Nie można byłoby opisać żadnymi słowami mojej ulgi, gdy moje oczy ujrzały zarysy Obozu Herosów wyłaniające się zza konarów drzew. Czułem się jak nowonarodzony. Zdawałem sobie sprawę, że obóz stał się naprawdę moim jedynym i prawdziwym domem. Nie żałowałem tego, a radość Briana ochoczo podskakującego u mojego boku tylko mnie w tym upewniała.
Wspólnie z Annabeth i Brianem weszliśmy na teren Obozu Herosów. Uświadomiłem sobie, że ile razy bym nie wracał w to miejsce, to jeszcze nigdy nie byłem tymi powrotami znudzony. Prawdopodobnie było to spowodowane tym, że, jak powiada Grover, nie umiem wparować do Obozu inaczej, niż dzięki co najmniej wielkiemu wybuchowi, który zniszczy pół pól truskawek. Miałem jednak nadzieję, że przez wszystkie lata mojej egzystencji nie zdążyłem wyrządzić w domu wszystkich herosów znaczących szkód. Co jak co, ale z dzieciakami Hermesa wolałem nie zadzierać. Nie miałem zamiaru i chęci być głównym celem ich wybryków, oczywiście poza dietetyczną colą Pana D.
Wchodząc do obozu, prawie zapominało się o tym, że gdzieś za jego barierą rozciąga się całkiem inny świat. Trochę to smutne, ale w dzisiejszych czasach rzadko można spotkać kogoś, kto potrafi się obyć bez telefonu i komputera przez co najmniej dzień, nie mówiąc już o tygodniach i miesiącach. Nie usprawiedliwiam siebie. Wiem, że także byłem, jestem i będę dzieckiem dwudziestego wieku. W obozie czas jednak był inaczej odczuwany. Cały szary, śmiertelny świat pozostawał za wzgórzami i lasem, natomiast za naszą barierą nie sposób było się nudzić, chyba że ktoś obijał się cały dzień, tak jak to robiły niektóre córki Afrodyty.
Nie mogłem wyobrazić sobie w żadne sposób, jak będzie wyglądać moje życie w obozie. Mieszkanie tu jedynie wakacyjnie nie było tym samym, co zostanie tu na cały rok, a w zasadzie na całe życie. Niby przed wyjazdami na obóz, za czasów „normalnego" życia wyjeżdżałem niemalże co roku do internatu, ale miałem nadzieję, że w obozie nie będzie tak okropnie, jak tam. Na Styks, nawet nie chciałbym sobie przypominać, jakim byłem wtedy popychadłem. Całe szczęście, że tamte czasy minęły. Biorąc pod uwagę możliwość bycia ślepym, uzależnionym od komputera śmiertelnikiem, walka z potworami nie wydawała się taka zła. Nawet pomimo tego, że zdecydowanie wyczerpałem swój limit ocierania się o powolną i bolesną śmierć, to nie byłbym w stanie zrezygnować z tego życia. Chejron kiedyś mi powiedział, że to, co kochamy, zabija nas najszybciej. Nie mogłem jakkolwiek zaprzeczyć, centaur niestety miał rację.
– Idziemy do Chejrona? – zapytała znienacka Annabeth, wyrywając mnie z zamyślenia. Córka Ateny nawet nie wie, jakie ma wyczucie. Mówić o Chejronie akurat wtedy, gdy o nim myślę? Dla niej to pestka. Miałem nadzieję, że nie czyta mi w myślach. To ewidentnie nie byłoby przyjemne.
– Po co? – odparłem, nie widząc celu w tym, aby udawać się do koordynatora naszego obozu. Blondynka w odpowiedzi jedynie wzruszyła ramionami, nie dając mi żadnego znaku co do tego, co powinienem teraz zrobić czy powiedzieć. Dlaczego kobiety czasami są tak nieokiełznane? Facet nigdy nie zrozumie, jak można sto razy na godzinę zmieniać humor, sposób zachowania i osobowość. Dlatego właśnie to kobiety są lepszymi szpiegami i zwiadowcami. Małe, chytre, zwinne i sprytne.
Wypuściłem powietrze z płuc, zerkając z ukosa na Briana, który trzymając mnie za rękę, dreptał u mojego boku. Uśmiechnąłem się i korzystają z nieuwagi małego, poderwałem go z ziemi i posadziłem sobie na barana. Brian krzyknął cicho i zaśmiewając się wesoło, objął rączkami moją szyję. Uwielbiałem, gdy mały zachowywał się w ten sposób. Kiedyś nie lubiłem dzieci, a będąc nic nie wiedzącym o świecie dwunastolatkiem, wręcz nimi gardziłem. Szczerze mówiąc, gdy urodził się Brian, nie byłem wcale tak uradowany, jak można byłoby sądzić. Dopiero po tych sześciu latach dotarło do mnie, jak świetnym dzieciakiem jest mały. Chyba nim więcej czasu spędzamy z dziećmi, tym sami stajemy się bardziej dziecinni. Pani Rose kiedyś mi mówiła, że tylko dziecko może zrozumieć dziecko. Według mnie to bzdura, bo każdy z nas był kiedyś dzieckiem, chociaż ciężko mi byłoby wyobrazić sobie Zeusa czy Hadesa w wieku kilku lat. Zapewne nie chodzili w śpioszkach i nie wyglądali jak kaczki z założoną pieluchą.
– Sądzisz, że Chejron pozwoli mieszkać Brianowi u mnie? – zagadnąłem Annabeth, gdy mały omal nie wyrwał mi garści włosów z głowy.
Córka Ateny spojrzała się na mnie, unosząc przy tym teatralnie brwi. Pewnie zastanawiała się, skąd w mojej głowie biorą się takie pomysły, ale chyba powinna wstawić się za mną u koordynatora obozu. W końcu też ma młodszych braci i zrozumie, że nie chciałbym go zostawiać na pastwę Travisa i Connora. Nawet dla pluszowego misia ich towarzystwo będzie zabójcze.
Annabeth już otwierała usta, aby coś mi odpowiedzieć, ale uprzedziła ją w tym zbiegająca ku nam z jednego ze wzgórz piegowata dziewczyna z burzą rudych loków, związanych niedbale w kucyk na czubku głowy. Tej fryzury nie mógłbym pomylić z żadną inną na świecie, dlatego od razu po jej zobaczeniu uśmiech na mojej twarzy rozszerzył się momentalnie.
– Percy! Witam na starych śmieciach! – wykrzyknęła Rachel na mój widok, podbiegając do mnie i umorusanymi we wszystkich odcieniach farb ogrodniczkami stuknęła mnie w biodro.
– I kto to mówi? W porównaniu do ciebie jestem obozowym weteranem – prychnąłem w stronę rudowłosej śmiertelniczki, jednocześnie obejmując ramieniem Annabeth. Nie musiałem być specem w odczytywaniu kobiecych uczuć, aby stwierdzić, że te dwie osobniczki zdecydowanie za sobą nie przepadały.
Córka Ateny ewidentnie starała się ukryć zazdrość pod maską cukierkowego uśmiechu. Wzniosłem oczy ku niebu i lekko potrząsnąłem głową. Pierwsze minuty w obozie i od razu z mojej obecności wynikają jakieś nieporozumienia. Czasami wątpiłem, że jestem synem Posejdona. Znacznie bardziej nadawałbym się na dziecko Nemezis. Chociaż gdyby rozejrzeć się wokół, co drugi człowiek nadawałby się na potomka tej bogini. Każdemu, przynajmniej w minimalnym stopniu, porażka lub wkurzenie drugiego człowieka wydaje się zabawne. Chyba tylko Hestia jest pod tym względem czysta na sumieniu. Cóż, taka prawda.
– Może pójdziemy na plażę? Chciałeś przecież pobyć ze mną i Brianem sam na sam – zaproponowała Annabeth, spoglądając wyczekująco na mnie i ściskając palcami moją dłoń. I niby to faceci wymyślają tajne plany opanowania żeńskiej części świata. Pod względem podrywania przeciwnej płci występuje nierównouprawnienie. Facetom zdecydowanie ogranicza się prawa i pola do manewru.
– Nie! – podniosła głos Rachel, zagradzając nam drogę i stając przed nami, splatając ręce za plecami. – Chodźcie do domku, wszyscy już czekają.
– Jacy wszyscy? – zapytałem szybko, patrząc się na rozentuzjazmowaną dziewczynę i jedną ręką podtrzymując Briana, który obserwując z uwagą naszą rozmowę, prawie zsunął mi się z ramion.
Rachel przeklęła cicho i nie oszczędzając siły, uderzyła się otwartą dłonią w czoło. Przywykłem do tego, że rudowłosa zazwyczaj zachowywała się spontanicznie i raczej nieprzemyślane, więc zbyt bardzo się tym nie przejąłem. Spodziewałem się, że Grover wymyśli coś specjalnego na mój powrót.
– Ale ze mnie idiotka – stęknęła Rachel, przez co uświadomiłem sobie, jak dawno jej nie widziałem. Pomimo tego, że jako wyrocznia dość często pojawiała się w obozie, to jednak nigdy nie mogłem się z nią normalnie spotkać i pogadać. Cóż, trzeba będzie to nadrobić.
– Uznam, że tego nie słyszałem. Tego poprzedniego też – powiedziałem ku niej uspokajająco, mrugając przy tym porozumiewawczo jednym okiem. Rudowłosa uśmiechnęła się do nas promiennie i odwróciła się zgrabnie na pięcie, machając przy tym do nas, abyśmy poszli za nią.
Dosłownie kilka minut później stanęliśmy przed drzwiami domku Posejdona. Dopiero w tamtej chwili na myśl przyszło mi pytanie, skąd oni Na Styks mieli klucze do mojego domku. A co, gdybym trzymał tam rzeczy, które niekoniecznie chciałbym pokazywać Groverowi i reszcie? Postanowiłem im to jednak wybaczyć i przeboleć, że prawo przyjaciół nie ma w sobie artykułu o zakazie przekraczania przestrzeni osobistej.
– Nic nie wiem – poinformowałem cicho Rachel, która przewróciwszy kasztanowymi oczami, pociągnęła za klamkę i otworzyła drzwi, przepuszczając siebie samą przodem. Nie ma to, jak babska demokracja.
Uważając na to, aby głowa Briana nie uderzyła o framugę drzwi, wchyliłem się do środka pomieszczenia. Cóż, było zdecydowanie za cicho na obecność Grovera, więc udawałem, że nic nie wiem o ich obecności. Miałem tylko nadzieję, że nie dostanę zawału poprzez jakiegoś osobnika wskakującego mi znienacka na plecy. Nie ręczyłem za nie, ledwo co zdołały unieść Briana, a co powiedzieć kilkudziesięciokilogramowego satyra czy półboga.
– Słaby z ciebie aktor stary – usłyszałem za sobą teatralne westchnienie, które mogłoby należeć tylko do jednej osoby, obdarzonej przez naturę dość pokaźną parą rogów i kopyt. Zza skrzydła drzwi zamkniętych przez Annabeth wyłonił się w Grover, w ręku dzierżąc dumnie swoje piszczałki.
– Nie masz zamiaru grać, prawda? – odgryzłem się, jednakże moje słowa jedynie przyniosły nieoczekiwany efekt, ponieważ satyr nim zdążyłem się zorientować, podniósł instrument do ust z zamiarem wydania z niego dźwięku. Czasami zastanawiałem się, czy robienie mi na złość rzeczywiście przynosi mu taką satysfakcję, na jaką wygląda.
Nim piszczałki Grovera zdążyły wydać z siebie przeraźliwy jazgot, ktoś przemknął tuż obok mojego prawego ucha i zwinnym ruchem wyrwał narzędzie śmierci z rąk satyra.
– Nie – warknęła krótko postać, jednakże jej ton głosy zmienił się diametralnie, gdy odwróciła się w moją stronę, a ja ujrzałem dobrze mi znany chytry uśmieszek, włosy związane ciasno w warkocz na czubku głowy i umięśnioną sylwetkę córki Aresa. – Cześć – powiedziała w moim kierunku i nieoczekiwanie, lecz powoli, objęła mnie jednym ramieniem za szyję. Nie powiem, nawet zważając na charakter Clarisse i wszystkie jej dziwactwa, to zachowanie jednak nie było dla niej typowe. Ba, zdawało się nawet dziwne.
Chciałem już zapytać się, czy wszystko jest dobrze, coś jednak było nie tak. Było definitywnie zbyt spokojnie. Cóż, może jednak nie powinienem o tym myśleć, ponieważ dosłownie ułamek sekundy później poczułem, jak ktoś łapie mnie od tyłu i ciągnie w stronę jednego z łóżek stojących pod ścianą.
– Powitalna lazania! – wydarli się Travis i Connor, uprzednio pokazując się moim wytrzeszczonym w zdumieniu oczom. Nim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, na materac wgramoliła się Clarisse wraz z Brianem, kątem oka zobaczyłem także Chrisa i Rachel oraz przyglądającego się nam z fotela umieszczonego na przeciwległej ścianie Nica.
Bliźniacy zaczęli czochrać mnie po włosach, natomiast dziewczyny, zanosząc się chichotem, siedziały oparte o siebie. Nie mogąc już wytrzymać w milczeniu, z mojego gardła wyrwał się donośny śmiech, któremu zawtórowali synowie Hermesa. Brian za to z uśmiechem wielkości dorodnego banana siedział jak król pomiędzy Rachel a Clarisse. Cóż, młodego od małego ciągnie do płci przeciwnej.
– Suń tyłek, Glonie – odezwała się żartobliwie Annabeth, wskakując jak sarenka na łóżko i usadawiając się niedaleko mnie.
Z trudem można wyobrazić sobie, jak duże obciążenie wytrzymywało w tamtym momencie to łóżko. Nie twierdziłem oczywiście, że któreś z nas jest grube, po prostu ciężar trzech dziewczyn oraz chłopaków na jednej, kruchej deseczce był zdecydowanie niebezpieczny. Briana nawet nie liczyłem. Takiemu to dobrze. Nie dość, że młody i przystojny, to jeszcze ma tak małą objętość, że bez trudu może bezkarnie wciskać się pomiędzy każdą laskę, jaką napotka. Jak dobrze, że w wieku sześciu lat nie w głowie mu jeszcze miłosne przygody.
Nagle z drugiego końca pokoju dobiegł do nas głośny wystrzał, przez który prawie wszyscy zgromadzeni na mebelku drgnęli w niekontrolowany sposób. Pobiegłem spojrzeniem prosto ku miejscu całego jazgotu, ale na szczęście wybuch nie oznaczał niczego niebezpiecznego. Chyba że trzymającego w obu dłoniach dopiero co otwartą butelkę szampana można byłoby uznać za coś groźnego.
– Jak się bawić to się bawić kochani – zarechotał mój najlepszy kumpel, po czym przyłożył butelkę do ust i pociągnął z niej spory łyk. Uwielbiałem Grovera za jego głupotę. Nie wiedziałem, czy była ona jego plusem, czy minusem, jednakże lepiej jest mieć u boku głupiego i wiernego przyjaciela niż dwulicową mądralę rodem ze snów Ateny.
Właśnie w tamtym momencie poczułem, że naprawdę mam dla kogo żyć. Nawet same idiotyczne wygłupy z przyjaciółmi mogły dać mi niesamowitego kopa i motywację do tego, aby nadal stąpać po tym świecie. Wtedy, leżąc wciśniętym pomiędzy bliźniaków i dziewczyny, zdałem sobie sprawę, że jednak nie jestem dla nich tylko bezwartościowym śmieciem. Jestem Percy, po prostu. Nie żaden zbawiciel świata. Zdobyte tytuły nie ważą o wartości człowieka, lecz jego dusza, a tej mi raczej nie brakowało.
Pokochałem swój dom na nowo. Już nie za arcyciekawe zajęcia szermierki, nie za pływanie kajakami i zabójczą ściankę wspinaczkową. Pokochałem go za osoby, które tu mieszkały i które sprawiły, że Obóz Herosów naprawdę stał się moim małym, schowanym głęboko w sobie, sercem świata. I chociaż nigdy nie zapomnę ciasnego mieszkanka, w którym się wychowałem, to właśnie to miejsce dało mi wsparcie i siłę do dalszego brnięcia przez ten świat pełen niebezpieczeństw i przykrości. W życiu mogłem mieć wiele domów, jednak ten prawdziwy jest zawsze tam, gdzie są bliscy. Natomiast tam, gdzie są bliskie naszemu sercu osoby, odnajdujemy szczęście.
Kilka godzin później, nie pamiętałem dokładnie ile, gdy wszyscy imprezowicze posnęli znużeni na łóżkach w domku Posejdona, zabrałem Annabeth na plażę. Nie miałem żadnego konkretnego celu, po prostu od bardzo dawna nie oglądałem zachodu słońca nad zatoką Long Island. Musiałem przyznać, że Apollo rzeczywiście perfekcyjnie wywiązuje się ze swoich obowiązków i sunie swoim autem po nieboskłonie w niemalże idealnym tempie. O ile kilkaset mil na godzinę jest prędkością idealną.
– Sądzisz, że uda nam się dożyć dwudziestki? – zapytałem znienacka przytuloną do mojego ramienia Annabeth. Dziewczyna drgnęła lekko i odsuwając się lekko ode mnie i patrząc się na mnie jak na kosmitę. Żartuję, kosmici to dla nas chleb powszedni. Bardziej zdziwiłaby się na widok swojej matki całującej się z moim ojcem.
– Tobie całkowicie się w głowie pomieszało od tego szampana? Percy, to bezalkoholowy – odparła po krótkiej przerwie, dźgając mnie palcem w żebro.
Zachichotałem lekko, pociągając ją do tyłu tak, aby położyła się na trawie, ja natomiast oparłem się na łokciu tuż obok niej, szczerząc zęby w szerokim uśmiechu. Zielone źdźbła łaskotały mnie po ramieniu, co było naprawdę przyjemnym uczuciem. Dawno się tak nie czułem. Nic nie działało bardziej kojąco na zmysły niż bryza oceanu, szum drzew i piasek pod stopami. Nawet niebieskie jedzenie nie wywoływało u mnie większej radości niż to.
Lubiłem to miejsce o tej porze. Po części dlatego, że driady i córki Afrodyty panicznie bały się ciemności, więc nie było szansy na spotkanie tej wiecznie chichrającej się bandy. Nigdy za nimi nie przepadałem, a po tym, jak córki bogini piękności chciały rozwalić mój związek z Annabeth, zacząłem patrzeć na nie z jeszcze większym niesmakiem. Pomijając oczywiście jedyny wyjątek od tej reguły. Silena jako jedna z córek Afrodyty zasługiwała na miano herosa. Reszta mogłaby zostać co najwyżej hostessami w tanim koncernie samochodowym, chociaż wątpiłem, by ktokolwiek je tam zatrudnił. Znając ich zwyczaje, nawet w robocie by nie przestawały plotkować o innych.
– Nie, mówię poważnie – napomknąłem ponownie, opierając głowę na dłoni. – Jeżeli bogowie nie wyślą nas na misję, to mamy spore szanse.
– Denerwujesz mnie takim gadaniem – odparła Annabeth, parskając przy tym z dezaprobatą.
Mogłem przyznać sam przed sobą, że niekiedy bywałem wkurzający, ale tylko czasami. Nie miałem pojęcia, dlaczego od czasu do czasu zaczynam zadawać pytania kompletnie nie na temat, ale kilka lat temu przestałem z tym walczyć. Ostatecznie ADHD nie odnosi się jedynie do odruchów fizycznych.
Nagle, bez żadnego powodu, córa Ateny zaczęła wydawać z siebie przytłumiony śmiech. Odniosłem wrażenie, że celowo chciała go zamaskować, więc mogłem wysunąć jasny wniosek, że śmiała się ze mnie.
– To aż tak zabawne? – parsknąłem, jednakże nawet mój głos i szturchanie dziewczyny w ramię nie powstrzymało jej śmiechu, który wyrwał się z jej gardła ze zdwojoną siłą.
Miałem już zacząć tarmosić ją za włosy, jednakże, zanim zdążyłem wykonać jakikolwiek ruch, poczułem, jak ktoś popycha mnie na piasek. Nim zorientowałem się, co się dzieje, leżałem już na plecach, a na mojej klatce piersiowej klęczał najmniejszy i najdziwniej uzbrojony wojownik, jakiego widziałem.
– Wygrałem! – wykrzyknął z radością w głosie rozchichotany Brian, przykładając mi do odsłoniętej szyi koniec dzierżonego w dłoni patyka, który podobnie jak on był umorusany w lepkim błocie. Mały pewnie zabawił się w kamuflaż.
– Ty skrzacie – prychnąłem ze śmiechem obok zwijającej się ze śmiechu Annabeth.
Nie czekając na jakąkolwiek reakcję mojego młodszego brata, wziąłem do ręki pierwszy lepszy patyk leżący nieopodal mojej głowy i zrzuciwszy z siebie delikatnie sześciolatka, klęknąłem na jedno kolano i inicjując prawdziwą walkę, zacząłem atakować malucha zdobytą bronią.
– Nie wygrasz! – wykrzyknął Brian i z językiem przygryzionym zębami zaczął wymachiwać obok mnie patykiem.
Annabeth nadal przyglądała się nam z rozbawieniem, chichocząc od czasu do czasu, gdy młodemu udało się przebić przez moją obronę i dźgnąć mnie tym kawałkiem drewna.
Już miałem definitywnie pozwolić Brianowi na pokonanie mnie, jednakże poczułem, że coś z dość mocną siłą popycha mnie do tyłu, a ja nie spodziewając się takiego ataku, zachwiałem się i poleciałem do tyłu, uderzając plecami w chropowaty pień drzewa rosnącego co najmniej dwa metry za mną.
W pierwszym odruchu chciałem już chwycić Orkan w dłoń i uderzyć na potencjalnego napastnika, jednakże poczułem delikatny ucisk dłoni Annabeth na moim torsie, dzięki czemu nie rzuciłem się z szarżą do przodu.
– Patrz – wyszeptała córka Ateny, wskazując palcem na przestrzeń nad moim bratem, stojącym oniemiałym przed nami.
Na widok rozłożystych, bladoniebieskich skrzydłach nad głową Briana, który wydawał się nie mniej zdziwiony ich widokiem niż my.
– Na Styks – zakląłem, jednakże pozostałem na tyle przytomny, aby przyklęknąć na jedno kolano przed własnym bratem wraz z dziewczyną. Każdemu nowouznanemu należał się szacunek.
Podczas gdy na plaży zaległa przygniatająca cisza, majestatyczne, lecz niezwykle skromne skrzydła powoli znikały, aż po kilku sekundach został po nich jedynie lekki podmuch wiatru. Dla mnie to było jednak coś więcej niż wiatr. To była zapowiedź tego, że teraz nadeszły inne czasy dla mnie i dla Briana. Miałem tylko nadzieję, że lepsze niż poprzednie.
Do końca został już tylko epilog :) Czyta to ktoś na tej stronce jeszcze?
