Ugh. Nie lubię tego rozdziału, głównie dlatego, że jest po prostu okropny. Już nie mogę się doczekać, kiedy wrócimy do scen walki.

Rozdział dwudziesty szósty: Przetrwanie najmilszego

Snape przypomniał sobie wreszcie, czemu od ponad dekady nie zależało mu na nawiązywaniu relacji z innymi. Ponieważ one strasznie bolały, oto dlaczego.

Stał w swoim laboratorium, ostrożnie doglądając eksperymentalnego eliksiru, którego zadaniem było odnowienie utraconych kości bez konieczności używania szkiele–wzro. Harry pracował za nim w ciszy, zajmując się wywarem tojadowym, którego potrzebowali Lupin i pozostałe wilkołaki i warząc go z troską, na którą nie zasługiwali.

Snape wiedział, że to nie jest jakaś niezwykła sytuacja. Mogło do niej dojść w zeszłym roku. Wtedy jednak Harry odzywałby się do niego od czasu do czasu, pytając o coś związanego z mrocznymi sztukami, czy zagadując o czymś, co usłyszał od swojego brata lub Dracona, albo narzekając na to jak strasznie nudne były dla niego zajęcia z zaklęć czy obrony. Teraz pozostawał w niezmiennej ciszy, nie wyraził nawet opinii, kiedy Snape go o coś zapytał.

To było cholernie irytujące.

A Snape dokładnie wiedział, co mógłby powiedzieć, żeby zakończyć to milczenie. Musiał po prostu powiedzieć Harry'emu, że wcale nie chciał tak się wyrazić albo że wcale nie miał na myśli tego, co powiedział. Że tak naprawdę nie wierzył, że Connor jest ważniejszy od Harry'ego. Wtedy Harry obejrzałby się ostrożnie, chcąc się upewnić, że naprawdę chce go w ten sposób przeprosić, a nie tylko usprawiedliwić się. Potem przyjrzałby mu się nieco uważniej i kiwnął głową, a wtedy wróciliby z powrotem na ścieżkę ostrożnego godzenia się – może nawet znaleźliby się na niej nieco dalej niż byli w noc, kiedy Harry wrócił po uwolnieniu centaurów.

Jedynym problemem tego rozwiązania było to, że Snape musiałby skłamać. Connor nigdy nie stanie się dla niego równie ważny co Harry, a Harry był tak istotną figurą w tej wojnie, że Connor nie mógłby nawet marzyć o zbliżeniu się do jego pozycji. A Harry wiedział, że taka jest prawda. To właśnie utrzymywało ciszę między nimi na ostrzu noża.

Snape przeciął serce popiełka i potrząsnął głową. Zdawał sobie sprawę ze szczerej wiary Harry'ego w to, że to co zrobił – uratowanie Connorowi życia – było decyzją, którą podjął z rozwagą, a nie poświęceniem. Snape jednak w to nie wierzył, nie był w stanie w to uwierzyć.

Och, starał się. Kiedy przyglądał się Harry'emu kilka dni temu, gdy ten leżał w łóżku i cierpliwie tłumaczył im wszystko raz za razem, Snape użył muśnięcia legilimencji, żeby odczytać emocje chłopca i przekonać samego siebie do tego wszystkiego.

Nie podziałało. Harry przehandlował jeden głęboko zakorzeniony upór – że nie potrzebował leczenia – za inny – że jego leczenie już się zakończyło. Omijał wszelkie wzmianki na temat swoich rodziców. Bladł, ilekroć widział artykuł w "Proroku Codziennym", który nawiązywał w jakiś sposób do znęcania, ale i tak zawsze czytał je z chorobliwą fascynacją na twarzy, która przypominała Snape'owi sposób, w jaki Lucjusz Malfoy przyglądał się mugolakom w Hogwarcie, jakby należały do innego gatunku. Udawał, że nie zauważa ostrych spojrzeń, które wszędzie za nim podążały, czy przerażonych szeptów, które się rozpoczynały gdy tylko gdzieś się pojawiał. Nie podjął najmniejszego wysiłku do przekonania kogokolwiek, że naprawdę stawił czoła Mrocznemu Panu, nawet kiedy przekonał się na własne oczy, jak wielu z nich w to nie wierzyło.

Snape powoli zaczynał odchodzić od zmysłów ze zmartwienia. Harry potrzebował... cóż, dalszego leczenia. Snape nie wiedział, jak to lepiej ująć. Powinien porozmawiać z kimś, kto nie jest tak niekompetentny jak Shiverwood, ani nie jest Snape'em, jeśli Harry od tego poczuje się lepiej. Powinien zacząć się bronić. Przestać spędzać tak wiele czasu na pomaganiu innym ludziom, jak tym wilkołakom, jak jego sojusznikom, jak innym uczniom, jak jego bratu, jak niemal wszystkim, którzy brali od niego, nie dając niczego w zamian, czyli na dobrą sprawę każdemu, kto nie był Snape'em, Regulusem i Draconem.

Przecież oni wszyscy pożrą go żywcem. Nie mają takiego zamiaru, ale i tak napierają na Harry'ego ze swoim gniewem, strachem i potrzebami. A on, pozbawiony barier, pozbawiony potrzeby zatrzymania czegokolwiek dla siebie, spali się jak ta świeczka, usiłując wszystkich ogrzać. To był szlachetny cel, ale taki, który go ostatecznie zniszczy, ponieważ potrzeby wszystkich wokół nigdy nie dobiegną końca, a zdolność Harry'ego do pomagania innym tak.

Snape wiedział, że nie może zakazać Harry'emu pomagania. To byłoby niemoralne. Nie miał też pojęcia w jaki sposób okiełznać najpotężniejszego czarodzieja w szkole.

Tego książki z departamentu magicznej rodziny i spraw dziecka jakoś nigdy nie poruszyły, pomyślał, dźgając łodygę kolczastej róży tak mocno, że ta pękła wzdłuż. Snape warknął ciche przekleństwo i sięgnął po kolejną. Jak wychować swoje dziecko, kiedy jest ono magicznie na poziomie lorda, ma piętnaście lat, znęcano się nad nim prawie całe życie i nie zgadza się na poddanie większości kar, którymi obarcza się dzieci.

Zawsze istniały rytuały czystokrwistych, ale Snape niechętnie do nich podchodził. Jasne, mógłby w ten sposób nawiązać jakiś kontakt z Harrym, ale byłby to dokładnie taki rodzaj kontaktu, który tylko odpychałby Harry'ego coraz dalej od zrozumienia swojej przeszłości i leczenia się jak normalne dziecko. Za bardzo był przyzwyczajony do tego rodzaju tańców. Snape niczego tym nie osiągnie, bo schematy były Harry'emu zbyt znane, a i tak zwykle wzmacniały w nim poczucie, że już wszystko wie.

Co oznaczało, że Snape pozostawał kompletnie z niczym i nie miał żadnej możliwości pomocy Harry'emu i utrzymania go przy życiu, tak samo jak w przypadku pułapek, które Voldemort wrył w mroczny znak Regulusa.

Ta świadomość zaczynała doprowadzać go do szału.

Wreszcie udało mu się wymyślić coś, o czym mógłby porozmawiać z Harrym, coś, o czym nie wspomniał podczas kilku pierwszych, katastrofalnych rozmów, podczas których Harry po prostu rozwiał jego systemy obronne niczym huragan. Snape mruknął pod nosem. Warto było spróbować. Wszystko było warte wypróbowania, kiedy był zagoniony w kozi róg, jak teraz.

– Harry – powiedział.

Poczuł, jak cisza napina się niebezpiecznie, ale kiedy obejrzał się przez ramię, Harry miał przechyloną głowę w geście nasłuchiwania.

– Czy przemyślałeś już to, co masz zamiar zrobić z połączeniem, które biegnie od twojej blizny do Mrocznego Pana? – Snape skupił się na miksturze w swoim kociołku. Jeśli podniesie temperaturę tylko odrobinę, to serce popiełka i łodyga kolczastej róży powinny się powoli wymieszać ze wszystkim innym, co powinno zmienić skład eliksiru na tyle – jeśli jego obliczenia były prawidłowe – żeby zmusić go do odtwarzania kości, zamiast tylko zaleczać sińce. – Wiem, że użył go, żeby wywołać u ciebie ból w czasie walki. Wydaje mi się, że powinieneś je zamknąć.

Odwrócił się, kiedy nie usłyszał żadnej odpowiedzi. Harry odłożył swój nóż i patrzył na niego. Snape poczuł, jak nadzieja osiada mu w ustach niczym kurz. To był już jakiś postęp w porównaniu do furii, wspieranej przez stalową determinację, którą Harry okazywał mu każdego dnia podczas zajęć eliksirów w tym tygodniu.

– Nie ma jak go zamknąć – powiedział Harry.

Snape wzruszył ramionami.

– Przyznaję, że przeklęta blizna, łącząca cię z potężnym szaleńcem i czyniąca cię jego magicznym dziedzicem, z pewnością nie należy do najbardziej powszechnych teorii na temat umysłu – powiedział, jakby omawiali to każdego dnia. – Ale oklumencja może podziałać. Przynajmniej byłaby w stanie osłonić twoje własne myśli i sprawić, że twój umysł stanie się trudniejszy do odnalezienia. To by, oczywiście, poinformowało Mrocznego Pana o istnieniu tego połączenia, ale to akurat nie powinno być problemem, skoro już i tak o nim wie. – Tego akurat był pewny, bo usłyszał przypadkiem jak Harry i Draco rozmawiali o tym ostatnio. Irytowało go niesamowicie, że musiał uciekać się do takich zagrywek, żeby dowiedzieć się czegokolwiek o życiu własnego wychowanka, ale nie mógł pozwolić, żeby furia go pochłonęła. Odetchnął głęboko i wbił cierpliwe spojrzenie w twarz Harry'ego. – Wydaje mi się, że warto spróbować.

Harry przybrał tę osobliwą, zamyśloną minę, której Snape nauczył się obawiać. Wyceniał siebie przeciw potrzebom innych ludzi i inni zawsze wygrywali.

Powiedział, że nauczył się już kombinować. Powiedział, że wszystko się zmieniło. Snape pochwycił swoje zniecierpliwienie obiema rękami i nie pozwolił sobie ruszyć z miejsca. Być może zrozumie, że zamknięcie tego połączenia będzie dla niego najlepszym rozwiązaniem. Będzie oznaczało lepszy sen dla niego i mniejsze szanse na to, że zaciągnie gdzieś Dracona swoim umysłem, a przecież musi zrozumieć jakie to ważne.

– Nie znam jeszcze wszystkich problemów związanych ze zmianą naszego połączenia – powiedział cicho Harry. – Jestem w sumie pewny tylko tego, że uległo zmianie po jego odrodzeniu. – Potarł kikut swojego lewego nadgarstka. Snape zastanowił się, czy Harry w ogóle zdawał sobie sprawę z wykonywania tego gestu. – Wysłał mi wizję, która była bardziej podobna do snu niż zwykłe, wtedy, kiedy ostrzegł mnie przed atakiem na Weasleyów, a potem kolejną, żeby pokazać mi plażę. Wydaje mi się, że te właśnie ma pod kontrolą. W dodatku nie jestem już w stanie wywrzeć wpływu na ludzi czy rzeczy w moich wizjach. Próbowałem. Kiedyś zdołałem zabić Nagini, ale teraz nie jestem w stanie niczego dotknąć.

– To mi brzmi jak dobry powód do zamknięcia połączenia – powiedział Snape. – Wtedy nie będzie w stanie cię skrzywdzić.

Harry rzucił Snape'owi zirytowane spojrzenie.

– I stracilibyśmy cenne informacje o wojnie – powiedział. – To prawda, pomyliłem miejsce, w którym miał nastąpić atak, ale to była moja głupota. Przynajmniej wiedzieliśmy, że atak nastąpi w czasie równonocy jesiennej, nie zaskoczył nas tym. Muszę pozostawić to połączenie otwarte.

Snape podniósł różdżkę i machnął nią w kierunku kociołka, obniżając płomienie pod nim tak bardzo jak tylko mógł. Miał zamiar utrzymać wściekłość z dala od swojego głosu, naprawdę, ale przychodziło mu to coraz trudniej. To była jego stara furia na Lily Potter, a przynajmniej na to, co po sobie pozostawiła. Wszystko, co Harry przed chwilą powiedział, było bezpośrednią konsekwencją jej treningu.

– Czy efekt, jaki to wywiera na twoje zdrowie, nic dla ciebie nie oznacza?

Spojrzenie Harry'ego nabrało ostrości.

– A pan znowu zaczyna – powiedział, a odraza w jego głosie była tak głęboka, że Snape aż się wzdrygnął. – Zaraz powie pan coś o tym, że moje życie jest ważniejsze od... czego tym razem? Przygotowań wojennych? Żyć moich sojuszników? – Potrząsnął głową i prychnął. – Wydawało mi się, że zaakceptuje pan przynajmniej tę decyzję, bo podejmuję ją przez wzgląd na moją troskę o wojnę, a nie o mojego brata. Wygląda jednak na to, że w tej chwili nie jest pan gotów zgodzić się ze mną pod żadnym względem. – Snape był w stanie usłyszeć ból, który leżał gdzieś pod tonem jego głosu, co było kolejną emocją, której Harry nie okazywał zbyt często w przeciągu ostatniego tygodnia.

– Harry. – Snape użył swojego najbardziej łagodnego tonu, zarówno dlatego, że sam tego potrzebował, jak i dlatego, że Harry'emu będzie ciężej się od niego odciąć. – Naprawdę miałem na myśli wszystko to, co powiedziałem. Naprawdę uważam, że jesteś ważniejszy od twojego brata, tak – ważniejszy dla mnie. To nie oznacza, że wierzę, że Connor – to imię dziwnie leżało mu na języku – powinien zginąć zamiast ciebie. Chodziło mi tylko o to, że powinieneś znaleźć jakiś sposób, żeby zachować was obu przy życiu. I chcę, żebyś przeszedł z tą wojną wreszcie do ofensywy, zamiast skupiać się ciągle na defensywie. Chciałbym, żebyś troszczył się nieco bardziej o samego siebie. Dla mnie nie jesteś tylko przywódcą wojennym. Ale nawet, gdybym myślał o tobie wyłącznie w tej kategorii, to owszem, twoje zdrowie wciąż byłoby dla mnie ważniejsze od dowolnego rodzaju informacji.

Harry zamknął oczy. Snape był w stanie zobaczyć, jak przebiega przez niego dreszcz. Mógł tylko czekać. Harry albo do niego podejdzie, albo nie.

Harry zamiast tego się odwrócił.

Snape zamknął oczy. Następnie usłyszał słowa Harry'ego.

– Skończyłem wywar tojadowy. Zabiorę fiolki ze sobą do sowiarni, żeby wysłać je wilkołakom, które ich potrzebują – w tym kilka dla Remusa, oczywiście. Dobranoc panu.

Kiedy drzwi do laboratorium się zamknęły, Snape otworzył oczy i westchnął. Czyli postanowił pozostać bezkonfliktowy. To nie rozwiąże naszych problemów, tak samo jak nie pomoże mu uporać się z pozostałościami po jego treningu.

Snape spojrzał z przyzwyczajenia na miejsce pracy Harry'ego i zamarł na moment, kiedy zauważył, że chłopiec pozostawił po sobie jedną fiolkę. Podszedł szybko, żeby ją podnieść, w głębi ducha rad, że ma jakąś wymówkę do wyjścia za Harrym i dogonienia go.

Zatrzymał się jednak, kiedy fiolka znalazła się w jego dłoni. Znajdujący się w niej eliksir nie miał koloru czy konsystencji wywaru tojadowego. Właściwie, był bardzo podobny do bardzo popularnego eliksiru na sińce, tego właśnie rodzaju, którego Madam Pomfrey zawsze brakowało w apteczce skrzydła szpitalnego.

Teraz, gdy zaczął się nad tym zastanawiać, to w gabinecie Snape'a zawsze zdawało się znajdować kilka dodatkowych fiolek tego eliksiru.

Był zaskoczony tylko przez chwilę. Potem ledwie był w stanie oprzeć się pokusie rozbicia fiolki o podłogę.

Harry przyrządzał mu eliksiry lecznicze – co było upierdliwym zadaniem, którego Snape nie znosił wykonywać, mimo że zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo są niezbędne – w zamian za dostęp do składników wywaru tojadowego ze składziku Snape'a. Robił to, bo nie chciał być w żaden sposób dłużny swojemu opiekunowi.

Wyglądało na to, że Harry dosłownie niczego od niego nie chce.


Harry poczuł, jak ramiona mu się spinają, kiedy wszedł do opuszczonej klasy, w której obecnie odbywały się zajęcia klubu pojedynków. Na zewnątrz lało jak z cebra, co było dla wszystkich wystarczającym powodem do pozostania w środku. Sala jednak była pełna wpatrzonych w niego ludzi.

I niby w jaki sposób różni się to od reszty Hogwartu, hm? Harry zadarł głowę i celowo przybrał wyniosły wyraz twarzy, nieśpiesznie przenosząc wzrok z jednego ucznia na drugiego patrząc na tych, którzy usiedli w półkolu najbliżej niego – wszyscy z nich byli jego bliższymi przyjaciółmi niż połowa wszystkich pozostałych. Hermiona uśmiechnęła się do niego lekko. Connor, siedzący ramię w ramię z Parvati, też się uśmiechnął, nawet jeśli jego dziewczyna nie. Neville, który wciąż miał brud pod paznokciami po tym, jak pomagał profesor Sprout w szklarniach, pomachał do niego. Milicenta kiwnęła mu szybko głową.

A potem pojawił się Draco, zmierzając prosto do Harry'ego z miną, która nie mówiła "Spóźniłem się?" a "Jak śmieliście zacząć tak wcześnie beze mnie?" i Harry poczuł, że zupełnie się odpręża. Przysunął się bliżej do Dracona, prosząc bez słów i otrzymał delikatne głaskanie po ramieniu od dłoni, która już i tak była wyciągnięta w jego kierunku, żeby go dotknąć.

Wiedziałeś, że tak to się skończy, pomyślał Harry bardziej racjonalnie, pozwalając sobie na myśli, których nie byłby w stanie znieść, gdyby Dracona tu nie było. Wiedziałeś o tym od chwili, w której w gazetach zaczęły pojawiać się te negatywne historie.

Teraz był też w stanie sobie powiedzieć, że tak, naprawdę wiedział. Wciąż nie był pewny, kim był "Argus Veritaserum". Wiedział jednak, że tajemniczy dziennikarz uwziął się na niego, więc było tylko kwestią czasu, nim ten nie zacznie twierdzić, że oskarżenia o znęcanie się nad dziećmi, złożone przeciw rodzicom Harry'ego i dyrektorowi Dumbledore'owi, były kompletnie zmyślone i bezpodstawne – że to właśnie Harry zwrócił się przeciw swoim opiekunom, którzy go kochali, którzy starali się go powstrzymać przed używaniem jego magii w złym celu, a zrobił to po prostu dlatego, że był złośliwy i miał tendencje do zostania Mrocznym Panem.

Harry musiał przypomnieć sobie, że to tylko historia. To nie była prawda. Ludzie, którzy w nią wierzyli na pewno mieli jakieś ku temu własne powody, a on przecież nie mógł ich za to winić. Sama myśl o tym, że ktoś miałby zostać fałszywie oskarżony o znęcanie się nad dziećmi, przyprawiała go o dreszcze. A skoro już o tym mowa, sama myśl o tym, co może się stać Dumbledore'owi i jego rodzicom przez to, że te oskarżenia były prawdziwe, sprawiała, że miał ochotę zwinąć się w kłębek kilka razy na dzień.

Nie miał najmniejszego powodu do tego, żeby czuć się tak, jakby ołowiany ciężar naciskał mu na pierś za każdym razem, kiedy napotykał wzrokiem czyjeś spojrzenie i widział w nim kwestionowanie prawdy. Sam znał prawdę, więc jakie to miało znaczenie? Czemu pozwalał, żeby te spojrzenia, szepty i oburzone syknięcia tak go wytrącały z równowagi?

Cóż, nie wiedział, czemu tak było, ale będzie musiał z tym skończyć. Miał lekcję pojedynków do poprowadzenia, a tego dnia mieli uczyć się mrocznych sztuk.

Zaczekał jeszcze kilka minut, zarówno po to, żeby do końca wysłuchać historii Dracona, który opowiadał mu szybko o czymś zabawnym, co stało się podczas obiadu, kiedy Harry już musiał wyjść, jak i po to, żeby upewnić się, że już nikt więcej się nie pojawi. Zauważył, że Margaret Parsons, która siedziała z tyłu sali, patrzyła na niego ze znacznie mniejszą złością niż zazwyczaj. Właściwie, to nawet wyszczerzyła się do niego kilka razy i nie raz chichotała wraz z grupą przyjaciół. Harry to olał. Być może uznała, że dzisiejsza historia w "Proroku" była po prostu śmieszna.

Wreszcie uznał, że niektórzy ze stałych bywalców się nie pojawią – może byli zajęci, a może po prostu nie dostali zgody od swoich rodziców na przebywanie w klasie, w której będą praktykowane mroczne zaklęcia – i wyciągnął rękę. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem i zamknęły na klucz. Kilku uczniów zaczęło mamrotać z niepokojem, ale Harry uciszył ich kolejnym, choć tym razem pozbawionym magii, gestem.

– Zaraz pokażę wam kilka mrocznych klątw – powiedział cicho Harry. – Nie chcę, żeby wydostały się na korytarz, czy to celowo, czy odbite przypadkiem, a już z całą pewnością nie chcę, żeby komuś coś się stało. – Zerknął na Remusa, który stał spokojnie w kącie pomieszczenia. Remus uśmiechnął się do niego, zapewniając, że jak do tej pory dobrze sobie radzi z wprowadzeniem mrocznych sztuk. Uspokojony tym, że jest z nimi ktoś uzdolniony w magii medycznej na wypadek, gdyby jednak komuś coś się stało, Harry wrócił spojrzeniem do uczniów. – Pamiętajcie, co profesor Merryweather mówiła o tego typu klątwach. Część obrony przeciw nim musi pochodzić z was samych. Jeśli zaczniecie czerpać z rzucania ich zbyt wielką przyjemność, zanadto poddacie swoją wolną wolę, to nie będzie miało większego znaczenia nawet jeśli z powodzeniem zdołacie odbić te, którymi rzucił w was przeciwnik. Wciąż zarażą was pragnieniem ćwiczenia ich bez końca.

– A to uczucie jest ci pewnie dogłębnie znane, co nie, Potter? – zapytała Susan Bones, krzywiąc się do niego.

Harry po prostu wytrzymał jej spojrzenie bez słowa, póki Susan nie spuściła wzroku, rumieniąc się. Harry odetchnął głęboko, żeby się uspokoić i przypomnieć sobie, że to przecież nie było z winy Susan. Pewnie od chwili rozpoczęcia Drugiej Wojny była pod ogromną presją. W czasie Pierwszej straciła dziadków, wujka i kuzynów. A jeden ze śmierciożerców, aresztowany za morderstwo jej wujka, Edgara Bonesa, który oczywiście wywinął się od zarzutów, przekonując Wizengamot, że przez cały czas znajdował się pod klątwą Imperiusa, był Lucjusz Malfoy, którego syn stał właśnie w tym momencie obok Harry'ego i nic sobie z tego nie robił.

To wszystko jest strasznie skomplikowane, a ja naprawdę nie chcę tego dla nikogo pogorszyć. Jeśli chcę, żeby przyjęli do wiadomości to, w co sam wierzę, czyli że mroczni czarodzieje są w stanie działać przeciw Mrocznemu Panu, to sam też muszę zaakceptować to, w co oni wierzą. Mają swoje własne umysły, własną wolę. Jedyne, co mogę zrobić, to przekonywać ich i wyjaśniać, czemu powinni za mną podążać. Nie wolno mi ich do tego przymuszać.

– Pierwszą klątwą, którą wam pokażę, będzie Ardesco– powiedział Harry. Kilku uczniów drgnęło, ale Harry pokręcił głową. – Nie rzucę jej na żadnego z was – obiecał, po czym skoncentrował się. Drewniana figura, o kształtach mniej więcej ludzkich, pojawiła się po środku sali, z dala od wszystkich ławek, a następnie wokół niej pojawiły się osłony, zahaczone o siebie zaklęcia tarczy, które Harry był w stanie rzucać niemal bez namysłu, a których zadaniem było teraz ograniczenie miejsca, w które klątwa mogła trafić, wyłącznie do figury. – Pokażę wam tylko jak ją wykonać.

Podniósł różdżkę i tym razem Margaret Parsons roześmiała się głośno. Harry zerknął na nią. Margaret tylko się mu przyglądała, z lśniącymi od rozbawienia oczami.

Ty używasz różdżki, Potter? – zapytała. – Naprawdę lubisz udawać, że jesteś taki sam jak wszyscy, co? Wszyscy, którzy nie muszą wymyślać historii o tym, jakoby się nad nami znęcano, czy że wybieramy się walczyć z Mrocznym Panem, żeby ściągnąć na siebie uwagę?

– Panno Parsons – powiedział Remus, a Harry usłyszał wilkołaka w jego głosie. – Nie ma potrzeby uciekać się do oskarżeń.

– Mówi pan tak – powiedziała Margaret – bo jest pan jego ojcem chrzestnym i w dodatku mrocznym stworzeniem. Ale...

– Wyjdź – powiedział jej Harry.

Margaret pokręciła głową.

– Nie chcę. Zamknąłeś drzwi.

– Mogę je otworzyć. – Harry zerknął przelotnie na drzwi i zapragnął tego, więc otworzyły się na oścież. – Idź sobie. Nie chcę tu nikogo, komu wydaje się, że ma prawo zwracać się w ten sposób do Remusa.

Margaret westchnęła.

– Potter, jak ty się nie znasz na żartach – powiedziała. – Przepraszam, dobra? Nie jestem przyzwyczajona do myślenia o wilkołakach jak o ludziach. Przepraszam, profesorze Lupin – dodała śpiewnie w kierunku Remusa.

Harry zerknął w kierunku Remusa. Ostatecznie to nie jego starała się obrazić. Od Remusa będzie zależało, czy wolno jej będzie zostać, czy nie.

Remus obnażył zęby, ale kiwnął głową. Harry wiedział, że Remus wciąż obawiał się własnego gniewu. Dlatego też był w stanie kontrolować się lepiej niż można by tego oczekiwać po Margaret. Harry jednak powiedział sobie stanowczo, że tak już musiało być. Remus był dorosły, a ona była dzieckiem. Remus miał możliwość, żeby ją skrzywdzić, ukarać, ale to nie oznaczało, że miał prawo do robienia tego, kiedy po prostu zachowywała się jak dziecko.

Następnie Harry sięgnął w bok, nawet nie oglądając się na Dracona, i zmusił go do opuszczenia różdżki.

– Nie przeklinaj jej, Draco – powiedział. – Nie jest tego warta. Wiesz przecież, że nie jest w stanie nas skrzywdzić i że stosunki między Slytherinem i Ravenclawem są teraz wyjątkowo napięte. – Dowodził tego niczym niesprowokowany atak na Montague'a tego ranka w holu. – Nie chcę, żeby ten właśnie incydent rozpoczął wojnę między domami. Remus powiedział, że nic się nie stało, więc odpuść.

– Chodzi mi o to, co powiedziała o tobie. Chcę ją skrzywdzić.

Słysząc to Harry obrócił szybko głowę. Kiedy spojrzał Draconowi w oczy, zobaczył w nich Lucjusza. A Harry miał już dobre pojęcie o tym jak mściwy potrafi być Lucjusz Malfoy. Pokręcił z paniką głową i pochylił się do Dracona.

– Draco, proszę cię – szepnął. – Przecież mi też nic nie jest.

– Właśnie, że jest – powiedział Draco. – Jest, a przez nią jest tylko gorzej, więc chcę ją skrzywdzić. Ona powinna cierpieć, Harry. – Nie mówił głośno, a w jego słowach nie było nawet specjalnie wiele gniewu. Po prostu na jego twarzy pojawiła się maniakalna determinacja.

Tak to jest gdy się ma zaborczego, nadopiekuńczego, mściwego chłopaka, pomyślał Harry. Ciężko przychodzi mu wybaczanie ludziom tego, że zachowują się jak dzieci.

– A ja nie chcę, żeby cierpiała.

Draco warknął. Harry na wszelki wypadek ustawił lśniącą, niemal niewidzialną linię osłony między nim a Margaret, po czym odwrócił się znowu do drewnianej figury. Zamknął drzwi z powrotem i podniósł różdżkę.

– Wymówię inkantację i wykonam powolne ruchy różdżką. Potem pokażę wam samą klątwę.

Wykonał powolną demonstrację, słysząc jak Hermiona robi notatki na temat jego ruchów różdżką. Następnie stanął naprzeciw figury i wezwał trochę swojego gniewu, żeby ten rozpalił klątwę.

Ardesco!

Drewniana figura stanęła w płomieniach, które pożerały ją od środka. Klątwa spopieliła ją szybciej niż zazwyczaj. Harry zamrugał, orientując się, że jego furia musiała dobrze na nią podziałać. Z drugiej jednak strony mroczne sztuki zawsze chętnie żywiły się dzikimi emocjami.

Odwrócił się, żeby przyjrzeć się swojej widowni i zobaczył wstrząśniętą minę Hermiony. Właściwie to Parvati też tak wyglądała i wielu innych również. Prawdopodobnie wyobrażali sobie, co ta inkantacja mogłaby zrobić ludzkiemu przeciwnikowi. No i dobrze. Nie chcę, żeby używali tych zaklęć na co dzień.

– Klątwa intensywnych płomieni jest dobrym pierwszym mrocznym zaklęciem – powiedział – ponieważ nie jest w stanie odbić się, więc są mniejsze szanse na to, że przypadkiem traficie nią kolegę, o ile sami celowo nie wycelujecie w niego różdżką. Jak widzieliście, pożera ofiarę od środka, zamiast lecieć w jej kierunku w strumieniu ognia. – Przesuwał wzrokiem od twarzy do twarzy, żeby upewnić się, że wszyscy zrozumieli. – Zabija boleśnie i niemal natychmiast. Wasz wróg, o ile go traficie, często nie będzie miał możliwości obronienia się przed nią.

Przyglądali się mu w ciszy. Nawet śmiech Margaret na chwilę ucichł. A potem Neville wstał.

– Czy mogę ją wypróbować, Harry? – zapytał cicho.

Harry uśmiechnął się wbrew sobie. Właśnie dlatego trafił do Gryffindoru. Neville miał więcej powodów niż większość ludzi do nienawidzenia mrocznych sztuk, ponieważ Bellatrix Lestrange torturowała jego rodziców, póki ci kompletnie nie oszaleli, a mimo to i tak zgłaszał się na ochotnika do ćwiczenia zaklęć, żeby pokazać innym, że nie ma się czego bać. Harry kiwnął mu zachęcająco głową i stworzył kolejną drewnianą figurę w środku gniazda osłon, po czym odsunął się na bok, żeby Neville mógł zająć jego miejsce.

Neville przez kilka chwil tylko przyglądał się drewnianej postaci. Harry patrzył jak jego wyraz twarzy stopniowo ulega zmianie, jego zazwyczaj przyjazna twarz staje się pochmurna i napięta przez absolutną i bezwzględną determinację. Zastanawiał się, kogo Neville sobie wyobrażał jako swojego przeciwnika. Prywatnie miał nadzieję, że to nie był Snape.

Neville wycelował różdżką w figurę.

Adresco! – powiedział, wymawiając stanowczo dwie pierwsze sylaby, a ostatnią z lekkim drżeniem w głosie.

Ogień, błękitno–biały i pochłaniający, buchnął z piersi figury. Osmalił tylko pierś i głowę, po czym zniknął, ale Harry'emu i tak to zaimponowało. To było więcej, niż spodziewał się od kogokolwiek w czasie zajęć tego dnia, może poza Milicentą, Draconem i paroma innymi, którzy przebywali w pobliżu mrocznej magii od wczesnego dzieciństwa.

Tym, co zainteresowało go jeszcze bardziej, była moc Neville'a, która zwykle płonęła na poziomie tylko odrobinę wyższym od przeciętnego, ale kiedy rzucił zaklęcie zapłonęła z oszałamiającą intensywnością, po czym znowu opadła. Harry kiwnął głową. To tłumaczy, czemu nie radzi sobie na eliksirach. Jest czarodziejem błyskawicy – szybkie, nagłe, napędzane emocjami ataki są w jego stylu. Oczywiście, jest świetny w zielarstwie, ale tam napędza go jego zamiłowanie do roślin. Jeśli czuje tylko podenerwowanie, jak podczas eliksirów, to będzie wszystko partolił, ponieważ jego magia będzie usiłowała mu pomóc, jednak do pracy będzie jej brakowało intensywności.

– Bardzo dobrze, Neville! – powiedział, a Neville uśmiechnął się do niego nieśmiało. – Znakomicie. – Harry stworzył kolejne dwie figury, jedną z boku, a drugą nieco przed pierwszą, po czym zachęcił Neville'a do ustawienia się przed drugą. – Ćwicz dalej na tej, a ja poproszę kolejnego ochotnika do rzucenia Ardesco, co? – Rozejrzał się wokół.

Hermiona wstała z zaciekawieniem, ale Margaret odezwała się, zanim ta zdążyła cokolwiek powiedzieć.

– Och, miałam zaczekać trochę dłużej, ale po prostu nie mogę.

Harry zerknął na nią ze zmęczeniem. Skoro wreszcie chciała wziąć udział w demonstracji, to musiał przynajmniej dać jej szansę...

Zorientował się nagle, że pochyliła się i podniosła coś z podłogi. Harry zamrugał. Wyglądało to jak pudełko tego rodzaju, w którym przesyła się nieagresywne składniki eliksirów. Nie rozumiał, póki Margaret nie podniosła wieczka i nie wyjęła czegoś ze środka.

To był Argutus, którego pyszczek był przywiązany do ogona w sposób, który wyglądał na wyjątkowo niewygodny.

– Znalazłam go jak szpiegował w naszym pokoju – powiedziała Margaret. – Pomyślałam, że ci go przyniosę z powrotem, Potter. – Uśmiechnęła się do niego. – Nie martw się. Nie skrzywdziłam go... a przynajmniej nie tak bardzo jak ty skrzywdziłeś dyrektora Dumbledore'a.

Harry zakrztusił się, jego furia wzniosła się w nim tak gwałtownie, że nie był w stanie oddychać. Zacisnął dłoń przed sobą. Zauważył kątem oka, że Draco przysunął się do niego bliżej z lekko odurzonym wyrazem twarzy i zorientował się, że jego magia musi wznosić się wokół niego. Kilku ludzi wyglądało na przestraszonych, ale Margaret była za bardzo pochłonięta radością, pochodzącą z jej małego planu, żeby do nich dołączyć.

– Oddaj mi go – powiedział cicho Harry.

– Chcę, żebyś mi obiecał, że już nigdy więcej nie wyślesz go na przeszpiegi do dziewczęcego dormitorium Ravenclawu. – Margaret upuściła pudełko i podniosła swoją różdżkę, przystawiając ją do linek, które pętały Argutusa. Wymamrotała coś, co, jak Harry uznał, musiało być zaklęciem zaciskającym, bo linki zacisnęły się na nim mocniej. Mały wąż omenu nie był w stanie nawet się miotać. – Po co go tam w ogóle wysłałeś, Potter? Szukasz czyichś brudów, żeby mieć pretekst do złożenia kolejnych pozwów?

– Panno Parsons. – Harry miał wrażenie, że otacza go mgiełka złości, bo głos Remusa brzmiał na bardzo przytłumiony. – Proszę w tej chwili oddać panu Potterowi jego węża. Ale już.

– Ja chcę tylko, żeby mi w zamian coś obiecał, to wszystko. On przecież w ogóle nie powinien mieć tego węża. To wbrew regulaminowi szkoły. Ale oczywiście, Harry Potter zawsze jest wyjątkiem od reguły. Wolno mu nawet dalej do niej uczęszczać po tym, jak wykopał z niej najlepszego dyrektora w historii. – Margaret posłała Harry'emu słodki uśmiech. – No weź, Potter, obietnica, co ty na to? Naprawdę nie chciałabym rzucić na twoje małe wężątko klątwy bólu... – Podniosła różdżkę, jakby dokładnie to miała zamiar zrobić.

Exculpo – wypalił Harry. – Wingardium Leviosa. Silencio. Accio Argutus.

Strumień fioletowego światła wystrzelił z jego ręki sprawiając, że liny, pętające Argutusa, zniknęły. Następnie Argutus zawisł w powietrzu, tak że Margaret nie była w stanie upuścić go na podłogę, głos Margaret został uciszony, a Argutus podleciał do Harry'ego, lądując mu bezpiecznie na ramieniu.

Harry odwrócił głowę, żeby skupić się na wężu omenu.

– Zrobiła ci coś? – zapytał rozkazującym tonem.

Głównie mnie związały i nie karmiły. – Argutus kiwał się w przód i w tył, jakby usiłował pozbyć się wspomnień po linach. – Ale jestem obolały i głodny, a ona mówiła jakieś słowa w języku, z którego pochodzi moje imię. Skrzywdziły mnie.

Harry zamknął oczy. Tak strasznie chciał skrzywdzić Margaret. Nie miało znaczenia co jemu zrobiła, był w stanie przeżyć wszystko, ale żeby sponiewierać Argutusa, maleńkiego węża, który nie był nawet jadowity...

Chciał ją skrzywdzić, chciał, żeby przestała istnieć i wiedział, że ma moc, która może to sprawić.

Ale jeśli z niej skorzysta, to w jaki sposób będzie się różnił od Voldemorta?

Czuł jak spojrzenia zaczynają go przytłaczać, pełne sympatii, fascynacji i przerażenia, po czym wydał z siebie cichy szloch. Spojrzenia, połączone z czystą siłą jego temperamentu, lada moment przepchną go przez granicę, a z tego co Harry'emu było wiadomo, to będzie oznaczało, że Margaret zacznie się wić pod Cruciatusem. Przecież już raz rzucił go na Voldemorta na cmentarzu.

Pragnienie i wola zebrały się, tworząc nowe zaklęcie, takie, którego w tej chwili potrzebował najbardziej – które sprawi, że będzie bezpieczny i inni będą bezpieczni przed nim.

Extabesco plene – wydyszał i poczuł, jak ściany zaklęcia podnoszą się wokół niego, owijając się wokół niego niczym wiatr i sprawiając, że zniknął. Wciąż tam był, oczywiście, ale ukryty – nie tylko przed wzrokiem, jak by to zrobiła peleryna–niewidka, czy zaklęcie kameleona, ale przed wszystkimi zmysłami. Nikt nie był w stanie go usłyszeć, czy go poczuć, a Remus nie będzie w stanie wyśledzić go po zapachu. W dodatku jego magia znajdowała się pod tym zaklęciem razem z nim, owinięta i wywrócona na lewą stronę. Nawet jego potęga go nie zdradzi.

Harry minął wyciągniętą w jego kierunku dłoń Dracona, wyminął wszystkich i wybiegł przez nagle otwarte drzwi.

Pozwolił, żeby instynkty zaprowadziły go do tej części szkoły, w która będzie niewielu uczniów o tej porze, po obiedzie w weekend, i po jakimś czasie udało mu się znaleźć kolejną opuszczoną klasę. Wślizgnął się do środka i oparł o ścianę, zamykając oczy i odchylając głowę do tyłu. Dyszał tak ciężko, że aż nim trzęsło.

Niemal stracił nad sobą panowanie.

Niemal skrzywdził innego ucznia.

Był sobą obrzydzony, wściekły i przerażony – zwłaszcza dlatego, że delikatnie owijający się wokół jego szyi Argutus sprawił, że ponownie zaatakowały go marzenia o krzywdzeniu Margaret, sprawieniu, żeby poczuła dokładnie taki sam ból jaki musiał czuć Argutus, odpowiedzeniu klątwą na klątwę.

W tym momencie całym sercem marzyło tym, żeby jego sen się spełnił, żeby nikt nie zwracał na niego uwagi, o ile by nie potrzebowali od niego czegoś konkretnego. Mógłby wtedy znikać na całe godziny. Nikt by się o niego nie martwił. Wymykałby się ze świata i zakradał do niego z powrotem, używając swojej magii wyłącznie do dobrych rzeczy i wszystko by rozumiał.

Harry otworzył oczy i przyjrzał się, z czymś, co wiedział, że było pogardą, poblaskowi swojej magii, widocznej, ponieważ była uwięziona z nim na tak niewielkiej przestrzeni.

– Do czego mi jesteś potrzebna – szepnął – skoro można cię użyć do krzywdzenia ludzi w ten sposób?

– Czasami krótki, ostry szok potrafi przynieść wiele błogosławieństw, panie Potter.

Harry obrócił szybko głowę, a wraz z nią swoją magię, która utwardziła się w strzałę, a Harry miał naprawdę wielkie problemy z nie wystrzeleniem jej. Acies Lestrange stała w drzwiach klasy, patrząc wprost na niego.

– Jakim cudem mnie pani widzi? – zażądał odpowiedzi Harry. Liczył, że to nowe zaklęcie go ochroni, bo na nic mu się nie przyda, jeśli nie działa jak należy.

– Nie oszuka pan smoczych oczu, panie Potter. – Acies przeszła przez salę i usiadła na jednej z ławek. Miała na twarzy koronkową woalkę i nie spróbowała nawet spojrzeć mu w oczy. Harry nie był nawet pewien, czy dalej patrzyła na niego, czy też gdzieś w kąt pokoju. Mówiła w zamyśleniu. – I nie oszuka pan mojej rodzinnej zdolności do wyczuwania mocy. Wiem, co się stało.

– Co prawie zrobiłem?

– Tak. – Acies przechyliła głowę. – Czy to naprawdę byłoby aż takie złe?

Harry aż się zachłysnął.

Oczywiście, że tak – powiedział, kiedy już był w stanie mówić. – Skrzywdziłbym ją, a ona... nie byłaby nawet w stanie się obronić. To nie byłby równy pojedynek. – Położył głowę na podkulonych kolanach i zamknął oczy.

Pachniesz takim strasznym bólem– powiedział miękko Argutus. –Nie lubię, kiedy pachniesz takim strasznym bólem.

– Walczy bardzo wprawnie na płaszczyźnie, na której pan nawet nie próbuje się przed nią bronić, czyli wyzwiskami i opinią publiczną – powiedziała Acies. – Gdyby pan ją wystarczająco zszokował albo skrzywdził, panie Potter – i proszę zauważyć, że nie polecam zabijania jej – to by zostawiła pana w spokoju.

– Ale nienawidziłaby mnie jeszcze bardziej. – Harry zastanawiał się, czemu, do licha, Acies która nauczała obrony przed mroczną magią, mówiła mu coś takiego. – Nie chcę być tym, kto zmieni tę iskrę w pożar, profesor Merryweather.

– Jak nie ty, to coś innego zrobi to za ciebie. – Głos Acies brzmiał ponuro. – Nie wiem, czemu reakcje na pana są tak głębokie, panie Potter. Czasem wydaje mi się, że wiem, ale chwilę potem mi to ucieka. Pozostaje mi tylko zgadywać. – Potrząsnęła głową. – Pozostaje jednak fakt, że ona nie zapomni tego, że pan zdołał powstrzymać się przed rzuceniem na nią klątwy bólu. Zapamięta tylko, że był pan wstrząśnięty i niemal ją skrzywdził. Będzie czuła potrzebę, żeby się dalej popisywać, albo uzna, że pan nie śmie sprowokować konfrontacji i jej zachowanie tylko ulegnie pogorszeniu.

– Nie mogę jej skrzywdzić – szepnął Harry. – I nie mogę pozwolić Draco, Snape'owi i komukolwiek, komu na mnie zależy, jej skrzywdzić.

– Czemu nie? – Głos Acies był uprzejmy, lekko zainteresowany, jakby kierowała nią akademicka ciekawość.

– Przez wzgląd na zasady, których pani sama nas nauczyła. – Harry zmarszczył brwi. – Ponieważ musimy zrozumieć i uszanować poświęcenia innych ludzi. Utrata dyrektora Dumbledore'a była poświęceniem ze strony jej i jej rodziny. Tylko dlatego tak się zachowuje. Jak mogę ją za to winić?

– Bronienie się i obwinianie jej to dwie różne sprawy. – Acies pochyliła się do przodu. – Nieczęsto się tego używa, ponieważ wzbudziłoby to rywalizację między potężnymi uczniami w Hogwarcie, a szkoła naprawdę tego nie potrzebuje, ale istnieje pewna klauzula w regulaminie szkoły, która oferuje profesorom pewną... możliwość. Niniejszym udzielam panu oficjalnego pozwolenie na używanie magii do bronienia się poza klasą. Co pan zrobi z tym pozwoleniem to już pańska sprawa.

Harry zamknął oczy.

– Nie powinna pani faworyzować uczniów w ten sposób, profesor Merryweather.

– Nie jestem głową domu – powiedziała Acies. – Co więcej, jestem profesorką obrony przed mroczną magią, dzięki czemu regulamin musi podchodzić do mnie z pewnym dystansem. Nie faworyzuję cię, Potter. Po prostu zdejmuję z ciebie ograniczenia, dzięki czemu będziesz w stanie przenieść tę walkę na płaszczyznę, w której będziesz w stanie się obronić.

– Ale powinienem uczyć się cierpliwości, a nie...

– Jest taka chwila – przerwała mu Acies – w której cierpliwość, wybaczenie, łaska i pobłażliwość stają się słabościami, Potter – zaproszeniem dla twoich wrogów do robienia wszystkiego, co im się tylko podoba, bo będą mieli pewność, że im nie oddasz. Wierzę, że to pozwolenie zapobiegnie konfrontacjom. Poproszę, żeby pani dyrektor ogłosiła je jutro. Dzięki temu uczniowie będą musieli się porządnie zastanowić, zanim cię ponownie zaatakują, czy to werbalnie czy magicznie. A ty, jeśli dalej będzie ignorował swoje emocje i instynkty, to wybuch, kiedy wreszcie do niego dojdzie, będzie agresywny. Sam to dzisiaj widziałeś.

Harry westchnął. Wciąż mu się to nie podobało, ponieważ był to przywilej, który wynosił go ponad innych, ale nie sądził, żeby miał teraz dość sił na przekonanie Acies do rezygnacji z tego pomysłu. Może miała rację, może to po prostu zniechęci ludzi do konfrontacji, dzięki czemu w ogóle nie będzie musiał nikogo krzywdzić.

– Jesteś taki sam jak ja, Potter – powiedziała Acies, przez co poderwał głowę. – W równym stopniu magiczne stworzenie, jak i człowiek. Lordowie, czy też ci, którzy mają dość mocy, by się nimi stać, często tak mają. Twoją magię trzeba ćwiczyć, trenować, kontrolować, używać. To taka sama część ciebie jak twoje kończyny, czy oczy, a nie coś dodatkowego, jak to jest w przypadku większości czarodziejów. Lepiej, żebyś używał jej bez przerwy w niewielkich zaklęciach, zamiast pozwolić jej się nagromadzić, żeby w pewnej chwili zalała wszystkich, przelewając się ponad tamą.

Harry kiwnął głową. Snape powiedział mu coś podobnego w czasie wakacji między drugim a trzecim rokiem, kiedy jego magia po raz pierwszy zaczęła wyrywać się spod sieci feniksa.

Miał już jednak serdecznie dość myślenia i rozmawiania o sobie.

– Co ma pani na myśli mówiąc, że jestem taki jak pani?

Acies przechyliła głowę na bok.

– Ależ, przecież mam w sobie smoka, panie Potter – powiedziała. – Jego dzikość. Zaczyna we mnie płonąć i błaga o wypuszczenie ilekroć zbyt długo ją ignoruję. A mimo to za każdym razem, kiedy jej używam, równowaga w moim umyśle przechyla się w jego kierunku, a smok staje się nieco silniejszy. – Wstała i ruszyła do drzwi.

– Co się stanie, kiedy równowaga przechyli się kompletnie na stronę smoka? – zapytał Harry jej pleców.

Acies obejrzała się przez ramię.

– Wtedy już nie wrócę – powiedziała łagodnie, po czym zamknęła za sobą drzwi.

Harry zamknął oczy. Jego magia nuciła wokół niego, a Argutus dopytywał się o świerszcze.

Czy mi się to podoba czy nie, nie mogę tak po prostu zniknąć. To zaklęcie to miły kompromis na czas, kiedy będę tego absolutnie potrzebował, ale Draco będzie mnie panicznie szukał, a Remus i Connor będą się martwić. No i Snape pewnie też.

Harry westchnął i rozwiał kokon zaklęć wokół siebie. Jego magia momentalnie wydała z siebie trel wolności, skacząc wokół z taką radością, że Harry potrząsnął głową.

Wygląda na to, że naprawdę nie używałem jej ostatnio wystarczająco często. Osuszanie mocy Voldemorta było na tyle pasywne, że się nie liczyło.

Harry wykonał kilka głębokich oddechów, po czym wstał, żeby poszukać Dracona. Być może Acies miała rację, a możliwość używania magii do bronienia się w razie konieczności sprawi, że tak wielkie zaklęcia staną się niepotrzebne.

Harry był jednak w stanie wymyślić coś, czym jego zniecierpliwiona magia mogłaby się zająć.

Czas przenieść walkę z Voldemortem do ofensywy.