Witajcie, kochani! Przed kolejną aktualką (która nastąpi w przyszłą sobotę ;)) chciałabym życzyć Wam wszystkiego najlepszego, najpiękniejszego i najbardziej radosnego pod słońcem z okazji Świąt Bożego Narodzenia :) Dziś pierwszy rozdział opisujący skutki szalonego planu Harry'ego – uwielbiam tę część naszego fanfika!
lupinka: Bardzo się cieszę :) I zgadzam się z Tobą – niedoświadczenie Harry'ego w nekromancji jest bardzo realistyczne i cieszę się, że zostało pokazane. Tłumaczenie toczy się do przodu; mam nadzieję, że dotoczy się na czas ;) Dzięki!
Freja: Rozumiem całkowicie :) Wspominałam już, że Syriusz nie jest moją ulubioną postacią, więc zgadzam się ze wszystkimi dotyczącymi go zastrzeżeniami, ale Harry kieruje się swoją logiką... i dzięki temu fabuła tego opowiadania jest tak ciekawa! :D Severusa powinni ozłocić za ten – niechętny bo niechętny – ale niesamowity altruizm. Bardzo mi się podoba, że chociaż Remus jest osobą, która troszczy się o Harry'ego i jest do niego przywiązana, a Snape go nie znosi, to właśnie Snape za każdym razem ratuje mu życie – świetny plot twist ;) Dziękuję!
Cassie: Ha, ale za to wiem, że opowiadanie wciąż trzyma poziom ;) Dzięki :)
Zapraszam do lektury!
34. Odsłonięci
Ron stał na korytarzu prowadzącym do Departamentu Tajemnic ukryty pod peleryną niewidką i drżał lekko; powietrze było chłodne już kiedy przybyli tu z Harrym, ale chłopiec miał wrażenie, że z czasem zaczęło się robić jeszcze chłodniejsze. No cóż, to pewnie tylko wyobraźnia płatała mu figle. Kiedy w Ministerstwie pojawili się Snape i Remus, obaj rozwścieczeni do granic możliwości, Ron zaczął zastanawiać się nad możliwymi konsekwencjami ich nocnej eskapady. Mistrz Eliksirów stwierdził, że Harry będzie miał szczęście, jeśli w ogóle przeżyje, i jego przyjaciel na te słowa poczuł dreszcz przebiegający mu po plecach. Harry uprzedził go, że to, co planował, jest niebezpieczne, ale do tej pory Ron odsuwał od siebie tę myśl. Zawsze udawało im się wychodzić cało z wszelkiego rodzaju opresji, a dla Harry'ego nawet sytuacje zagrożenia życia kończyły się pomyślnie, ba – nieraz stawał twarzą w twarz z Sam-Wiesz-Kim i za każdym razem wymykał mu się z rąk, na Merlina!
Ron miał tylko nadzieję, że z tego Harry również wyjdzie cało. Nie wiedział czemu, ale to, że Snape i Remus nie opuścili jeszcze Sali Śmierci, uważał za dobry znak; gdyby wydarzenia potoczyły się w nieodpowiedni sposób, gdyby Harry musiał trafić do szpitala, albo... albo jeszcze gorzej, obaj profesorowie z pewnością już by stamtąd wyszli! Odkąd jednak za Remusem zamknęły się drzwi, na korytarzu zapadła głucha, nieruchoma cisza.
Rona dręczyły również inne myśli. Przede wszystkim bał się tego, co powiedzą jego rodzice, kiedy to wszystko już się skończy; był pewien, że ani jego matka, ani ojciec nie będą w stanie długo gniewać się na Harry'ego. Tak było zawsze, ponieważ Molly miała do niego wyjątkową słabość. Ron jednak z pewnością na własnej skórze odczuje jej wściekłość... na brodę Merlina, matka chyba zamorduje go za to, co się tutaj działo! Tak właśnie będzie – najpierw profesor Snape obedrze go ze skóry za udział w całym tym pomyśle, a potem jego matka dokończy to, co zaczął nauczyciel.
Chłopiec z zapartym tchem czekał, aż coś się wydarzy, cokolwiek, co przerwałoby tę pełną napięcia ciszę. Im więcej czasu mijało, tym bardziej był pewien, że coś poszło nie tak. Ale co? Harry wydawał się całkowicie pewien, że jego plan się powiedzie, ale co jeśli nie wziął pod uwagę jakiegoś istotnego szczegółu? Jeśli coś pominął i właśnie teraz płacił za ten błąd? Ron wiedział, że nie wybaczy sobie, jeżeli wydarzy się coś nieprzewidzianego, a Hermiona będzie mu to wypominać do końca świata! Był pewien, że to właśnie ona powiedziała profesorowi Lupinowi o ich planie.
Minęło może dwadzieścia minut, odkąd dwaj profesorowie zniknęli w Departamencie Tajemnic, kiedy chłopiec znów usłyszał kroki na korytarzu. Tym razem pojawił się na nim profesor Dumbledore z Kingsleyem Shackleboltem i drugim mężczyzną, którego Ron nie rozpoznał, biegnącymi za nim. Żaden z nich nie wyglądał na zachwyconego, ale w porównaniu z gniewem Lupina i Snape'a, widok trzech przybyszy chłopiec powitał niemal z ulgą. Dyrektor podszedł prosto do niego, chociaż Ron wciąż miał na sobie pelerynę niewidkę. Teraz ściągnął ją szybko, a jego nagłe pojawienie się wprawiło Kingsleya i nieznajomego mężczyznę w niemałą konsternację. Dumbledore'a najwyraźniej jednak wcale nie zaskoczyła jego obecność tutaj.
- Panie Weasley - odezwał się, kiedy podszedł do chłopca. - Dokąd oni poszli?
Ron wskazał palcem drzwi na końcu korytarza.
- Tam, do Sali Śmierci... jakieś piętnaście minut temu.
Dyrektor kiwnął głową i razem z towarzyszami biegiem ruszył we wskazanym kierunku. Nikt nie powiedział Ronowi, co ma zrobić, ale tym razem chłopiec nie zamierzał znów stać i czekać, więc dołączył do nich. Nie usłyszał żadnych protestów, ale z drugiej strony żaden z mężczyzn nie zwracał już na niego uwagi. We czwórkę weszli do okrągłego pomieszczenia, ale zanim chłopiec zdążył pokazać komukolwiek mały "x" narysowany na właściwych drzwiach, Dumbledore wyciągnął różdżkę i zatoczył nią koło nad swoją głową mamrocząc słowa, których Ron nie zrozumiał. Ściany zaczęły kręcić się wokół nich, a kiedy znów się zatrzymały, chłopiec ze zdumieniem stwierdził, że drzwi oznaczone iksem, prowadzące do Sali Śmierci, zatrzymały się dokładnie na wprost dyrektora.
Kingsley i jego towarzysz wyciągnęli różdżki, po czym auror otworzył drzwi i razem z pozostałymi wszedł do środka.
Ron miał wrażenie, jakby nigdy wcześniej tutaj nie był; od dnia, w którym zginął Syriusz, dzieliło go zaledwie parę miesięcy, ale mimo to wydawał się nierzeczywisty jak jakiś koszmarny sen, a nie coś, w czym chłopiec rzeczywiście brał udział. Kiedy czterej czarodzieje weszli do Sali Śmierci, Kingsley i nieznajomy nagle biegiem ruszyli po schodach na dół i nawet Dumbledore pobiegł za nimi z szybkością, jakiej Ron nie spodziewałby się po mężczyźnie w jego wieku, ale on sam zauważył powód ich pośpiechu dopiero, gdy poszedł bliżej do kamiennych ław.
Profesor Lupin i Harry leżeli bez ruchu przy najniższym rzędzie amfiteatru: chłopiec leżał na boku zwinięty do pozycji embrionalnej, ale profesor leżał twarzą do ziemi, jakby przewrócił się klęcząc. Nigdzie nie było widać profesora Snape'a, chociaż Ron był pewien, że wszedł do pomieszczenia i nigdzie z niego później nie wychodził. Najbardziej niepokojące było jednak to, że kamienny łuk stojący wcześniej na samym środku sali, łuk, za którym zniknął Syriusz, przestał istnieć. Na ziemi narysowano kredą okrąg i coś, co przypominało pentagram, a w świetle pochodni wyczarowanych przez Dumbledore'a na wszystkich ścianach Ron dostrzegł, że na każdym rogu tego symbolu stała zgaszona świeca. Wewnątrz okręgu, tam, gdzie powinien stać łuk, znajdowała się jednak tylko wielka sterta popękanych kamieni i pyłu, a jakieś pięć metrów dalej, na kolejnej kupie gruzu, leżała stara, poszarpana Zasłona. Ron podszedł do trzech starszych czarodziejów. Nieznajomy jako pierwszy podbiegł do Remusa i Harry'ego; opadł obok nich na kolana, delikatnie przewrócił Lupina na plecy i sprawdził jego puls, a po kilku chwilach zrobił to samo z Harrym. Ron stanął obok Dumbledore'a i Kingsleya. Jego serce wykonało w piersi jakieś dziwne salto, ale chłopiec wiedział, że nie spowodował tego bieg. W końcu mężczyzna opadł na pięty i spojrzał na dyrektora.
- Żyją.
Stary czarodziej westchnął z wyraźną ulgą.
- To dobrze. Kinglsey, czy mógłbyś dopilnować, by jak najszybciej dotarli do Świętego Munga? Panie Lupin, proszę za mną.
Na te słowa Ron szybko podniósł głowę i przyjrzał się nieznajomemu. „Pan Lupin"? Harry wspominał, że poznał na Grimmauld Place brata Remusa, ale Ron nigdy wcześniej go nie widział, a tym bardziej nie wiedział o jego istnieniu, dopóki przyjaciel mu o tym nie powiedział. A więc to był brat profesora Lupina... No cóż, teraz, kiedy Ron już wiedział, kim jest ten człowiek, nie mógł nie dostrzec pewnego podobieństwa między obydwoma braćmi, chociaż niespecjalnie rzucały się w oczy.
Zanim chłopiec skończył swoje rozmyślania, Lupin wstał i podszedł za Dumbledore'em do magicznego okręgu. Ron nie był pewien, co właściwie powinien zrobić; martwił się o Harry'ego, ale ciekaw był też, o co chodzi dyrektorowi i gdzie jest Snape. Wyglądało jednak na to, że dorośli całkowicie zapomnieli o jego obecności w Sali Śmierci (o ile w ogóle ją zauważyli), więc chłopiec po prostu podążył za nimi. Lupin podszedł razem z Dumbledore'em do leżącej na ziemi Zasłony, po czym odwrócił się do niego i wymownie uniósł brew.
- O co chodzi?
- O Severusa. Martwię się o niego.
Lupin najwyraźniej nie podzielał tego niepokoju, ale Ron musiał przyznać, że też nie martwił się o swojego Mistrza Eliksirów. Lupin patrzył na dyrektora jeszcze przez moment, ale w końcu przeniósł wzrok na leżącą u ich stóp Zasłonę. Chłopiec mimo woli pomyślał, że jeśli leżały pod nią gruzy, to były to najdziwniej ukształtowane gruzy, jakie kiedykolwiek widział. Przez dłuższy moment nikt się nie ruszył: wszyscy troje po prostu patrzyli na ten nawał podartego materiału i myśleli dokładnie o tym samym, chociaż żaden nie ośmielił się wypowiedzieć tej myśli na głos. Wszyscy chcieli odsłonić to, co leżało na ziemi pod Zasłoną, ale wyglądało na to, że żaden z nich nie miał odwagi, by wykonać pierwszy ruch. Nagle jednak Lupin pochylił się i jednym ruchem odrzucił materiał na bok.
Dłoń Rona mimowolnie powędrowała do ust, by stłumić krzyk. Lupin wyraźnie zbladł i tylko Dumbledore w żaden sposób nie okazał szoku. Na ziemi, u ich stóp, leżał Snape, nieprzytomny albo jeszcze gorzej, a przed nim, tak jakby profesor ciągnął go od tyłu, leżał Syriusz. Ron nie był w stanie zrozumieć, jak to się stało, ale Syriusz leżał tuż obok, dosłownie na wyciągnięcie ręki... dokładnie tam, gdzie zniknął dziewięć tygodni wcześniej. Wszyscy twierdzili, że on nie żyje, ale najwyraźniej to Harry miał rację! A przynajmniej Syriusz nie wyglądał jak ktoś, kto już od ponad dwóch miesięcy powinien być martwy – chociaż z drugiej strony nie wyglądał również jak żywy. Z miejsca, w którym stał, Ron nie był w stanie określić, czy Snape i Black w ogóle oddychali.
Tym razem to Dumbledore przyklęknął przy dwóch czarodziejach. Chłopiec był pewien, że kiedy dyrektor wyciągnął palce, by sprawdzić puls Mistrza Eliksirów, jego dłoń drżała lekko. Nikt jednak nie odezwał się słowem, dopóki Dumbledore nie sprawdził również pulsu Syriusza.
- Co, na litość wszystkich...!
Kingsley podszedł do nich od tyłu i teraz wpatrywał się w leżących twarzą w dół mężczyzn z otwartymi ustami. W końcu pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Czy to jest Syriusz? Ale jak...?
Dumbledore odwrócił się nieco. Wciąż klęczał na podłodze.
- Czy uzdrowiciele są już w drodze?
- Tak, powinni dotrzeć tu za kilka minut.
Dyrektor pokiwał głową i wstał.
- To dobrze. Severus potrzebuje natychmiastowej opieki medycznej, a podejrzewam, że Syriusz również.
Kingsley wpatrywał się w dwie leżące na podłodze postaci z absolutnym zdumieniem i niedowierzaniem.
- Oni... oni żyją? Syriusz żyje?!
Dumbledore znów przytaknął, po czym zdjął swoją szatę wierzchnią i delikatnie okrył nią Snape'a, a potem – ku zaskoczeniu wszystkich – wyciągnął różdżkę i machnął nią w kierunku sceny zniszczenia za ich plecami. Sterta gruzu, która kiedyś była kamiennym łukiem, pozostała nietknięta, ale dyrektor usunął narysowane kredą okręgi, pentagram i świece. Ron pomyślał wtedy, że teraz Sala Śmierci wygląda tak, jakby łuk zapadł się z jakiegoś nieznanego powodu, ale bez udziału osób trzecich; wszelkie ślady tego, co zrobił Harry, zniknęły, pozostawiając jedynie kupę kamieni na środku pomieszczenia.
Dumbledore znów schował różdżkę, po czym odwrócił się do Kingsleya.
- Tak, żyją.
- Ale jak? - powtórzył auror.
- To długa historia, Kingsley. Syriusz nigdy tak naprawdę nie umarł, ale sądziliśmy, że nie istnieje sposób, by go uratować. Jak widać, myliliśmy się.
Dyrektor otrzepał swoje szaty i klasnął w dłonie.
- W porządku. Uzdrowiciele powinni tu być lada moment, a podejrzewam, że moje przybycie do Ministerstwa i pospieszne zejście do Departamentu Tajemnic również zostało zauważone. Chciałbym zabrać Severusa z powrotem do Hogwartu, zanim ktokolwiek go tutaj zobaczy, bo to ściągnęłoby nam tylko na głowę niewygodne pytania. Kingsley, panie Lupin, czy możecie dopilnować, by wszyscy pozostali bezpiecznie dotarli do Świętego Munga, a Ministerstwo przynajmniej na jakiś czas zostawiło Syriusza w spokoju? Jutro z samego rana porozmawiam z Ministrem, ale najpierw muszę zająć się Severusem.
Shacklebolt i Lupin kiwnęli głowami. Dyrektor szybko wyciągnął z kieszeni chusteczkę, zacisnął na niej dłoń Snape'a, a sam przytrzymał ją za róg, po czym wycelował w nią różdżkę, skinął głową dwóm czarodziejom, przemienił chusteczkę w świstoklik i zniknął razem z Mistrzem Eliksirów.
Lupin znów podszedł do swojego brata i Harry'ego, a Kingsley przyklęknął obok Syriusza i – wciąż potrząsając z niedowierzaniem głową – wyciągnął rękę, by sprawdzić jego puls. Najwyraźniej nadal nie mógł uwierzyć, że to rzeczywiście Black leży przed nim na ziemi. Ron również nie potrafił przyjąć tego do wiadomości.
Teraz, kiedy Dumbledore i Snape zniknęli, uzdrowiciele byli w drodze, a pozostali zajęci byli różnymi kwestiami, Ron poczuł się nagle całkowicie zbędny; nie miał tu nic do roboty – nie mógł pomóc ani swojemu przyjacielowi, ani nikomu innemu. Mógł co najwyżej siedzieć cicho i czekać na przybycie pomocy. Powoli podszedł więc do jednej z kamiennych ławek. Okazało się, że leży przy niej plecak Harry'ego, książka, nóż i pergaminy, których używał, ale wszystko wydawało się rozrzucone, jakby ktoś chciał usunąć te przedmioty ze swojej drogi nie troszcząc się o to, gdzie wylądują. Tylko książka została najwyraźniej odłożona z należytą uwagą. Ron westchnął, pochylił się i zaczął zbierać pergaminy, a kiedy to zrobił, włożył wszystko do plecaka, przykrył peleryną niewidką i zarzucił plecak na ramię.
Jakieś pięć minut później na miejsce przybyli uzdrowiciele. W następnych dniach Ron pamiętał jedynie niekończące się okrzyki, pytania, ludzi kręcących się w tę i z powrotem po Sali Śmierci, lewitujące nosze i generalny, wszechogarniający chaos. Jakiś mężczyzna w mundurze Ministerstwa zasypał go pytaniami w takim tempie, że chłopiec nie był w stanie odpowiedzieć na żadne z nich, więc był niewymownie wdzięczny, kiedy Kingsley złapał go za ramię i odciągnął na bok, a nieznajomemu – pewnie innemu aurorowi – powiedział, że sam z nim później porozmawia, po czym zaprowadził go w nieco odosobniony kąt pomieszczenia, gdzie kręciło się nieco mniej osób.
- Nic ci nie jest? - zapytał. Ron pokręcił głową w odrętwieniu.
- Wszystko w porządku. A co z Harrym i profesorem Lupinem? I Syriuszem?
Kinglsey wzruszył ramionami.
- Wkrótce trafią do Świętego Munga. Brat Remusa będzie miał na nich oko. My dwaj pójdziemy na górę i z biura twojego ojca wrócimy na Grimmauld Place, a potem ja również ruszę do szpitala, żeby sprawdzić, co się tam dzieje.
Ron znów niemrawo pokiwał głową. Perspektywa rychłego stanięcia twarzą w twarz ze swoimi rodzicami bynajmniej nie poprawiła mu humoru, ale nie istniał żaden sposób, by tego uniknąć, więc może lepiej będzie mieć to jak najszybciej za sobą teraz, gdy wciąż jeszcze był oszołomiony wszystkim, co się wydarzyło tego wieczora.
Kingsley jeszcze raz obszedł dookoła Salę Śmierci, by upewnić się, że wszystkie polecenia Dumbledore'a zostały wykonane; Ron zauważył, że auror przez kilka minut rozmawiał z bratem Remusa. Rozmawiali zbyt cicho, by chłopiec mógł cokolwiek usłyszeć, ale Janus kiwnął głową kilka razy, odpowiedział coś Kingsleyowi, po czym odwrócił się w stronę Syriusza i ostrym tonem zwrócił się do dwóch aurorów i trzech uzdrowicieli stojących wokół ojca chrzestnego Harry'ego. Aurorom najwyraźniej nie spodobało się to, co powiedział im Lupin, ale chyba nie mieli odwagi, by otwarcie zaprotestować. Ron ciekaw był, jak wysoko wspiął się ten mężczyzna w hierarchii Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Będzie musiał spytać ojca, czy wie coś na ten temat – oczywiście później, kiedy tata już na niego nawrzeszczy i nałoży wszystkie szlabany, jakie miał w planach!
Chłopiec bez czucia ruszył za Kingsleyem w górę po kamiennych schodach, następnie przez okrągłą komnatę i korytarzem do windy. Kiedy drzwi zamknęły się za nimi i winda ruszyła zabierając ich coraz dalej od Departamentu Tajemnic, poczuł nieopisaną ulgę.
- Jak, w imię Merlina, w ogóle udało się wam z Potterem dostać tutaj na dół?
- Dzięki pelerynie niewidce Harry'ego - odparł Ron. - Użyliśmy świstoklika, żeby dostać się do biura taty, a potem przekradliśmy się do Departamentu Tajemnic.
Kingsley uniósł brew.
- To ta peleryna, którą wcześniej miałeś na sobie? Całkiem sprytnie to wszystko obmyśliliście! Może Ministerstwo powinno pomyśleć nad wzmocnieniem swoich wewnętrznych zabezpieczeń...
- No cóż, Departament Tajemnic z pewnością powinien. Mam wrażenie, że każdy mógłby się tam dostać i to o każdej porze!
Kingsley odchrząknął lekko.
- To był powód, dla którego Zakon strzegł wejścia do Departamentu w zeszłym roku – żeby mieć pewność, że przepowiednia nie wpadnie w niepowołane ręce. Strzeżenie tego piętra jest obowiązkiem Niewymownych, a po tych dwóch incydentach, które się tu ostatnio wydarzyły, z pewnością dostaną od przełożonych ostrą reprymendę.
Rona niespecjalnie interesowało to, co stanie się z Departamentem Tajemnic w przyszłości. Miał po prostu nadzieję, że już nigdy, z żadnego powodu, nie będzie musiał odwiedzić tego ponurego miejsca.
Dwaj czarodzieje wysiedli z windy i ruszyli przez siedzibę aurorów do biura Artura Weasleya.
- Przemknęliście się tędy? I nikt tego nie zauważył?
Ron wzruszył ramionami.
- Zajęło nam to trochę czasu, ale tak. Wszyscy byli zajęci, więc musieliśmy tylko uważać, żeby nikt na nas nie wpadł.
Mężczyzna znów pokręcił głową i poprowadził chłopca korytarzem między kabinami. Ron nie miał na sobie plakietki gościa, ale obecność Kingsleya najwyraźniej wystarczała, by nikt nie pytał, dlaczego niepełnoletni czarodziej znajdował się w Ministerstwie o tak późnej porze. Może urzędnicy faktycznie powinni poważnie zastanowić się nad dodatkowymi zabezpieczeniami? Dwaj czarodzieje bez słowa dotarli do biura, które pan Weasley dzielił ze swoim kolegą Perkinsem. Kingsley zapukał do drzwi, ale nie doczekał się z wewnątrz żadnej odpowiedzi, więc otworzył je i wszedł do gabinetu razem z Ronem.
- W porządku – połączenie z Grimmauld Place powinno być stąd bezpieczne. Hasło do kominka w kuchni to „Canterbury" - powiedział i podał Ronowi pojemnik z proszkiem Fiuu, który zdjął z półki nad kominkiem, po czym jednym machnięciem różdżki rozpalił w nim ogień.
- Idź pierwszy – ja podążę za tobą.
Chłopiec kiwnął głową i wrzucił garść proszku w płomienie, a następnie wszedł do kominka. Wymówił cel swojej podróży i po chwili chwiejnym krokiem wyszedł z ognia w piwnicznej kuchni na Grimmauld Place 12. Wyprostował się, odsunął i strzepnął popiół z ubrania.
- RONALDZIE WEASLEY!
Ron skrzywił się i odwrócił w stronę, z której dobiegł go ten wrzask. Jego matka stała kilka kroków dalej z rękoma na biodrach, a spod jej czerwonej, potarganej grzywki spoglądały na niego wściekle błyszczące oczy. Chłopiec przełknął ciężko i spróbował nałożyć na twarz maskę niewinności.
- Cześć, mamo.
- Cześć, mamo? CZEŚĆ, MAMO?! Czy byłbyś łaskaw wyjaśnić mi, gdzie byłeś? Albo gdzie jest Hermiona? Powiedziałeś nam, że będziecie odrabiać pracę domową, a potem nagle okazuje się, że w ogóle was nie ma! Wywróciliśmy do góry nogami cały dom! Twojego ojca ugryzł nawet chochlik, bo sprawdziliśmy nawet strych, ale was nie było! Czy wiesz, jak strasznie baliśmy się, że coś się stało? Gdzie byłeś?
Ron westchnął i nerwowo przestąpił z jednej nogi na drugą. Po chwili płomień w palenisku znów rozbłysnął i w kuchni pojawił się Kingsley. Molly spojrzała na niego, po czym znów zwróciła wzrok na swojego syna i splotła ramiona na piersi.
- No więc? Czekam!
Ron spojrzał na Kingsleya z niemą prośbą o pomoc, ale auror tylko wzruszył ramionami.
- Nie wiem, jak to wszystko się zaczęło – nie mogę wyjaśnić tego za ciebie.
Chłopiec znów westchnął i opadł na jedno z kuchennych krzeseł.
- Może powinnaś zawołać tatę, wtedy nie będę musiał opowiadać tego dwa razy.
Molly mruknęła coś gniewnie w odpowiedzi, ale podeszła do drzwi i wezwała na dół swojego męża, po czym usiadła na krześle naprzeciwko Rona i – spoglądając na niego groźnie – znów skrzyżowała ręce na piersi. Po jakichś trzech lub czterech minutach drzwi do kuchni otworzyły się i do środka wszedł Artur Weasley.
- Tak, Molly? - zapytał, ale wtedy jego oczy odnalazły Rona i mężczyzna z westchnieniem ulgi podszedł do niego. - Wróciłeś, synu! Martwiliśmy się o ciebie! Gdzie byłeś? - położył dłoń na jego ramieniu i chłopiec poczuł jeszcze silniejsze wyrzuty sumienia, kiedy zauważył, że ręka ojca jest owinięta bandażem, zapewne z powodu ugryzienia przez chochlika.
- To długa historia. Może powinieneś usiąść.
Artur zmarszczył brwi w ewidentnym niezrozumieniu, ale odsunął sobie krzesło i usiadł obok żony.
- No więc? - ponagliła Molly, wciąż rozeźlona. Chłopiec westchnął.
- No więc Harry napisał mi w liście, że potrzebuje mojej pomocy w jakiejś sprawie, ale nie powiedział o co chodzi. A później skontaktował się ze mną za pomocą sieci Fiuu. Powiedział... powiedział, że muszę mu pomóc dostać się do Ministerstwa Magii.
- Co?!
Molly wstała z krzesła i pochyliła się nad stołem ku swojemu synowi ze zmarszczonymi gniewnie brwiami. Artur wydawał się raczej zaskoczony niż zły. Póki co.
- Harry powiedział, że musi dostać się do Ministerstwa tak, żeby nikt tego nie zauważył. On... nie wiem, ile profesor Dumbledore powiedział wam na temat tego, co działo się z profesorem Lupinem, ale wyglądało na to, że wciąż łączyła go z Syriuszem jakaś więź. Profesor Dumbledore i Remus chcieli przerwać to połączenie, ale Harry wpadł na pomysł, jak mógłby uratować Syriusza, a żeby tego dokonać, musiał wrócić do Departamentu Tajemnic.
- A ty mu w tym pomogłeś?! - spytał pan Weasley, teraz wściekły już niemal tak jak jego żona. - A jak wam się to udało, jeśli mogę spytać?
- Ja... chyba zabrałem ten alarmowy świstoklik z twojej nocnej szafki.
Twarz Artura nabrała rumieńców tak czerwonych jak jego włosy, a na jego czole zaczęła pulsować żyła.
- Mój świstoklik - wysyczał przez zaciśnięte zęby. Ron przytaknął. - Świstoklik przeznaczony do nagłych wypadków - Ron znów pokiwał głową.
- Pomyślałem sobie, że to właśnie jest nagły wypadek...
- Nie, to nie był nagły wypadek! Ja decyduję, co kwalifikuje się jako nagły wypadek, i ta eskapada na pewno nim nie była! A więc ukradłeś mój świstoklik... Co się później stało?
Ron opowiedział państwu Weasley, jak on i Hermiona dostali się do Hogwartu i co przydarzyło się jemu i Harry'emu w Ministerstwie. Było kilka szczegółów, które najchętniej by opuścił, ale wiedział, że prędzej czy później jego rodzice i tak się o nich dowiedzą. Opowiedział im więc o wszystkim, co jego zdaniem powinni wiedzieć, i starał się nie tracić ducha na widok coraz surowszej miny swojego ojca. Molly wyglądała z kolei na absolutnie zszokowaną, a kiedy jej syn dotarł do momentu, gdy Snape w jakiś sposób zdołał uratować Syriusza, na jej twarzy pojawiła się jakaś nieokreślona emocja.
- … a potem Kingsley przybył tu ze mną siecią Fiuu z twojego biura. Hermiona pewnie wciąż jest w Hogwarcie, ale sądzę, że do tej pory ktoś wypuścił ją już z tego schowka.
Chłopiec splótł dłonie by ukryć swoją nerwowość i z niepokojem powędrował wzrokiem od twarzy ojca do twarzy matki. Artur odetchnął głęboko kilka razy, po czym spojrzał na swojego najmłodszego syna.
- Idź na górę do swojego pokoju. Później o tym porozmawiamy – na razie jestem zbyt wściekły, żeby dalej roztrząsać ten temat.
Ron wstał z krzesła.
- Wiem, że to nie ma większego znaczenia, ale przykro mi; przykro mi, że się o mnie martwiliście, ale nie żałuję tego, że pomogłem Harry'emu. On miał rację, a jego plan się udał. To chyba dobrze... dla niego, prawda?
Pan Weasley powoli znów spojrzał synowi w oczy.
- Wszyscy bardzo troszczymy się o Harry'ego, Ron. Ty o tym wiesz i on o tym wie. Ale jeśli Harry próbował dzisiaj zrobić to, co sądzę, że próbował, to nie miał racji. Miał szczęście. To wielka różnica, a Harry najwyraźniej zapomniał, że szczęście każdego człowieka kiedyś się wyczerpuje. Nie chciałbym, by którykolwiek z was przekonał się o tym na własnej skórze, ale najwyraźniej ostrzeganie was przed niebezpieczeństwem kompletnie mija się z celem. A teraz idź już proszę na górę.
Ron chciał jeszcze coś powiedzieć, ale uznał, że lepiej nie przeciągać struny, więc tylko kiwnął głową i opuścił kuchnię.
