We were and we are the Dark Lord's „most loyal" servants...
Idąc w stronę Czarnego Pana – który siedział w fotelu na drugim końcu salonu i wpatrywał się w nią z jakimś zamyśleniem – i trzymając w drżących dłoniach mały bukiecik, patrzyła w okno, które znajdowało się nad Voldemortem i przez które do pomieszczenia wlewało się pomarańczowe światło zachodzącego słońca. Po obu jej stronach skupieni byli śmierciożercy, którzy stali pod ścianami i z napięciem obserwowali piękność w białej sukni oraz swego pana w czarnej, ozdobionej szmaragdowymi nitami, szacie.
Vicky na chwilę odkleiła wzrok od okna i zerknęła w prawo – spostrzegła Narcyzę, która miała w oczach łzy. Wiedziała, że nie były to łzy wzruszenia ani szczęścia.
Posmutniała. Nie tak wyobrażała sobie dzień swojego ślubu... Bo co to za ślub, który nie miał nic wspólnego z miłością, a jedynie chodziło o korzyści dla tej drugiej strony...?
Dla tej drugiej strony... Merlinie! Merlinie najsłodszy, czy ty masz jakikolwiek wpływ na ten świat?! Widzisz przecież, że serce – może nie najczystsze, ale na pewno szlachetne – idzie właśnie połączyć się z kimś, kto tego serca nawet nie ma, bo dawno zniknęło pod grubą skorupą nienawiści! Jak możesz pozwalać na to? Dlaczego nie ześlesz teraz jakiegoś niebiańskiego wysłannika, który mieczem wykutym w boskim piecu zatrzyma to nieśmieszne przedstawienie? Masz, Merlinie, jakąkolwiek władzę...? Chyba nie masz...
Gdy stanęła przed nim, podniósł się z fotela. Tuż przy jego stopach wiła się Nagini, która niebezpiecznie zaczęła zbliżać się do Victorii, jakby oceniając, czy rzeczywiście jest godna jej pana.
Podszedł do nich Yaxley. Stanął między nimi i kazał im coś za sobą powtarzać. Victoria nie wiedziała nawet co. Nie chciała wiedzieć. Nie chciała świadomie wypowiadać słów łączących ją z nim. Trzymał ją za dłoń, a jego czerwone oczy wędrowały po jej twarzy. Ona patrzyła gdzieś w bok. Następnie Yaxley, po słowach przysięgi, wyciągnął różdżkę, a Victoria obserwowała, jak niebieskie pierścienie oplatują dłoń jej i jego, a następnie znikają. Chciała już zabrać swoją dłoń, ale Czarny Pan wciąż ją trzymał. Yaxley bowiem znów zaczął szeptać jakieś zaklęcie. Słońce właśnie całkowicie zaszło. Ktoś zapalił kilka świec. W salonie panowała niemal ciemność. Victoria, z przyspieszonym oddechem, wpatrywała się w oczy swojego małżonka. Ogarnął ją strach.
Wtedy Yaxley przejechał różdżką po jej ręce, jakby zbierając z niej coś, i po chwili samym koniuszkiem różdżki dotknął rękę Czarnego Pana, jakby tam to coś odkładając. Zrozumiała, że to musiało być to zaklęcie, które łączyło ich w ten dziwny sposób, dzięki któremu Voldemort nie mógł zginąć, póki ona była cała. Poczuła ból w całym ciele, jednak trwał on na tyle krótko, że nie zdążyła nawet przymknąć oczu. I było po wszystkim.
Yaxley, składając im pokłon, odszedł do reszty zgromadzonych. Zabrzmiała uroczysta muzyka. Czarny Pan puścił jej rękę i wyszeptał do niej:
– Masz godzinę. Porozmawiaj z gośćmi, pożegnaj się z rodziną, spakuj potrzebne rzeczy. A potem wrócę po ciebie i przeniesiemy się.
Przed nimi już ustawili się w kolejce goście, chcąc złożyć pokłon i pogratulować. Czarny Pan jednak podszedł tylko do kilku śmierciożerców, którzy stali najbliżej, podziękował im za obecność, pozwolił oddać sobie pokłon, i deportował się.
Victoria przez dziesięć minut zbierała gratulacje i udawała szczęśliwą.
Gdy goście zajęli się jedzeniem, piciem i zabawą, podeszła do Narcyzy i Dracona.
– Tak mi przykro, Vicky... – wyszeptała Cyzia, próbując się nie rozpłakać.
Draco porwał ją w objęcia.
– Spokojnie, za kilka miesięcy to wszystko się skończy... Jestem pewna... – próbowała pocieszyć ich Victoria.
Spędziła większość czasu z rodziną, jednak gdy godzina podarowana jej przez Voldemorta zaczęła zbliżać się ku końcowi, udała się do swojej komnaty by spakować jakieś rzeczy. Pozostawszy sama ze sobą wpadła w jakąś aberrację i pakując torbę, totalnie nie wiedziała, co do niej wrzuca. Wzrok miała nieobecny. Gdy zdrowy rozsądek jednak przebłysnął gdzieś między chaosem w jej głowie, zdjęła z siebie w końcu suknię ślubną i wszelkie ozdoby. Założyła elegancką, szmaragdową sukienkę. Na ramieniu zawiesiła torebkę i wyszła ostatni raz na swój balkon. Wiatr zawiał wtedy wyjątkowo silnie. Oparła obie ręce o balustradę i wpatrzyła się w ciemne niebo. Od dziś niektórzy zapewne będą nazywali ją panią świata. Królową.
Chyba nie byłaby człowiekiem – istotą iście chciwą i żądną władzy – gdyby przez choć jedną chwilę jej się to nie spodobało...
Tak więc stojąc na tym balkonie i przyjmując z pokorą na swą twarz uderzenia wiatru, uśmiechała się lekko.
Po chwili poczuła, że ktoś stoi obok niej. Odwróciła głowę. John Scott także wpatrywał się gdzieś daleko przed siebie. Wiatr targał jego długi, czarny płaszcz. Wyglądali razem niezwykle. Mimo iż Voldemort był teraz w postaci zwykłego mężczyzny, wciąż biła od niego władza i zapewne każdy, kto napotkałby wzrok Johnny'ego, natychmiast spuściłby głowę. Ale nie ona. Ona była teraz jego żoną. Obróciła się twarzą do niego i musnęła jego rękę. On także spojrzał na nią i nawet lekko się uśmiechnął. Odwzajemnił lekki ścisk dłoni i deportował ją ze sobą.
Pojawili się przed dworkiem, do którego już kiedyś ją zabrał – po tym, jak zabiła Iwanowa. Pamiętała, iż miejsce to znajdowało się gdzieś w zachodniej Anglii. Czy już wtedy, gdy pojawiła się tutaj pierwszy raz, planował, że za jakiś czas poślubi ją i uwięzi w tym miejscu? Czy właśnie po to kupił ten dom? Aby mieć ją gdzie ukrywać przed światem?
Weszli do środka. Victoria z rozczarowaniem zauważyła, że wnętrze nie było już tak przytulne, jak ostatnio. Zaszły tu duże zmiany. Teraz bardziej miejsce to przypominało wnętrze jej rodzinnego domu, co wcale jej się nie podobało – już dosyć lat mieszkała wśród wysublimowanych ozdób, ale pozbawionych jakiekolwiek życia; wśród marmurowych lub szmaragdowych ścian, które widziały więcej strachu, niż radości. Czy tu będzie tak samo...? „Gorzej" – coś szepnęło w jej duszy.
Udali się do salonu, który znajdował się na lewo od wejścia. Był on duży. Jedną ze ścian pokrywały regały z książkami. W rogu stał kominek, a przed nim sofa i dwa fotele obite bordową skórą. Niemal zabrakło jej tchu gdy zauważyła, że nad kominkiem wisiał... jej własny portret. Ciemne włosy spoczywały na nim na jej plecach. Niebieskie oczy przeszywająco wpatrywały się w oglądającego. Bluzkę miała tam bordową, tak samo jak szminkę. Przynajmniej było jasne, czym kierował się Voldemort, wybierając sofę i fotele w tym kolorze...
Odłożyła torebkę na komodę i podeszła do okien, które znajdowały się na wprost wejścia do salonu. Zauważyła, że między oknami znajdowały się także drzwi wiodące na taras. Z okien tych widać było ogród, który znajdował się za domem. Jego szczegółów dostrzec nie mogła, ponieważ na zewnątrz było ciemno.
Wciągnęła głośno powietrze i obróciła się do Johnny'ego, który stał w progu i ją obserwował. Zdjął już czarny płaszcz i teraz miał na sobie tylko ciemną koszule i spodnie.
– I jak ci się podoba? – zapytał.
– Tutaj? – rozejrzała się nieznacznie. – Jest niesamowicie. Miły klimat.
– To dobrze, bo będziesz tu mieszkać.
– A ty?
Spojrzał na nią krótko, a potem uśmiechnął się i zaczął spacerować po salonie.
– Teoretycznie też. Ale nie zawsze będę na miejscu. Sama rozumiesz, że ktoś taki jak ja ma wiele spraw do załatwiania... Czasem bywam za granicą, czasem bardzo blisko, ale jednak nie tu...
– Rozumiem – kiwnęła głową.
– Masz jeszcze jakieś pytania? Właściwie zaraz muszę się przenieść do Irlandii... Mam tam rozmowę z pewnym czarodziejem. Pragnie on służyć nam pomocą w wojnie, która się zbliża... Podobno ma po swojej stronie parę olbrzymów. Każda siła się przyda.
– Naturalnie – odparła szybko. – Czy mam jeszcze jakieś pytania...? Może... czy coś się między nami zmienia? Mam jakieś szczególne obowiązki wobec ciebie?
– Dobre pytanie – uśmiechnął się znów i zbliżył do niej. – Masz być mi posłuszna i wierna. Pod każdym względem. Musisz być także gotowa do poświęceń... Gotowa zginąć ze mną... Lub za mnie. I od dziś żadnego Johna Scotta. To nazwisko było tylko na chwilę, byś miała jak do mnie mówić pod tą postacią. Ale teraz żadnego fałszu. Teraz, gdy jestem już niemal jednością z twoją duszą, mów mi Tom. Tom Marvolo Riddle. To moje prawdziwe nazwisko, które porzuciłem, jednakże... dla ciebie niech istnieje dalej. Lecz tylko dla ciebie.
Uśmiechnęła się słabo.
– A mogę wiedzieć, co dokładnie kryło się pod naszą małżeńską przysięgą? Przecież to nie był zwykły ślub... Coś tam było z korzyścią dla ciebie, czyż nie?
Po raz kolejny się uśmiechnął, aż Victoria zaczęła się zastanawiać, czy jego przypadkiem to wszystko nie bawi.
– Powiedzmy, że gdy pójdę na dno, to pociągnę cię za sobą – odparł krótko, popatrzył na nią tajemniczo i odwrócił się. Idąc już w stronę wyjścia rzekł: – Wrócę za kilka godzin. Łaskawa bądź na mnie poczekać nim pójdziesz spać...
Gdy drzwi się za nim zamknęły i została sama w domu, aż opadła z wrażenia na fotel. Wpatrywała się długo w ścianę, niemal nie mrugając. Nie miała nawet siły myśleć o tym, co właśnie działo się w jej wnętrzu. Podniosła się więc i postanowiła obejrzeć resztę domu.
W każdym pomieszczeniu panował ten sam tajemniczy, wręcz przytłaczający klimat. Wszystko było takie zimne i ponure. Co prawda już na pierwszy rzut oka można było dostrzec, że nawet zwykła zasłona w jadalni wykonana była z najdroższej tkaniny, ale... co z tego?
Wspięła się marmurowymi schodami na wyższe piętro. Odnalazła na nim dużą sypialnię z wielkim łożem z baldachimem. Czy zamierzał spać z nią w jednym łóżku?
Przez sypialnię przechodziło się do dużej łazienki z wielką wanną. Victoria patrzyła na rozmiary tej wanny ze zgrozą. Postanowiła jednak wyrzucić zbędne myśli z głowy i wziąć kąpiel. Po godzinie wyszła z łazienki, czysta i pachnąca, ubrana w białą, przewiewną, długą halkę. Na Merlina, jak się przy nim ubierać...?! Czy taka halka nie urazi go? Może powinnam sypiać w... szlafroku? I te jednak myśli odgoniła, pozostając w halce. W końcu była jego żoną, czyż nie...?
Oczywiście nie mogła pozwolić sobie na to, aby usnąć. Kazał jej czekać. Zeszła więc na dół, do salonu. Tym razem narzuciła na siebie jednak czerwony szlafrok, ponieważ – mimo że w domu tym było ciepło – ciągle czuła na plecach zimne dreszcze. W salonie zaczęła przeglądać książki. Poddała się jednak po paru chwilach odkrywszy, że większość dotyczy czarnej magii. Oczywiście w głębi duszy wiedziała, że skoro ma dostęp do biblioteczki Voldemorta, to warto to wykorzystać... Ale nie dziś. Dziś już nie miała siły na jakiekolwiek nowe niespodzianki.
Usiadła w fotelu i westchnęła głośno. A więc udał się do Irlandii, by rozmawiać z kimś, kto ma pomóc mu w wojnie... Wojna. Po czyjej stronie tak naprawdę była? Nie miała pojęcia. Na samym początku, właściwie od dziecka, należała całą duszą do załogi Czarnego Pana. Z rozpoczęciem siódmego roku w Hogwarcie przeniosła się na stronę Dumbledore'a i wraz ze Snape'em szpiegowała przeciwny obóz. A później wszystko się poplątało, bowiem czasem wspierała tych, a czasem tych... A teraz? Komu jej serce było bardziej oddane? Nie umiała odpowiedzieć na to pytanie. Zdawało się, że gdzieś głęboko w środku życzyła wygranej Dumbledore'owi, Potterowi i całej tej zgrai, ponieważ nie chciała dla świata tego zła, które tak dobrze znała. Jednak, jak na ironię, właśnie to, że wychowała się i żyła po stronie zła machinalnie odciągało ją od dobra.
Dochodziła druga w nocy, gdy wrócił. Zastał ją w salonie, w fotelu. W dłoni trzymała lampkę wina. Oczy miała przymknięte, jednak gdy poczuła, że stoi tuż obok niej, otworzyła je.
– I jak ci poszło? – zapytała.
Opadł na drugi fotel i oparł głowę o oparcie.
– Bardzo dobrze – odparł krótko i uśmiechnął się.
– Czyli... wygramy tę wojnę?
– Och, oczywiście że wygramy. Chyba w to nie wątpisz, ma chérie (moja droga)?
– Absolutnie.
– Chodź tu do mnie – rzekł po chwili.
Odłożyła lampkę na podłogę i podeszła do jego fotela. Nieśmiało usiadła mu na kolanach.
– Jeśli wygramy tę wojnę, to wszystko będzie nasze – powiedział, owijając sobie wokół palca kosmyk jej włosów. – Zawładnę całym światem czarodziejów, Ministerstwem, Hogwartem. Obwołam się na jedynego i absolutnego władcę. A wtedy ty będziesz królową, która zasiądzie u mego boku. Musisz głęboko wierzyć w naszą wygraną i za żadne skarby nie działać na mą niekorzyść. Jesteś teraz najbliżej mnie, dla ciebie właśnie przyjmuję postać zwykłego śmiertelnika. Zdrada u najbliższych jest najczęściej spotykana... Obyś i ty się nie zhańbiła, próbując w jakikolwiek sposób mi zaszkodzić...
– Jakże bym śmiała...? – odparła po chwili i zamyśliła się. – Właściwie dlaczego zdecydowałeś się przyjmować postać zwykłego człowieka? Pamiętam jak mówiłeś, że pod tą postacią chcesz spróbować takiego zwykłego życia, ale...
– Tak, i to jest powód. Moje prawdziwe oblicze jest zbyt wielkie i boskie, by hańbić je sprawami przyziemnymi, alkoholem czy nawet trzymaniem kogokolwiek na kolanach – uśmiechnął się znacząco. – A poza tym i dla ciebie jest to lepsze. Bo wiesz, że gdy jestem pod postacią człowieka, to jestem twoim mężem, ale gdy jestem pod postacią Lorda Voldemorta, to jestem przede wszystkim twoim panem.
Kiwnęła głową i odwróciła wzrok. Siedzieli w milczeniu. On wciąż bawił się jej włosami, przyglądając się im z jakąś fascynacją. Ona natomiast wpatrywała się w ścianę z rozszerzonymi oczami, więc tego nie widziała. Podniosła się nagle i podeszła do wielkiego okna, które zajmowało jedną trzecią całej ściany. Wpatrzyła się w księżyc, owinęła nieco szczelniej szlafrokiem i zapytała:
– A więc naprawdę będę królową?
Tom uśmiechnął się tak, jak uśmiecha się rybak, gdy ryba zaczepia się o jego haczyk.
– O tak, moja droga.
– Ale w takim razie ty musisz być królem... – obróciła się twarzą do niego.
– I uczynię się nim. Gdy tylko wygramy wojnę z Dumbledore'em, pokonamy jego i Pottera... Wtedy zawładniemy całym światem.
Victoria podeszła do niego i klęknęła u jego stóp, łapiąc go za kolana i wznosząc swe piękne oczy ku niemu.
– Ale czy oby na pewno wygramy tę wojnę?! – zapytała, zaciskając usta. – Wiesz, jak Dumbledore potrafi zaskakiwać...!
– Victorio... Śmierciożercy to nie tylko Krąg Wewnętrzny, który widujesz podczas spotkań i z którym bawisz się na różnych uroczystościach... Nie możesz wiedzieć o tym, jak wielu ich tak naprawdę jest, ponieważ nigdy nie byłaś na polu walki i, już ja o to zadbam, nie będziesz. Możesz sobie więc tylko wyobrazić, że gdyby śmierciożercy pojawili się teraz przed Hogwartem, to zajęliby niemal całe błonia... A nim nadejdzie ostateczny dzień rozrachunku, dołączy do nas jeszcze więcej ludzi i stworzeń... Jestem pewien...
Victoria po chwili podniosła się i zajęła drugi fotel, wciąż nad czymś rozmyślając.
– Późno już – powiedział po chwili Tom i wstał.
Ona także wstała i razem ruszyli na górę. W sypialni ściągnęła szlafrok, a on tymczasem udał się do łazienki. Z napięciem oczekiwała chwili, aż z niej wyjdzie. Ciekawość w czym Tom – który w rzeczywistości był przecież Lordem Voldemortem! – będzie spał, przyprawiała ją niemal o gęsią skórkę. Przykryła się więc do biustu aksamitną kołdrą, głowę położyła na poduszce i wpatrywała się zawzięcie w drzwi łazienki.
Po pewnym czasie otworzyły się. Wysoki mężczyzna o ciemnobrązowych – w tym momencie wilgotnych – włosach i oczach o tym samym kolorze, z lekkim zarostem i niezwykle pięknymi rysami twarzy wpatrywał się właśnie w nią. Miał na sobie granatową koszulkę i dolną część bielizny. Zaczął zbliżać się powolnym krokiem w stronę łóżka, jakby chcąc wzbudzić w niej jak największe pragnienie. Rzeczywiście mu się to udało, ponieważ nim zdążył usiąść przy niej, ona już cała drżała i przymykała oczy. Co ją tak naprawdę najbardziej podniecało? Jego niesamowita fizjognomia czy może świadomość jego władzy i potęgi? Trzeba bowiem przyznać, że gdy dziś usłyszała o tym, iż może zostać królową i razem z nim władać światem, coś się w niej poruszyło...
