Bardzo dziękuję cudownej Disharmonie za zbetowanie tego rozdziału.

Pragnę was też przeprosić za opóźnienie, z jakim pojawia się ten rozdział, jeżeli zostało ono przez kogoś zauważone. Niestety pożarło mnie na chwilę życie i dopiero teraz zdecydowało się w końcu wykrztusić.

Nakurishi, lohrelain, Megi1986, CreepyMary i wiktoria - bardzo dziękuję za wszystkie miłe słowa i za to, że poświeciliście chwilkę na napisanie komentarza. Są one dla mnie, jak zwykle, na wagę złota :).

(Nie lubię tego rozdziału, ale) miłego czytania!


Motyle serce

Część druga

Rozdział dziewiąty

Istniało wiele metod terapeutycznych, których mógł spróbować. Kiedyś o użyciu większości z nich nawet by nie pomyślał. Etyczność znacznej ich części była dość mocno wątpliwa.

Ale Tom Riddle – Lord Voldemort – był najwyraźniej potworem, którego nie sposób już było wyleczyć.

Minęły dwa lata, a wciąż nie wykazał żadnych oznak poprawy. Żadnej nici porozumienia, mimo że zdrowy rozsądek podpowiadał, iż już dawno powinien przylgnąć do swojego uzdrowiciela. W końcu jego kontakt ze światem zewnętrznym został maksymalnie ograniczony.

To byłoby zupełnie naturalne.

Ale, najwyraźniej, nie dla Riddle'a.

Smethwyck miał go pod swoją opieką odkąd go uwięziono, a mimo to mógł z całkowitą pewnością powiedzieć tylko jedno:

Tom Riddle miał obsesję na punkcie Harry'ego Pottera.

Czasem zastanawiał się, czy którykolwiek z nich – Riddle lub Potter – tak naprawdę w pełni uświadamiał sobie, jak mocna w istocie była ta fascynacja lub jak głęboko sięgały związane z nią konsekwencje.

Na przestrzeni lat skonfiskował tak wiele szkiców Voldemorta, że bez trudu potrafił wyłapać dominujące w nich tematy. Czasem były to krajobrazy – zamek Hogwart, jego stare biuro lub różne charakterystyczne obiekty albo ludzie.

Okazjonalnie szkicował z przerażającą dokładnością swoje miejsca zbrodni – najpewniej po to, by znów je w pewien sposób przeżyć.

Ale głównie skupiał się na Harrym.

Czasem był on uśmiechnięty, innym razem zatracony w myślach lub marszczący brwi. I w różnym wieku. Wylegujący się leniwie, śpiący, związany… dźgnięty. We wszystkich możliwych kombinacjach – fantazjach, nawet tych najbardziej pokręconych i sprośnych.

I może również w tym przypadku Riddle na nowo przeżywał swoje zbrodnie. Tę swoją największą, ostateczną. Wyobrażał sobie miejsce zbrodni, które stworzy z ciała młodzieńca.

Nie sądził, by Potter znał dokładną naturę tych szkiców. Nie był też tak okrutny, aby mu je pokazać, chociaż przecież sam mu wcześniej o nich wspomniał.

Kiedy po raz pierwszy został terapeutą Riddle'a, zakładał, że jego obsesja wynika z pewnych niedokończonych spraw. Potter był po prostu „tym, który uciekł" – i to dwukrotnie.

Harry nie uciekł. Nigdy mu się to nie uda i on o tym doskonale wie.

Ale teraz nie był już tego taki pewien.

Zanim zbliżył się do Riddle'a, upewnił się, że ten jest dobrze zabezpieczony.


Harry Potter odpoczywał niedaleko z pozornym spokojem.

Zaplątany w drogą pościel z egipskiej bawełny. Nieruchomo — tylko jego klatka unosiła się i opadała w czasie oddychania. Tom leżał skulony zaraz obok, przesuwając palcami po jego opalonej skórze.

Zatrzymał się na chwilę na tętnie, które pulsowało pod jego ustami, gdy błądził nimi po szyi mężczyzny. Jego leśny zapach wydawał się zbyt czysty i niewinny w porównaniu do kryjących się w jego oczach cieni.

Pogładził postrzępioną ranę wijącą się w dolnej części brzucha Pottera. Czuł, jak jej krawędzie łamią miękkość reszty jego ciała.

— Podziwiasz dzieło swojego alter ego? – mruknął Potter.

Tom przyjrzał się przez chwilę jego spierzchniętym ustom, wciąż zaczerwienionym i lekko opuchniętym od siły ich pocałunków. Oczy Pottera dalej były zamknięte, oburzająco nieporuszone jego utrzymującą się bliskością i zainteresowaniem.

Jego dłonie zamarły.

— Jest ponoć kimś, kto twierdzi, że z rzeczy brzydkich robi coś pięknego, ale sądzę, iż w twoim przypadku się pomylił – odparł. – Jesteś wystarczająco wyśmienity i bez tego piętna.

Nienawidził go. Pragnął wbić w niego paznokcie i rwać, zniszczyć tę doskonałość i zrobić z niej coś bardziej godnego tego nędznego, plugawego świata.

Potter prychnął i tym razem otworzył oczy, skupiając na nim swój wzrok – również mu się przyglądając.

Natychmiast pochylił się do przodu, łapiąc znowu usta mężczyzny w swoje, lecz zarazem zaciskając boleśnie palce na jego włosach.

— A mimo to obaj dalibyście wszystko, by oznaczyć mnie jako swoją własność – nadeszła szydercza odpowiedź. Ugryzł mocno wargi młodzieńca, ale to wywołało w nim tylko kolejny śmiech.

— Już dawno zostałeś przez nas naznaczony – powiedział chłodno Riddle. – Jesteś horkruksem. Szczerze mówiąc, masz w sobie więcej mnie niż ja sam.

To sprawiło, że Potter w końcu się zamknął. Tom uśmiechnął się zwycięsko.

— Przynajmniej lepiej cię rozumiem – mruknął po chwili młodzieniec. – I wiem, że nie uda ci się wciągnąć go w pułapkę.

Oczywiście nie mógł zabić swojego alter ego, bez względu na to, jak rozpaczliwą miał czasem na to ochotę. Podejrzewał też, że Potter czuł względem Voldemorta coś podobnego – mieszające się ze sobą pragnienie i nienawiść. Żądzę mordu pomieszaną ze świadomością tego, jak głupie byłoby poddanie się jej.

Jasne, możliwym było zabicie części swojej własnej duszy. Ale, biorąc wszystko pod uwagę, była to zupełna ostateczność, na którą nie należało decydować się zbyt pochopnie.

Zamiast tego zamierzał uwięzić swojego odpowiednika. Zamknąć go na wieczność w nudnej, bezosobowej ciemności – dokładnie takiej, w jakiej on sam musiał cierpieć od chwili, gdy został stworzony.

Jego złote i ciężkie więzienie wciąż wisiało wokół jego szyi i to jemu właśnie przyglądał się obecnie Potter.

— A jednak tu ze mną jesteś – oznajmił Tom.

Harry posłał mu nie do końca niewinny uśmiech.

— Nie tylko ty chcesz zobaczyć, jak cierpi.

Gdyby w takie rzeczy wierzył i był do tego zdolny, powiedziałby, że może się zakochał.


— A co jeśli mógłbym podać ci nazwisko stojącego za tym mężczyzny? – wymruczał Riddle. Smethwyck zamarł, przyglądając się zakutemu i ponownie związanemu w kaftan bezpieczeństwa zabójcy, który siedział przed nim na ich kolejnej sesji.

— Pomyślałbym, że coś knujesz, zwłaszcza po tym, jak zakończyła się wizyta panny Granger – opowiedział. Nawet jeśli mężczyzna nie miał o nim zbyt wysokiej opinii, nie był aż tak głupi, by wierzyć ich najgroźniejszemu więźniowi. – Hojność nie leży w twojej naturze.

— Hojność to oznaka siły, bo to prawo i możliwość okazania łaski. A władza zawsze leży w mojej naturze, uzdrowicielu.

— A jednak jesteś teraz bezsilny i nie możesz uratować Harry'ego Pottera. – Smethwyck przyglądał się uważnie jego reakcji. Jakiejkolwiek, szukając czegokolwiek, co powiedziałoby mu, co dzieje się w głowie mężczyzny.

Doszedł do wniosku, że jeśli chce dostać się do Voldemorta, zrozumieć go i pokonać, musi wykorzystać do tego Pottera. Co za szkoda, że chłopak był taki oporny wobec większego dobra na rzecz psychiatrii.

W oczach Voldemorta pojawiło się na sekundę coś zimnego, niemal zwierzęcego.

— Twoja bezsilność, natomiast, polega na tym, że wciąż nie potrafisz dotrzeć do mnie bez jego pomocy. Zakładam więc, że w twoim najlepszym interesie jest upewnienie się, by przeżył – odparł morderca.

Smethwyck zmrużył oczy. Uśmieszek na twarzy Voldemorta tylko się powiększył – uroczy do tego stopnia, że znów poczuł się szczerze wstrząśnięty jego umiejętnościami aktorskimi.

— Kto za tym stoi?

— W mojej naturze nie leży tak hojne dzielenie się z kimkolwiek za darmo informacjami. – Nie miał jak odpowiedzieć, bo drań wykorzystał przeciw niemu jego własne słowa. Zacisnął szczękę.

— I w ramach zapłaty żądasz…?

— Dam ci wszystkie informacje, jakich potrzebujesz, aby go złapać i napisać swoją książkę. W zamian załatwisz mi pokój z widokiem i wynegocjujesz dla mnie wszystkie informacje, jakie posiadają aurorzy na temat zniknięcia Harry'ego Pottera.


Tom był pewien, że to tylko kwestia czasu.

Choć jego odpowiednik wydawał się od niego cierpliwszy, o czym doskonale świadczyły ostatnie lata, wiedział, biorąc pod uwagę okoliczności, że obecna sytuacja nie potrwa już zbyt długo.

Ale może przydałaby się jeszcze jakaś zachęta…

Obaj wiedzieli już, jak to jest być uwięzionym i żaden nie chciał nigdy ponownie tego przeżyć.

Harry Potter stanowił nagrodę dla tego, któremu uda się wyjść z tego zwycięsko. Przynętę, trofeum i być może coś nieco więcej, co wymagało doprawdy uważnego monitorowania.

Z pewnością mu nie ufał, nawet jeśli skulony na łóżku z zamkniętymi oczami sprawiał wrażenie prawdziwego niewiniątka. Pomimo porozumienia, które zawarli w ciągu ostatnich dwóch tygodni.

Potter był ciekawski i po tym, jak odkrył, co tak naprawdę łączyło ze sobą ich dusze, zrodziła się w nim dziwna determinacja.

Tom nie był jeszcze pewien, czego dokładnie dotyczyła lub co oznaczała.

Nie miał jednak zamiaru przegrać.

Jego buty zastukały o podłogę szpitala psychiatrycznego. Ukrywał się za drobiazgowo dopracowanym przebraniem, ściskając ostrożnie w dłoniach plik dziennikarskich zapisków.

Ostatnimi czasy do szpitala napłynęła nowa fala ciekawskich reporterów, choć jego odpowiednik doskonale dawał sobie radę z odsyłaniem ich z kwitkiem. To jednak wystarczyło.

Posiadał aż nadto znajomości, by, gdy było to konieczne, dostać się tam, gdzie potrzebował. Nawet po fiasku w sklepie spożywczym.

— Powiedziałbym, że jestem twoim fanem – odezwał się, zatrzymując naprzeciw szkła – ale obaj wiemy, że byłoby to rażące niedopowiedzenie i tak już mocno zmodyfikowanej prawdy.

Głowa jego odpowiednika natychmiast uniosła się do góry. Tom powoli się uśmiechnął, a wzrok Voldemorta przesunął się po nim i ich otoczeniu.

— Zastanawiałem się, kiedy złożysz mi wizytę – odparło jego alter ego, wstając i podchodząc bliżej szyby. – Jest to dla ciebie bez wątpienia niezwykle satysfakcjonujące.

— Właśnie nie potrafię się zdecydować, czy satysfakcjonujące, czy może żenujące – stwierdził, również robiąc krok do przodu, wbijając wzrok w tę znajomą, ale zarazem kompletnie obcą twarz. – Ale z pewnością jest to dość żałosna perspektywa przyszłości.

— Gdzie jest Harry?

— Może nie żyje, może właśnie umiera, może przywiązałem go do łóżka, a może spędza cudowne wakacje na Karaibach. Zostawię to twojej wyobraźni. A ty jak myślisz, gdzie on jest?

Jego uśmiech poszerzył się. Wzrok jego odpowiednika jeszcze bardziej stwardniał.

— Gdybyś przyszedł do mnie dwa tygodnie temu, powiedziałbym, że jeśli go choćby tkniesz, jeszcze zatęsknisz za życiem bez ciała i zmysłów po torturach, które spotkają cię z mojej ręki. – Jego głos był miękki, cichy.

— A teraz? Skulisz się ze strachu w szklanej klatce na szczury? – Tom roześmiał się głośno.

— Teraz wiem wystarczająco, aby stwierdzić, że nie muszę ci już w taki sposób grozić ani rzucać się za tobą w pogoń, skoro i tak popełniłeś już błąd i zaatakowałeś jedynego człowieka, który jest nam równy. – Uśmiech, jaki posłał mu jego odpowiednik sprawił, że jemu samemu przestało być tak wesoło. Blade palce przylgnęły płasko do oddzielającego ich szkła. – Myślisz, że masz nad nim kontrolę i że w gruncie rzeczy stanowi piękne trofeum. Że jest jakimś bezbronnym zwierzaczkiem, który jest spełnieniem twoich pragnień. Tak było w moim przypadku.

— Potter nie ma w sobie wystarczająco siły, aby się mi sprzeciwić. Jest tylko obcesowy, waleczny i krzepki. Jego umysł jest w rozsypce. – Zacisnął mocno pięści, gdy poczuł, jak jego klatkę piersiową wypełnia gniew, kiedy jego alter ego wciąż tylko mu się uważnie przyglądało. Nie widział na jego twarzy ani śladu rozpaczliwej wściekłości, której oczekiwał.

— Zamierzasz użyć go jako przynęty, ale nie bierzesz pod uwagę, że mógł cię już wykiwać.

— Musiałbym być tobą. W przeciwieństwie do ciebie nie stałem się na starość sentymentalny i nie pozwoliłem, by wzięły nade mną górę uczucia. Gdybym musiał…

— Nie pozbawię cię tej przyjemności. Odnajdę cię, stawię czoła twojemu wyzwaniu, twojej grze i zobaczę, czy stałeś się czymś lepszym, niż jesteś teraz – oznajmił Voldemort. – Obiecałem Harry'emu, że po niego przybędę. Mam swoje zasady i jeśli będziesz stał na mojej drodze, zrobisz to na swoją własną, szczeniacką odpowiedzialność…

— Och, a więc czeka, aż go uratujesz. To by wyjaśniało…

Voldemort przerwał mu lekceważąco:

— Więc przyszedłeś tu tylko po to, by triumfować, czy może masz coś jeszcze do powiedzenia?

— Mam już dość czekania aż przyjdziesz. Niedługo umrę z nudów. Mam większe plany. Ucieknij stąd i dokończ to, jeśli potrafisz. Albo nigdy więcej go nie zobaczysz.

— Co powiesz na piątek, o siódmej? Moglibyśmy zjeść kolację.

Tym razem ich uśmieszki były identyczne.


W środę rozbrzmiał w szpitalu alarm.