***
– Uciekajcie! – wrzasnęła Firestone. – Gadzina!
Dwa gibkie czterołape ciała wyprysnęły na zewnątrz przez rozwalone drzwi. Snape wyskoczył za nimi, zręcznie omijając Voldemorta tarzającego się po tarasie i próbującego wyplątać się z dwóch atakujących go zażarcie bestiołaków. Mistrz Eliksirów odskoczył na trawnik, jak mógł najdalej od skłębionych trzech ciał i podniósł do góry różdżkę Bellatrix, którą wciąż trzymał w ręce. Z różdżki wystrzelił strumień zielonych i różowych iskier i po chwili uformował się nad domkiem w Mroczny Znak.
– Do mnie! – ryknął Snape.
***
Harry ujrzał jak dwa olbrzymie zwierzęta wyskoczyły z domku. Wilk... nie, wilkołak! Oraz wielki ryś... Rzuciły się na niego i w tym momencie chłopak uświadomił sobie, że jednak nie jest Voldemortem. Był tylko uwięzionym w umyśle tego szalonego psychopaty obserwatorem jego myśli i działań. Riddle nic nie wiedział o obecności obcej świadomości w swoim mózgu!
Za wilkołakiem i rysiem wypadł na taras Severus Snape.
Chłopiec gorączkowo myślał jak pomóc Snape'owi i jego towarzyszom. Przypuszczał, że wilkołak to Lupin, a ryś to animag, ale nie zastanawiał się, kim są naprawdę ci dwaj – bał się tylko, że nie uda im się uciec. Spróbował spowolnić ruchy Voldemorta, ale nic to nie dało. Z równym powodzeniem mógłby próbować to zrobić z bohaterami oglądanego w kinie filmu. Niestety, to nie był film. Oglądał na żywo horror, jak z ukrytej kamery znajdującej się daleko od niego i nie mógł odejść, ani zamknąć oczu.
Wilkołak i ryś oderwały się od Riddle'a i skoczyły ku Mistrzowi Eliksirów, który padł na ziemię i przetoczył się po trawie unikając klątwy Voldemorta i jednocześnie ciskając w jego stronę strugą fioletowo–bordowego światła. Riddle odbił czar Snape'a i chybił kolejną klątwą, bo ryś podbił mu nogi. Wszyscy czterej poruszali się tak szybko, że przypominali rozmazane smugi. Harry z najwyższym trudem śledził oczami Voldemorta rozwój wypadków i odbierał jego emocje. Wściekłość Riddle'a rosła, bo Snape bardzo zwinnie uniknął kilku jego kolejnych klątw i odpowiadał własnymi. Jednocześnie wilkołak i ryś nie próżnowali i przeszkadzali mu straszliwie, szarpiąc szaty i ciało, a trafienie któregoś z nich okazało się jak dotąd niemożliwe. Ostatecznie zniecierpliwiony i oszalały z furii Voldemort nagle wzleciał wysoko w powietrze, gdzie ani ryś, ani wilkołak nie mogły go dosięgnąć. Harry z przerażeniem patrzył na Snape'a, który zamarł, z głową odchyloną do tyłu wpatrując się ze zgrozą w wiszącego nad nim Voldemorta. Z tryumfalnym warknięciem Riddle uniósł różdżkę i nagle cały świat zniknął... Chłopak uświadomił sobie, że Voldemort stracił na chwilę przytomność, bo coś uderzyło go w głowę. Ale utrata przytomności Riddle'a nie trwała dłużej niż sekundę. Mężczyzna spadł na ziemię i ogarnęły go płomienie. Przez ogień trawiący jego szatę ujrzał jak ryś i wilkołak chwycili zębami lewą dłoń Snape'a i wszyscy trzej zniknęli, jakby rozpłynęli się w powietrzu. Riddle poderwał się i zobaczył olbrzymiego czarnego psa, plującego ogniem z pyska. To ten pies wylądował mu na głowie i strącił na dół!
– Syriusz! – wrzasnął Harry radośnie. Już wiedział, że Voldemort go nie usłyszy.
Pies poderwał się i wskoczył do domku. Drzwi, dotychczas zwisające smętnie na jednym zawiasie opadły z hukiem na taras, a Riddle ugasił swoją szatę i wbiegł za psem do środka. Ściany i meble już płonęły. Zajęły się ogniem także ubrania trójki nieprzytomnych ludzi. Riddle przestał się spieszyć. Zgasił płonące szaty Lestrange'ów i wylewitował ich na trawnik. Po czym jednym niedbałym machnięciem różdżki odesłał ich do Little Hangleton. Stanął i spojrzał na wyczarowany przez Snape'a Mroczny Znak. Harry ryknął śmiechem. Stwierdził, że Snape jest nie tylko niezwykle złośliwy, ale ma wyjątkowo przewrotne poczucie humoru.
Riddle ordynarnie zaklął i deportował się. Harry postanowił, że jeszcze z nim zostanie... W nim.
***
Severus Snape, Ryś i Wilk zniknęli porwani przez świstoklik, unosząc pod powiekami obraz Voldemorta powalonego na ziemię przez czarnego jak wcielenie mroku, olbrzymiego psa o płonących, jasnych oczach.
***
Domek Lestrange'ów trawił gwałtowny ogień.
A nad zgliszczami, wysoko na niebie, unosił się spostponowany Mroczny Znak: nieruchomy, okaleczony wąż pozbawiony łba i rozłupana czaszka bez lewego oczodołu, porastająca wściekle różowymi kwiatuszkami. I coraz głośniej rozbrzmiewał szyderczy śmiech Severusa Snape'a.
***
Spazmatyczny krzyk mężczyzny obudził śpiącą obok niego kobietę. Uniosła się na łokciu i spojrzała w twarz kochanka. Jego ogromne, czarne oczy były pełne lęku. Chwycił ją kurczowo za ramiona i ukrył twarz w jej włosach. Cały dygotał.
– Doris – szepnął. – Boję się... Ten sen wraca co noc...
– Znów Czarny Pies? – spytała cicho kobieta.
– Tak... – jęknął mężczyzna.
Doris Purkiss była zawsze osobą niezwykle praktyczną i trzymającą się mocno ziemi. I dlatego tym bardziej wszystkich, którzy ją znali, zdumiewało, że związała się z muzykiem – i to jakim! Stubby Boardman, wokalista zespołu Hobgobliny! Syn artystki – cyganichy, która włóczyła się po całym świecie, bo – jak tłumaczyła – „szukała inspiracji" dla swoich artystycznych poczynań... Matka Stubby'ego była niezłą tancerką i ładnie śpiewała, ale jej talenty artystyczne nie były niestety zbyt duże, więc nie mogła liczyć na wielką karierę. Mniejszej zresztą też nie zrobiła. Ciągała ze sobą wszędzie syna, chociaż jego babka, matka panny Boardman, próbowała przejąć nad nim opiekę. Ale córka wymknęła się starszej pani i nie pozwoliła na to, co zresztą bardzo odpowiadało Stubby'emu. Nie musiał chodzić do szkoły, wędrował po świecie i świetnie się bawił. Od najmłodszych lat towarzyszył mamie na scenie, a potem okazało się, że jest utalentowany, co jego matkę wprawiło wręcz w ekstazę. Pierwszy zespół muzyczny założył mając dwanaście lat i odniósł duży sukces. A potem były „Hobgobliny"...
Tylko jedna sprawa położyła się cieniem na jego stosunki z matką. Nie chciała mu wyjawić, kto jest jego ojcem.
– Powiem ci, jak będziesz starszy – ucinała wszelkie pytania. Odpowiedzi nigdy nie dostał. Matka zmarła, gdy miał piętnaście lat, ale już wtedy był sławny i opiekę nad nim otrzymała babka. Ale... Ona też mu niczego nie powiedziała.
– Nie mam pojęcia. – Usłyszał z ust babki. A potem starsza pani wyjaśniła mu, że jego matka miała wielu partnerów i mogła sama nie wiedzieć, kto go spłodził. Oczywiście, można byłoby zrobić magiczny test, ale pewnie ona tego nie chciała. Tak było wygodniej... Dla niej. Pragnęła być wolna i żyć bez zobowiązań! Madelene Boardman w niczym nie przypominała swojej córki. Była sztywna, wyniosła i zawsze miała na sobie najmodniejszą szatę. Stubby, gdy poznał bliżej swoją babkę, zaczął rozumieć, dlaczego jego matka uciekła z domu. On miał taki sam charakter. Też nade wszystko cenił wolność. I dlatego nie ożenił się z Doris. A mimo to, byli razem od tak wielu lat. Doris stworzyła mu bezpieczny dom i nigdy niczego nie komentowała. Ich syn skończył Amerykańską Akademię Harward, ożenił się i osiadł w Kanadzie. Odziedziczył charakter po matce i nie miał żadnych zdolności muzycznych. Może to i lepiej?
A teraz Stubby dziękował wszystkim mocom niebiańskim i piekielnym, że obok niego jest kochająca, silna kobieta. Gdyby nie Doris, to pewnie już by nie żył. Od czasu powrotu Tego – Którego – Imienia – Nie – Wolno – Wymawiać, Stubby'ego męczyły koszmarne sny. Atakowali go mężczyźni w czarnych szatach i białych maskach osłaniających ich twarze. Bronił się, ale okrążali go ciasnym kręgiem i pętali zaklęciem antyteleportacyjnym tak, że nie mógł uciec. Gdy już żegnał się z życiem, nagle jego prześladowcy zamieniali się w płonące pochodnie i znikali z przeraźliwym wrzaskiem, a przed nim pojawiał się wielki ponurak o gorejących bladych oczach.
Stubby zawsze budził się w tym momencie zlany zimnym potem. Kiedy sen wciąż się powtarzał, przypomniał sobie dziwne zdarzenie sprzed wielu lat.
Mały chłopiec. Rudy jak marchewka, z potwornymi, pustymi oczami. Ileż to lat temu było? Dwadzieścia? Mniej? A może więcej? Chłopak mówił głuchym głosem, trzymając Stubby'ego kurczowo za rękaw.
„Wielki czarny pies cię ochroni. Twoi wrogowie znikną trawieni ogniem. Kochaj czarnego psa!"
Przerażona twarz rudego mężczyzny. Chwycił chłopca na ręce, rzucił w stronę Boardmana dwa słowa: „Przepraszam pana!" – i uciekł, trzymając dzieciaka w ramionach.
***
Trzej mężczyźni siedzieli w fotelach i patrzyli na siebie niepewnie. W czarnych, błękitnych i bursztynowych oczach jednakowo odbijało się zdumienie i niedowierzanie. Żaden z nich nie wymówił imienia mężczyzny, o którym wszyscy trzej teraz myśleli. I to niewypowiedziane imię zawisło między nimi.
– To nie był duch! – przerwał ciszę Remus Lupin.
– Z całą pewnością nie – zabrzmiał melodyjny głos Firestone. Wszyscy trzej odwrócili się gwałtownie i spojrzeli w stronę kanapy, na której siedziała. Kobieta nie powiedziała nic więcej, tylko potrząsnęła głową. Jej ektoplazma lśniła, rozjaśniona migocącymi iskierkami.
– Był zbyt... materialny – stwierdził rzeczowym tonem Olaf Goldstone.
– Uratował ci życie, Severusie – szepnął Lupin.
– Zauważyłem – sarknął Snape.
– To nie był duch, ale żywa istota także nie – powiedziała Firestone z namysłem.
– Zatem CO to było?! – warknął gniewnie Mistrz Eliksirów.
– Spróbuję się dowiedzieć – obiecała kobieta. Uniosła się w powietrze i z wdziękiem podpłynęła do mężczyzn. – Bierzcie się do pracy, a ja poszukam informacji, czym mogło być TO COŚ. Bez względu jednak na to, co TO jest, nie ulega wątpliwości, że jest nam przyjazne. Odebrałam emanację gorących uczuć. Ogromnej życzliwości do was, niepokoju o was, i zdecydowania bronienia was za wszelką cenę.
Uśmiechnęła się i zniknęła, ale trzej mężczyźni odnieśli wrażenie, że jej uśmiech jeszcze przez chwilę rozjaśniał pokój.
Snape niechętnie podniósł się z fotela.
– Podejdźcie tu – powiedział kwaśno. Wysunął zza koszuli medalion z klepsydrą. Olaf Goldstone i Remus Lupin pochylili głowy, aby ułatwić Mistrzowi Eliksirów oplątanie ich obu długim łańcuszkiem, na którym zawieszony był medalion.
***
– Idźcie... – wysyczał Voldemort, patrząc z pogardą na klęczących przed nim śmierciożerców. – Zdobądźcie wszelkie informacje!
Harry patrzył oczami Riddle'a, jak zamaskowani mężczyźni i kobiety po kolei znikają. Wreszcie został sam. Odwrócił się i poszedł przez łąkę w stronę dworu Riddle'ów w Little Hangleton. Chłopak słyszał myśli mężczyzny, który złośliwie rozkoszował się tym, że mieszka w domu swego ojca. Nagle stanął i Harry poczuł ogarniający Voldemorta lodowaty strach. Pomiędzy nim a drzwiami domu tkwił Potwór. Wielki, czarny pies z gorejącymi, bladymi ślepiami. Riddle cofnął się o krok i chwycił różdżkę, ale już nie zdążył jej użyć. Ciężki, kudłaty pocisk sypiący ognistymi iskrami uderzył go w pierś.
***
Harry zrozumiał wreszcie, że nie tarza się po trawniku w płonącej szacie, tylko leży we własnym łóżku w swoim dormitorium na szczycie wieży Gryffindoru. Usiadł i rozejrzał się. W jego oczach wciąż czaił się straszliwy lęk. Miny osób otaczających jego łóżko mówiły jasno, że wszyscy są okropnie przerażeni. Wpatrywali się w niego ze zgrozą.
Harry poderwał się z łóżka, podbiegł do okna tak szybko, że nikt nie zdążył go powstrzymać i szarpnął zasłonę. Przez witrażowe szybki przesączało się światło gwiazd i Księżyca. Chłopak odwrócił się gwałtownie.
– To niemożliwe! – wykrzyknął. – Przecież jest nów! Nie – bełkotał. – To nie mógł być Remus! Wielki kot... Tam był też kot... Animag. To na pewno był animag! – jęknął. Zatoczył się i byłby upadł; na szczęście Bill popisał się szybkim refleksem i go podtrzymał.
– Harry – powiedział łagodnie Dumbledore. – Uspokój się. Jesteś bezpieczny. Co to było? Kolejna wizja? – Dyrektor delikatnie dotknął ramienia chłopca.
– To pana zaklęcie nie działa! – wybuchnął Harry z rozpaczą. – Znów byłem w głowie Voldemorta!
– Ach, tak... – szepnął dyrektor, wyraźnie zaintrygowany. – A w jaki sposób byłeś z nim powiązany? Czy tak jak wcześniej, czułeś to co on?
Rzeczowe pytanie Dumbledore'a sprawiło, że chłopak zdołał się nieco opanować. Zmarszczył brwi, zastanawiając się nad odpowiedzią.
– Ja... czułem to co on, ale nie byłem NIM... – odpowiedział powoli, ważąc słowa. – Wcześniej to było tak, jakbym... znikał... i nie tylko czułem to co on, ale... nie było mnie, był tylko ON.
Harry spojrzał w oczy staremu człowiekowi.
– Czułem się wtedy opętany – westchnął ciężko. – A teraz to było tak, jakbym go tylko podglądał... Albo podsłuchiwał. No, taki ulepszony film. To tak trudno wytłumaczyć! – jęknął z rozpaczą.
– Spróbuj! – zachęcił go Dumbledore. – To bardzo ważne.
– Wiem. – Harry potarł skronie. – On mnie nie czuł, jestem tego pewien. A ja oglądałem jego oczami wszystko, co się dzieje, ale widziałem tylko to, co widział on. I słyszałem wszystkie jego myśli. Wiedziałem, co on czuje, ale ja nie czułem tego samego... No, tego naprawdę nie umiem wyjaśnić! – jęknął.
– Powiedziałeś coś o ulepszonym filmie – przypomniała Hermiona. Czarodzieje popatrzyli na siebie.
– Bo to tak właśnie wyglądało – wyjaśnił chłopak. – Tak, jakby on miał w oczach kamerę, ale ta kamera przekazywała nie tylko to, co on widział, ale także to, co czuł i co myślał. A ja nie miałem żadnego wpływu na jego ruchy i myśli. Tak, to było dokładnie tak! – zawołał z ulgą. Ucieszył się, że udało mu się sprecyzować swoje wrażenia.
– W takim razie, opowiedz nam co widziałeś – zaproponowała profesor McGonagall. – Wołałeś Syriusza, mówiłeś coś o różowym kolorze a teraz wspomniałeś o wilkołaku i animagu...
– Czy w twojej wizji był wilkołak? – spytała cicho Hermiona.
– T... tak – zająknął się chłopak. – Nie rozumiem tego – westchnął, patrząc na nią smutnym wzrokiem. Nagle poderwał się i przycisnął dłoń do czoła. – Muszę natychmiast porozmawiać ze Snape'em! – wykrzyknął.
– Z profesorem Snape'em, Harry – poprawił z naciskiem dyrektor.
Ale chłopak go nie słuchał zaabsorbowany swoimi myślami.
– Eliksir! – warknął do siebie. – To przecież oczywiste! Eliksir... – odwrócił się gwałtownie do Hermiony, a potem popatrzył na bliźniaków, mrużąc oczy. – To musiało być to. Zrobiliście eliksir... Muszę z nim natychmiast porozmawiać!
McGonagall i dyrektor popatrzyli na siebie z nagłym zrozumieniem, ale miny pozostałych wskazywały, że niczego nie pojmują.
– Harry... – Bill zaczął coś mówić, ale chłopak nie dał mu dokończyć.
– Niczego nie opowiem, zanim nie porozmawiam ze Sna... z profesorem Snape'em w cztery oczy! – oznajmił stanowczo.
***
Profesor Dumbledore wycofał głowę z kominka.
– Severusa nie ma w jego kwaterze. Jest tam tylko Zgredek. Sprząta. Co ciekawe, sypialnia pana Olafa Goldstone'a również jest pusta. Od powrotu z teatru nie pojawił się w swoim apartamencie... Zgredku! – zawołał.
Rozległ się niezbyt głośny trzask i na środku gabinetu pojawił się skrzat. Ukłonił się, nieomal zamiatając podłogę nosem.
– Zgredek przybył na pański rozkaz, dyrektorze, sir! – zapiszczał z entuzjazmem.
– Zgredku, czy wiesz, gdzie jest profesor Snape? – spytał Dumbledore.
– Tak, dyrektorze, sir! Profesor Snape powiedział Zgredkowi, że może u niego posprzątać w kwaterze, bo profesor będzie całą noc zajęty! Jest w laboratorium, z profesorem Lupinem i szanownym gościem, panem Goldstone, dyrektorze, sir!
– Dziękuję, Zgredku, możesz odejść – Dumbledore uśmiechnął się do skrzata. Zgredek radośnie wyszczerzył zęby, znów prawie zamiótł nosem dywan i zniknął z cichym pyknięciem.
– No, to wiemy, gdzie Snape jest i co robi, a przy okazji dowiedzieliśmy się też gdzie się podziewają Olaf Goldstone i Remus – podsumował kwaśno Kingsley Shacklebolt.
Dyrektor skinął na Harry'ego.
– Harry, idziemy tam – powiedział zdecydowanie. – Weź niewidkę. Poczekajcie tu – zarządził, patrząc na zebranych w pokoju wspólnym.
– Dobrze, poczekamy – obiecała profesor McGonagall w imieniu wszystkich. Reszta potwierdziła swą zgodę, kiwając głowami i rozsiadając się w fotelach, kanapach i pufach.
– Ta noc jest koszmarna – skomentował Charlie ponuro, ale Harry już tego nie usłyszał.
– Załóż pelerynę – mruknął Dumbledore, gdy stanęli na szczycie schodów prowadzących do lochów. Chłopak bez zwłoki spełnił polecenie. Spojrzał w miejsce, gdzie powinien był stać dyrektor i napotkał wzrokiem pustkę. Wzdrygnął się, gdy niewidzialna dłoń dotknęła jego ramienia.
– Ciii... – szepnął mu dyrektor do ucha. – Idziemy... Jak najciszej...
Harry podkradł się do drzwi laboratorium, czując na ramieniu uścisk dłoni Dumbledore'a. Ze zdumieniem stwierdził, że drzwi były lekko uchylone! Przez szparę sączyło się światło i słychać było szmer głosów.
– Lupin, nie zamknąłeś drzwi – usłyszał szorstki głos Snape'a.
– Rzeczywiście. Przepraszam, Severusie. – W odpowiedzi Remusa brzmiała nieudawana skrucha.
– Daj spokój, Sev – odezwał się pojednawczo Olaf Goldstone. – Wszyscy trzej mieliśmy ręce zajęte tymi pudłami, zresztą i tak już kończymy.
– Mniejsza o to – warknął Mistrz Eliksirów. – Teraz uwaga, najważniejszy etap operacji! Lupin, skup się maksymalnie, bo jak wpuścisz dwie krople zamiast jednej, to wszystko będzie do wyrzucenia, zrozumiałeś?!
– Oczywiście, będę uważać – w głosie Remusa słychać było napięcie.
Harry zbliżył oko do szpary. Trzej mężczyźni trzymając w rękach różdżki stali przy długim stole, na którym w trzech kociołkach coś bulgotało. Snape, Remus Lupin i Olaf Goldstone wyciągali lewe dłonie nad jednym z nich.
– Uwaga... – szept Snape'a zabrzmiał jak krzyk. – Raz... Dwa... I trzy!
Wszyscy trzej jednocześnie dotknęli różdżkami swoich środkowych palców i identycznym ruchem, jakby byli sterowani komputerowo, strząsnęli do kociołka po kropli krwi.
Napięcie wzrosło niemal namacalnie. Harry wstrzymał oddech. Remus zajrzał do kociołka i po chwili krzyknął radośnie.
– Severusie, jesteś genialny! Jest idealnie!
Olaf Goldstone i Mistrz Eliksirów pochylili się nad kociołkiem i zgodnie pokiwali głowami.
– Dziękuję za uznanie, Lupin, ale wstrzymaj się jeszcze trochę z okazywaniem entuzjazmu, bo dopiero jedna trzecia roboty za nami – sarknął Snape. – Niech cię Merlin strzeże, żeby ci teraz drgnęła ręka!
Ta uwaga Mistrza Eliksirów pozostała bez odpowiedzi. Trzej mężczyźni w milczeniu powtórzyli operację strząsania po kropli krwi do drugiego i trzeciego kociołka. Po kilku pełnych napięcia chwilach oczekiwania, wszyscy trzej pochylili głowy nad środkowym, a potem ostatnim eliksirem. Ciszę przerwał ogłuszający wrzask Norwega.
– Geniusz! – ryknął, gwałtownie waląc w plecy Snape'a. – Udało się!!!
Mistrz Eliksirów uściskał swego jasnowłosego przyjaciela.
– Dzięki, Olaf – powiedział uśmiechając się. – I tobie też, Lupin. Bez waszego udziału nic by z tego nie wyszło.
Z nieopisanym zdumieniem Harry przyglądał się scenie rozgrywającej się w laboratorium. Snape... śmiał się! Szczerze i głośno. Harry po raz pierwszy w życiu słyszał TAKI jego śmiech. Olaf Goldstone dawał wyraz swojej radości w pełnych entuzjazmu okrzykach. Remus Lupin też się śmiał, choć ciszej. W jego śmiechu pobrzmiewała ulga, a w oczach, gdy spoglądał na Snape'a miał głęboki podziw.
– Mieliśmy chyba szansę jedną na milion, że się uda – powiedział Mistrz Eliksirów z ogromną satysfakcją.
– Oj, myślę, że zbyt pesymistycznie to oceniłeś, Severusie – zaprotestował nieoczekiwanie Lupin. – Bo, wiesz... Ja miałem pewność, że nam się uda. Przecież to TY warzyłeś ten eliksir!
– Dobra, dosyć tych komplementów – przerwał mu energicznie Olaf Goldstone. – Sprzątamy! Może jeszcze złapiemy choć z godzinkę snu...
Niewidzialny Dumbledore odciągnął Harry'ego od drzwi laboratorium i ostrzegawczo ścisnął za ramię. Chłopak szybko się cofnął. Nie wiedział, co dyrektor chce zrobić, ale ufał mu. Profesor odrzucił osłonę niewidzialności i zdecydowanie wkroczył do sanktuarium Snape'a.
– Nie, nie złapiecie – powiedział, patrząc z uwagą na trzech zaskoczonych mężczyzn. – Severusie, Harry Potter chce z tobą porozmawiać w cztery oczy – oznajmił. – Czeka za drzwiami.
***
– Słucham, Potter. I będzie lepiej dla ciebie, żeby to, co masz do powiedzenia było istotnie warte uwagi, skoro nie dajesz ludziom spać. Jest trzecia w nocy! – sarknął Snape, łypiąc nieprzyjaźnie na chłopaka stojącego przed jego biurkiem.
– Miałem wizję. Widziałem oczami Voldemorta pana, rysia i wilkołaka. A z myśli Riddle'a wiem, co pan zrobił i co pan zamierza – powiedział Harry bez wstępu.
– Siadaj – warknął ochryple mężczyzna. – To istotnie warte uwagi. Dlaczego nie powiedziałeś tego dyrektorowi? – spytał szorstko, przewiercając chłopca wzrokiem.
– Bo nie byłem pewien, czy Voldemort nie próbuje na mnie jakichś sztuczek. Byłem uwięziony w jego głowie – odpowiedział Harry spokojnie.
W umyśle chłopaka nagle pojawił się obraz Syriusza, śmiejącego się na całe gardło. A potem uśmiechniętego Norwega. Śmiech Syriusza przypominał szczekanie psa... Gdy Olaf Goldstone się szeroko uśmiechnął, widać było jego kły wystające poza linię zębów... I Olaf Goldstone ruszał się jak kot... Animag.
Harry poderwał głowę. Już wiedział. Eliksir dla wilkołaka i animagia Norwega. Oczywiście!
Snape przyglądał mu się przenikliwie.
– Poczułem straszny ból w lewej ręce i zobaczyłem na przedramieniu Mroczny Znak przecięty krwawymi liniami. Wyglądało to tak, jakby ktoś wyciął z czaszki fragment kości z lewym oczodołem. I odciął głowę węża. A w następnej chwili uświadomiłem sobie, że to Voldemort to czuje, a nie ja – opowiadał Harry. Mistrz Eliksirów słuchał uważnie, nie przerywając. – On od razu wiedział, że to sygnał ze znaku Belli... Eee... Bellatrix i aportował się przed domkiem Lestrange'ów. Z jego myśli wynikało, że pan chce odciąć części znaku i użyć do magicznego ataku na niego. Ale żeby Mroczny Znak rozkawałkować w ten sposób, trzeba było zastosować jakieś czarnomagiczne zaklęcie. Nie wiem jakie, on wiedział ale o nim nie pomyślał, więc nie dowiedziałem się, o co chodziło. Pan zna to zaklęcie, a on miał pewność, że to pan napadł na Lestrange'ów... Próbowałem coś zrobić, ale niestety, okazało się to niemożliwe. Byłem uwięziony w jego świadomości, ale nie mogłem w żaden sposób wpłynąć na bieg wypadków... I jeszcze jednego nie mogę zrozumieć. Do tego ataku potrzebny jest eliksir, ale trzeba go przygotowywać sześć godzin, a nie mógł pan go zrobić wcześniej, bo zasadniczym składnikiem jest fragment Mrocznego Znaku i musi być włożony do kociołka jako pierwszy!
– Skąd to wiesz? – spytał szorstko mężczyzna. – Gadzina o tym myślał?
– Tak... I sądzi, że ma jeszcze trochę czasu, żeby się przygotować na pana atak, ale się myli, bo pan ten eliksir właśnie zrobił... Prawda? Tylko jak? – Pytanie chłopca zawisło w powietrzu. Snape przyglądał mu się szeroko otwartymi oczami. Wreszcie powoli skinął głową.
– Owszem – potwierdził. – Właśnie zrobiłem i zaraz go zaatakuję.
– Jak? – szepnął Harry.
– Powiem ci, ale pod pewnym warunkiem – oznajmił sucho Snape. – O wszystkim opowiesz dyrektorowi. I tylko jemu, rozumiesz?! NIKOMU! Poza Dumbledore'em. Jasne?
Harry niepewnie oblizał wargi. – Tak. Obiecuję – wykrztusił. – Nikomu poza profesorem Dumbledore'em tego nie powtórzę.
Snape zdjął z szyi łańcuszek z okrągłym medalionem. Wewnątrz kolistego wisiorka widniała purpurowa klepsydra.
– Nie wątpię, że wiesz, co to jest. – Mężczyzna uśmiechnął się szyderczo, na widok miny chłopca.
***
– Wiem, co chcesz zrobić, Severusie – oznajmił cicho Dumbledore, patrząc poważnie w czarne oczy. – I mogę powiedzieć ci tylko jedno... Powodzenia!
Odwrócił się i wyszedł, zdecydowanie popychając Harry'ego do drzwi. Zanim je zamknął, obejrzał się jeszcze przez ramię.
– Jak tu skończycie, Severusie, to obaj porozmawiamy z Harrym. Czekamy na ciebie w moim gabinecie.
W laboratorium zostało trzech zszokowanych mężczyzn.
***
– Wszystko rozumiem, Harry – dyrektor ciężko westchnął. Chłopak przed chwilą skończył relację o tym, co zobaczył oczami Voldemorta przy domku Lestrange'ów i zrelacjonował rozmowę ze Snape'em. Przed dalszymi wyjaśnieniami Dumbledore go powstrzymał, mówiąc, że profesor Snape też powinien to wszystko usłyszeć.
– Jak pan myśli, czy profesorowi uda się atak na Voldemorta? – spytał Harry, nie mogąc już wytrzymać napięcia oczekiwania.
– Jestem pewien że tak – odpowiedział spokojnie Dumbledore. – Nie zamierzałem go powstrzymywać, bo i tak by to zrobił, z moim pozwoleniem, czy bez niego. I profesor Snape nie jest sam. Towarzyszą mu brat krwi i lojalny wilkołak. Domyślałem się, jakie miał zamiary oraz dlaczego nie dał sobie zetrzeć Mrocznego Znaku...
– To przecież strasznie ryzykowne! – wybuchnął Harry.
Dyrektor dziwnie się uśmiechnął.
– Gryfona trudno powstrzymać, Harry. I nie warto... – zakończył cicho. Harry przypomniał sobie, do czego Snape się przyznał – że Tiara chciała go przydzielić do Gryffindoru. Chłopak pomyślał, że Nietoperz jest nieprawdopodobnie odważny. On przecież nie musiał tego robić!
W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi.
– Proszę! – zawołał dyrektor. – Wejdź, Severusie.
Harry nie musiał o nic pytać. Zadowolona mina i złośliwy uśmieszek Snape'a mówił wszystko.
– Lupin i Olaf poszli do Wieży Gryffindoru uspokoić towarzystwo – oznajmił spokojnie Snape.
– Dobrze, że o tym pomyślałeś, Severusie – powiedział Dumbledore przyjaźnie. – Zaprosiłem cię, bo uważam, że powinieneś wysłuchać opowieści Harry'ego o tym, co się działo po twojej ucieczce. Wiele rzeczy jest tu bardzo niejasnych...
– To prawda – mruknął Mistrz Eliksirów.
Dyrektor wskazał mu fotel.
– Mów, Harry – zachęcił chłopca gestem do kontynuowania opowieści. Więc Harry opowiedział. O tym, jak czarny pies spadł Voldemortowi na głowę i strącił go na ziemię, ratując życie Snape'a.
– Widziałem go – przerwał Mistrz Eliksirów. – Zastanawiam się co to było...
– O tym potem – powiedział pospiesznie Dumbledore. – Co zrobił Tom? – odwrócił się do Harry'ego.
– Zgasił swoją szatę i wbiegł do domku, który już się zaczynał palić. Wyciągnął na zewnątrz Lestrange'ów i odesłał ich do Little Hangleton, do Dworu Riddle'ów. Wiem, bo pomyślał zaklęcie odsyłające... Dlaczego nie bezpośrednio z domku? – zastanowił się nagle.
Snape złośliwie zachichotał.
– Bo sam nałożył na kryjówki śmierciożerców bardzo silne zaklęcia antyteleportacyjne – wyjaśnił. – Musiałby je zdjąć, a to wymaga czasu. Niewiele, ale jednak. Szybciej było wyciągnąć ich na trawnik przed domkiem.
– No, tak... – mruknął Harry. – Nie pomyślałem o tym. Spojrzał na Mroczny Znak, który pan wyczarował, – zwrócił się do Snape'a – i bardzo ordynarnie zaklął, ale nie próbował tego znaku usunąć, bo nie wiedział jak. On pomyślał, że nie ma pojęcia jak to zrobić, a nie chciał tracić czasu na próby... A na widok rozłupanej czaszki porastającej różowymi kwiatuszkami dostał wręcz furii! Aportował się do swego domu, a tam medyk już się zajmował Lestrange'ami. Voldemort zażądał, żeby dał mu maść na oparzenia, a potem zaczął rzucać Crucio na trójkę Lestrange'ów i wrzeszczał, że są do niczego, bo pan, – spojrzał na Snape'a, który nie krył uśmieszku satysfakcji – okazał się od nich lepszy...
Harry urwał, bo Dumbledore zaczął się strasznie śmiać.
– Severusie... – wykrztusił wreszcie dyrektor. – Powinieneś dostać Order Merlina za poczucie humoru!
– Dziękuję, że mnie pan WRESZCIE docenił – wycedził Snape przewracając oczami.
– Zawsze cię doceniałem – dyrektor złapał oddech i przestał się śmiać. – Wyobrażam sobie, jak to Toma rozzłościło – powiedział. – Co było potem?
– Voldemort uspokoił się trochę i powiedział, że muszą omówić zaistniałą sytuację – kontynuował swoją opowieść Harry.
– A gdzie się to wszystko odbywało? – spytał Dumbledore.
– Myślę, że w piwnicy Dworu Riddle'ów, bo ściany były z kamienia, a sufit taki jak u nas w Hogwarcie na korytarzach... – odpowiedział Harry ponuro.
– Łukowato sklepiony – mruknął Snape do siebie.
Chłopak skinął niecierpliwie głową.
– Gęsty, szaroczarny dym przesiąkał przez ściany i po chwili uformował się w olbrzymią sowę – opowiadał dalej. – Widmowy ptak bezgłośnie machał skrzydłami. Zatoczył koło pod tym łukowato sklepionym sufitem i zawisł na chwilę w powietrzu nad Voldemortem. Na głowę Riddle'a spadła czerwona koperta. A potem jakiś męski głos z dziwnym akcentem zawył: „Nie wrócą! Nie czekaj! Nie żyją!" Powtórzył to kilka razy, a po chwili list wybuchnął płomieniem i zniknął. Sowa rozpłynęła się w szary dym, a u stóp Voldemorta upadła z brzękiem szklana płytka. On ją chwycił i natychmiast odrzucił od siebie z furią. W tafli szkła był zatopiony kawałek ludzkiej skóry z mrocznym znakiem...
Harry umilkł.
Snape zagryzł wargi i przez chwilę sprawiał takie wrażenie, jakby chciał chłopaka jeszcze o coś zapytać, ale po namyśle zrezygnował. Dumbledore natomiast wyraźnie nie skończył indagacji.
– Kto ze śmierciożerców był świadkiem przybycia tego niezwykłego posłańca? – spytał.
– Bellatrix, jej mąż i jego brat, Glizdogon i Greyback – wyliczał Harry. – Byli tam jeszcze trzej, których widziałem po raz pierwszy i nie wiem, jak się nazywają. Jeden z nich to ten magomedyk, który leczył oparzenia i rany Voldemorta i Lestrange'ów.
– Jak zareagowali? – chciał wiedzieć dyrektor.
– Byli przerażeni. On czuł ich strach i drażniło go to straszliwie. Rozkazał im wyjść na łąkę za dworem. Tam jest taki dość duży obszar osłonięty krzakami od strony wsi... Zresztą Voldemort założył dookoła magiczne zabezpieczenia, więc nikt niepowołany tam by się nie dostał – odpowiedział Harry zmęczonym głosem.
Snape rzucił mu ostre spojrzenie.
– Skąd wiesz o tych zabezpieczeniach? – warknął.
– Z myśli Voldemorta – chłopak spojrzał na niego wyzywająco.
– Aha... – mruknął mężczyzna. – Czy naprawdę jesteś pewien, że on nic nie wiedział o twojej obecności w jego... hmm... świadomości? To zaklęcie, które na ciebie nałożyliśmy powinno blokować jego, ale jak widać, w drugą stronę nie działa...
– Zaraz! To co to znaczy?! – jęknął Harry.
– To znaczy, Harry, że nie przewidzieliśmy tak szybkiego rozwoju twoich umiejętności w posługiwaniu się legilimencją – wyjaśnił dyrektor bez owijania w bawełnę. – Zablokowaliśmy Voldemortowi możliwość wdarcia się w twój umysł, ale jak widać z tego, co się dzisiaj stało, ty swobodnie możesz odwiedzać... że się tak wyrażę... umysł Toma.
– Ale ja wcale tego nie chciałem! I czułem się uwięziony w jego głowie! – zapewnił gorąco chłopak. – Poza tym, nie sądzę, żeby on zamierzał mi pokazać swój strach albo to, że najwyraźniej nie panuje nad sytuacją!
– No, chyba, że to jest jakaś jego głębsza intryga – zakpił Snape. – I on chce, żebyś uwierzył w jego słabość...
– Severusie, przestań – powiedział cicho Dumbledore. – Wiesz równie dobrze, jak ja i Harry, że na coś podobnego Tom by się nigdy nie zdobył.
– Jasne, jego pycha jest tak wielka, że nie zrobiłby tego – potwierdził Mistrz Eliksirów. – Ale nie dokończyłeś relacji. Wypędził ich na tę łąkę i co?
– Użył Mrocznego Znaku Glizdogona i przywołał jeszcze kilkanaście osób... Nie rozumiem czemu nie dotknął swojego, widziałem, że też ma na lewym przedramieniu tą swoją ohydną czaszkę z wężem! I już nie było śladów po tych cięciach, które widziałem, jak pan zaatakował Bellatrix!
– Nie mam pojęcia, dlaczego – odpowiedział niecierpliwie Snape. – Jakiś powód pewnie miał, ale nie rozpraszaj się teraz na mało istotne drobiazgi, ważne jest, co Riddle powiedział śmierciożercom!
– Zażądał od nich zbierania informacji. Mówił o atakach smoków i chciał, żeby dowiedzieli się kto za tym stoi. Potem kazał Narcyzie Malfoy zabrać Lestrange'ów do Malfoy Manor, a Glizdogona odesłał z tym medykiem. Nie wiem, dokąd, tego nie powiedział, najwyraźniej nie musiał...
– Ja wiem, dokąd – mruknął Snape. – To nieważne. Mów dalej.
– I wtedy przed Voldemortem nagle aportował się wampir...
– Jörge? – upewnił się dyrektor.
– Tak – Harry skinął głową.
Mężczyźni wymienili spojrzenia.
– Aha... – szepnął do siebie dyrektor.
– Jörge pojawił się niespodziewanie i Voldemort się go najwyraźniej wcale nie spodziewał, bo wrzasnął: „Nie wzywałem cię!" – Harry kontynuował relację o swojej nocnej wizji.
– Uhm... I co na to Jörge? – spytał cicho Dumbledore.
– Wampir tylko wzruszył ramionami i roześmiał się. Wściekłość Voldemorta wcale go nie przestraszyła... Powiedział, że odchodzi i będzie działać teraz przeciwko Voldemortowi i jego bandzie. I jeszcze... – chłopak się zawahał. Popatrzył niepewnie na obu mężczyzn, Snape miał nieprzeniknioną minę, Dumbledore był wyraźnie poruszony.
– No i? Co jeszcze? – ponaglił dyrektor.
– Jörge znów się zaśmiał, jakoś tak... nieprzyjemnie, jakby z groźbą... i drwił! On... Wyjaśnił Voldemortowi, że przyszedł do niego tylko dlatego, że chciał na tym skorzystać, ale wytknął mu, że ponieważ nie dostał tego, czego potrzebował, więc odchodzi. „Zawsze byłem przy tobie głodny!" – tak powiedział...
– Jak Riddle na to zareagował? – zainteresował się Mistrz Eliksirów.
– Zaczął miotać zaklęcia, i nie tylko on, także wszyscy obecni na spotkaniu śmierciożercy, ale wampir tylko się śmiał urągliwie, a potem rozpłynął się w powietrzu. Tam gdzie stał, osypał się szybko znikający czarno–srebrny pył.
– Wściekł się... – Snape nie próbował nawet ukryć satysfakcji. Popatrzył z zadowoleniem na dyrektora i znów złośliwie się uśmiechnął. – To jeszcze nie wszystko, prawda? – odwrócił się do Harry'ego i przeszył go przenikliwym spojrzeniem.
– Nie... – szepnął chłopak. Przełknął ślinę i z trudem wydusił z siebie opowieść o ataku czarnego psa na Riddle'a. – Ostatnie, co pamiętam z tego snu – nie snu, to to, jak pies zniknął, a Voldemort tarzając się po trawniku próbował ugasić palącą się na nim szatę. To musiał być magiczny ogień...
– Z całą pewnością – potwierdził zdecydowanie Dumbledore.
– To był Syriusz! – wybuchnął Harry. – Wrócił!
– Nie wiem, dziecko. – Dyrektor ciężko westchnął. – Ale... Nie sugeruj się tym, że Toma zaatakował magiczny pies. To mógł być cielesny fantom. Oczywiście, natychmiast pojawia się pytanie, kto go stworzył...
Dumbledore nie powiedział nic więcej, gdyż Snape poderwał się w fotela jakby wyrzucony nagle rozwiniętą sprężyną.
– To niemożliwe, panie profesorze! – wykrzyknął.
– Dlaczego niemożliwe, Severusie? – spytał cicho stary mężczyzna, patrząc przenikliwie na Mistrza Eliksirów.
– To musiałby być ktoś, kto doskonale znał kun... Blacka! – Severus Snape był bardzo wzburzony. – Kto oprócz mnie i Lupina mógłby to zrobić?! Ale ja nie umiem tworzyć tak doskonałych fantomów, i jestem pewien, że Lupin też nie, nie mógłby mnie aż tak oszukać. Znam tylko jednego człowieka operującego po mistrzowsku taką magią i jest nim pan, panie dyrektorze!
– To nie moje dzieło – zaprzeczył Dumbledore z całkowitym spokojem. – Chyba mnie o to nie podejrzewasz?
– Nie, absolutnie nie! – odpowiedział Snape niecierpliwie. – Poza tym, gdyby to był rzeczywiście fantom, to musiałby nim sterować sam Black!
– I to mnie właśnie niepokoi i skłania do przypuszczeń, że jednak to nie był fantom, choć na to w pierwszej chwili wyglądało. Syriusz nie żyje. Niezaprzeczalnie. I nie był to jego duch...
– O, nie! – warknął Mistrz Eliksirów.
– Toteż właśnie... – mruknął ponuro dyrektor. – Nie może to być także działanie francuskiego Władcy Smoków.
– Możemy go nazywać Czarnym Rogogonem – zaproponował Snape. – Tak o nim mówią we Francji.
– Dobrze, zgoda. Z tego, co mówiłeś o Czarnym Rogogonie, wywnioskowałem, że jesteś na jego liście śmiertelnych wrogów – przypomniał Dumbledore. – Gdyby ten magiczny pies był od niego, raczej by cię nie bronił, prawda?
– A jeśli to Syriusz?! – wtrącił się gwałtownie Harry. – Wrócił zza zasłony, potężniejszy niż przedtem, z nowymi umiejętnościami i magią?
– To niemożliwe. Zza zasłony nikt nigdy nie wrócił... – szepnął stary człowiek.
***
Krzywołap biegł brzegiem jeziora, łowiąc w nozdrza doskonale mu znane zapachy. Postanowił tę noc spędzić poza zamkiem. Wiedział z nieomylnych oznak, że rano opuści to miejsce, razem z panią i jej przyjaciółmi. Jego pani spakowała kufer i dwie wielkie torby, a na wieku kufra położyła jego koszyk. Na pewno tu wrócą, nie wiedział jednak kiedy, więc postanowił wykorzystać ostatnie godziny spędzone w Hogwarcie na polowanie i włóczęgę po lesie. Dla niego ten las nie był Zakazany...
Kot przemknął wśród krzaków głogu. Przez chwilę wydawało mu się, że złowił nienawistny odór Nieszczura, na którego nie tak dawno polował razem ze swoim przyjacielem Niepsem. Ale zapach rozwiał się; to nie był jego wróg tylko zwykły szczur, który przebiegał tędy przed kilkoma godzinami. Krzywołap, gdy tylko to stwierdził, natychmiast przestał myśleć o Nieszczurze. W jego pamięci pojawił się obraz przyjaciela. Kot tęsknił za Niepsem. Lubił go. Wślizgnął się pomiędzy drzewa. Przypomniał sobie, że kiedyś biegali tutaj razem... Pociągnął nosem, bo nagle w jego nozdrzach pojawiła się znajoma woń. Rudzielec uniósł głowę. Niepies stał o dwa kroki od niego! Przekrzywił łeb i machał ogonem. Krzywołap podskoczył w górę jak piłka i przejmująco, radośnie zamiauczał.
Tej nocy rudy kot i wielki czarny pies polowali razem w świetle gwiazd. Jak kiedyś.
