Real Madryt – 4 : 0 – Getafe CF


Zawodnicy poruszali się ociężale, letargicznie. Większość opatuliła się w szaliki, czapki i rękawiczki, by ochronić się przed porannym chłodem. Ostatnie, o czym teraz myśleli, to ćwiczenia. Nawet ci cechujący się nienaganną etyką pracy wykonywali polecenia Dołochowa z opóźnieniem, byli wybici z rytmu.

Severus nigdy nie negował roli bramkarza. W każdej drużynie to on był ostatnią nadzieją i deską ratunku, gdy wysiłki pozostałych okazały się bezskuteczne. Piłkarze z pola zawsze szanowali swojego golkipera, nawet jeśli był małostkowym człowiekiem. Teraz w Realu Madryt panowała żałoba, jakby Charlie Weasley co najmniej zginął w okropnej katastrofie i nie pozostały po nim nawet szczątki, które można by złożyć do trumny i opłakiwać.

Anton i Nestor krążyli między grupami zawodników zachęcając ich do wysiłku. Severus uchwycił pełne dezaprobaty spojrzenie pierwszego asystenta, który pokręcił głową.

- Finnigan!

Snape obserwował jak obrońca odłącza się od grającej w dziadka grupy i smętnym truchtem biegnie do niego.

- Co tam, Mister? – zapytał oschle.

- Chcę z tobą porozmawiać. Zaraz po treningu, w moim gabinecie. Może być?

Finnigan zacisnął usta, ale skinął głową i powrócił do ćwiczeń.

XXX

Nie czekał długo. Po kwadransie od zakończenia treningu Finnigan wprosił się do środka bez pukania czy uprzejmych powitań.

- Jestem – oświadczył krótko.

Włosy miał jeszcze lekko wilgotne a policzki czerwone od niedawnego wysiłku.

- Siadaj.

Severus wskazał mu jedno z dwóch krzeseł dla gości po drugiej stronie biurka. Kiedy piłkarz bez słowa sprzeciwu zajął miejsce, Severus splótł dłonie i spróbował jak najłagodniejszym tonem zagaić rozmowę.

- Charlie tylko złamał rękę. Ta kontuzja nie przekreśli jego kariery.

Finnigan podniósł wzrok. Jeszcze nigdy nie wyglądał na równie osowiałego i zagubionego.

- Wiem.

- Jutro na pierwszy trening do Valdebebas przyjeżdża nowy bramkarz.

- Jak to?! Przecież mamy Adana, Jesusa…

- Wiesz dobrze, że nie dadzą rady udźwignąć takiej odpowiedzialności.

- Więc kto?

Severus uniósł w górę brwi. Czyżby jeszcze w szatni nie spekulowano na ten temat?

- Vasco Santini.

Przyszła kolej na zdziwienie Finnigana. Widać było jak intensywnie przeszukuje wspomnienia by skojarzyć nazwisko rezerwowego bramkarza Villarealu.

- Charlie wspominał, że obaj walczyli o pozycję pierwszego golkipera Castilli – wreszcie w głowie piłkarza zabłysło światełko zrozumienia.

- Vasco wychował się w Madrycie. Jest jednym z was. Liczę na to, że będziecie go traktować po przyjacielsku – powiedział Severus – Przychodzi tutaj nie żeby z kimś rywalizować, ale żeby pomóc swojemu dawnemu klubowi.

- Na wypożyczenie? – w drugim kapitanie na moment obudziła się nadzieja.

Severus potrząsnął głową i ten z powrotem osunął się na krzesło.

- Przecież Charlie wróci!

- Oczywiście, że kiedyś wróci.

Snape miał nadzieję, że jego już wtedy nie będzie w Madrycie. Niech inny trener użera się z gwiazdami i uczy się klubowych tradycji.

- Ale my w międzyczasie mamy dwumecz z Barceloną w Pucharze Króla i Manchester United w Lidze Mistrzów – lubił sprowadzać naiwnych chłopców na ziemię.

Udając, że skupia się na rozrzuconych po biurku papierach obserwował reakcje Finnigana. Ten objął się rękoma i przez chwilę tępo wpatrywał się w czubki butów. Potem przeciągnął się wzdychając jak ofiara na planie filmu wojennego i przejechał dłońmi po włosach i pięciodniowym zaroście.

- Rozumiem – powiedział wreszcie.

- Czyżby? Ta drużyna nie potrzebuje więcej wewnętrznych wojenek. Potrzebuje za to zaangażowanego bramkarza i kapitana, który potrafi wskrzesić w kolegach chęć do walki, tak, byśmy nie dali się upokorzyć na boisku.

Wzrok obrońcy powędrował na upstrzone zdjęciami i diagramami ściany. Wszyscy w Valdebebas wiedzieli, że trener w gabinecie trzyma sporo pamiątek z Londynu.

Madryt nie był jego wymarzonym miejscem. W przeciwieństwie do kilku młodych facetów ganiających dla pieniędzy za piłką.

- Nigdy nie byłem przeciwko temu klubowi.

Severus niechętnie okazywał uczucia. Spróbował się choć trochę przemóc, by dotrzeć do rozmówcy.

- Mam niewiele czasu, ale obiecuję, że to, co mi pozostało, wykorzystam aby jak najlepiej przygotować was do walki o Decimę.

Do ciała Finnigana po kilkudziesięciu godzinach od fatalnego meczu z Valencią wróciło życie. Mgła ustąpiła z oczu, naburmuszona mina niezadowolonego bogatego paniczyka zniknęła. Seamus wyprostował się na krześle.

Mentalnie jeszcze nie był tam, gdzie być powinien, ale chyba zaczynał rozumieć, że jego rola w szatni drastycznie się zmieniła. Do licznych przywilejów dołączyły poważne obowiązki.

- Może pan na mnie liczyć, Mister.

Wstał i wyciągnął przez biurko ku Severusowi otwartą dłoń.

- Dziękuję.

Uścisk miał mocny i pewny. Być może ten bogaty chłopczyk jeszcze wyrośnie na mężczyznę.

XXX

Szpital w La Moraleja zmienił ostatnio wystrój na bardziej nowoczesny i niebieski. Dwóch znanych piłkarzy nie robiło wrażenia na przemierzającym korytarze personelu. Czasem tylko któryś z gości lub pacjentów obejrzał się za nimi.

A może po prostu byli za mało znani. Przecież specjaliści od reklamy robili wszystko, by „Królewskich" utożsamić z twarzami Charliego, Dracona i Seamusa.

- Myślisz, że nie przesadziłem? – zapytał Michael.

Przyciskał do klatki piersiowej kosz z egzotycznymi owocami.

- Każdy daje mu kwiaty – Theo zatrzymał się na moment przed szklaną ścianą by poprawić marynarkę.

- Pewnie ma ich już dosyć – przyjaciel uśmiechnął się do niego słabo.

- Cokolwiek nie zrobisz, i tak będzie ciebie obwiniał.

Michael pochylił głowę. Jego ciało wibrowało niespokojną energią człowieka idącego na szafot.

- Pewnie dlatego pocą mi się ręce – przyznał.

Zatrzymali się wreszcie przy właściwych drzwiach. Theo uniósł do góry podbródek w geście, który przeciwnicy z boiska uznawali za arogancki. W rzeczywistości dodawał tym sobie odwagi. Nie uśmiechała mu się rozmowa z humorzastym kapitanem, ale jako kolega Weasleya powinien przynajmniej raz go odwiedzić.

Człowiek siedzący na szpitalnym łóżku stanowił obraz nędzy i rozpaczy. Pacjenci umierający na raka umieli wykrzesać z siebie więcej pogody ducha.

Jak przewidzieli, pokój Charliego tonął w kwiatach. Półkę nad łóżkiem wypełniały laurki z koślawymi malunkami od młodszych członków rodziny albo dzieci, którymi opiekowała się jego fundacja. Kapitan z poszarzałą twarzą i opuchniętymi powiekami bardziej wpasowałby się w atmosferę panującą na uroczystym pogrzebie a nie na oddziale medycyny sportowej.

Wskazującym palcem zdrowej ręki miział po tablecie. Drugą miał unieruchomioną w szynie.

- Dlaczego tu jesteście? – zapytał zbolałym głosem.

Theo powstrzymał się od robienia krytycznych i zdziwionych min.

- Chcieliśmy się zapytać o zdrowie.

- Jak widać… - Charlie nieznacznie uniósł zabandażowaną rękę – Jestem połamany.

- Mówią, że za cztery tygodnie możesz zacząć rehabilitację – powiedział Michael siląc się na odrobinę optymizmu.

Postawił swój prezent przy oknie pomiędzy dwoma bukietami z róż i tulipanów.

Charlie skrzywił się. Zacisnął zdrową dłoń w pięść i stracił zainteresowanie tabletem.

- Ciekawe, czy jeszcze w ogóle będę miał do czego wracać – powiedział cicho.

Więc już wiedział, że klub tuż przed zamknięciem okienka transferowego robił rozpaczliwe zakupy chcąc załatać dziurę w bramce Realu.

- Kto by nam zastąpił kapitana? – Michael spróbował zażartować, ale żadnemu z nich nie było teraz do śmiechu.

- Nikt by mnie nie musiał zastępować, gdybyś patrzył, gdzie stawiasz nogi.

- Charlie… - obrońca nerwowo splótł za plecami dłonie i spuścił wzrok – Ja przepraszam. Wiem, że to przeze mnie wylądowałeś w szpitalu. Gdybym mógł cofnąć czas, zrobiłbym to.

Zapadła niezręczna cisza.

- Wiesz, że Michael nie chciał tego – Theo spróbował delikatnie wybadać, co kapitan myśli o niefortunnym starciu w meczu z Valencią – Nie zrobił tego specjalnie.

Charlie uniósł w górę brwi i zmierzył ich cynicznym spojrzeniem.

- Czyżby?

- Charlie!...

- Nie minęła nawet doba. Nie zdążyli mnie jeszcze wywieźć z operacji, a Snape już kupuje drugiego. Seamus mi wszystko powiedział.

Głos Weasleya podnosił się z każdą sylabą aby na koniec zdania załamać się. Bramkarz przejechał zdrową dłonią po potarganych włosach.

- Równie dobrze mogliście to obaj ukartować. W końcu jesteś pupilkiem starego nietoperza.

- O czym ty, do diabła, mówisz?!

- Od kiedy to jesteś fanem teorii spiskowych? – Theo wszedł w słowo przyjacielowi.

Starał się robić wszystko, by dyskusja nie zamieniła się w ognistą wymianę zdań.

- Snape robił wszystko, żeby mnie odstawić na boczny tor – Charlie rozłożył bezradnie ręce.

- Sam przyznasz, że ostatnio nie masz formy…

Że też Michael Corner nie umiał ugryźć się w język!

- Trenuję cały czas tak samo! I gram cały czas tak samo! To Snape'owi nic się nie podoba! On by chętnie zrobił z Realu drużynę posłusznych najemników, którzy wygrywają mecze tylko faulami i podstępem – Weasley opadł na poduszki.

Nie dopuszczał do swojej świadomości, że jego kariera powoli zbliża się do końca. Po trzydziestce organizm piłkarza się zmieniał. Ginęły zwinność i refleks. Każde stłuczenie goiło się wolniej. Należało rozsądniej rozkładać siły, by wytrwać do końca meczu nie stając się balastem dla reszty drużyny. Ale najważniejsze było pogodzenie się z faktem, że nie jest się już najlepszym.

- A teraz macie to, czego chcieliście… - Charlie zasłonił dłonią oczy – Snape pozbył się mnie i kupił Vasco. Ze wszystkich dostępnych w Hiszpanii piłkarzy kupił akurat jego…

Theo nie rozumiał, dlaczego sprowadzenie do Madrytu dawnego wychowanka tak denerwowało kapitana. Santini był facetem po trzydziestce i nic nie wskazywało na to, by mógł zabrać Weasleyowi pozycję numeru 1. W dodatku cały czas z szacunkiem i sentymentem wypowiadał się o klubie, w którym spędził młode lata.

- Nigdy nic mi nie było – głos Charliego wskazywał, że ostatkiem woli powstrzymuje się od płaczu – Nie miałem nawet zadrapania przez ostatnie 10 lat. A teraz przez ciebie mogłem już nigdy nie zagrać.

- To był nieszczęśliwy wypadek… - Michael był przybity zarzutami kapitana.

Dobrze, że nie próbował gniewem odpowiadać na jego gniew.

- Ja nie chciałem…

- Nie wierzę ci – burknął Charlie – Na Boga, przecież nadepnąłeś mi na rękę...

Widać było, że ma dosyć ich towarzystwa. Theo sięgnął do swojej torby po już nieco zużyty egzemplarz książki Davida Trueby „Saber perder"*.

- To ode mnie – powiedział kładąc ją na stoliku obok łóżka.

Charlie zerknął na okładkę i zacisnął szczękę.

- Nie przychodźcie do mnie więcej – wysyczał.

Theo przygryzł na moment dolną wargę.

- Życzymy zdrowia – rzucił krótko i wypchnął Michaela na korytarz.

Obaj zaczerpnęli pachnącego środkami dezynfekującymi powietrza. Miła odmiana po pobycie w pomieszczeniu pełnym kwiatów.

- Z tą książką, to był najgorszy możliwy pomysł – stwierdził obrońca – Charlie może i widzi aluzje, ale kompletnie ich nie rozumie.

- To była moja osobista kopia. Spędziłem z nią wiele długich wieczorów.

- Boże… gdybym wiedział, że tak to się skończy… Sam bym chętnie coś sobie złamał zamiast jemu.

Michael wczepił palce w krótkie włosy mierzwiąc staranną fryzurę.

- To się nie kończy. To się dopiero zaczyna – stwierdził filozoficznie Theo – Tylko spokój nas uratuje.

- Nienawidzę tego klubu – powiedział cicho jego przyjaciel, ale zaraz potem zachichotał.

- Primadonny…

- … Z każdym rokiem coraz gorsze.

- Gdyby ktoś cię teraz dźgnął nożem, krwawiłbyś na biało.

- Absolutnie.

Theo pozwolił sobie na mały uśmiech. Michael objął go ramieniem i razem skierowali się w stronę wyjścia.

- Rożku… Czemu nasz kapitan ma taki kompleks na punkcie naszego nowego kolegi?

- Gdybyśmy znaleźli się w równoległej rzeczywistości, Vasco byłby uznawany za najlepszego golkipera na świecie i od co najmniej 11 lat broniłby naszej bramki.

- Taki był dobry?

- Mhmm – Michael westchnął i schował ręce w kieszeniach – Ma refleks jak Charlie, świetną skuteczność i jest wyższy o 30 centymetrów.

- Więc co się stało?

- Spece od reklamy.

XXX

Obecność drogiego sportowego kabrioletu na parkingu świadczyła, że Harry nie był pierwszą osobą na porannym treningu, jednak szatnia przywitała go pustkami. W powietrzu unosił się słaby zapach środka do czyszczenia kafelków i ledwie wyczuwalne nuty dezodorantu używanego przez Malfoya. Samego piłkarza nigdzie nie było widać. Z jego półki zginęła para spodni, podkoszulek i zgniłozielona dresowa bluza. Pod ławką brakowało jednej pary butów. Draco pewnie zdąży zrobić pięć okrążeń boiska zanim pozostali zawodnicy przyjdą na trening.

Harry przebrał się niespiesznie w treningowy dres. Wolał przyjść te kilka minut wcześniej właśnie po to. Czasem wciąż czuł się niezręcznie pośród półnagich kolegów. Zapewne podobnie czułby się każdy niezbyt odważny chłopak, gdyby kazano mu się przebrać w szatni pełnej cheerleaderek. Z jednej strony nie wiadomo, na czym skupiać wzrok, z drugiej – obawa, że ktoś właśnie jego będzie oglądał.

Skończył wiązać korki i wstał. Próbował rozchodzić niewygodny but, kiedy usłyszał na korytarzu kroki. Do pomieszczenia wszedł Finnigan.

- Cześć! – Harry przywitał go uśmiechem.

Obrońca ledwie zwrócił na niego uwagę. Włosy Finnigana nie były tak starannie ułożone, jak zwykle. Kilkudniowemu zarostowi przydałoby się wymodelowanie. Cienie pod oczyma świadczyły o źle przespanej nocy. Seamus wyglądał na zmęczonego, smutnego i przestraszonego.

- Co się stało?

Wreszcie podniósł wzrok na młodszego kolegę. Miał załzawione oczy, a podbródek drżał mu niebezpiecznie jak u dziecka, które zaraz wybuchnie płaczem

Harry przez moment czuł się jak motyl przytwierdzony szpilką do kartonowego podłoża. Cofnął się, aż oparł się plecami o ścianę.

- Wszystko w porządku?

Finnigan rzucił torbę z kosmetykami na ławkę i w kilku krokach stanął przy Harry'm. Młody Niemiec nagle znalazł się w objęciach drugiego kapitana, który stwierdził, że miejsce, gdzie szyja Harry'ego przechodzi w bark, będzie doskonałą poduszką.

- Nic nie jest w porządku… - wymamrotał starszy piłkarz i przytulił się jeszcze mocniej – Nic nie jest w porządku. I to mnie przeraża jak diabli.

Harry nie wiedział, co zrobić z rękami. Postanowił odwzajemnić uścisk.

- Charliemu chyba się nie pogorszyło? – zapytał ostrożnie.

Dźwięk, który się wydobył z gardła Seamusa, przypominał coś pomiędzy westchnięciem i szlochem.

- Nigdy nie miał nawet głupiego przeziębienia. Zawsze tutaj był…

Harry spróbował się nieco przesunąć, bo oddech kolegi wyczuwalny na szyi przyprawiał go o szybsze bicie serca.

- Teraz ty jesteś kapitanem.

Bardziej odczuł na własnym ciele niż usłyszał rozpaczliwy śmiech. Nigdy by nie przypuszczał, że pierwszy rozrabiaka Realu zostanie postawiony w sytuacji, w której będzie się czuł niezręcznie.

- Tylko że zupełnie nie wiem, co robić…

Zmiana pozycji nie była najlepszym pomysłem. Usta Seamusa znalazły się o milimetry od ucha Harry'ego. Obrońcy daleko było do chodzącego ideału, jakim wydawał się Draco, jednak i tak należał do przystojniejszych piłkarzy w drużynie.

- Charlie zawsze był przy mnie.

Harry przełknął ślinę.

- Ale ja nie jestem jak Charlie.

- Wiem… - westchnął Seamus i ponownie wtulił głowę pod brodę Harry'ego – Obiecałem Misterowi, że będziemy się zachowywać…

- Cóż… dobre i to na początek.

Harry pogłaskał go po plechach i głowie. Mięśnie przyjaciela momentalnie rozluźniły się.

Finnigan należał do tych ludzi, którzy czerpali komfort z dotykania innych. Stąd częste uściski i poklepywanie kolegów z boiska oraz ulubionych pracowników sztabu szkoleniowego. W domu zapewne był synkiem mamusi, stale przytulanym i rozpieszczanym, nawet kiedy dorósł i został słynnym sportowcem. W tym także mógł tkwić sekret jego popularności wśród przedstawicielek płci przeciwnej, które uwielbiały pieszczoty niekoniecznie prowadzące do seksu.

- Po prostu… - wyszeptał Harry – rób to, co robiłeś do tej pory. To ci świetnie wychodzi. Ty… nie umiesz udawać. I inni to czują i ci ufają.

- Czyżby? – Seamus odsunął się na tyle, by móc mu popatrzeć w oczy.

- Mhmm… Zawsze na ciebie można liczyć. To ważne u kapitana.

Obrońca uśmiechnął się nieśmiało i ścisnął dłoń Harry'ego w geście wdzięczności.

Młody Niemiec dosłownie widział w jego oczach obietnicę kolejnego uścisku, ale na szczęście do szatni zaczęli wchodzić kolejni piłkarze.

Michael Corner i Theo Nott byli w towarzystwie mężczyzny, którego Harry nie widział wcześniej. Domyślił się, że rozglądający się z ciekawością po pomieszczeniu, łysiejący trzydziestolatek jest nowym bramkarzem.

Zanim nieznajomy zdążył cokolwiek powiedzieć, Seamus podszedł do niego ciągnąc Harry'ego za rękę.

- Vasco, stary, wiem, że wcześniej nigdy razem nie graliśmy, ale cieszę się, że teraz będziesz po naszej stronie.

Tu nastąpił przerywnik w postaci kombinacji uścisków dłoni i męskiego poklepywania się po plecach.

- Ja również… - widać było, że przybysz jest lekko oszołomiony entuzjazmem drugiego kapitana.

- Każda pomoc jest nam teraz potrzebna – stwierdził Michael.

- Dobrze po tylu latach mieć możliwość powrotu do domu. Dużo się tu pozmieniało…

Harry poczuł uścisk w gardle. Ich nowy kolega promieniał szczęściem. Przecież musiał wiedzieć, że jest tutaj tylko na chwilę, jak wielu z nich. Że w Realu często ciężko jest grać, bo ten klub sam sobie stwarza większość problemów.

Theo zaczął coś mówić, ale Harry dopiero po kilku sekundach załapał sens jego wypowiedzi.

- … na lepsze? Przynajmniej jeśli chodzi o infrastrukturę.

Drzwi ponownie się otworzyły. Wokół nich rozbrzmiewał gwar rozmów. Pozostali piłkarze stawiali się na trening.

- Trawa jeszcze nigdy nikomu nie uciekła – wtrącił się Seamus – Vasco, pora poznać nowych kumpli. To mój przyjaciel, Harry Potter.

Zadowolony z siebie lekko popchnął młodego pomocnika w kierunku Santiniego.

- Genialny chłopak, mówię ci. Jest dla mnie jak brat.

- Świetny występ na Euro – bramkarz uścisnął mu dłoń – Wreszcie da się lubić waszą grę.

- Ech… dzięki…

Seamus uwijał się jak w ukropie przedstawiając Santiniemu każdego piłkarza zanim przyszła pora wyjścia na dwór.

Harry uspokojony poprawił sznurowadła, ale coś dalej go uwierało. Podirytowany zdjął but i odchylił w nim język. Włożył dłoń do środka.

- Co tam? – zagadnął go Ernie MacMillan.

- Niewygodne korki – skrzywił się Harry – Poszukam Pablo. Jak bym się spóźnił na trening, powiedz Misterowi.

Szybko zmienił buty na te, w których przyjechał do Valdebebas i ruszył na poszukiwanie nowych korków.

XXX

W pustym domu rozlegały się jedynie dźwięki z włączonego telewizora. Tylko w jednym pomieszczeniu paliło się światło.

Severus przygotowywał materiały na zgrupowanie przed meczem z Barceloną. Musiał zmotywować bandę przepłaconych gwiazdeczek. Wygrana z Getafe nieco podbudowała morale drużyny nadwątlone kontuzją Weasleya. Santini dobrze radził na treningach i szybko zintegrował się z grupą. Finnigan zapanował nad szatnią. Jeśli nie rozłożą się na widok rywali z Katalonii w Pucharze Króla, to nic ich nie złamie.

Jednym uchem słuchał wiadomości sportowych. Głos Sybilli Trelawney działał na niego pobudzająco. Jej teorie na temat wewnętrznych problemów „Królewskich" skutecznie odpędzały sen. Usłyszawszy kolejny znajomy, kobiecy głos Severus podniósł głowę.

Oto w telewizyjnym studiu Tracey Davis prezentowała opalone nogi i wytrzeszcz podkreślonych ciemnym cieniem oczu.

„- Mogę potwierdzić, że w szatni Realu Madryt jest konflikt. Trwa już od dłuższego czasu. Nie wszyscy zgadzają się z metodami trenera, ani z tym, dokąd zmierza ten klub. To nie żadna tajemnica. Zawodnicy mają tego dość i prezes o tym wie. Kilku z nich dało mu do zrozumienia, że jeśli Mister Snape pozostanie na kolejny sezon, oni odejdą…"

Severus wyłączył dźwięk. Wziął kilka głębszych oddechów, ale to ćwiczenie wcale go nie uspokoiło. Jednym ruchem zrzucił wszystkie papiery leżące na biurku.

Dlaczego Weasley musiał związać się z dziwką najgorszego sortu? Jako sportowiec z wieloletnim doświadczeniem powinien wiedzieć, że nie miesza się pracy z miłością.

Wysłał swoją kobietę, by walczyła w jego bitwach, zamiast po męsku porozmawiać z trenerem w cztery oczy.

Kiedy już Severus zapanował nad emocjami, postanowił, że nigdy więcej, dopóki jest trenerem Realu Madryt, nie wystawi w bramce tchórza chowającego się pod spódnicą narzeczonej.


AN: Staram się nie objaśniać używanych w opowiadaniu terminów (jeśli to kogoś zaciekawi, to w internecie znajdzie wyjaśnienia bardziej szczegółowe od moich. Z kolei czytelnicy, którzy nie interesują się piłką nożną, nie muszą brnąć w gąszcz notatek odautorskich). W tym rozdziale robię jeden wyjątek.

*"Saber perder" – książka ukazała się również pod angielskim tytułem „Learning to Lose"; zdobyła wiele nagród i miała pozytywne recenzje w Hiszpanii jak i poza nią. Autorem jest fan Atletico Madryt i przyjaciel Pepa Guardioli. Pepowi książka podobno spodobała się tak bardzo, że zarekomendował ją zawodnikom, których trenował w Barcelonie. Osobiście nie uważam jej za jakieś wybitne dzieło, choć czyta się dość przyjemnie.