Od tłumaczki: Bardzo przepraszam za opóźnienie. Na swoją obronę mam to, że wybrałam się dziś do teatru i po prostu nie miałam czasu dokończyć wprowadzania korekty. Jeśli ktoś z was mieszka w Warszawie albo ma możliwość się wybrać, a lubi musicale, szczerze polecam Czarownice z Eastwick w teatrze Syrena. Świetnie się bawiłam i jestem pod dużym wrażeniem obsady.
PS.: Dziś jestem w stanie wstawić tylko wersję z pojedynczą korektą, więc jeśli chcecie przeczytać dopiero wersję końcową, musicie poczekać do jutra. Jeśli wystarcza wam to co jest, zapraszam już dziś.
Cat: Syriusz w poprzednim rozdziale był cudowny, z tym się zgadzam, ale jego uwaga chwilami graniczyła z głupotą. Tu radzi sobie nieco lepiej. I nie czeka na ratunek z rąk naszej panny Fehr, o nie. Co do zawieszeń akcji, to to nie moja wina. Ja publikuję tłumaczenia rozdziałów dokładnie w tej samej formie co oryginały. I zgadzam się, to barbarzyństwo przerywać w takim momencie. Zawsze się cieszyłam, że zabrałam się za czytanie tego opowiadania na długo po zakończeniu publikacji. Po raz kolejny dziękuje za komentarz, strasznie fajnie usłyszeć co czytelnicy myślą o moim tłumaczeniu i o samym opowiadaniu 😊.
3 października
Syriusz ocknął się w pętach. Nie miał pojęcia, ile minęło czasu. Szarpnął się, ale teraz pęta oplatały go też w pasie. Poza tym był taki słaby, że ledwo dawał radę poruszać palącymi mięśniami. Prawa ręka dawała o sobie znać po ciosie jaki zadał wcześniej Rabastanowi, a cięcia na piersi paliły i szczypały, ale nie bolały.
Lewe oko pulsowało mu podejrzanie, co sugerowało, że niedawno spotkało się raczej z pięścią niż różdżką. Cieszył się, że tego nie pamiętał. To musiała byś sprawka trolli, bo nie wyobrażał sobie, by Voldemort zniżył się do tak mugolskich sposobów. Pewnie połamałby sobie te straszne, patykowate pająkopalce na długo zanim udałoby mu się kogoś skrzywdzić.
Ze swojej związanej pozycji widział tylko jeden kąt pokoju i nie miał, jak sprawdzić, czy go obserwują.
- Pomożesz, brachu? – rzucił odchrząknąwszy, świetnie wiedział, że to sprowokowałoby każdego obecnego Śmierciożercę do szydzenia z niego.
Odpowiedź nie nadeszła. Był sam. Właściwie to słyszał tylko ciche bicie zegara gdzieś po lewej stronie.
Zebrał kończącą się siłę i odepchnął się nogami, próbując obrócić krzesło, tak by zegar znalazł się w zasięgu wzroku, ale siedzisko poruszyło się tylko odrobinę. Spróbował znowu i znowu, aż wreszcie po obróceniu głowy tak jak się tylko dało dojrzał ogromny zabytkowy zegar ustawiony na półce po prawej stronie od powieszonych na ścianie kijów do bilardu. Było tuż po siódmej.
Jeśli James nie dał rady przekonać Polluxa i Hermiony, by nie przychodzili, pojawią się tu za mniej niż godzinę. Nagle przyszła mu do głowy straszna myśl, coś co jego umysł przegapił podczas spaceru na spotkanie z niegościnnym panem Riddle. James nie mógł przedostać się przez system zabezpieczeń chroniący Grimmauld Place. Jego imię nie widniało na liście zaufanych.
Syriusza zaczęła ogarniać panika. Została mniej niż godzina, musiał uciec zanim się zjawią. Nie miał różdżki. Był przywiązany do krzesła... pojmany... chociaż dalej wolał to więzienie od Azkabanu. Ale to nie pomagało w tej sytuacji z Hermioną... Azkaban, uciekł stamtąd... był z tego dumny, choć jeszcze tego nie zrobił.
Uciekł stamtąd, bo nikt nie wiedział, że opanował animagię.
- Idiota. - mruknął pod nosem. Wziął kilka głęboki oddechów, skupił się... skoncentrował na uczuciu... wyciągnął je... a potem wypchnął z głębin serca i pozwolił mu rosnąć. Pokój bilardowy stał się szary, zapachy uległy zmianie. Dalej go bolało, ale zupełnie inaczej niż wcześniej. W psim ciele niewygodnie siedziało się przywiązanym do krzesła jak człowiek. Poruszył się ostrożnie. Niebezpieczna rzecz, biorąc pod uwagę, że gdyby przy tak szeroko rozłożonych przednich łapach wykonał ruch w złą stronę, któreś z jego żeber mogło przebić płuco.
Plus był taki, że jego tylne nogi nie kończyły się stopami tylko przyjemnie giętkimi psimi łapami, które natychmiast udało mu się uwolnić. Przechylił głowę w bok i zabrał się za przegryzanie więzów krępujących prawą przednią łapę. Przez chwilę zastanawiał się, czy to zadziała. Liny wyglądały jak najzwyklejsze w świecie związane konopie, ale nie miały widocznej końcówki. Jedna niekończąca się pętla oplatająca go kilkakrotnie. Nie musiał się jednak martwić. Pod ostrymi zębami Łapy, lina w mgnieniu oka wystrzępiła się i pękła. Teraz, kiedy nic nie trzymało go w tak niewygodnej pozycji, drugi sznur nie stanowił problemu.
Choć łapy miał już wolne pozostawał problem więzów w pasie. Kręcił się aż udało mu się usiąść na tylnych łapach i zaczął drapać się nimi niczym kundel z gigantyczną ilością pcheł. Kilka razy zahaczył ostrymi pazurami o miękki brzuch, ale nie przerywał. Szło trudniej niż zębami, ale w końcu się udało.
Łapa zeskoczył z krzesała i rozejrzał się, utykając na prawą nogę. Zauważył drzwi, przez które wyszedł Riddle. Bez wątpienia ci bijący w twarz goryle dobrze ich pilnowali. Jako dzieciak bawił się w tym domu, był przekonany, że z tego pokoju prowadziło jeszcze jedno wyjście... tam, w kącie. Drzwiczki dla służby.
Przemienił się znów w człowieka i sięgnął do klamki. Otwarte. Zerknął w dół korytarza przeznaczonego dla służby. Ani Śmierciożercy w zasięgu wzroku.
- Musicie bardziej uważać. - mruknął, zamykając za sobą drzwi i ruszając wąskim korytarzem, a potem w dół klaustrofobicznej klatki schodowej na jego końcu. Za nią znajdowała się szeroka kuchnia, a w niej stał plecami do Syriusza mały skrzat skupiony na kuchence. Dom zagarnięty przez Śmierciożerców czy nie, zapach śniadania zawsze sprawiał, że Syriuszowi zaczynało burczeć w brzuchu.
Znów przemienił się w Łapę i poczołgał się przez pokój do drzwi wiodących do ogródka warzywnego. Choć skradał się najciszej jak potrafił, skrzat musiał go usłyszeć, bo nagle rozległ się łomot patelni upuszczanej na podłogę i wysoki pisk przerażenia.
- Co to tu robi? – wrzasnął skrzat, a jego i tak już duże oczy zrobiły się jeszcze większe, kiedy ogromne, kudłate bydlę obróciło głowę w jego stronę. Syriusz nie potrafił rozpoznać płci skrzata, toga z ręcznika kuchennego nie dawała wystarczających wskazówek. Strach przed zwierzęciem, które mogłoby zjeść go dwoma kęsami, wbił stworzenie w podłogę.
Syriusz wykorzystał to. Podbiegł do drzwi i przyjrzał się klamce. To była jedna z tych starych miedzianych dźwigni, dzięki którym służący mogli otwierać drzwi łokciem, jeśli ręce mieli zajęte warzywami na obiad. Ale przydawały się też, jeśli ktoś nie miał przeciwstawnych kciuków. Dźwignia stuknęła, kiedy nacisnął ją przednią łapą, a drzwi stanęły otworem.
Z powrotem zerknął na zszokowanego skrzata. Czy odważy się zajmować Panu Domu czas tak błahą rzeczą jak nienaturalnie ogromny pies w kuchni? Syriusz nie był pewien. Zdecydowawszy, że lepiej się wynieść, zanim przestraszony skrzat się zdecyduje, Syriusz rzucił się do otwartych drzwi i puścił się biegiem przez ogródek, krzywiąc się, ale ignorując ranną łapę. Wskoczył na murek oddzielający go od reszty posiadłości i pognał tak szybko jak możliwe w stronę granicy. Bez różdżki nie mógł aportować się do domu na czas, by zatrzymać Polluxa i Hermionę, ale mógł przynajmniej czekać przy bramie.
Żywopłot, który służył za granicę posesji był gęsty, ale na szczęście rzucone na jego zaklęcia zaprojektowano tak, by nie pozwalały ludziom wejść, a nie wyjść. Niedaleko dostrzegł przetarcie w gałęziach, które Zakon użył, by dostać się do środka. Zaklęcia były tam słabsze i udało mu się przedostać na drugą stronę. Kawałek dalej zauważył poczerniały pień. „To tutaj Diggle uratował Remusa i Fabiana" zrozumiał.
Zerknął w górę ścieżki, na główne drzwi do Forte de Sang. Niedaleko znajdowało się dwóch Śmierciożerców strzegących bramy. Jeden wysoki, o szerokich barach i brzuchaty, drugi niższy i krępy.
Hermiona pozna go w zwierzęcej postaci i zrozumie, że się uwolnił. Szybko kojarzyła, kiedy go zobaczy natychmiast zabierze stąd Polluxa. A on będzie mógł pobiec do siebie albo do Remusa. Dom przyjaciela znajdował się na odludziu, ale za to znacznie bliżej niż Londyn.
Musiał zaryzykować. Syriusz otrząsnął się z patyków i liści i podbiegł do Śmierciożerców, merdając ogonem i z wywieszonym ozorem. Ten większy szturchnął swojego przyjaciela i wskazał na ogromnego, czarnego psa.
Syriusz wiedział, że jeśli się nie pilnował wyglądał jak przerażająca bestia, a Śmierciożercy nie byli znani ze swojej miłości do zwierząt, więc położył się kilka metrów od nich, oparł łeb na łapach i pisnął. Ten duży zerknął przez ramię na dwór, a potem poklepał się po nodze, przywołując psa.
Łapa wstał i podszedł do niego machając ogonem. Zdumiewająco ciężko było to robić, kiedy nie miało się powodów do szczęścia i musiał specjalnie się na tym skupiać. Kiedy pies się do niego zbliżył, mężczyzna (nazywał się Gibbon?) wyciągnął przed siebie pięść. Łapa polizał ją i usiadł przed nim, znów wywieszając język. Gibbon jadł na śniadanie kiełbaski. Może i nienawidził mugolaków, ale za uchem to potrafił drapać, pomyślał Syriusz siedząc przed nim. Dzięki Bogu jego ogon merdał teraz sam z siebie.
Drugi mężczyzna przyglądał się temu niecierpliwie, a jego oczy krążyły między psem, a dworem.
- Powinieneś do przepędzić. Jeśli zauważą... – poradził. Syriusz nie mógł na to pozwolić. Obrócił łeb i szturchnął nogę drugiego. Pewnie bardziej pasowało to do kota niż do psa, ale Śmierciożercy i tak się spodobało i to do tego stopnia, że zaśmiał się niechętnie. – Straszny z niego pieszczoch jak na takie wielkie bydlę, co nie?
Na szczęście psie wdzięki nie były długo potrzebne. Po chwili, w której Syriusz rozkoszował się drapaniem za uszami, usłyszał pyknięcie aportacji i jego nowi przyjaciele pospiesznie przyjęli postawy profesjonalnych strażników.
I wtedy ich zobaczył. Hermiona i jego dziadek właśnie zbliżali się do bramy. Dziewczyna wystroiła się w pełne regalia Lady Fehr. Prawie zaszczekał z rozbawienia, kiedy wyobraził sobie jej irytację z konieczności uczesania się i założenia szpilek na misję ratunkową. Biorąc pod uwagę wyraz jej twarzy, próbowała wyglądać na pełną wyższości, ale kiedy tylko dostrzegła ogromnego czarnego psa, głaskanego przez dwóch strażników, ledwo udało jej się powstrzymać uśmiech.
Zatrzymała się i szepnęła coś do Polluxa, który spojrzał na nich, a potem na Hermionę i przytaknął poważnie. Dziewczyna poczekała tak gdzie stała, a Pollux podszedł do nich.
- Dzień dobry, panowie. - odezwał się przyjacielski tonem, który podbijał serca wszystkich.
- Dzień dobry, panie Black. – odparli prawie jednocześnie strażnicy.
- Bardzo panów przepraszam, ale ta panienka śmiertelnie boi się psów. - odezwał się przepraszająco Pollux. - Czy przeszkadzałoby panom, gdybym go przytrzymał, kiedy będzie przechodziła? Przybyliśmy tu z bardzo ważną misją i nie chciałbym, żeby zemdlała zanim zdąży dostarczyć mojej wnuczce prezent.
- Zmykaj. - powiedział Gibbon do czarnego psa, machając ramionami.
Syriusz obrócił się i zrobił kilka kroków w stronę Hermiony, która (podziwiał tę niezwykłą umiejętność brzmienia jak przestraszona, roztrzęsiona babka, choć była kompletnie kim innym) złapała się za serce i zawołała marudnym, spanikowanym głosem:
- Panie Black, niech pan go powstrzyma! Biegnie prosto na mnie!
Gibbon niecierpliwie zerknął na drogę wiodącą do dworu.
- W porządku, niech go pan złapie. Musicie dostać się do środka.
Hermiona wysunęła się do przodu, a w rękach miała pudełko obite czarnym aksamitem. Szeroko otwarte oczy wbijała w Syriusza. W jej spojrzeniu dostrzegł rozbawienie, choć próbowała udawać przerażoną. Podała Gibbonowi pudełko.
- Przyszłam, żeby to dostarczyć. Daję to panu w geście dobrej woli.
Gibbon wyglądał na wielce zdumionego, ale przyjął od niej pudełko. Natychmiast obróciła się na pięcie i Syriusz zdążył jeszcze dostrzec, jak skraj jej płaszcza przecina powietrze, zanim pociągnięto go w przytłaczającą ciemność.
Nigdy wcześniej nie aportował się w postaci zwierzęcia i było to dość dziwne uczucie. Zanim zdołał się zorientować, gdzie się znalazł uderzyło w niego czyjeś ciało i Hermiona zaśmiała mu się do ucha.
- Zapchlony kundel. – zachichotała. Syriusz przemienił się z powrotem w człowieka i też parsknął śmiechem. Leżał na dróżce wiodącej do Numeru Dwunastego Grimmauld Place, a Hermiona przyciskała go do ziemi.
Rozległo się chrząknięcie.
Syriusz spojrzał w górę i dostrzegł stojącego nad nimi Polluxa, który wyglądał na bardzo wysokiego z punktu widzenia osoby leżącej na ziemi.
- Umm, Dziadku... więc, możliwe, że nie powiedziałem ci pewnych rzeczy na swój temat... - zaśmiał się histerycznie, oszołomiony wolnością i adrenalina, która wciąż krążyła w jego żyłach. Nie mówiąc już o tym, że nigdy nie widział na twarzy Polluxa śmieszniejszej miny.
- Możliwe? - Pollux brzmiał tak jakby miał zaraz zemdleć. - Chłopcze... gdzieżeś się tego nauczył? Merlinie, a panna, panno Fehr... wiedziała panna?... Oczywiście, że tak... głupiec ze mnie... Syriusz animagiem... bardzo przydatne.
Syriusz wstał, a potem pomógł Hermionie.
- Wybacz, Dziadku, powiedziałbym ci... ale widzisz... jestem dość, umm... popędliwy i cały czas mam wrażenie, że zrobię coś nie tak i zdenerwuję Matkę... nie mogłem się powstrzymać przed myślą, że taka przykrywka może się przydać.
Pollux ryknął śmiechem, jednocześnie waląc Syriusza w plecy.
- Mądre posunięcie! - nagle umilkł i przyjrzał się Syriuszowi, krzywiąc się, gdy zauważył jego posiniaczoną twarz i zakrwawioną koszulkę. - Jesteś ranny. Co oni ci zrobili, mój chłopcze? Swojemu własnemu krewnemu, nie mogę w to uwierzyć. - zwrócił się w stronę schodów. - Wejdź do środka, to cię opatrzymy.
Położył dłoń na klamce, ale w tym momencie Syriusz oznajmił:
- Dziadku, muszę spotkać się z Jamesem i mu podziękować. Hermiona się mną zajmie.
- Nie może przyjść tutaj? – zdumiał się Pollux. - Umożliwię mu dostęp, przecież pomógł cię ocalić. Jesteś ranny i musisz odpocząć.
- Nie chodzi tylko o niego, ale też o jego żonę i naszego przyjaciela Remusa. Wiem, że ich byś tu nie chciał bez względu na to, ile zrobili dla mojego bezpieczeństwa. - odparł Syriusz, nie tracąc szansy na przypomnienie dziadkowi, że nie tylko czystokrwiści mogli być odważni.
- No dobrze. – westchnął senior rodu. - Ale przyjdź przynajmniej na kolację dziś wieczorem. Twoja matka będzie chciała zobaczyć cię całego. Bardzo się martwiła.
- Oczywiście, Dziadku. - zapewnił Syriusz. Nagle zakręciło mu się w głowie. Szczęśliwe uczucie spowodowane przez sukces powoli znikało i ręka znów go bolała, a nogi miał niczym zrobione z waty.
- Dziękuję panu, panie Black. - powiedziała szczerze Hermiona. - Niech się pan nie martwi, zaopiekuję się nim.
Pollux uśmiechnął się do niej.
- Oczywiście, że tak, moja droga.
Stuknął różdżką w drzwi, a potem, posławszy Syriuszowi jeszcze jedno zaniepokojone spojrzenie, wszedł do środka.
Na tym etapie Syriusz dość mocno opierał się już na Hermionie. Adrenalina zniknęła, pozostawiając po sobie czarne punkciki na linii jego wzroku. Mrugnął próbując się ich pozbyć.
- Chodź. - powiedziała Hermiona. - Jesteś pewien, że możesz się aportować?
- Tak! - potwierdził radośnie. W uszach coś mu skwierczało, niespodziewanie przypominając mu o pachnących kiełbaskami palcach Gibbona.
- Dobra, to misia w teczkę. - jej głos dochodził z daleka. Chwycił ją w pasie tak mocno jak mógł, a ona znów pociągnęła go w ciemność.
Kiedy otworzył oczy, znajdował się w sypialni pokoju hotelowego Hermiony, rozciągnięty na jej łóżku. Przeciągnął się na próbę. Wszystkie kończyny miał nieprzyjemnie ciężkie, ale czasem po pełni z Lunatykiem czuł się gorzej. Jego klatka piersiowa została wyleczona. Spojrzał w dół i zobaczył ubrania, w których go porwano. Hermiona naprawiła nawet jego koszulkę i pozbyła się krwistych plam. Świetnie. Lubił ten t-shirt.
- Rogacz. - mruknął. Jak długo tu leżał? Zegarek na stoliku nocnym wskazywał 8:41 i Syriusz odetchnął z ulgą. Stracił przytomność na ledwie pół godziny. Wyciągnął lusterko z kieszeni kurtki i przez sekundę zastanawiał się czemu Hermiona nie czekała przy jego łożu boleści.
- Hermiono? – zawołał, a ona zaraz pojawiła się w drzwiach.
- Dzień dobry. - odezwała się. - Jak się czujesz?
- Dobrze. - odpowiedział, siadając. W głowie mu się kręciło. „Może jednak nie." Zdecydował w myślach.
- Świetnie. - uśmiechnęła się. - Więc teraz, kiedy już jesteś przytomny i mnie słyszysz powiem ci jeszcze raz. Nie mów mi, że możesz się aportować, jeśli zaraz zemdlejesz. Masz szczęście, że połowa ciebie nie została po drugiej stronie. - spojrzała na niego surowo. - Jak na tak wysportowanego faceta, ważysz znacznie więcej niż powinieneś. Mam podejrzenie, że jesteś zrobiony z ołowiu.
Zachichotał. Mówiła poważnie, ale był zbyt szczęśliwy, że udało mu się wydostać od tych świrów i że nic jej się nie stało... na razie.
- Obiecuję. - odparł i prawie udało mu się powstrzymać śmiech. - Mówiłaś już Rogaczowi i Lunatykowi?
- Nie, czekałam aż się obudzisz. Mogę iść teraz, jeśli chcesz. Może i czujesz się lepiej, ale chyba nie powinieneś jeszcze się aportować.
„Zdecydowanie nie." pomyślał. Już samo myślenie o podróży sprawiało, że robiło mu się niedobrze.
- I tak nie mogę. Musiałabyś zabrać mnie ze sobą. - poinformował. - Nie mam różdżki. Musiałem ją zostawić. Nie bardzo miałem czas iść jej poszukać.
- O cholera! - zawołała z przerażeniem Hermiona. - Co zrobisz? Oddadzą ją?
- Um... - spojrzał na nią unosząc brwi. - Widzisz, jest takie miejsce, nazywa się sklep Ollivandera. Sprzedają różdżki. Pewnie po prostu tam pójdę i kupię nową.
- No tak. - roześmiała się Hermiona.
Syriusz uśmiechnął się do niej. Musiała być bardziej zdenerwowana niż mu się wydawało, skoro zapomniała o czymś takim. Co nie znaczyło, że nie będzie tęsknił za swoją starą różdżką. Była idealna.
- I po prostu skontaktuje się z Jamesem przez lusterko. Więc nie musisz nigdzie iść.
- Och, masz je? - spytała, spoglądając na niego z ulgą.
- Tak. - pokazał jej.
- Świetnie. - odparła. - Mam straszną ochotę na herbatę. Też chcesz?
- A przyniesiesz mi? - spytał, rozciągając się na poduszkach. - Jestem ranny, pamiętasz? Chyba powinienem odpoczywać. - wyszczerzył zęby, kiedy wywróciła oczami i opuściła pokój. To źle, że się cieszył z bycia pojmanym, prawda? Było jak kiedyś. Całkiem jak kiedyś.
- James Potter. - powiedział, spoglądając w lusterko.
James natychmiast pojawił się w tafli.
- ŁAPA! - zawołał. - Remus, Lily! To Łapa! ŻYJE!
- Merlinie, ciszej Rogaczu. Głowa mi pęka. - urwał nagle, zauważywszy łzy na twarzy Jamesa. - Umm... Rogaczu, w porządku, stary? Jest dobrze. Uciekłem, nic mi nie jest. Siedzę u Hermiony. Właśnie przynosi mi herbatę do łóżka, powinienem częściej dać się łapać.
- Łapo... - Jamesowi załamał się głos. - Myśleliśmy, że nie żyjesz. Naprawdę nic ci nie jest?
- Um... nie. Wszystko w najlepszym porządku, Hermiona mnie wyleczyła, jestem cały i zdrowy. Myśleliście, że nie żyję? Dlaczego?
- Lusterko. - odparł James, a na jego usta powoli wypływał uśmiech, kiedy docierało do niego, że Syriusz naprawdę był bezpieczny. W tle Syriusz słyszał głos Remusa nazywający go „głupim kundlem". - Nie zakończyłeś połączenia. - wyjaśnił James. - Słyszeliśmy... słyszeliśmy Voldemorta.
- Naprawdę? - Syriusz skrzywił się na myśl o tym, że oni wszyscy słyszeli, jak krzyczy. Miał nadzieje, że nie brzmiał zbyt marudnie.
Nagle James wybuchnął śmiechem.
- Szczerze powiedziawszy nie winiłem go za to, że cię zabił. Pyskaty z ciebie palant. - zachichotał. – „Może pan do mnie mówić po imieniu, panie Riddle. Mnie to nie przeszkadza"? Próbowałeś go sprowokować?
- Jakbyś ty nie zrobił tego samego. - Syriusz uśmiechnął się do niego.
- Prawda. - odparł James. - Ale potem usłyszeliśmy jak Śmierciożercy cię biją i chyba zemdlałeś, bo całe wieki było cicho, a na koniec coś wymamrotałeś i połączenie się zerwało. Całkowicie! Nigdy czegoś takiego nie widziałem.
- Stałem się Łapą. Zostawili mnie samego, więc kiedy się obudziłem, przemieniłem się, przegryzłem pęta i uciekłem. Na zewnątrz wpadłem na Hermionę i deportowaliśmy się. Tyle tylko, że zostawiłem różdżkę, więc trochę niefajnie.
- Genialne! - zawołał James. - Nie to z różdżką, w tym nic fajnego, ale Łapa na ratunek? Bajer.
Hermiona wróciła do sypialny z tacą zastawioną do herbaty.
- Wybacz, Rogaczu, ale wróciła moja pielęgniarka. Dam wam odpocząć, to musiała być straszna noc.
- No pewnie. – zgodził się James.
- Och, poczekaj. - zawołał pospiesznie, zdając sobie sprawę, że będą musieli podzielić się z nim szczegółami, a sam nie przyjdzie, bo nieuprzejmie jest pojawić się bez zaproszenia. - Hermiona chce pogadać z Lunatykiem o jakieś książce, więc czy mógłby wpaść później? Serio, Rogaczu, oni muszą być spokrewnieni. Obecnie jest tu jak w cholernej bibliotece.
- Nie ma problemu, bracie. Słyszał. - James zaśmiał się. - Wpadnij do nas jak będziesz miał chwilkę.
- Pewnie. - twarz Jamesa zniknęła z lusterka.
- Twoja pielęgniarka? - spytała ze zdumieniem Hermiona, siadając na łóżku obok niego i podwijając pod siebie nogi. Postawiła tacę pomiędzy nimi. – Niezbyt przypominam panią Pomfrey.
- Myślałem raczej o mugolskiej pielęgniarce. Wolno mi marzyć, prawda? - powiedział, puszczając do niej oko.
- Co to ma znaczyć? - spytała, choć w jej głosie nie słyszał ani śladu zdenerwowania. Po prostu była sobą.
- Och, no wiesz... pełna obsługa... krótkie uniformy... kąpiele gąbką.
Oczy Hermiony rozszerzyły się, a potem zmrużyły podejrzliwie.
- Przeraża mnie fakt, że chociaż nie wiesz, jak włączyć telewizor to i tak oglądałeś programy o podejrzanej tematyce. - powiedziała domyślnie.
- Wiem, jak włączyć telewizor. - upierał się. - Lunatyk mi pokazał. Po prostu nie potrafię zmienić kanału. Którejś nocy nie spałem i mi się nudziło... a to interesujące źródło informacji na temat mugolskich szpitali. Pielęgniarki nic innego nie robią tylko uprawiają seks z... lekarzami, pacjentami, sobą nawzajem. Chyba stale byłbym ranny tylko po to, by tam trafić. - nie wspomniał, że tamtej nocy nie spał, bo szukał jej jedynej drogi do domu, by rozbić ją na milion małych kawałeczków, nie mówiąc już o tym, że nie potrafił już spać obok niej. To było zbyt dziwne.
Hermiona przyglądała mu się z rozdziawionymi ustami. Starał się nie dać nic po sobie poznać, bo chciał sprawdzić czy naprawdę uwierzy, że nie miał o niczym pojęcia. A potem w ledwo zaleczoną twarz uderzyła go poduszka.
- Zaczynam żałować, że tak się wysilałam, by ci je przynieść. - powiedziała, wskazując na cztery niebieskie makaroniki na tacy.
- Nie rób tego, jestem wdzięczny i... - zawahał się. Chciał jej powiedzieć, ile dla niego znaczyło, że zawsze przedkładała jego bezpieczeństwo ponad wszystko, nawet po tych ostatnich dwóch tygodniach. Na dodatek jakoś udało jej się to osiągnąć bez sprawiania, że czuł się jak dziecko. Rzadka umiejętność. - Wiem, że sam się wydostałem, ale... to miło z twojej strony, że przyszłaś.
- Oczywiście, że po ciebie poszłam. Naprawdę myślisz, że w Noc Duchów poradziłabym sobie sama? - „A racja." pomyślał. - A poza tym może i denerwujesz mnie do granic możliwości tymi żądaniami herbaty do łóżka i nocnym oglądaniem pornosów w moim salonie, ale już się do tego przyzwyczaiłam. Tęskniłabym za tobą. - uśmiechnęła się do niego.
Odpowiedział tym samym, bo zabrakło mu słów. „To dlaczego odchodzisz?" chciał spytać. „Dwadzieścia dziewięć dni. Czemu nie możesz po prostu zostać? Masz Zmieniacz Czasu, zostań tylko trochę dłużej."Zdecydował, że nie będzie błagał jak dziewczyna, bo przecież od tego wszystko się zaczęło i trzymał gębę na kłódkę.
Ale ona chyba myślała o tym samym, bo kiedy nalała im herbaty i podała mu filiżankę, spytała:
- Cały czas wierzysz, że kiedy wrócę, dalej będziemy się przyjaźnić? Bo ja nie przestaję się zastanawiać... czy ty... cóż, czy będziesz chciał, biorąc pod uwagę, że latami będę dzieciakiem i przyjaciółką Harry'ego. Inaczej w ogóle nie będziesz mnie znał.
- Oczywiście. - zapewnił Syriusz, marszcząc brwi. - Może i za dwadzieścia lat będę stary, ale wydaje mi się, że raczej zapamiętam tę naszą przygodę. Gdzie się pojawisz? Mógłbym tam na ciebie czekać, czy coś. - „Czy to bardzo niepokojące, że tak sobie pomyślał?Jaki czterdziestolatek przyjaźni się z dwudziestojednoletnią dziewczyną?" Łyknął herbaty, by ukryć niepewność, a potem dodał. - Ale tylko jeśli obiecasz nie śmiać się z mojej starej, pomarszczonej twarzy.
Roześmiała się.
- Kiedy cię ostatni raz widziałam, nie była aż taka pomarszczona. Właściwie to całkiem przystojna. I pomyśl tylko, bez pobytu w Azkabanie będziesz wyglądał o wiele młodziej.
- O tak. - mruknął. - Słyszałem, że bliskość dementorów strasznie wpływa na cerę. – bardzo chciał zmienić temat na nieco mniej przygnębiający.
Najwyraźniej ponownie oboje wpadli na ten sam pomysł, bo w chwilę potem Hermiona poprosiła:
- Nie rozmawiajmy o tym teraz. Musimy jeszcze przebrnąć przez następne cztery tygodnie. Myślenie o tym do czego wrócę wpędza mnie w depresję... nie wiem. Próbuję żyć chwilą.
„To zostań!"
- Dobrze. - powiedział na głos, szukając miłego neutralnego tematu, który nie wymagał haniebnego błagania. - A właściwie czemu dałaś im broszkę? - „Idealnie." - Żeby znowu mnie nie zaatakowali? - dalej nie miał pewności, czy powinien jej powiedzieć, że Śmierciożercom zależało na jej wpływowych koneksjach, bo w ten sposób tylko nałożyłby na nią niepotrzebną presję. I dałby jej kolejny powód do odejścia, czyli osiągnął efekt przeciwny do zamierzonego.
- Coś w tym stylu. Kiedy James leżał oszołomiony na kanapie, mnie i Remusa olśniło.
- James był oszołomiony?
Hermiona zaśmiała się nerwowo.
- Tak, wariował z niepokoju o swojego biednego Łapcia. Sądził, że twoje porwanie to wszystko moja wina... co w sumie jest prawdą, ale mniejsza. Musiałam porozmawiać z Remusem, a James i jego oskarżenia nieco mi w tym przeszkadzali.
- Temperament to on ma. - zaśmiał się Syriusz. - Z tym, że będzie wkurzony, że go oszołomiłaś. Chciałbym sam na to wpaść. No to z czego zdaliście sobie sprawę?
- Że Riddle miał zdobyć broszkę. W tym momencie ma tylko pięć horkruksów, a chce sześciu, żeby w sumie zebrało się siedem części jego duszy. W oryginalnej linii czasu Harry pokonuje Riddle'a w Noc Duchów, więc szósty nie powstaje aż do momentu, kiedy Riddle odzyskuje ciało w 1994 i używa do tego Naginii, którą ma pod ręką.
- Zazwyczaj nie przepadam za wężami, bo za bardzo przypominają mi o mojej rodzinie. - wtrącił Syriusz. - Ale molestowanie duszy przez tego odrażającego psychola musi podchodzić pod znęcanie się nad zwierzętami.
- No ja myślę. - mruknęła Hermiona przez chwilę współczując wężowi ludojadowi. - Ale Dumbledore powiedział, że Riddle zamierzał stworzyć ostatniego horkruksa zabijając Harry'ego. Wygląda na to, że jest trochę romantykiem w kwestii zabijania dzieci i rozdzierania duszy na kawałki.
- Trochę. - powtórzył sucho Syriusz, porywając ostatnie ciasteczko z tacy.
- Więc śmierć Harry'ego miała zrobić z niego zwycięzcę z przepowiedni. Wydaje mi się też, że podobała mu się perspektywa osiągnięcia tego w Noc Duchów. Ale Dumbledore nigdy nie wspomniał jakiego przedmiotu zamierzał użyć.
- Horkruksy trzeba zrobić natychmiast?
- Tak. - potwierdziła, a potem ciągnęła. - Podczas rozmowy z Remusem, uznałam, że Riddle po prostu zdobył broszkę w jakiś inny sposób, ale potem twoja matka wspomniała, że Bellatrix ją o nią poprosiła, a ona odmówiła, bo chciała, by broszka została w bezpośredniej linii.
- Zastanawiałem się nad tym. - odezwał się Syriusz, podnosząc niebieskie okruszki z talerzyka po makaronikach. - Myślałem sobie „Czemu Bella po prostu nie spytała, czy może ją pożyczyć."
- Zrobiła to, ale twoja matka chciała przekazać ją twojej córce, jeśli jakąś będziesz miał. Ale poprzednim razem nie miała nadziei na bezpośrednią linię.
- Racja. Więc dałaś ją im, żeby nic nie opóźniło Wężowatego w Noc Duchów.
Hermiona przytaknęła.
- Jak myślisz, czy twoja matka będzie zła? Znaczy wydaje mi się, że będziemy mogli zabrać broszkę z jego ciała, kiedy Dumbledore go zabije.
- Jeśli tylko powiesz jej, że poświęciłaś broszkę, by ocalić ród Blacków, nie będzie miała problemu z oddaniem jej. - odparł, zlizując okruszki z palców.
- Świetnie. – westchnęła z ulgą Hermiona. - Czujesz się już trochę lepiej? Bo wyglądasz lepiej.
- Tak. Znasz mnie, makaroniki naprawią wszystko.
- To nieprawda. - szepnęła. - Karmię cię nimi od dwóch tygodni, a mimo to...
- Już o tym rozmawialiśmy. - powiedział. - Ja jestem palantem, a ty się puszczasz.
Hermiona uśmiechnęła się półgębkiem.
- Syriuszu... chcę żebyś wiedział, że mam na ten temat takie samo zdanie co ty. Nie chcę odchodzić.
Jego serce przyspieszyło.
- Jesteś...
- Nie zostanę, ale zrobiłabym to gdybym potrafiła znaleźć sposób, by wszystko się ułożyło.
- Dobrze. - powiedział, czując się głupio, bo wezbrała w nim nadzieja. Jeśli uda mu się rozwiązać wszystkie problemy to ona zostanie. Zdecydował się wykorzystać swoje szczęście w pełni, bo to była ich pierwsza rozmowa na ten temat przy której nie był pijany lub na kacu. - A co by się stało... gdybyś znalazła sposób?
Znów się uśmiechnęła.
- Cóż, wtedy... chyba moglibyśmy pójść na drugą randkę?
- Chrzanić to! - zaśmiał się. - Nigdy więcej nie idę z tobą na randkę. To była najgorsza noc w moim życiu. Szef mnie otruł, nakrzyczałem na zwykle bardzo miłą osobę, a potem ją obrzygałem, a ponad to... ominął mnie deser. Nigdy więcej.
- W porządku. - uśmiechnęła się do niego szeroko. - Żadnych randek. To co, wybierasz się dzisiaj do Ollivandera? Czy może chcesz sprawdzić czy Śmierciożercy nie oddadzą ci różdżki, teraz kiedy ich biżuteryjne potrzeby zostały zaspokojone?
- Chyba spytam dziś wieczorem Dziadka, czy da radę przekonać Bellę, by mi ją oddała. Wiesz, czystokrwiści zamiotą wszystko pod dywan uprzejmości. - odparł Syriusz, którego rozproszyła jej obietnica. - Ale w międzyczasie może kupię nową. Poczekam tylko z wyjściem aż przyjdzie Remus. On mnie zabierze. - „I pomoże mi ułożyć plan."W głowie kłębiły mu się nowe pomysły, fałszywe dokumenty, nowe tożsamości... wpadnie na coś. Lady Fehr jeszcze mu nie odpisała, więc pozostawała jeszcze ta możliwość.
- Mogę iść z tobą teraz. Wiem, że tu niepotrzebna ci różdżka, ale rozumiem, że dziwnie się bez niej czujesz. Też mogę cię obronić.
- Nie. - zaprzeczył natychmiast, zdając sobie sprawę, że nie powinna wychodzić z domu bez obrony. Będzie musiał pozbyć się nowego powodu do odejścia w jakiś inny sposób. - Problem, panno Fehr, polega na tym, że nie chodziło im tylko o broszkę. Mogą być na mnie odrobinę źli, że uciekłem, ale raczej nie spróbują znów złapać starego nudnego mnie. Sam Wężowaty powiedział, że ma już połowę moich krewnych, a ja nie stanowię zagrożenia. Teraz nastawił się na inną rodzinę. - spojrzał na nią. Miał nadzieję, że nie przyjmie tego zbyt źle. - Voldemort chce żebyś przekonała swojego wuja Faustusa, żeby go wsparł. Sądzi, że dzięki Fehrom będzie mógł zaszczepić swój kult w Europie. Powiedziałem mu, że nigdy byś tego nie zrobiła, ale znasz Voldzia. Nie lubi jak mu się odmawia. Więc masz zostać tutaj, chyba, że nie będzie innego wyjścia.
- Spodziewałam się czegoś takiego. – wyznała Hermiona bez zbytniego zaniepokojenia.
- Naprawdę? - spytał, marszcząc brwi. Fakt, że Voldemort chciał ją zwerbować powinien bardziej ją martwić.
- No tak, wydawało mi się to trochę dziwne, że kazali przyjść właśnie mnie, skoro powróciłeś na kochające łono rodziny. Czemu życie twojej matki czy Polluxa miałoby być ci droższe niż twojej dziewczyny? Uznałam, że biorąc pod uwagę pracę Bellatrix we Francji, będzie szukał innego dojścia na kontynent.
- W takim razie, dlaczego tam poszłaś? - warknął gniewnie. Wiedziała, że wkracza w śmiertelną pułapkę.
- Przecież nie mogłam cię tam zostawić. - zaśmiała się cicho. - Nie wiedziałam, że mają drzwiczki dla psów.
N/A: Podziękowania dla Emily, która była tak łaskawa i użyczyła mi swego oka do przestawiania, usuwania niepotrzebnych przecinków i poprawiania czasów. Na pewno się ze mną zgodzisz, że go Syzyfowa praca. xx
