dlaczego ją dostałem? – spytał cicho.
– Nie wiem – zaśmiała się. – To pomysł Syriusza. Podejrzewam, że twój ojciec miał ją w szkole od samego początku nauki tutaj.
– To wiele wyjaśnia – mruknąłem pod nosem.
– Możliwe też, że ten prezent ma związek z tym, co chcielibyśmy ci z Severusem zaproponować. – Solem głośno odetchnęła i nie trudno było dostrzec, jak bardzo była zdenerwowana. Wiedziałem, że stąpała po bardzo kruchym lodzie. Każdy ruch chłopca, każde wypowiadane przez niego słowo, każdy gest jasno dawał do zrozumienia, jak bardzo skrzywdzony w dzieciństwie został i Solem dobrze wiedziała, że musiała postępować z nim ostrożnie. Inaczej niż ze swoimi córkami, które może nie były bezgranicznie rozpieszczane, ale na każdym kroku odczuwały naszą miłość. Harry tego nie miał i Solem z niewyjaśnionych przyczyn bardzo chciała zwrócić mu chociaż część utraconego dzieciństwa i ułatwić mu kontakty z jedynym człowiekiem, który przejmował się jego losem.
Ubzdurała sobie, że musi przekonać do siebie chłopaka i zdobyć jego zaufanie, by ułatwić zadanie Syriuszowi, który starał się jak mógł, ale nawet w kontaktach z dzieckiem bywał zbyt niecierpliwy i często zamiast najpierw myśleć, najpierw mówił i robił. Z jakichś niewytłumaczalnych powodów, także i ja byłem stopniowo wciągany w te gierki żony, ale jak teraz dobrze się nad tym zastanowiłem, ta przebiegła kobieta wciągnęła mnie w misję ratowania Harry'ego Pottera już dawno temu. Domyślałem się, że utrata wzroku nie ułatwiała jej zadania i wywracając w duchu oczami, wzdychając i tłamsząc w sobie wszelkie negatywne uczucia, postanowiłem jej pomóc, a przynajmniej nie przeszkadzać.
– Potter, wszystko co tutaj usłyszysz musisz zachować w tajemnicy – zacząłem, nie bawiąc się w zbędną moim zdaniem delikatność. Być może Solem, Blacom i wszystkim innym samarytanom wydawało się, że jeśli rodzice go nie kochają, to trzeba postępować z nim, jak z osobą niepełnosprawną umysłowo, ale Potter wbrew pozorom do skończonych idiotów nie należał i nie zamierzałem traktować go niczym filiżanki z chińskiej porcelany. Chłopak dobrze wiedział, że to jak go traktowano nie jest normą i zdawał się być na tyle rozsądny, żeby nie uciekać z krzykiem i nie chować się pod stołem, gdy ktoś wyciąga do niego rękę. – O tej rozmowie ani o żadnej innej, jaka się tutaj odbędzie nie powiesz nikomu. Matce, ojczymowi, dyrektorowi, żadnemu z profesorów ani przyjaciołom. Rozumiesz?
– Tak, proszę pana – zapewnił grzecznie chłopiec. Byłem nieco zaskoczony postawą chłopaka. Każdy jeden dzieciak w jego wieku zadałby już całe mnóstwo zbędnych pytań i wyraził mało interesującą mnie opinię na ten temat. Potter był inny. Nie pytał, nie mówił, gdy go o to nie poproszono, nie skakał z radości, gdy dostał prezent i nawet z jego rozpakowaniem czekał na wyraźne pozwolenie. Był nienaturalnie uprzejmy i ku mojemu przerażeniu, kompletnie inny niż jego ojciec i matka. To jednak pozornie dobre wychowanie było niczym innym, jak wynikiem karygodnego traktowania przez opiekunów. Harry Potter nigdy nie miał okazji być dzieckiem. Nie dane mu było być wychowywanym. Od najmłodszych lat znał wskazane przez Remusa Lupina miejsce i świetnie się w nie wpasował. Zachowanie wilkołaka wciąż nie dawało mi spokoju, a pokrętne tłumaczenie Solem, że to z powodu zazdrości o to, że był synem nie jego tylko Jamesa, przyjmowałem z dużym sceptycyzmem.
– Ja i moja rodzina pierwszy dzień świąt będziemy spędzali w Hogwarcie – kontynuowałem. – Odwiedzi nas zapewne przyjaciółka mojej żony z mężem, który dziwnym zbiegiem okoliczności jest twoim ojcem chrzestnym – mówiłem, co chwilę wywracając oczami. – Wiem od profesor McGonagall, że twoi rodzice nakazali ci zostać podczas ferii w Hogwarcie. – Harry spojrzał na mnie z niepewną miną, ale co udało mi się też dostrzec, była w jego oczach iskierka nadziei. – Czy zechciałby pan, panie Potter, do nas dołączyć?
– Ja? – zdziwił się chłopiec i nawet nie starał się ukryć radości w zielonych tęczówkach.
– Harry – zaśmiała się Solem, wyczuwając jego radość – Syriusz byłby bardzo szczęśliwy, gdybyś do nas dołączył podczas świątecznej kolacji i my także będziemy cieszyć się dodatkowym gościem. Odwiedzą nas też rodzice, ale to mili ludzie i oprócz nadmiaru troski ze strony mojej teściowej, nie musisz się niczego obawiać.
– Pan Lupin mi nie pozwoli, proszę pani. – Chłopiec nagle posmutniał, a ja nie mogłem powstrzymać głośnego prychnięcia. Najwyraźniej przeceniłem inteligencję chłopaka.
– Panie Potter – zacząłem z irytacją.
– Harry – wtrąciła się Solem. – Wiem, że powinniśmy spytać twoją mamę o zgodę, ale jestem też świadoma tego, że ani ona, ani Remus się na to nie zgodzą. Nie powiem, żeby było to coś co pochwalam, ale nie rozumiem dlaczego, skoro nie możesz spędzić świąt z nimi, nie mógłbyś ich spędzić z ojcem chrzestnym. Wiem, że jesteś bardzo grzecznym chłopcem i wiem …
– Potter – przerwałem jej – czy matka zakazała ci wychodzić podczas ferii z dormitorium? – Harry lekko pokręcił głową. – Więc gwarantuję ci, że nie robisz niczego złego. Przecież nie informujesz jej o każdym wyjściu z pokoju, prawda? Nie wyjdziesz poza teren szkoły, nie zmusimy cię do przyciągania choinki z Zakazanego Lasu ani nawet jej ubierania, wystarczy, że włożysz na siebie tę pelerynę, przyjdziesz tutaj w pierwsze święto na kolację i nie powiesz nikomu o tym ani słowa.
– I nie powie pan profesor McGonagall? Ona na pewno prosiłaby o zgodę od mamy – odparł już z większym zapałem.
– Jeśli wrócisz do dormitorium przed ciszą nocną, nie widzę powodów, dla których miałbym ją o tym informować – odpowiedziałem, siląc się na łagodny ton.
– Nigdy nie ubierałem choinki – szepnął cicho chłopiec. Solem jęknęła i najwyraźniej chciała coś powiedzieć, ale łzy zebrane pod powiekami skutecznie uniemożliwiły jej otwarcie ust.
– Nie będzie mnie w wieczór przed świętami w domu, ale podejrzewam, że moja żona i córki nie będą miały nic przeciwko dodatkowej parze rąk przy jej ubieraniu. Tylko załóż pelerynę i postaraj się, żeby nie widział cię żaden portret, duch, uczeń ani nauczyciel. – Uchwyciłem spojrzenie żony i z cichym westchnieniem uśmiechnąłem się do niej łagodnie. Odetchnąłem, gdy tym razem szybko odzyskała wzrok. Zwykle dość spokojnie podchodziła do jego utraty i nawet, gdy trwało to miesiącami starała się nie żalić i nie narzekać, ale dziś, gdy przestała widzieć tuż przed umówionym spotkaniem z Potterem, po raz pierwszy od jedenastu lat popłakała się z tego powodu.
– Muszę cię jednak uprzedzić, że w związku z notorycznym znikaniem słodkich ozdób z choinki jeszcze przed świętami, w tym roku nie będzie w nich grama cukru. – Zrobiłem minę niewiniątka, kiedy Solem spojrzała na mnie wymownie. Harry próbował ukryć rozbawienie, ale nie do końca mu się udało, a ja szczęśliwy poprawą stanu zdrowia żony zapomniałem się przez chwilę i posłałem w stronę chłopaka szczery uśmiech.
– Co roku tak mówisz – prychnąłem. – Spróbuj zwinąć kilka zielonych reniferków, są najlepsze – zwróciłem się teatralnym szeptem do Pottera. – Jak nie uda ci się podczas wieszania ozdób, możesz zapomnieć, że zjesz chociaż jednego. – Harry wyraźnie się zarumienił, gdy zażartowałem do niego i jeszcze bardziej zawstydzony pochylił głowę.
– Severus, nic nie mówiłeś na temat tego chłopca, Terry'ego – szepnęła Solem, gdy układaliśmy się już do snu.
– Zielone oczy, roztrzepane włosy – pieszczotliwie zmierzwiłem czuprynę żony – mały nos – westchnąłem. – Ma sporo fizycznych cech, które można by wziąć za twoje geny. – Przymknąłem lekko powieki i przygarnąłem ją do swego boku.
– Ale? – Solem wtuliła się we mnie z całą mocą.
– Ale ja nie widzę w jego tęczówkach twojej zieleni – odparłem zasmucony. – To niegłupi chłopak i zdaje mi się całkiem dobrze sobie radzi pomimo sytuacji w domu. Jest czarodziejem czystej krwi, ale zachowuje się zupełnie jak mugol. Nie ma bladego pojęcia o świecie magii.
– A czego oczekiwałeś? – zdziwiła się. – Przecież wychowywali go mugole.
– Racja – westchnąłem. – Wychowywali – prychnąłem, przypominając sobie obraz wynędzniałego dzieciaka, którego obserwowałem kilkanaście miesięcy temu.
– Dlaczego Dumbledore nałożył te dodatkowe zabezpieczenia na szkołę? – jęknęła.
– Nie mam pojęcia, ale teraz praktycznie niemożliwe jest rzucenie jakiegoś zaklęcia sprawdzającego na ucznia – odparłem zrezygnowany.
– Rozmawiałeś z Filiusem? – spytała, lekko unosząc głowę.
– To nie on zakładał zabezpieczenia.
– Dziwne to wszystko – westchnęła. – Może Dumbledore coś wie i nie chce, żebyśmy się dowiedzieli.
– Co niby wie? – Pogładziłem żonę po włosach.
– Może wie, gdzie jest nasz syn, ale próbuje to przed nami ukryć.
– Myślisz, że … dyrektor maczał w tym palce? – spytałem, spoglądając na nią z uwagą.
– Nie wiem, ale jeśli te zabezpieczenia mają służyć temu, by utrudnić nam szukanie Teodora, to znaczy, że on jest teraz w szkole.
– Możemy to sprawdzić tylko przy pomocy zaklęcia naznaczenia – odpowiedziałem bez większego entuzjazmu. – Pobranie wszystkim krwi będzie trudne.
– Mam chodzić od dormitorium do dormitorium i prosić, żeby każdy z chłopców potrzymał moją bransoletkę? – zadrwiła.
– A masz lepszy pomysł? – Wywróciłem oczami. – Nie mówię, że masz odwiedzać dormitoria chłopców, ale może nie zdejmuj łańcuszka z ręki, a jak nadarzy się okazja wykorzystasz ją by sprawdzić dzieciaki.
– Chyba nie pozostaje nam nic innego – mruknęła i mocniej wtuliła się w moje ramiona.
.: :.
Solem
– Pani Snape? – Harry niepewnie wychylił głowę spod peleryny niewidki.
– Wchodź. – Z uśmiechem wpuściłam chłopca do środka.
– Harry – wykrzyknęła z radością Leen, wybiegając z salonu. – Tata ustawił choinkę rano, a my z tymi dwiema czarownicami właśnie kończymy dekorować ciastka. Pomożesz nam? – spytała i nie czekając na odpowiedź, pociągnęła kolegę do kuchni. Potter oszołomiony rozglądał się po pomieszczeniu, w którym każda wolna przestrzeń zapełniona była kolorowymi słodyczami. – Mogę przymierzyć twoją pelerynę? – Eileen spojrzała wymownie w trzymaną przez chłopaka tkaninę. – Chciałam taką dostać na gwiazdkę, ale tata się tylko roześmiał na cały głos, gdy mu o tym powiedziałam. Mój profesorek ma podobną, ale nie jest taka fajna jak twoja i trochę prześwituje. – Leen wciągnęła na siebie pelerynę, którą podał jej Harry i próbowała straszyć swoje młodsze siostry.
– Widać stopy, widać stopy – naśmiewały się z niej dziewczynki.
– I tu też ci coś wystaje – mruknęłam, łapiąc córkę za ucho. – Harry, napijesz się czegoś?
– Dziękuję, proszę pani, nie trzeba – odparł grzecznie, ale i tak nalałam mu sporą szklankę soku z dyni.
– Chcesz pomóc dziewczynom z dekorowaniem? – spytałam, uśmiechając się do niego łagodnie.
– Mógłbym? – Spojrzał z nadzieją.
– Leen pokaże ci co i jak. – Odwróciłam się do starszej córki, posyłając jej wymowne spojrzenie. Dziewczynka bez słów chwyciła Pottera za rękę i po kolei opowiadała mu o wszystkich słodkościach, które przygotowałam. – Możecie zjeść po kilka ciastek, ale nie przesadźcie, bo rozbolą was brzuszki. – Połaskotałam jedną z bliźniaczek, gdy ta cała ubrudzona czekoladą wciskała do buzi kolejne ciastko.
Stanęłam, opierając się o futrynę i przez chwilę z powagą obserwowałam bawiące się dzieciaki. Uśmiechnęłam się, gdy Harry w końcu nie wytrzymał i zaczął jeść jednego z zielonych reniferków, a po chwili z trudem opanowałam głośny śmiech, gdy złapał dwa kolejne naraz.
– Mama mi mówiła, że jak byłeś taaaaki maleńki to mieszkałeś obok nas – opowiadała Leen, smarując lukrem piernikowe gwiazdki. Podeszłam do Asterii i Selene i pomagałam im posypywać cynamonowe ludziki wiórkami z czekolady. – To znaczy ja byłam wtedy jeszcze mniejsza, o taka – Leen rozszerzyła lekko kciuk i palec wskazujący – ale podobno bawiliśmy się kilka razy razem.
– Mieszkałem tutaj? – zdziwił się Harry.
– Twój tata uczył Obrony Przed Czarną Magią – wyjaśniłam.
– Pewnie był jedynym normalnym nauczycielem od Obrony – mruknęła cicho Eileen.
– Leen – upomniałam ją.
– Co? Tata mówi, że odkąd pamięta to dyrektorek zatrudnia na to stanowisko samych idio... niekompetentnych czarodziejów – poprawiła się szybko, robiąc niewinną minę. – Ten co jest teraz …
– Leen – powtórzyłam groźnie. – Ostrzegam.
– Sama mówiłaś, że on jest dziwny – odparła, robiąc obrażoną minę. – A ty jakiego nauczyciela najbardziej lubisz? – zwróciła się do Harry'ego.
Severus
– Lubię profesora Flitwicka – odpowiedział niepewnie.
– Nie lubisz profesora od eliksirów? – udała przesadne zdziwienie, a jej młodsze siostry zaczęły chichotać, dostrzegając mnie w progu.
– Ja … – zawahał się Potter, nie mając pewności, czy jego koleżanka żartuje.
– Daj spokój – zaśmiała się Leen. – Kiedyś się schowałam w składziku podczas jego lekcji i w sumie to zdziwiłabym się gdybyś … – urwała, napotykając moje groźne spojrzenie.
– W składziku powiadasz – mruknąłem z krzywą miną. – Wydaje mi się, że gdy tam ostatnio byłem niektóre z półek wymagały solidnego czyszczenia. – Harry spojrzał na mnie przestraszony. – I teraz dowiaduję się niespodziewanie, że moja najstarsza córka, chce koniecznie coś posprzątać, jakie to wzruszające – zwróciłem się do dziewczynki.
– Chyba ci się wydawało, tatku – odparła, zuchwale się uśmiechając. – Masz eliksirki?
– Kara cię nie minie, moja panno – odrzekłem. – Nie licz na taryfę ulgową z powodu świąt.
– Tato – jęknęła Eileen – to było bardzo dawno temu – tłumaczyła się. – Już się nie liczy, przedawnione.
Harry wodził przerażonym wzrokiem między nami.
– Mam pomysł. – Uśmiechnąłem się zjadliwie, spoglądając na dwójkę starszych dzieci dekorujących ciastka. – Nie, nie zabronię ci jeść ciastek; to zbyt okrutne i nie, nie będziesz musiała sprzątać. Za karę ulepisz dziś tak dużego bałwana w ogródku, jakiego tylko zdołasz. Siostry i pan Potter ci pomogą.
– Bałwan, bałwan – zapiszczały młodsze pociechy, a Eileen posłała mi zawistne spojrzenie, po czym roześmiała się i podbiegła, żeby mnie mocno uściskać.
– Ulepisz z nami, Harry? – spojrzała z nadzieją na przypatrującego się nam chłopca.
– Ja … – zmieszał się i spuścił głowę.
– Daj spokój, Potter. – Wywróciłem oczami. – Po prostu ciesz się świętami i moim dobrym nastrojem. Gdzie jest mama? – spytałem po chwili, rozglądając się po kuchni.
– Nie wiem, tatku – odparła Leen. – Była tutaj przed chwilą.
– Mamusia na ogródek – odpowiedziała z uśmiechem Selene.
– Powiedziała, że wróci na minutkę – dodała Asteria.
– Za minutkę – poprawiłem ją.
– Może i tak. – Dziewczynka wzruszyła ramionami.
– Wszystko w porządku, słonko? – Otuliłem szatą stojącą na mrozie żonę.
– Chyba tak – odparła, przylegając do mnie plecami.
– O co chodzi? – spytałem z niepokojem.
– Nie wiem – odpowiedziała, odwracając się do mnie. – Po prostu poczułam się jakoś dziwnie. Harry … chciałam mu pokazać, jak przyczepiać kolorowe wstążeczki do ciastek i coś dziwnego odrzuciło moją rękę. Jakby był chroniony przed moim dotykiem jakąś niewidzialną osłoną. Zrobiło mi się gorąco i musiałam chwilę odetchnąć. Przepraszam, już do nich wracam. Mam nadzieję, że nie roznieśli kuchni.
– Dotykałaś go wcześniej? – Skrzywiłem się, wypowiadając dość dziwnie brzmiące pytanie.
– Nie wiem – odparła, wzruszając ramionami. – Jedliśmy raz lunch pod drzewem, kilka tygodni temu. Później widziałam się z nim w bibliotece i raz w skrzydle szpitalnym, gdy odwiedzałam Poppy, u nas kilka dni temu i to chyba wszystko. Nie pamiętam, żebym wcześniej próbowała go dotykać. A ty? – spytała, krzywiąc się jeszcze bardziej.
– Z całą pewnością, choćby na ostatnich zajęciach – odparłem z powagą.
– Jest chroniony przede mną? – Solem zrobiła smutną minę. – Jestem jakaś toksyczna?
– Tak, moje słonko – zaśmiałem się. – Jesteś napromieniowana moją aurą. – Cmoknąłem ją w policzek i obejmując ramieniem, wprowadziłem do domu.
– Tata nie jest taki zły, naprawdę. – Usłyszeliśmy głos Leen. – Mama mówi mu, że trochę przesadza, ale on wciąż tłumaczy się tym, że eliksiry są bardzo delikatne, a uczniowie są roztrzepani i trzeba ich trzymać krótko, żeby uniknąć tragedii. Kiedyś mama zrobiła tacie kilka fajnych zaklęć, żeby było bezpieczniej w klasie, ale on tłumaczy, że to i tak nie wystarcza. Wciąż narzeka na dyrketorcia, że nie chce się zgodzić, żeby klasy eliksirów były mniej liczne. Mówił, że lepiej by było gdyby po drugim roku wybierać tylko tych, którzy się nadają i tworzyć mniejsze grupy. Przy takiej ilości uczniów w klasie nie jest w stanie każdemu pokazać co i jak. Jedni są bardziej zaawansowani i zdolni od innych i często ci się nudzą, a mogliby już uczyć się czegoś więcej, gdyby odłączyć od nich tych słabych. Chyba dlatego tatko jest taki sfrustrowany na zajęciach. W weekendy zawsze zabiera mnie do sklepu i do warzelni i tam mi pokazuje różne fajne eliksiry. Mało w sumie przydatne, ale fajne. Myślę, że gdyby na pierwszym roku pokazywał takie eliksiry, to uczniowie bardziej by je lubili, ale dyrcio się nie zgadza. Mówi, że nie ma funduszy i uczniowie i tak są zawaleni nauką i takie tam. Nie wiem dokładnie.
– Chciałbym tyle wiedzieć o eliksirach co ty – odparł Harry.
– Mogę cię nauczyć, jak chcesz. Tylko nie wiem czy tata się zgodzi, bo on mi nie pozwala samej siedzieć w pracowni – wyznała. – Poproszę go, to może pozwoli, żebyś kiedyś z nami poszedł do warzelni na Pokątnej. Susan, moja przyjaciółka, czasami z nami chodzi.
– Na pewno się nie zgodzi i chyba musiałaby moja mama wyrazić zgodę – odrzekł zasmucony chłopiec.
– Moja mama coś wymyśli, tylko tatko musiałby się zgodzić, ale na niego też mam swoje sposoby – zaśmiała się cicho Eileen.
– A jakież to sposoby ma na mnie moja córka? – Posłałem jej krzywy uśmiech.
– Tata. – Dziewczynka spojrzała na mnie ze skruszoną miną. – Bo Harry chciałby się więcej nauczyć o eliksirach.
– Doprawdy, panie Potter? – Przeniosłem wzrok na ucznia. Solem trąciła mnie z całej siły łokciem w bok i robiąc wymowną minę, podeszła do szalejących z ozdobami bliźniaczek.
– Bardzo bym chciał wiedzieć o eliksirach tak dużo, jak Leen, proszę pana – wyznał chłopiec, nie odrywając wzroku od ciastka, nad którym pracował.
Westchnąłem w duchu i zastanawiałem się przez chwilę ile z wypowiedzi chłopaka było próbą przypodobania mi się, a ile w tym było szczerości.
– Jeśli dobrze opanujesz eliksiry, które przerabiamy na zajęciach i przekonasz mnie, że chcesz wiedzieć o eliksirach więcej, to pomyślę nad zgodą dla Leen na zaproszenie cię na nasze rodzinne warzenie w weekendy – odparłem z powagą, a oczy Harry'ego rozszerzyły się do niebezpiecznych rozmiarów, podobnie zresztą jak uśmiech Solem.
– Wszyscy gotowi do wieszania na choince? – Pani Snape przy pomocy zaklęcie ustawiła w rządku wszystkie ozdobione słodycze i skierowała je w stronę salonu. Dzieciaki z entuzjazmem pobiegły za ciastkami, a Harry pociągnięty przez Leen za rękę nie bardzo miał możliwość protestowania. Solem chwyciła jednego dość sporego, zielonego renifera i w drodze do pokoju wetknęła mi go do ust.
– Teraz będzie najlepsze – zakomunikowała Eileen i nieco odsunęła siostry od choinki. Wyciągnąłem kilka błyszczących fiolek z kuferka i po chwili wahania wręczyłem jedną Harry'emu.
– Po prostu rzuć ją w stronę drzewka, Solem dokończy dzieła – nakazałem i sam skierowałem w tamtą stronę trzy buteleczki. Potter stał przez chwilę, trawiąc moje słowa, ale ponaglany przez Leen w końcu wykonał polecenie i ze zdumienia otworzył usta. Z dłoni i różdżki mojej żony wystrzeliły złociste promienie i jeden po drugim uderzały w szklane fiolki, z których zamiast zielonkawego płynu zaczęła wydobywać się bursztynowa para i osiadając na gałązkach, tworzyła prześliczny, świecący łańcuch gwiazd oplatający całą choinkę.
– To jest piękne – wyszeptał oczarowany chłopiec.
– Zdaje mi się, panie Potter, że razem z moją córką macie jeszcze karę do odrobienia – zwróciłem się do niego groźnym tonem. Harry popatrzył na mnie zaskoczony, próbując przypomnieć sobie, jaką karę miałem na myśli. – Bałwan – mruknąłem dość głośno i z całej siły próbowałem się nie roześmiać. Solem już otwierała usta, by zaprotestować, ale powstrzymała się i jedynie zmarszczyła czoło, widząc biegnące w stronę ogrodu dziewczynki. – Chyba umiesz ulepić bałwana, Potter? – Spojrzałem na wciąż stojącego w salonie chłopca.
– Nie wiem, proszę pana – wyznał zawstydzony dzieciak.
– Masz zimową szatę, Harry? – Solem spytała z uśmiechem.
– W dormitorium, proszę pani – odpowiedział smutnym głosem.
– W takim razie pożyczymy ci jedną z tych Leen – zaśmiała się i ruszyła w stronę pokoju córki. Szybko powiększyła jedną z zimowych peleryn, rzuciła dodatkowe zaklęcia ocieplające i podała Harry'emu. – Poczekaj – zatrzymała go, gdy kierowany moim gestem ruszył ku wyjściu na ogródek. – Buty ci przemokną. – Zerknęła w dół i bez zbędnych słów naprawiła dziury i rzuciła kilka zaklęć. Chciała swoim zwyczajem pogładzić dzieciaka po czuprynie, ale jakaś siła ponownie powstrzymała ją przed dotknięciem chłopca i jej ręka zamarła tuż nad jego głową. Posłała mi wymowne spojrzenie i rozłożyła bezradnie ramiona.
Reszta wieczoru minęła nam w całkiem miłej atmosferze. Starałem się, jak tylko mogłem być wyrozumiałym dla Pottera, a ten o dziwo dość szybko pojął, że większość sarkastycznych wypowiedzi to jedynie żarty. Niewiele mówił i nie robił niczego bez uprzedniego nakazu bądź prośby, ale i tak wydawało się, że z każdą minutą uśmiechał się coraz częściej i jego napięte mięśnie powoli zaczynały się rozluźniać. Przeraził się, gdy na wielkim zegarze wybiła dziesiąta i w pośpiechu zaczął żegnać się z nami i Eileen.
– Harry, spokojnie – zatrzymała go Solem.
– Przepraszam, proszę pani, jest już cisza nocna i powinienem być w łóżku – wyjaśnił powody swojego pośpiechu.
– Nie sądzę, by któryś z nauczycieli patrolował dzisiejszej nocy korytarze. – Udałem obojętność.
– Zostań jeszcze – poprosiła Eileen.
– Harry bez pośpiechu się pożegna, zabierze kilka ciastek, założy pelerynę, grzecznie wróci do dormitorium i położy się spać, a ty moja panno przebierzesz się w odświętną piżamkę i z pominięciem punktu drugiego, trzeciego i czwartego, zrobisz dokładnie to samo co Harry. – Solem posłała jej ironiczny uśmieszek.
– Ale mamo … – próbowała protestować.
– Żadne ale – przerwała jej i z uśmiechem odprowadziła chłopca pod drzwi.
– Pójdę za nim – szepnąłem jej do ucha. – Mam dziś dyżur, ale lepiej, żeby go nikt nie zobaczył. – Solem przytaknęła i ucałowała mnie w policzek. Położyła obydwie dłonie na ramionach córki i skierowała ją do łazienki.
.: :.
Solem
– Profesorze? – Podeszłam do siedzącego w altance swojego mentora.
– Przypomnij mi, Stanley, po co mnie tu zaprosiliście? – Davis spojrzał na mnie z ironicznym uśmieszkiem. – Hogwart – prychnął pod nosem.
– Co roku to samo – jęknęłam. – Bo bardzo pana lubimy.
– Gadaj czego chcesz i jak nie masz przy sobie tego czerwonego ciasta to zmiataj stąd – mruknął, nadal się krzywiąc.
– Dam panu na wynos – zapewniłam. – Zna pan jakieś zaklęcia blokujące przed dotykiem konkretnej osoby?
– Wyjaśnij mi dokładnie co masz na myśli, nie chce mi się zgadywać – odburknął. – Objadłem się – dodał, wypinając brzuch. – Czasem mi się zdaje, że z gotowania jesteś lepsza niż z zaklęć.
– Nie mogę dotknąć Harry'ego – odparłam z frustracją.
– Co znaczy; nie możesz? – zdziwił się. – Wyglądał na dość mocno dotykanego. Jak tylko spojrzałem w jego kierunku widziałem na nim łapska tego obdartusa z nieumytymi włosami.
– Nie mogę – jęknęłam. – Severus go dotyka i wszyscy inni też, a ja nawet nie mogłam mu złożyć porządnych życzeń. Coś mnie od niego odpycha. Czuję jakąś barierę, ale nie mogę jej przebić. – Davis spojrzał na mnie z uwagą. Milczał przez chwilę i najwyraźniej nad czymś się głęboko zastanawiał, po czym rzucił na altankę kilka zaklęć wyciszających. Chwycił mnie za ręce i podwinął rękawy mojej szaty.
– Gdzie masz ten tandetny łańcuszek? – Spojrzał na mnie z powagą.
– Schowany …
– Jesteś kretynką – warknął poirytowany. – Załóż go i sprowokuj chłopaka do wyjścia z tobą, żebyście byli sami w pomieszczeniu. Spróbuj go dotknąć, ale tak żeby twój łańcuszek nadział się na tę barierę jeszcze przed twoją dłonią. Rozumiesz? – Przytaknęłam i głośno przełknęłam ślinę.
– Myśli pan, że Harry …
– Posłuchaj mnie dziewczyno. – Starszy czarodziej chwycił mnie mocno za ramiona. – Jeśli okaże się, że to twój dzieciak, trzymaj gębę na kłódkę. Żadnych łzawych scen, żadnego rzucania się na szyję i zapewniania o miłości. Jeśli to jego szukasz, masz wyjątkowego pecha.
– Ale … – próbowałam protestować.
– Żadnego ale, kobieto – przerwał mi. – Sprawdzisz jego nadgarstek tak spokojnie i niepozornie jak tylko potrafisz. Nic więcej nie zrobisz. Mężowi i rodzicom powiesz dopiero, jak jutro dotrzecie do domku w Szkocji. – Z trudem powstrzymywałam łzy. – Solem – Davis chyba po raz pierwszy wypowiedział moje imię. – Jeśli to jest twój dzieciak … – Mocniej ścisnął moje ramiona i zmusił, bym na niego spojrzała. – To Harry Potter – warknął ostrzegawczo. – To pieprzony dzieciak z blizną, a twój mąż jest jednym z tych, którzy powinni potulnie doprowadzić go przed oblicze Sama-Wiesz-Kogo – wyjaśnił swój tok rozumowania. – Ktoś zadał sobie bardzo dużo trudu, by go wam odebrać i jeszcze więcej, by zrobić z niego Chłopca-Który-Przeżył. Rozumiesz, co chcę ci powiedzieć? – Lekko przytaknęłam i po chwili łzy potoczyły się spod moich powiek. – Chodź tu dzieciaku. – Stary czarodziej pociągnął mnie i mocno do siebie przytulił. – Pomogę ci. Obiecuję, że odzyskasz syna, ale musisz mi zaufać. Razem zastanowimy się dlaczego wasza droga przyjaciółeczka trzymała nad nim pieczę i dlaczego go wam odebrała. Widziałem ją i nie sądzę, żeby ona była odpowiedzialna za całą tę akcję. Nie jest na tyle silna, by rzucić zaklęcie zniszczenia, ani ona, ani ten jej śmieszny wilczek, ale dowiemy się wszystkiego. Obiecuję. Tylko zachowaj spokój. Bądź rozsądna, Solem. Piśniesz słowo nie w tym kierunku co trzeba, a twoja rodzina będzie w dużym niebezpieczeństwie.
– Dlaczego? – spytałam cicho. – Dlaczego pan nam pomaga, profesorze?
– Z wielu powodów – westchnął. – Przez blisko sto lat, przez mój gabinet przewinęły się dziesiątki uczniów, jedni mniej zdolni, inni podobni do ciebie, ale ty pierwsza chciałaś się uczyć naprawdę. Zaufałaś mi na zajęciach bezgranicznie i tak samo ufasz mi po dziś dzień. – Przytaknęłam z lekkim uśmiechem. – Przypominasz mi moją siostrę – dodał po chwili szeptem. – Zmarła po tym, jak Grindelwald zabił jej męża i dzieci. Nigdy nie miałem innej rodziny poza nią i … wami. I … nieważne. Idź już.
– To największy komplement, dziękuję. – Bez większego namysłu ucałowałam mężczyznę w policzek.
– Fuj – mruknął i ostentacyjnie wytarł się rękawem. – Stanley – złapał mnie za rękę, gdy wchodziłam do domu – tylko spokojnie. – Przytaknęłam i odetchnęłam głęboko, a po chwili przywdziałam na twarz maskę rozanielonej świętami gospodyni.
Nie łatwo było wyciągnąć Harry'ego z objęć Syriusza, ale chłopiec zdawał się poczuć ulgę, gdy poprosiłam go o pomoc w przygotowaniu deseru. Ciężko mi było ukryć zdenerwowanie i z trudem opanowałam drżenie rąk. Spojrzałam chłopcu głęboko w oczy i z uśmiechem położyłam dłoń na jego ramieniu. Gdy tylko jego tęczówki spotkały się z moimi, już wiedziałam. Nie musiałam go dotykać, nie musiałam mieć na sobie łańcuszka z gwiazdkami, nie musiałam rzucać żadnych czarów. Wiedziałam i przeczuwałam, że Severus też to wie.
Jedna z maleńkich gwiazdek zdobiących cieniutki łańcuszek zapięty na moim nadgarstku, przebiła niewidoczną powłokę, jaka oddzielała mnie od chłopca i z drżącym oddechem mocno zacisnęłam dłoń na jego barku. Przymknęłam na chwilę powieki, gdy ciepło magii syna zaczęło rozchodzić się po moich żyłach i płynąc razem z krwią, docierało do najdalszych zakątków ciała i duszy. Serce zabiło mi mocniej, a w żołądku poczułam miliony skrzydlatych owadów. Nie mogłam się teraz rozpłakać i zmusiłam usta do szerokiego uśmiechu, gdy na lewym nadgarstku chłopca zamigotała gwiezdna bransoletka.
– Czy coś się stało, pani Snape? – spytał niepewnie, gdy nie odzywałam się przez dłuższą chwilę, tylko wpatrywałam w niego z uśmiechem.
– Och, przepraszam, Harry – zaśmiałam się. – Wszystko w porządku. Zamyśliłam się. Syriusz bardzo ci daje w kość? – spytałam z niewinną miną, podając mu tort z lodówki.
– Jest dla mnie bardzo dobry, proszę pani, tylko … – zawahał się. – On … – Spojrzałam na niego z uwagą i lekkim uśmiechem dałam mu znać, że mógł mi zaufać. – Czasami mówi do mnie James – wyznał cicho. Jęknęłam w duchu nad bezmyślnością Syriusza. Harry przez całe swoje życie dość dotkliwie odczuł, jak bardzo niekochany i niechciany był, a teraz człowiek, który jako pierwszy starał się zapewnić mu bezpieczeństwo i miłość, przypomina mu na każdym kroku, że był przy nim tylko i wyłącznie dlatego, że jest synem jego przyjaciela. Mój syn, mój malutki Teo stał teraz przede mną i tak bardzo chciałam go do siebie przytulić. Tak bardzo za nim tęskniłam, a nie mogłam go nawet nazwać po imieniu. Przestało mnie obchodzić kto go zabrał, nie interesowało mnie dlaczego i nawet nie szukałam w głowie sposobów na zemstę. Jedyną rzeczą, jakiej teraz pragnęłam, to przytulić chłopca z całej siły. Zapewnić go o tęsknocie i miłości, obiecać, że już nic złego go nie spotka i postarać się z całych sił, by był szczęśliwy. Nie mogłam zrobić żadnej z tych rzeczy. Nie mogłam mu powiedzieć, że będzie wszystko dobrze, że już nie będzie musiał cierpieć, bo nie miałam pojęcia, jak mam tego dokonać. Wiedziałam, że zrobię wszystko, by Harry był bezpieczny, by go odzyskać, ale Davis miał rację, musiałam być bardzo ostrożna.
– Lubisz tort marcepanowy? – spytałam z uśmiechem, podając mu tacę.
– Bardzo, proszę pani, ale ja nie wiem czy dam radę – wyznał ze skruszoną miną.
– Dlaczego? – Spojrzałam na niego nieco zawiedziona. Odmówienie sobie kawałka czegoś co smakuje marcepanem uznawałam za coś niebywałego.
– Pani Eileen uznała, że jestem bardzo chudy – wyszeptał, pochylając głowę, a ja głośno się roześmiałam.
– Cała mama – westchnęłam. – Ile pulpecików, kotlecików, kawałków pieczeni i pierożków w ciebie wcisnęła?
– Tonę – wyznał, a na jego policzki wstąpił rumieniec.
– Dam ci coś, ale nikomu ani słowa, dobrze? – spytałam konspiracyjnym szeptem, a Harry lekko przytaknął. Sięgnęłam do najwyższej szafki i wyciągnęłam z niej malutką fiolkę z czerwonym płynem. – To zrobi nieco miejsca w twoim żołądku. Wynalazek Severusa. Wbrew swojemu wyglądowi jest prawdziwym obżartuchem – zaśmiałam się i podałam chłopcu trzy krople na łyżeczce. Uśmiechnął się i przygryzając dolną, wargę spojrzał mi prosto w oczy.
– Pani Snape – odezwał się po chwili – bardzo chciałem podziękować. Nie tylko za prezenty, są wspaniałe, ale nawet gdyby nie to, to nadal byłyby to moje najwspanialsze święta. Wiem, że to był pani pomysł i bardzo pani dziękuję.
– Nie masz za co dziękować – odparłam, gładząc go delikatnie po włosach. – Bardzo miło nam jest ciebie gościć i pamiętaj, że możesz do nas przyjść zawsze kiedy masz chęć. Jeśli będziesz miał jakiś problem albo po prostu będziesz szukał towarzystwa, chcę żebyś wiedział, że możesz na nas liczyć. Jestem pewna, że Severus podziela moje zdanie. – Zmarszczyłam czoło i nieco posmutniałam, gdy pod powiekami chłopca dostrzegłam łzy. Niewiele myśląc, zrobiłam krok w jego kierunku i mocno do siebie przytuliłam. Ulżyło mi, gdy Teo rozluźnił mięśnie i poddał się uściskowi z ufnością. Serce mi przyspieszyło, a uczucie euforii mieszało z wielką frustracją. Oderwałam się od niego i z uśmiechem pogładziłam po bladym policzku. Byłam zaskoczona, że dopiero teraz dostrzegłam, że chłopiec patrzy na mnie oczami mojego ojca.
Kolejny rozdział: „Radość żalem przeplatana"
