N/A.: Ten rozdział zawiera pierwszy fragment tego opowiadania jaki kiedykolwiek powstał. Stanowi też swego rodzaju linię pomiędzy pierwszą, a drugą częścią opowiadania. Więc bez dalszego ociągania się…oto kolejny rozdział Zwierciadła Czasu.

Finflon: Co do zebrania to jego szczegóły już w następnym rozdziale. Remus i wilki…cóż, dość powiedzieć, że nie powiedziałam jeszcze wszystkiego na temat relacji człowiek – wilkołak. Z kapusiem poradzimy sobie już niedługo, obiecuję.

Xredds: Dzięki wielkie. Długo się zastanawiałam jak to zrobić i cieszę się, że wilk się podobał. Szczerze powiedziawszy dużą rolę odegrał tu mój pies, owczarek niemiecki.


Rozdział 35

Z każdym dniem Harry stawał się coraz większy i coraz bardziej ruchliwy. Siedzieć umiał już od dawna, a ostatnio zaczął też raczkować i to w tempie tak zastraszającym, że czasem ledwo mogli go z Jamesem dogonić. Zdarzało się tak, że obracali się tylko na sekundę, a jego już nie było na dywanie gdzie wcześniej się bawił. Znajdowali go potem na przykład pod stołem i to tylko dlatego, że chichotał szaleńczo. Lily z niepokojem oczekiwała na dzień kiedy zacznie chodzić, bo wtedy nic już nie mogło go powstrzymać.

Teraz jednak był spokojny, głównie dlatego, że James zszedł do jego poziomu i bawił się z nim klockami na podłodze w salonie. Lily uwielbiała ich obserwować, gdy to robili. Mogła wtedy na moment zapomnieć o wszystkich okropnościach, które miały miejsce wszędzie dookoła. Te ulotne chwile gdy mogła udawać, że byli zupełnie normalną rodziną cieszącą się swoim towarzystwem lubiła najbardziej.

Pukanie do drzwi rozległo się niczym wystrzał armatni i zniszczyło tę rodzinną sielankę. James natychmiast przerwał zabawę i właściwie rzucił się na równe nogi równocześnie chwytając Harry'ego w ramiona. W jego dłoni nie wiadomo kiedy pojawiła się różdżka. Nie po raz pierwszy Lily poczuła ukłucie strachu.

-Weź go. – powiedział, podając jej dziecko. Machinalnie wzięła od niego chłopca i przytuliła go do siebie. Harry kwęknął cicho i poruszył się nerwowo, próbując wyrwać się z jej ramion, ale trzymała go mocno.

-Ćśś, kochanie. – mruknęła uspakajająco, obserwując jak jej mąż powoli zbliża się do drzwi. Serce waliło jej jak młotem.

-Kto tam? – zawołał James przez zamknięte drzwi. W prawej dłoni dzierżył różdżkę, lewą położył na klamce. Lily przycisnęła Harry'ego do piersi i pocałowała jego ciemne włoski.

-Albus Persiwal Wulfryk Brian Dumbledore. – rozległa się odpowiedź. Głos był znajomy, ale to o niczym nie świadczyło. Istniało tyle sposobów by oszukać ludzkie oczy i uszy…tyle by przyjąć czyjąś postać. James nie zawahał się ani na moment.

-Jaką karę wlepił pan mi i Syriuszowi za zaczarowanie pokoju nauczycielskiego w czwartej klasie? – spytał natychmiast. Świat (a z nim Lily) wstrzymał oddech w oczekiwaniu na to co powie nowoprzybyły. Harry zaprotestował głośniej niż poprzednio, wymachując nogami.

-Użyłem tego samego zaklęcia na waszym dormitorium.

Ze swojego miejsca Lily ujrzała jak ramiona Jamesa opadają lekko, a on oddycha z ulgą. W mgnieniu oka opuściło ją całe napięcie. Jej mąż opuścił różdżkę i odsunął się, pozwalając Dumbledore'owi wejść do domu.

Posadziła Harry'ego na dywanie, gdzie radośnie powrócił do swoich zabawek i wstała by wyjść na spotkanie gościowi.

-Dobry wieczór, dyrektorze. – powiedziała z uśmiechem. I dopiero wtedy dostrzegła tajemniczą zakapturzoną postać, która wsunęła się do domu tuż za starym czarodziejem. Na moment ogarnęły ją wątpliwości, ale natychmiast je odpędziła. To był przecież Dumbledore, nikt nie mógł znaleźć się tak blisko niego bez jego wiedzy, a to znaczyło, że przybysz wszedł do ich domu z polecenia dyrektora.

Katem oka dostrzegła, że James także zauważył niespodziewanego gościa, a jego palce nerwowo zacisnęły się na różdżce. Łagodnie ujęła jego dłoń i uścisnęła, dając mu znak, że powinien się uspokoić. Jeśli istniał na tym świecie ktoś godny ich zaufania to właśnie Dumbledore. James odprężył się, ale nie schował broni.

-Miło cię widzieć, Lily.– starzec uśmiechnął się na powitanie, a jego oczy zalśniły wesoło, acz tajemniczo. Wskazał na swojego towarzysza. -Obiecałem, że znajdę wam opiekę do dziecka i wystarałem się o najlepszą pod słońcem. Pozwól, moja droga.

Na jego skinienie zakapturzona postać porzuciła swoje miejsce pod ścianą i z wahaniem podeszła do zgromadzonych. A potem ujęła materiał obiema rękami i powoli, jakby nieśmiało ściągnęła kaptur.

Zdumionym oczom Lily ukazały się najpierw płomiennorude włosy o barwie identycznej jak jej własne, potem znajoma twarz, a na niej zielone oczy, za którymi tak bardzo tęskniła, a na koniec nieśmiały uśmiech młodej dziewczyny, którą od kilku miesięcy uważała za zmarłą.

-Cześć Lily. – szepnęła łamiącym się głosem Bryony, a w jej oczach zalśniły łzy. Lily zrobiło się słabo i przez chwilę myślała, że zaraz zemdleje. Gdzieś za nią James zaklął pod nosem, równie zdumiony jak ona.

-Bree? – wykrztusiła Lily, nie mogąc zmusić się do postąpienia choć kroku w stronę zmartwychwstałej siostry. – Bree? To naprawdę ty?

Bryony spuściła wzrok i przytaknęła nieśmiało, speszona. Z lękiem, że siostra zniknie, gdy tylko jej dotknie pani Potter wyciągnęła do niej ręce i ujęła w dłonie ukochaną twarz. Prawie się popłakała, kiedy zamiast powietrza poczuła pod palcami ciepłą skórę młodszej dziewczyny.

-Bree! – imię siostry wyrwało jej się z piersi i przycisnęła ją do siebie najsilniej jak potrafiła. Bryony przylgnęła do niej rozpaczliwie i wtuliła twarz w jej ramię.

-Tak strasznie cię przepraszam, Lily! – szepnęła tylko do niej. Pani Potter mogłaby się założyć, że poczuła jak coś mokrego skapuje z twarzy jej siostry na jej bluzkę.

Ale to nie miało teraz znaczenia. Ważne było tylko i wyłącznie to, że oto trzymała w ramionach swoją ukochaną, młodszą siostrzyczkę, która cudownie powróciła do nie zza grobu. Przycisnęła ją do siebie mocniej i poczuła jak chwyt Bryony także staje się silniejszy. Chciała zapewnić, że nic się nie stało, ale słowa utknęły jej w gardle. To była jej siostra, prawdziwa i żywa! Lily jeszcze nigdy nie była taka szczęśliwa. Zapomniała o czekającym tuż obok dyrektorze, o zebraniu Zakonu, o wojnie i o czających się wszędzie niebezpieczeństwach. Przez tę cudowną chwilę nie istniało dla niej nic oprócz cudownie odzyskanej siostry.

Zbyt szybko moment ten dobiegł końca i Bryony łagodnie wysunęła się z jej objęć, obdarzając ją ciepłym uśmiechem. W drugiej kolejności zwróciła się do Jamesa. Podczas miesięcy spędzonych w domu Potterów utworzyła się między nimi niezwykła więź i Lily nie wątpiła, że był to moment gdy jej mąż zaczął myśleć o Bree jak o swojej młodszej siostrzyczce, a nie szwagierce. Jej śmierć przeżył tak samo ciężko jak Lily.

-Bree… - westchnął teraz nieswoim głosem. Uważnie przyglądał się dziewczynie, całkiem jakby oceniał czy to na pewno ona, a nie ktoś podstawiony.

-James… - wypowiedziała jego imię z wahaniem. Poruszyła się z wahaniem, jakby chciała go przytulić, ale nie wiedziała czy powinna. James podjął decyzję za nią i kilkoma długimi krokami przemierzył dzielącą ich odległość. Po chwili była już w jego ramionach.

-Dobrze cię widzieć całą i zdrową. – mruknął całując ją w czubek głowy. Bryony wymamrotała pod nosem coś co mogło być tylko kolejnymi rozpaczliwymi przeprosinami, ale Potter uciszył ją szybko. Co powiedział, Lily nie wiedziała, ale na pewno były to dobrze dobrane słowa, bo kiedy Bree się od niego odsunęła była uśmiechnięta, choć jej oczy lśniły od łez.

-Nawet nie wiecie jak wspaniale móc wam powiedzieć. – wyznała i to takim tonem, że Lily znowu zapragnęła ją przytulić. Zrezygnowała z tego jednak, kiedy wzrok jej siostry powędrował w głąb mieszkania. Była jeszcze jedna, bardzo ważna osoba, z którą Bree musiała się przywitać.

-Jest w salonie. – poinformowała z uśmiechem, machając ręką w odpowiednim kierunku. Młodszej dziewczynie nie trzeba było dwa razy powtarzać, prawie pobiegła we wskazaną stronę. W progu zatrzymała się na moment, chłonąc widok swojego syna najspokojniej w świecie bawiącego się na środku dywanu. O dziwo tym razem zrezygnował z wycieczek po całym pokoju na rzecz spokojnego siedzenia w jednym miejscu.

Jakby z wahaniem Bryony wsunęła się do salonu i powoli podeszła do chłopczyka. Kucnęła przed nim, a on natychmiast skupił na niej całą swoją uwagę i wyszczerzył się uśmiechu ukazując swoje niepełne uzębienie.

-Hej. Jak się masz, maluchu?- szepnęła łagodnie, a jej głos był dziwnie przytłumiony, jakby miała się zaraz rozpłakać. - To ja, mama. Tak bardzo za tobą tęskniłam.

Powoli wysunęła przed siebie drżącą rękę i musnęła opuszkami palców jego ciemne włoski i pulchny policzek. Harry obserwował ją z konsternacją (o ile można tak powiedzieć o dziecku w jego wieku) i Lily poczuła ukłucie w sercu. Bree tyle straciła przez swoją nieobecność…a teraz własny syn jej nie rozpoznawał!

Harry stracił nią zainteresowanie i wrócił do swoich klocków. Bryony przymknęła oczy, a przez jej twarz przemknął paroksyzm bólu. Pani Potter zrozumiała, że jeśli zaraz czegoś nie zrobi młodsza dziewczyna się załamie.

-Co się stało? – wyrzuciła z siebie, uważnie przyglądając się ukochanej siostrze. Było coś innego w jej małej Bryony. Coś nowego. A jednak to dalej była tamta mała dziewczynka, którą Lily chroniła całe jej życie. - Myśleliśmy, że nie żyjesz!

Bryony obróciła się do niej i smutno się uśmiechnęła. Chyba mimowolnie objęła się ramionami i Lily natychmiast pożałowała zadania tego pytania. Było już jednak za późno. I to chociaż na chwilę odwróciło jej uwagę.

-Tak jakbym nie żyła. – mruknęła młodsza dziewczyna, a w jej oczach błysnęło coś co niebezpiecznie przypominało rozpacz. Lily miała ochotę znów ją objąć i już nigdy nie wypuścić jej z ramion, jeśli tylko to miało zapewnić jej bezpieczeństwo. - Wystawiono mnie, wiedzieli że tam będę. Czekali na mnie. Na szczęście…ktoś mnie uratował. Dwoje ktosiów. Od tego czasu…chowaliśmy się.

-Dlaczego? – zdziwiła się Lily, a w jej głosie zabrzmiał żal, choć bardzo chciała go ukryć. Wiedziała, że nie powinno, ale bolało ją to, że siostra jej nie zaufała. - Przecież…mogłaś powiedzieć, że nic ci nie jest! Przesłać wiadomość!

-Nie mogłam. – Bree smutno potrząsnęła głową. – Chciałam, oczywiście że chciałam. Ale Lily… Zbyt wiele zależało od tego by myśleli, że zginęłam tamtej nocy.

-Ale Zakon… - zaczęła pani Potter, ale spojrzenie siostry sprawiło, że zapomniała to co miała powiedzieć. W oczach Bryony błysnęła wściekłość, jakiej wcześniej u niej nie widziała. Szybko zniknęła, ale nikt nie mógł zaprzeczyć, że tam była.

-W Zakonie jest zdrajca. – powiedziała, a w jej głosie była przerażająca pewność. Umknęła wzrokiem przed spojrzeniem Lily. - Dlatego nie możecie nikomu powiedzieć, że tu jestem.

Wtedy Lily zrozumiała. Choć wyglądała prawie tak samo jak wtedy gdy widziały się po raz ostatni, Bryony bardzo się zmieniła przez ostatnie miesiące. W jej oczach kryło się coś nowego, niespotykanego. Stal. Pewność. Stała też inaczej. Bardziej wyprostowana, z wysoko uniesioną głową. Pewna siebie, silna. Zupełnie nie jak dziewczynka, która kiedyś chowała się za nią na widok obcych.

-Nikomu. – powtórzyła z mocą, wbijając w Lily pełne ognia spojrzenie, by zaraz potem przenieść je na Jamesa. - Nawet pozostałym Huncwotom.

-Bree…

-Nie, Lily. To większe niż szkolne przyjaźnie. - młodsza dziewczyna przerwała, potrząsając głową. Odczekała chwilę, aż jej słowa wsiąkną. Potem uśmiechnęła się i ujęła dłonie Lily, ściskając je lekko. -Wszystko wam wyjaśnię. Obiecuję.

-Ale nie teraz, musimy się spieszyć, bo się spóźnimy. – wtrącił nagle Dumbledore, o którego obecności prawie już zapomniano. Na jego twarzy widniał dobrotliwy uśmiech. - Jak wrócicie będziecie miały dla siebie mnóstwo czasu.

-Na pewno? – na jego twarzy Lily szukała potwierdzenia. Jej głos drżał prawie niedostrzegalnie, co oczywiście nie umknęło uwadze Bryony. Młodsza dziewczyna uśmiechnęła się ciepło.

-Oczywiście. Nigdzie się nie wybieram. – przytaknęła natychmiast, ściskając ręce siostry, na co Lily odpowiedziała tym samym. Choć wiedziały, że powinny się puścić, żadna nie chciała zrobić tego jako pierwsza. -Przynajmniej nie do jutra. No idźcie już, potem porozmawiamy.

-Ma rację, kochanie. – dodał James, kładąc dłoń na jej ramieniu. – Po zebraniu możecie siedzieć do rana i nadrabiać zaległości. Ale teraz na nas czekają.

Fizyczny ból sprawiało Lily odsunięcie się od siostry by włożyć płaszcz podany jej przez męża. Nie miała jednak wyboru, rzeczywiście musieli już iść jeśli chcieli pojawić się u Longbottomów względnie na czas.

-Poradzisz sobie? – spytała siostrę, tuż przed wyjściem. Bree spojrzała na nią z mieszaniną rozbawienia i oburzenia.

-Jestem pewna, że jakoś dam sobie radę z opieką nad własnym dzieckiem. – odparła, a w jej głosie zabrzmiała dotychczas niespotykana pewność i nawet odrobina złośliwości.

-Oczywiście! – zapewniła natychmiast Lily, mając ogromną nadzieję, że siostra się na nią nie obrazi. Nie mogłaby tego znieść, nie teraz! – Tylko…

-Długo mnie nie było, wiem. – przyznała Bree, spuszczając ze wstydem wzrok. – Więc może…dałabyś mi parę rad?

Lily uśmiechnęła się. Miała przeczucie, że teraz wszystko już miało być dobrze.


Kiedy drzwi wreszcie zamknęły się za Potterami Bryony odetchnęła głęboko, a na jej twarz wypłynął szeroki uśmiech. Machinalnie zdjęła płaszcz i odwiesiła go na wieszak przy drzwiach. Potem z wprawą nabytą przez ostatnie miesiące sprawdziła wszystkie zaklęcia ochronne, te stare, które były tu odkąd Lily i James się wprowadzili i nowe, rzucone dzisiaj przez nią i Dumbledore'a. Kiedy już upewniła się, że wszystko było w porządku, a jeśli ten stan się zmieni zostanie o tym na czas poinformowana ruszyła korytarzem do salonu, gdzie czekał na nią syn.

I tak jak za pierwszym razem gdy stanęła w progu tego pokoju przystanęła na moment, bo wzruszenie zaparło jej dech w piersi. Jak cudownie było już patrzeć na niego! Jak wspaniale! Wymamrotała pod nosem jego prawdziwe nazwisko i z radością patrzyła jak jego włosy jaśnieją, twarz subtelnie się zmienia i chłopiec staje się na powrót wykapanym synem swojego ojca.

Po policzkach popłynęły jej łzy wzruszenia, które otarła wierzchem dłoni. Za dużo już dziś płakała, ale po prostu nie mogła przestać. Tyle się działo…Kiedy budziła się rano ani jej do głowy nie przyszło, że koło obiadu otrzyma patronusa od Dumbledore'a proponującego jej spotkanie z siostrą i spędzenie wieczoru z synem. Ale oto była w domu Potterów, patrząc na swoje dziecko siedzące spokojnie na dywanie i bawiące się w skupieniu kolorowymi, drewnianymi klockami. Tego wieczoru wszystko miało być idealne. Począwszy od ponownego spotkania z małym Harrym.

-Cześć. – odezwała się Bree, ponownie kucając obok chłopczyka, który spojrzał na nią swoimi ogromnymi, zielonymi oczami. – Co tam masz?

To powiedziawszy delikatnie trąciła go w czubek nosa palcem wskazującym. Lekko przekrzywił głowę i przyjrzał jej się uważnie. A potem, chyba stwierdziwszy, że nie ma nic przeciwko jej obecności z szerokim uśmiechem podał jej trzymany w ręku klocek i wydał z siebie potok dziecięcego szczebiotu.

Bree uśmiechała się tak szeroko, że zaczynała ją boleć twarz. Harry natomiast chwycił kolejną zabawkę i z wielkim animuszem zaczął pakować ją sobie do ust.

-Nie Harry, tak nie można. – powiedziała łagodnie, odciągają pulchną łapkę kurczowo ściskającą klocek od jego twarzy. Kiedy tylko ją puściła, Harry ponowił próbę wpakowania sobie zabawki do ust, a Bryony po raz kolejny mu tego zabroniła. I to chyba był błąd bo natychmiast jego wargi zadrgały, w oczach pojawiły się łzy i Harry zaniósł się rozpaczliwym płaczem.

Na sekundę Bree zamarła jak jeleń schwytany w światła reflektorów. Potem rzuciła się pocieszać swoje rozwrzeszczane dziecko.

-Szszsz. Już dobrze. – szepnęła, przygarniając je do siebie. Nic to jednak nie dało, chłopiec postawił sobie za punkt honoru rozpłakać się najgłośniej jak to tylko było możliwe. – Nie płacz, kochanie.

Harry wierzgnął i zawył głośniej, a po jego pulchnych policzkach popłynęły ogromne łzy. Bryony serce się krajało, gdy na niego patrzyła, ale nie miała pojęcia co jeszcze mogłaby zrobić żeby go uspokoić. Kiedy ostatnio płakał w jej obecności nie miał jeszcze siły by tak się szarpać, a jej dotyk wystarczał by przestał szlochać.

-Szszsz, Harry. Nic się nie dzieje, wszystko jest dobrze. – powiedziała, kołysząc go łagodnie. Chłopiec jednak nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. Mogła mówić ile chciała, nic nie pomagało. Odwołała się więc do metody, która jeszcze nigdy jej nie zawiodła, wstała i zaczęła nucić cicho, jednocześnie łagodnie przestępując z nogi na nogę.

A dream is wish your heart makes

When you're fast asleep

In dreams you can lose your heartache

Whatever you wish for you keep

Była to piosenka z jednej z jej ulubionych bajek z dzieciństwa. Piękna i co ważniejsze, spokojna mogła pomóc w uspakajaniu malca. Zaszkodzić już się raczej nie dało. Dlatego Bryony wysiliła pamięć by przypomnieć sobie ile tylko się dało i zaczęła się modlić by dwie zwrotki wystarczyły.

Przymknęła oczy i śpiewała, kołysząc się łagodnie, na kształt tańca, z synem w ramionach. Harry zawsze lubił jak mu się nuciło, nic więc dziwnego, że i teraz zapomniał o wściekłości i słuchał w ciszy. Bryony rozpierała duma, przynajmniej to dalej potrafiła zrobić, chociaż nie wiedziała o której godzinie jej dziecko chodziło spać, ani jakie warzywo lubiło najbardziej. Mimo, że minęło tyle miesięcy synek dalej uspakajał się na dźwięk jej śpiewu. To był już jakiś początek. Pierwszy krok na długiej drodze by znów stać się najważniejszą dla niego osobą.

Have faith in your dreams and someday

Your rainbow will come smiling through

No matter how your heart is grieving

If you keep on believing

The dream that you wish will come true

Zakończyła cichutko, odgarniając Harry'emu spocone włosy z czoła. Spod jasnej grzywki patrzyły na nią ogromne, załzawione oczy chłopczyka. Nie płakał już, tylko uważnie ją obserwował i nie po raz pierwszy Bree zaczęła podejrzewać, że malec rozumie znacznie więcej niż ktokolwiek się spodziewa.

-Widzisz? – szepnęła, całując go w czoło i rozkoszując się jego dziecięcym zapachem, za którym tak tęskniła. - Wszystko w porządku. Mamusia tu jest.

Po fatalnym tak początku mogło być już tylko lepiej. I choć Bryony oczekiwała większej ilości tego typu wybuchów, żaden nie miał już miejsca. Harry dał się przewinąć i przebrać w pidżamkę, a wszystko z uśmiechem na twarzy i pogodnym usposobieniem. Do niewielkiego nieporozumienia doszło na etapie jedzenia kolacji, ale kiedy Bree ceremonialnie pozbyła się całej marchewki Harry całkiem się do niej przekonał. Słowem był to wieczór idealny, dziewczyna spędziła cały uśmiechając się najszerzej jak tylko potrafiła. Nic nie zapowiadało tego jak miał się skończyć.

Było już późno i Bryony zabawiała właśnie Harry'ego wypuszczaniem z różdżki kolorowych obłoczków, które próbował złapać chichocząc radośnie, kiedy sprawy przybrały zupełnie inny obrót. Siedzieli oboje na kanapie (Harry na kolanach matki) i chłopiec właśnie wymachiwał rączkami by schwytać niebieską chmurkę zawieszoną nad swoją głową, gdy jego śmiech zagłuszyło przeraźliwie wycie, które sprawiło, że Bryony rzuciła się na równe nogi. Na sekundę czy dwie jej serce po prostu przestało bić, a jej duszę wypełnił strach potężniejszy niż kiedykolwiek.

Świetnie wiedziała co oznaczał ten dźwięk. Sama rzucała zaklęcia ochronne, który go emitowały. Ktoś próbował wejść na teren posesji i nie miał przyjaznych zamiarów. Magia go nie rozpoznawała, a to oznaczało, że…Dziewczyna wypuściła drżący oddech. Cała dygotała. Domyślała się, kto zaraz miał stanąć przed drzwiami domu Potterów i była pewna, że ten ktoś nie zapuka jak to zrobił Dumbledore. Jak to się mogło stać? Przecież byli tacy ostrożni. Czemu akurat dziś? Wszystkie te pytania przemknęły jej przez głowę gdy stała na środku salonu i patrzyła w ciemność za oknem. Nie mogła się ruszyć.

Harry krzyknął, zdegustowany, że przestała zwracać na niego uwagę i to ją otrzeźwiło. Spojrzała na syna i jego widok sprawił, że odzyskała zdolność ruchu. Prawie się do niego rzuciła i natychmiast wzięła go w ramiona, choć wcale mu się to nie spodobało. Musiała go chronić, nic nie było ważniejsze niż jego bezpieczeństwo. Dlatego zapomniawszy o wszystkim rzuciła się na górę po schodach, a potem w prawo, do sypialni chłopca i najszybciej jak się dało włożyła go do łóżeczka. Był tak zdumiony tym wszystkim, że ani kwęknął, tylko spokojnie siedział za barierką, patrząc na nią zielonymi oczami.

Bryony dobyła różdżki i machinalnie zabrała się za rzucanie wszystkich znanych sobie zaklęć ochronnych na drzwi pokoju dziecinnego. Wiedziała, że to nie było wiele, ale coś zrobić musiała. Na dole alarm wył potępieńczo. Niedługo miał przestać, dokładnie w tej chwili gdy Voldemort (bo z całą pewnością to on znajdował się po drugiej stronie drzwi) przełamie czary jej i Dumbledore'a.

Zbyt szybko skończyły jej się pomysły na kolejne zabezpieczenia. Została jeszcze jedna rzecz do zrobienia.

-Expecto Patronum – szepnęła, a z jej różdżki wyskoczył ogromny, lśniący wilk i zerknął na nią lekko przekrzywiając łeb. Od razu poczuła się lepiej, jakby jego widok dodał jej sił, których tak bardzo wtedy potrzebowała. – Wiadomość dla Hermiony: Zróbcie to teraz. On tu jest. Przyszedł po Harry'ego.

W milczeniu patrzyła jak Lunatyk zrywa się do biegu i znika. Przez chwilę chciała go zatrzymać, sprawić by został z nią w tej strasznej chwili. Wiedziała jednak, że był potrzebny gdzie indziej. Ona musiała sobie radzić sama.

Kucnęła przy łóżeczku synka i jeszcze raz poważnie mu się przyjrzała. Był taki podobny do ojca! Właśnie tak wyobrażała sobie Remusa jako dziecko. Jasne, prawie białe włoski, pulchne policzki. Patrzył na nią z uwagą jakiej nie spodziewałaby się po takim maluchu.

-Harry bardzo cię kochamy... Harry, tak bardzo... - szepnęła do niego, głaszcząc ten pulchny, dziecięcy policzek i próbując zamknąć obraz synka pod powiekami, by zabrać go ze sobą na pole walki. - Harry, mamusia cię kocha... Tatuś cię kocha...Harry, bądź dzielny... Bądź silny. Cokolwiek się stanie…będę przy tobie.

Ogromne zielone oczy patrzyły na nią uważnie i przez moment wydawało jej się, że chłopczyk rozumie wszystko co do niego powiedziała. Uśmiechnęła się do niego, świetnie zdając sobie sprawę, że równie dobrze może to być ich ostatnie spotkanie. Że jedna pomyłka i już nigdy nie zobaczy swojego synka, a on nie pozna prawdy. Przynajmniej będzie miał rodziców. Nie mogła sobie wyobrazić lepszych niż Lily i James. Cichutko wymamrotała pod nosem jego przybrane nazwisko i z bólem patrzyła jak chłopiec staje się Harrym Potterem

Wstała i nie obracając się ani razu wybiegła z pokoju, a potem na schody, świadoma, że zostawia za sobą swoje serce. Jej syn, jej dziecko. Przez jak długo nie pozwalała sobie tak o nim myśleć. Wszędzie musiał być latoroślą rodziny Potterów, nawet w umyśle własnej matki. Ale już dość. Nadszedł kres.

Bariera pękła z hukiem pod wpływem klątwy Voldemorta i mężczyzna przekroczył próg. Wyglądał inaczej niż we wspomnieniach dorosłego Harry'ego. Bardziej…normalnie. Miał około pięćdziesięciu lat, czarne, rzadkie włosy i ciemnobrązowe oczy. W młodości mógł być całkiem przystojny i nawet teraz wyglądałby zupełnie niegroźnie gdyby nie straszliwy grymas wykrzywiający jego twarz. W ułamku sekundy różdżka Bryony celowała w jego pierś. On swoją unosił powoli, nie spiesząc się, pewien zwycięstwa.

-Nie tkniesz go. Nie pozwolę na to.– warknęła złowrogo schodząc na ostatni stopień. Musiała przesunąć walkę jak najdalej od sypialni Harry'ego. Zdawała sobie sprawę, że z pewnością nie wygląda na zbyt niebezpieczną, ale próbowała chociaż zachować pozory, choć tak naprawdę bała się bardziej niż kiedykolwiek

-Zejdź mi z drogi, głupia – zasyczał bardziej niż powiedział Voldemort, a ona w lot zrozumiała czemu porównywano go do węża. – Bachor Potterów musi zginąć.

Ogarnął ją pusty śmiech. Chciała powiedzieć mu prawdę. Uświadomić jak wielki popełnił błąd, przychodząc do tego domu. Z triumfalnym uśmiechem na twarzy powiadomić go, że Harry nie był synem Lily i Jamesa Potterów tylko jej, Bryony Evans, która nie pełniła w tej wojnie żadnej większej roli. Przepowiednia nigdy nie miała się wypełnić. Ale nie zrobiła tego. Po co? To był jej sekret, Voldemort nie miał do niego żadnego prawa.

Magia dookoła nich zawibrowała odrobinę i dziewczyna instynktownie domyśliła się co się stało. Harry i Hermiona, to była ich sprawka. Nie potrafiła ukryć swego zadowolenia, szczególnie, że on też to poczuł. Zrozumiała, że teraz będzie chciał zakończyć to najszybciej jak się da i upewnić się, że jego bezcenne horkruksy są bezpieczne. Nie mogła powstrzymać dumnego uśmiechu.

-Odsuń się, idiotko. – ryknął Tom Riddle (teraz kiedy znała jego prawdziwą tożsamość ciężko było myśleć o nim inaczej), nagle tracąc nad sobą panowanie.

-Czujesz to prawda? – zapytała kpiąco, nie bacząc na to jak niebezpieczne było prowokowanie go w takiej sytuacji. – Nie ma ich. Wszystkie zniszczone. Puchar, medalion, pierścień, dziennik. Jesteś śmiertelny.

W jego zimnych oczach zapłonął ogień wściekłości, a wzdłuż kręgosłupa Bryony przebiegł dreszcz. Poczuła strach, ale stłumiła go, bo nic by jej nie dał. Mógłby co najwyżej przynieść przedwczesną śmierć, a to stanowiłoby dla jej syna wyrok. Jeśli chciała by to przeżył musiała odciągnąć uwagę Voldemorta na tak długo by zdążyły przybyć posiłki.

-Avada Ke…

-Drętwota! – ryknęła instynktownie, rzucając się w bok by uniknąć kontrataku, który przecież musiał nastąpić. Tuż nad jej głową śmignęło nieznane jej zaklęcie, którego uniknęła tylko cudem. Jeszcze nim się podniosła już rzucała kolejne, modląc się w duchu by czary ochronne, które rzuciła na pokój Harry'ego wytrzymały jak najdłużej.

-Crucio!

Ledwo zdołała się uchylić, zaklęcie przemknęło tuż koło niej. Po plecach spływał jej zimny pot. Patrzyła w twarz człowieka, który chciał ją zamordować i nie mogła myśleć o niczym innym jak o tym, że nie da sobie rady w walce z nim. Górował nad nią zdolnościami, doświadczeniem i brakiem zahamowań. Zaklęcia, których ona nigdy by nie użyła on stosował bez chwili zastanowienia.

Chcę przetrwać. Chcę żyć. Pomyślała rozpaczliwie. Jeszcze tyle chciała zrobić, tyle przeżyć. Nie mogła tu zginąć! Nie mogła się poddać. Ostatnie tygodnie nauczyły ją walki do samego końca, chociaż wszystko boli i ledwo stoisz na nogach. Tak właśnie zamierzała walczyć teraz. Sądził, że jest od niej lepszy? Że jest niegodna walczyć z nim? Niech zobaczy, niech się przekona. Już ona mu pokaże.

-Expelliarmus! – powiedziała, tym razem celując uważnie. Jaka szkoda, że Voldemort odbił jej zaklęcie i odwdzięczył się kilkoma swoimi, cały czas zbliżając się do niej. Ale Bree nie zamierzała się cofnąć. Jeśli myślał, że zmusi ją do ustąpienia pola to bardzo się mylił. Za jej plecami znajdował się ktoś kogo kochała ponad wszystko, nie zamierzała go zawieść.

Chcę wyjaśnić wszystko Lily. Wspomnienie siostry bolało. Biedna, słodka Lily. Co znajdzie w swoim salonie, kiedy wróci do domu? Bajzel? Poprzewracane meble? Ciało siostry, którą ledwo co odzyskała? Czy to wytrzyma? Czy sobie poradzi. Och Lily, kochana Lily! Czy był ktoś na tym świecie, komu więcej by zawdzięczała?

-Ascendio! – byłaby głupcem gdyby sądziła, że tak proste zaklęcie skutecznie przełamie obronę kogoś takiego jak Voldemort, ale starczyło by na chwilę odwrócić na sekundę jego uwagę. Wystarczyło by dodać kilka zaklęć ochronnych pomiędzy walczącymi i znów się zasłonić nim Riddle znów zaatakował.

Chcę znów zobaczyć Harry'ego! Twarz jej syna. Pulchna twarzyczka dziecka i zmęczona życiem twarz osiemnastolatka, który niesie na ramionach ciężar całego świata. Takie różne, a jednocześnie takie podobne. Jedna należąca do dorosłego, druga do kilkumiesięcznego brzdąca. Obu kochała bardziej niż wszystko na świecie. Za obu oddałaby życie gdyby to właśnie było konieczne. Obu za wszelką cenę chciała oszczędzić bólu i cierpienia.

-Expulso! – ku jej ogromnemu zdumieniu zaklęcie trafiło do celu i czarnoksiężnik cofnął się o krok. Nie było to wiele, ale dało jej taki zastrzyk energii, że zaatakowała ze zdwojoną siłą, niczym dzika kotka. Wiedziała za co, czy raczej za kogo walczyła. Miała też świadomość, że porażka nie wchodziła w grę. Musiała dać sobie radę, musiała powstrzymać go jeszcze przed kilka minut.

Chcę być przy tym jak dorasta mój syn! Czy było coś czego pragnęła bardziej niż tego? Chyba nie. Pragnęła chronić go przed całym złem, zapewnić mu szczęśliwe dzieciństwo pozbawione wyzwisk i szykan ze strony Dursleyów. Dzieciństwo, którym mógłby się cieszyć, wypełnione rodziną, magią i przyjaciółmi. Nauczyć go latać na miotle. Przejść z nim przez każdy etap dorastania. Razem z nim przeczytać pierwszy list z Hogwartu, zabrać go na zakupy, odprowadzić na pociąg. Och, było tyle rzeczy, których starszy Harry nigdy nie zrobił ze swoimi rodzicami, a o których ona marzyła…

Zaklęcia latały w jedną i w drugą stronę, niczym różnokolorowe pociski. Z zewnątrz musiało to wyglądać jakby ktoś puszczał fajerwerki w środku nierzucającego się w oczy domku na obrzeżach wioski. Rzeczywistość jednak była znacznie bardziej przerażająca.

-Rictusempra! – warknął Voldemort przez zaciśnięte zęby. Pulsująca na jego skroni żyła powiedziała Bree więcej niż jego niewyrażająca emocji twarz. Coś jej mówiło, że dotychczas się z nią bawił, ale teraz zaczynał się denerwować. Nie wiedziała czy to działało na jej korzyść czy też może wręcz przeciwnie.

Szkoda tylko, że tak szybko się męczyła… Może gdyby była bardziej doświadczona dłużej mogłaby dotrzymać mu kroku nieco dłużej. Niestety, zmęczenie zaczynało coraz bardziej dawać jej się we znaki i nie po raz pierwszy Bree poczuła bolesne ukłucie strachu.

Chcę powiedzieć Remusowi, że go kocham. Czemu nigdy tego nie zrobiła? Czemu czekała tak długo? Na co? Przecież od dawna wiedziała co czuje. Czemu tak bardzo się bała? I dlaczego pozwoliła strachowi się kontrolować? Przecież gdyby mu powiedziała wszystko byłoby takie proste...Mogłaby oszczędzić sobie tyle bólu i tęsknoty. Jemu też. Nie, nie mogła teraz myśleć ani o nim ani o tym co ich łączyło. Musiała walczyć. Musiała przetrwać.

Kurczowo zacisnęła palce na różdżce. Jej przeciwnik chyba dostrzegał, że rusza się coraz wolniej, bo na jego twarzy zaigrał arogancki uśmiech. Od niechcenia ruszył nadgarstkiem, a w jej stronę pomknął kolejny urok.

-Protego! – ryknęła w ostatniej chwili i jego zaklęcie odbiło się od tarczy dookoła niej. Jeszcze nim stojąca za czarem magia się rozproszyła już leciał w jej stronę następny i kolejny, które ledwo odparowała.

Chcę mojego „Długo i szczęśliwie"! Pomyślała resztką sił. Miała to już wszystko przemyślane i to ze szczegółami. Oczami wyobraźni widziała idealny domek z idealnym płotkiem otoczony ogródkiem z idealnie przystrzyżoną trawą. Dom gdzie ona, Remus i Harry mogli być prawdziwą rodziną.

Myśl o tym miejscu dodała jej sił. Prawie na oślep cisnęła w niego pierwszym zaklęciem jakie jej przyszło do głowy, nie patrząc nawet czy trafiło celu. Wybuch wstrząsnął całym domem, a potem była już tylko cisza.


N/A.: No i jak? Bo mam delikatne obawy na temat tego rozdziału. Mały Harry był ciężki do napisania, a walka jeszcze gorsza. Dlatego wiele bym dała za wasze opinie. Serio. Już w następnym tygodniu (najdalej za dwa, słowo) dowiemy się co się stało na zebraniu Zakonu.

A tak w ogóle, kto wie jaka to piosenka i z jakiego filmu?