- Ilu jeszcze chłopców albo dziewczyn musi przejść przez to, żebyście zrozumieli, że to prawo jest spieprzone! - krzyknął wpatrując się w ciemne oczy przed sobą.
- Panie Potter – odpowiedział tamten próbując go zbyć. Harry wściekł się. Złoty kolczyk błyszczał dumnie w uchu łysego mężczyzny.
- Dwie wojny to za mało?! Ja. Riddle. Wielu innych!
- Czy ma pan kogoś konkretnego na myśli? Wielu jest tych innych? – spytał rzeczowo. Nie uspokoiło to Harrego. Jeszcze bardziej wkurzyło.
- To nie ma cholernego znaczenia kogo mam na myśli! To przeszłość. Znaczenie ma, że teraz się z tym niczego nie robi! Pomagacie skrzatom i goblinom, budujecie zagrody dla jednorożców. A nie pomagacie czarodziejom! To niedopuszczalne! Złożę oficjalną skargę, z powiadomieniem prasy!
- Widzę, że częste kontakty z Malfoyem zmieniają cię Harry.
- Widzę, że władza wymazała ci z pamięci o co walczył Zakon! Kingsley. – Harry wypluł ostatnie słowo jakby było obelgą.
- Nie jestem już w Zakonie. – odparł minister
- Oczywiście. To jest usprawiedliwienie! Po co robić cokolwiek?! Przecież nie ma już przeklętego Voldemorta. To nic, że może właśnie przez takie myślenie, hodujecie gdzieś kolejnego, w komórce pod schodami! Który postanowi zabić wszystkich… nie wiem, rudych, bo akurat jego ojciec był rudy. Ale wiesz co?! Ja nie będę już wam ratował tyłków. Znajdźcie sobie nowego bohatera. Bo Harry Potter skończył z Ministerstwem Magii raz na zawsze! – krzyknął i wyszedł z gabinetu trzaskając drzwiami.
Był wściekły. Chciał pomóc dzieciom. Chciał pomóc sierotom. Małym Harrym, Małym Riddle'om, a co najważniejsze małym Snape'om! By nie musieli znosić swojej niedoli w samotności.
Cholerny Dumbledore! Myślał wściekle. Zabrał Riddle'a z sierocińca, ale nie interesował się nim potem! Wiedział o ojcu Severusa, bydlaku, który tłukł go jak worek. Który kaleczył jego ciało i umysł. Musiał go przecież widzieć ze złamaną ręką. Musiał widzieć zaniedbanego chudego chłopca! Wiedział też o Dursleyach. O Harrym zamkniętym w ciemnościach. O Harrym głodzonym i wyśmiewanym. A jednak odsyłał go tam, do tych oprawców. Nie dbał o to. Tak jak nie dbają cholerni członkowie Zakonu Feniksa.
Harry cieszył się teraz, że był ścigającym. Że nie miał przeklętej pracy w biurze aurorów, którzy udawali , że ratują świat, choć naprawdę całymi dniami obżerali się pączkami! Był gwiazdą i mógł załatwiać sprawy po swojemu. Z udziałem mediów i pieniędzy z tym związanych. I to właśnie zamierzał od teraz robić. Ratować świat po swojemu. Na własnych zasadach.
##
#
Umówili się z Draco na cmentarzu. Malfoy nie czuł się jeszcze wystarczająco dobrze, by pójść tam samemu, poza tym bał się, że sam nie znajdzie grobu Rona. Harry spędzał tu niemal każde popołudnie. Rozmawiając z kamieniem. Czasem wydawało mu się to idiotyczne. A potem uznał, że lepsze to niż głupie, potłuczone lusterko, które zostało mu po Syriuszu. Nie mógł nawet złożyć kwiatów na jego grobie, gdy ten zniknął za zasłoną. Nie żeby Syriusz oczekiwał kwiatów. Pewnie wolałby kość. Teraz oczywiście miał Syriusza przy sobie, ale to w niczym nie pomagało. Nadal nie miał przy sobie nikogo dorosłego na kim mógłby polegać… tylko że miał, prawda? Miał Severusa.
Kiedy ta myśl do niego przyleciała i osiedliła się na dobre w jego głowie, nie zdążył się nad nią dobrze zastanowić. Postanowił, że zrobi to później, bo zobaczył idącego w jego stronę blondyna. Malfoy miał ze sobą jakiś dziwaczny bukiet czerwonych i złotych kwiatków, który zostawił przy nagrobku.
- To absurdalne. Przychodzić tutaj. Przecież nawet go tu nie ma. Ojciec pokazał mi wspomnienie tamtego dnia… to była jakaś rzeź. Te kwiaty… lwie grzywy… one niczego nie zmienią. – powiedział w końcu ślizgon, siadając na ziemi koło Harrego. - Nie możemy go wskrzesić?
- Draco… nie… nie możemy. To był twój pomysł. I był dobry. – odparł spokojnie Potter
- Gówno dobry! Wyrzuciliśmy jedyną rzecz, która mogła by go zwrócić.
- Chyba to jest czas, by nauczyć się nie polegać zupełnie na magii. Wiesz, nie wszystko można załatwić za jej pośrednictwem.
- To nie jest lekcja, której się chciałem nauczyć. – odpowiedział Draco. Zacisnął szczęki i pięści.
- Wierz mi, że ja też… zwłaszcza na własnym ślubie. Cholera! Mogłem stracić też Ginny. Wszyscy mogliśmy zginąć. Severus zbadał tą pułapkę. Coś poszło nie tak. Dlatego zabiło tylko Rona… ale ta klątwa, miała zabić wszystkich w pomieszczeniu… nigdy nie chciałem mieć krwi na rękach…
- Do diabła, Potter! To nie twoja wina! I doskonale o tym wiesz! Równie dobrze możemy winić mojego ojca, albo Severusa… to absurdalne.
- Wszystko to jest wciąż nierealne. I Hermiona z tymi eliksirami…
- Z Hermioną jest źle. – powiedział Malfoy. Harry spojrzał na niego jak na idiotę. – Nie patrz tak na mnie. Jest źle. Harry, ona zabiła już kilka osób! Nie żeby im się nie należało… ale rozumiesz? Ona zabija. Wysyła im przeklętą truciznę w listach. Spędza całe dnie w laboratorium. Tnie i sieka. Miesza i gotuje. A potem znowu tnie i sieka. Znęca się nad ślimakami, jakby one były wszystkiemu winne.
- Myślisz, że tego nie wiem? Że zamienia się w Severusa… ale ona nie chce pomocy. Ja próbowałem z nią rozmawiać. Ona się zamknęła w tej zemście. Jak w jakiejś klatce. Nie potrafi się nawet przyznać do tego, że jej źle…
- Potrafi.
- Powiedziała ci cokolwiek? Rozmawiałeś z nią?
- Można tak powiedzieć. – Powiedział Draco. Harry widział, że nie powiedział mu wszystkiego, ale postanowił nie cisnąć. Być może w jakiś sposób było jej łatwiej rozmawiać z Malfoyem, niż z nim. To w końcu było jego wesele i jego paczka, a Draco był taką samą ofiarą jak Ron.
- W takim razie dbaj o nią. Ja nie mogę zrobić nic więcej. Ona mnie unika… albo obwinia. Nie wiem. Naprawdę. Ale gdy tylko próbuję z nią rozmawiać na ten temat, ona zaciska wargi i wychodzi.
- To nie rozmawiaj. Zostaw to.
- Jak mam zostawić?
- Ciągle rozcinana rana się nie zagoi. – odpowiedział cicho
- Nagle jesteś ekspertem?
- Na pewno nie w tej kategorii. Ale jak umarła ciotka, to każde wspomnienie jej imienia było dla matki jak cios. Zmiana otoczenia. Zmiana przyzwyczajeń. To jej pomogło. Może te eliksiry też pomogą. Nawet jeśli faktycznie wyjedzie do Rumunii tak jak zaplanowała.
- Ale wtedy ją stracę. – szepnął Potter
- Jak będziesz jej codziennie wbijał w serce sztylet, opowiadając o swoich wyprawach na cmentarz, to na pewno ją stracisz. Harry, ona tu nawet nie była po pogrzebie. Nie jest w stanie spojrzeć na ten nagrobek.
- Skąd wiesz?
- Jak ją zapytałem jak tu trafić, wydawała się zawstydzona. Miała wymalowane poczucie winy na twarzy. Dobrze chociaż, że dostała wolne z pracy w ministerstwie.
- Przeklęta instytucja… ty wiesz, że oni nie chcą wyłożyć pieniędzy na maltretowane dzieci? Chcą by cierpiały… idioci – warczał Harry skubiąc trawę przed sobą.
- Chyba rozumiem, skąd ci się to wzięło… ci twoi mugole… i ojciec Se-
- Nawet nie racz kończyć tego zdania. Poza tym skąd wiesz, że to ojciec?
- Jego matka była czysto-krwistą czarodziejką. Nie sądzisz chyba, że zostawiłaby takie okropne blizny, nawet gdyby to ona robiła mu krzywdę. Nie, jestem pewien, że czegoś takiego mógł dokonać tylko mugol.
- Mówisz jakby czarodzieje nie znęcali się nad swoimi dziećmi. Nie zapominaj, że widziałem co robił Lucjusz. Widziałem te twoje sny… czy cokolwiek to było.
- Lucjusz nigdy by mnie nie oszpecił. Poza tym on nigdy nie podniósł na mnie ręki. Nigdy. Był po prostu… zimnym fiutem.
- Tak. Nie mogę powiedzieć, żebym go za to podziwiał. – prychnął Harry
- Wiesz, że możemy zniszczyć Ministerstwo? Możemy ich ośmieszyć, że nie dbają o czarodziejskie dzieci…
- Tak. Coś takiego powiedziałem Ministrowi wczoraj. Mam wystarczająco pieniędzy żeby otworzyć drugi Hogwart. Myślę, że będę w stanie coś na to poradzić.
- Gdybyś potrzebował pomocy prawników…
- Tak, już mi twój ojciec kilku polecił. Ale nie będę się brudził polityką. Nie chcę mieć z nimi nic wspólnego. To nie zrobi nic dobrego tej instytucji. – siedzieli przez chwilę w milczeniu i wpatrywali się w kamień przed sobą.
- Dziękuję, że mnie wyciągnąłeś z tego bagna. Ta rzeczywistość może nie jest różowa… ale przynajmniej nie oglądam codziennie śmierci wszystkich ludzi których kocham.
- Kochasz mnie? – spytał Potter robiąc wielkie oczy
- Zgłupiałeś?!
- Och, tak mi się tylko zdawało, że widziałem raz czy dwa swoją śmierć…
- Spadaj. To nie ja miałem erotyczne sny z moją skromną osobą. – zaśmiał się Draco i walnął w ramię Harrego.
- Bardzo śmieszne. Jak komuś o tym powiesz, to opowiem wszystkim jak płakałeś w poduszkę.
- Nie zrobisz tego. – powiedział Draco robiąc bardzo poważną minę
- Oczywiście, że nie, matole. Musisz w ogóle pytać? Ciekawi mnie tylko co w tym wszystkim robił Severus. Dlaczego to jego brak powodował te przerażające wizje? Czemu nie przyśniła ci się nieobecność Lucjusza, skoro to najwyraźniej jego osoba ściągnęła cię z powrotem.
- Zniknięcie Lucjusza nie zabiłoby nikogo. On nigdy nikogo nie uratował. Nikomu nie pomógł. Nie zrobił nic… A Severus… on jest niesamowity… ale nie mam pojęcia, czemu akurat to mi się śniło… może to, że nie ma teraz magii wywołuje jakieś zakłócenia. Może my powinniśmy wejść do jego głowy i poszukać gdzieś tej magii. Może oddać mu jakoś naszą energię. Nie wiem. Nie mam pojęcia. Może to, że on nie ma magii jakoś zmieniło tą klątwę… może właśnie dzięki temu żyjemy.
- Myślę, że w Mungu znaleźliby do tej pory odpowiedź… gdyby to była kwestia jakiegoś rytuału, który to naprawi. – powiedział Harry i znów spoglądał na nagrobek przyjaciela. – Powinniśmy mu tu przynosić żarcie zamiast kwiatów. Myślę, że bardziej by to docenił. Idziemy? Nie chcę cię tu zostawiać samego, a było by miło zdążyć na kolację. – spytał. Gdy blondyn przytaknął bez słowa, Harry podał mu rękę, by pomóc wstać. Przez chwilę szli w milczeniu przez zielony trawnik omijając inne nagrobki. Obrócił się jeszcze raz w stronę kamienia i spostrzegł, że zamiast wiązanki kwiatów pod nim, stało ciasto z galaretką. Uśmiechnął się pod nosem, udając, że nie zauważył tego co zrobił Draco. Gdy minęli bramę cmentarza, Harry usłyszał:
- Więc Potter, powiedz mi, dobry byłem? – twarz blondyna nie wyrażała nic więcej, tylko złośliwość i samozadowolenie.
- Zamknij się. – prychnął. Draco zaczął chichotać. Harry wiedział, po prostu wiedział, że Malfoy nie da mu spokoju. W duchu przeklinał moment, w którym w ogóle mu o tym wspomniał. Cieszył się tylko, że Draco miał w sobie tyle godności, by nie rzucać mu tą złośliwością w twarz przy ludziach.
##
#
Obudził się. Coś go łaskotało. Machnął ręką by odegnać, cokolwiek to było. Natrafił na coś miękkiego. Otworzył oczy i zobaczył kasztanowe włosy przy swojej twarzy. Wtulona w niego spała Hermiona. Nie miał pojęcia skąd się wzięła, ani kiedy do niego przyszła. Kończyła ostatni eliksir i została w posiadłości, żeby go dopilnować. Miała swój pokój w innym skrzydle domu.
Otoczył ją ramieniem. Zadrżała przez sen i zaplotła palce z jego dłonią. Przez chwile myślał, że może się obudziła i coś mu wyjaśni. Tak się jednak nie stało. Otoczył więc ją ramieniem i upewnił się, że jest przykryta. To już kolejna noc, kiedy budzi się, a ona śpi przy nim. Oczywiście rano nie ma po niej śladu. Zapytał ją nawet o to raz czy dwa, ale wyparła się patrząc mu w oczy.
Nie miał pojęcia o co jej chodzi, ale nie byłby by sobą, nie próbując zagłębiać się w tą dziwną grę. Nie był przekonany, że chodzi jej o seks. Myślał raczej o tym, że potrzebuje bliskości, a jej najlepszy przyjaciel - Potter, nie mógł jej tego zapewnić. Miał przecież swoją kobietę. Stąd on, myślał. Był łatwiejszą opcją. Pod ręką. Opcją, przed którą nie musiała się tłumaczyć. A on dbał o nią na tyle, by jej do tego nie zmuszać.
Powąchał jej włosy, uparcie pachnące kwiatami i zasnął.
##
#
- Draco. Nie wiem, co ty wyrabiasz, ale będą z tego kłopoty. – Do jego sypialni wpadł z samego rana Lucjusz w nastroju wyraźnie wzburzonym.
- Nie wiem o czym mówisz. – odparł chłopak i wzruszył ramionami.
- Myślisz, że nie wiem, jak ta dziewczyna przemyka w nocy korytarzami? Że skrzaty mi nie doniosą? Ten absurd ma się natychmiast skończyć! – zażądał ojciec. W Draco zawrzało. Jakim prawem, ten zakłamany bydlak chce nim rządzić?!
- Nie żeby to była twoja sprawa. - prychnął i tupnął lekko, patrząc wyzywająco na starszego Malfoya
- To jest moja sprawa! – pisnął histerycznie ojciec.
- Od kiedy moje życie erotyczne jest twoim interesem? – zapytał wściekle. Ojciec przekraczał granice dobrego smaku.
- Nie ożenisz się z tą dziewuchą! – krzyknął
- A czemu miałbym, do cholery?! – odkrzyknął Draco był zbity z tropu. Lucjusz prychnął wściekły i powiewając włosami wyszedł z pokoju. Nie omieszkał oczywiście trzasnąć drzwiami. Teraz Draco się naprawdę wściekł. Oszalał. Jego ojciec zupełnie postradał zmysły. Jeśli mu się wydaje, że będzie mu rozkazywał!
Nie spał z Granger od tamtego jednego razu, kiedy rzuciła się praktycznie na niego nad stawem. Potem przychodziła do niego w nocy. Co noc. Ale nigdy jej nie tknął więcej. Nie chciał pod sobą płaczącej kobiety. A już na pewno nie za Weasleyem. I tak to co zrobił, wydawało mu się zdradą ich przyjaźni. Wiedział, że Wiewiór nie zrozumiałby tej całej psychologii, która się za tym kryła.
Więc przytulała się, a potem znikała nad ranem. Uparcie twierdziła, że coś mu się śniło. Że nie opuszczała swojego pokoju. Ale to że troszczył się o nią na tyle, by nie budzić jej z krzykiem i nie wyrzucać ze swojego łóżka na zbity pysk, nie znaczyło jeszcze, że ojciec ma prawo mówić mu co ma robić! Nie był już cholernym dzieckiem i wcale nie musiał tu mieszkać! Jest dorosły.
Prychnął niezadowolony i kopnął lekko ramę łóżka. Machnął różdżką i wystawił swój kufer. Z szafy w równym rządku przyleciały jego ubrania i upakowały się w skrzyni. Nikt mi nie będzie mówił, co mogę, a czego nie mogę! Mamrotał wściekły pod nosem.
- Wyjeżdżasz gdzieś? – usłyszał zaniepokojony głos matki za plecami. Zatrzymał się na chwilę, zanim obrócił się w jej stronę, z zupełnie spokojnym wyrazem twarzy.
- Muszę się spotkać z paroma inwestorami drużyny. Wrócę zanim zauważysz, że mnie nie ma. - I tak masz jakieś zajęcia popołudniami z Lily… pomyślał w duchu.
- Draco? Co się stało? – spytała wpatrując się uważnie w jego twarz.
- Nic się nie stało, mamo. Pojawił się taki nowy gość, który chce poprawić nasze boisko do treningów. Muszę lecieć się z nim spotkać. – skłamał płynnie. Narcyza westchnęła tylko z rezygnacją i ruszyła w stronę schodów. Nie lubił okłamywać matki, ale nie zamierzał się teraz tym przejmować. Wściekłość wciąż w nim buzowała. No to komu w drogę, temu skrzydła… zaraz tu wróci ta karykatura ojca. pomyślał i zmniejszył kufer. Po chwili już go nie było.
