Jak zasiadałam, żeby dokończyć ten rozdział to myślałam sobie: "No, jeszcze tylko jakieś sto słów i można kończyć".
Zamiast stu wyszło tysiąc, no ale ten... ważne że w końcu skończyłam.
- Znalazłem klucz! - wysapał Słowacja, wygrzebując się spod ciężarówki.
- No to na co czekasz? Otwieraj – syknęła Czechy. Przy ogłuszonych wcześniej komandosach znalazła kilka ciekawych rzeczy, ale jako iż nie wiedziała do czego dokładnie służyły, pozwoliła sobie tylko na pożyczenie jednego z tych śmiesznych, ponoć magicznych karabinów. Wolała mieć się czym bronić, na wypadek gdyby któryś z agentów poczuł się na tyle odważny, żeby narazić się na węgiersko-brytyjsko-amerykański ostrzał i ich zaatakować. - A ja się szybko pomodlę, żeby się nie okazało, że jaśnie pan Rosja tak załatwił te drzwi, że się nie dadzą normalnie otworzyć.
- Ja je tylko lekko szturchnąłem – stwierdził Ivan, wzruszając ramionami z beztroską miną. - Jak klucz nie da rady to poszturcham je jeszcze trochę i w końcu się otworzą.
- Tiaaaa…
- Myślicie, że ktoś jeszcze w środku został? - zapytał Słowak, wtykając zdobyty klucz w otwór w drzwiach.
- Jestem za opcją, że tak, w związku z czym proponuję, żeby lekko usunąć się na bok – zasugerowała Czeszka. Słowacja skinął głową, po czym przekręcił klucz, przez chwilę byli pewni, że Rosjanin jednak załatwił drzwi na cacy, ale po kilku sekundach coś syknęło, a drzwi same zaczęły się otwierać. Czechy i jej brat usunęli się przezornie trochę na bok, żeby nie oberwać w razie czego, od potencjalnych wrogów ukrytych wewnątrz. Z kolei Rosja grzecznie czekał, najwyraźniej nic sobie nie robiąc z możliwego zagrożenia. Drzwi nie zdążyły się nawet całkowicie otworzyć, gdy ze środka, przy akompaniamencie wystrzałów, wyleciało kilka energetycznych pocisków. Większość nie trafiła, ale kilka z nich ugodziło Rosjanina w ramię.
- Hmmm… dość bolesne – mruknął Ivan, pocierając obolałe ramię, krzywiąc się przy tym. Uniósł swoją wierną rurkę, jednak zanim zdążył jej użyć, dostrzegł kątem oka szybko zbliżający się obiekt. Schylił się w ostatniej chwili, żeby uniknąć kolejnego arbuzowego pocisku, który wleciał do środka ciężarówki i sądząc po odgłosach, chyba w kogoś trafił.
Czechy zajrzała ostrożnie do wnętrza furgonetki, żeby sprawdzić, czy Elizabeta nie zdjęła przez przypadek Polski lub Litwy. Wnętrze pojazdu wyglądało dość makabrycznie, uwalane miąższem z rozbitego owocu, który przy okazji wyłączył z akcji jednego ze strażników… i chwilowo pozbawił Litwę wzroku, bo ze skrępowanymi rękami nie mógł zetrzeć soku z twarzy. Polska miał w tym przypadku więcej szczęścia, bo powalony mężczyzna całkiem skutecznie go osłonił. Drugi strażnik, po otrząśnięciu się z początkowego szoku po uderzeniu arbuzowego pocisku artyleryjskiego, uniósł swoją broń z zamiarem ponownego jej użycia. Czeszka, biorąc pod uwagę fakt, że po oberwaniu z tego czegoś, Rosji prawie nic się nie stało, bez dalszego namysłu cisnęła we wroga karabinem który trzymała, woląc zaufać własnej sile, niż jakiejś porąbanej broni, którą pierwszy raz trzymała w rękach. Dość spora waga oręża, połączona z ponadprzeciętną siłą personifikacji państwa, bez problemu unieszkodliwiła komandosa, więc Czechy bez dalszych przeszkód mogła przejść do ostatniej fazy operacji. A przynajmniej miała nadzieję, że to będzie już ostatnia faza.
- Artie, zaczynam mieć wrażenie, że dziewczyny nie wiedzą jak się obchodzić z bronią – szepnął Ameryka, wraz z Anglią i Węgrami, ostrożnie podchodząc bliżej ciężarówki i cały czas pilnując czy któryś z komandosów nie próbuje się wychylić na Rosję i resztę ekipy.
- To lepiej się go pozbądź i to w trybie natychmiastowym. Zapewniam cię, że i Węgry i Czechy potrafią posługiwać się bronią, a to, że umieją zrobić to w sposób niekonwencjonalny, w mojej opinii czyni je jeszcze groźniejszymi – odparł Anglik, mierząc w kierunku przeciwników. Z tego co zdążył zrozumieć na temat tej broni, to jej zadaniem było tylko unieszkodliwianie celu, jej pociski były pewnego rodzajem magii i najwyraźniej nie była bardzo skuteczna wobec personifikacji. Albo po prostu wobec Rosji… może miało to coś wspólnego z jego pozycją na arenie międzynarodowej. Feliks i Toris też byli raczej odporni, przez ich potworny problem, chyba, że któryś z nich dostał w łeb w ludzkiej formie, tak jak to miało miejsce w Niemczech. Miał nadzieję, że uda mu się dotrzeć z tym karabinem do centrum i lepiej go zbadać. Interesowało go zwłaszcza to jak był skonstruowany i jakim cudem tym ludziom udało się spleść magię i technologię.
Jednak na razie musiał się skupić na tym, żeby pomóc sobie i innym wyjść cało z tej opresji.
- Łał – mruknęła Czechy, wskakując do wnętrza furgonetki. - Co wy im zrobiliście, że musieli użyć tylu łańcuchów?
- Nic, obudziliśmy się w tych uroczych wdziankach – burknął Litwa, potrząsając głową jak pies, żeby pozbyć się chociaż części soku. - Kto rzucił tym arbuzem? Gdyby nie to, że jest tu ze mną, to stawiałbym na Feliksa…
- Ach, to Węgry, chyba się zainspirowała waszą opowieścią ze Złotych Tarasów. - Czeszka zabrała się za przeszukiwanie czegoś, co pomogłoby jej uwolnić tą dwójkę. Na szczęście długo szukać nie musiała, większość kluczy mieli przy sobie strażnicy. - Sorki, ale na razie nadal będziecie paradować w kajdankach, chyba ktoś inny ma od nich klucze, a lepiej, żebyśmy się stąd zbierali póki ta pożal-się-boże akcja ratunkowa jakoś idzie.
- Akcja ratunkowa… a właśnie miałem pytać co ty tu robisz... Kto ją niby zorganizował? Nie żebym się nie cieszył, ale… och… dzięki – mruknął, czując jak krępujące jego ruchy łańcuchy opadają. Natychmiast wykorzystał ten moment, żeby w końcu otrzeć twarz.
- Zaraz do tego przejdziemy, ale może najpierw skupmy się na tym, żeby teraz stąd spieprzyć – stwierdziła Czechy, biorąc się za rozkuwanie brata. - Wstawaj, Feliks, dość drzemania… swoją drogą ładny masz kaganiec, próbowałeś ich pogryźć, czy nie mogli cię już słuchać? - Dziewczyna uniosła pytająco brwi, gdy nie doczekała się żadnej odpowiedzi. - Okej, czaję, ktoś tu jest nie w humorze, w takim razie chyba zostawię zaszczyt zdjęcia ci tego Torisowi. Mam nadzieję, że dacie radę iść albo chociaż wyjść sami.
- Ja na pewno… Feliks chyba też... - Litwa zerknął w stronę blondyna, który powoli wsparł się na rękach, dysząc ciężko przez nos. Nie przyszło mu to zbyt łatwo, bo kajdany które obaj mieli założone, sięgające od nadgarstków do połowy przedramion, miały piekielnie niewygodne, sztywne połączenie.
- To ja zaczekam na zewnątrz, tylko się sprężajcie, na czułości będzie czas potem – oświadczyła Czechy, wyskakując z wozu.
- Chyba ostatnio za dużo czasu spędziła z Węgrami – mruknął Toris, podpełzając do Polaka, żeby pomóc mu pozbyć się kagańca i nieco ułatwić oddychanie. - Feliks, wszystko gra? - zapytał ostrożnie, kiedy maska z cichym stukiem spadła na podłogę.
- Nie – wycedził Polska, przez zaciśnięte zęby, wciąż klęcząc ze zwieszoną głową. - Jestem. Poważnie. Wkurwiony…
- W pełni rozumiem dlaczego, ale umm… pomóc ci, czy… - Słysząc ton głosu swojego partnera, Litwin poczuł jak przechodzą go ciarki. W chwili obecnej był wdzięczny za to, że Feliks na niego nie patrzy. Osoby które twierdziły, że to on był straszny kiedy się wkurzył, chyba nigdy nie byli świadkami sytuacji kiedy to Polska był naprawdę wściekły. Owszem, Feliks był raczej żywiołowy, zdenerwowanie go do tego poziomu żeby zaczął rzucać kurwami i innymi przekleństwami na prawo i lewo nie było wyzwaniem… Ale kiedy był naprawdę rozwścieczony nie odzywał się prawie w ogóle, za to spojrzenie miał… Cóż, słowo „mordercze" wydawało się Litwie dużym niedopowiedzeniem.
- Dam sobie radę… - syknął Polak, stając chwiejnie na nogi. Powoli ruszył w kierunku wyjścia, nawet nie oglądając się na Torisa. Litwin wyjątkowo nie poczuł się urażony z tego powodu, wolał nie wchodzić blondynowi w drogę i szczerze nie polecał tej opcji nikomu, nawet agentom MiT-u.
- Ach! Oto i nasze zguby! - powiedział głośno Rosja, uśmiechając się pogodnie. - Hmm… dawno nie widziałem tego spojrzenia – stwierdził, gdy Polska spojrzał na niego spode łba, po tym jak już zeskoczył na ziemię. Litwa wyszedł zaraz za nim, ale na wszelki wypadek odsunął się trochę od Feliksa.
- Taaa… - mruknęli Czechy i Słowacja niepewnie. Owszem, minęło trochę czasu, kiedy ostatni raz widzieli swojego brata aż tak rozwścieczonego, ale żadne z nich za tym nie tęskniło. Mieli tylko nadzieję, że Polak nie mógł teraz ziać ogniem. - Możemy teraz przejść do tej części planu, w której podejmujemy taktyczny odwrót? - zaproponował Słowak.
- Ależ oczywi… - zaczął Ivan.
- Chwileczkę – burknął Feliks, ruszając w kierunku najbliższego hydrantu. Zanim ktokolwiek zdążył zapytać co planował, Polak uniósł ręce i z całej siły grzmotnął kajdanami o nieszczęsny hydrant. Nawet jeśli obręcze blokowały możliwość zamiany w potwory, to jak się okazywało nie wpływało na ich możliwości związane z byciem personifikacją państwa. Okazało się również, że siła uosobienia Rzeczpospolitej Polski wystarczała, żeby korzystając z hydrantu bez trudu połamać sztywne połączenie kajdan… no i przy okazji rozwalić hydrant. Na widok słupa wody, który wystrzelił w powietrze, Rosja gwizdnął z uznaniem, Anglia zaklął szpetnie pod nosem, Czechy, Słowacja i Litwa wymienili zaniepokojone spojrzenia, a Węgrom i Ameryce wyrwało się ciche 'łał'.
- Cóóóóóż… - powiedział powoli Toris, przerywając w końcu ogólne milczenie. - To z pewnością powinno uprościć ucieczkę… przynajmniej Feliksowi.
- Jakbyś chciał zrobić podobnie, to tam masz kolejny hydrant – zaproponował Alfred, wskazując na, znajdujący się kilka metrów dalej, charakterystyczny słupek.
- Przestańcie się wyżywać na moich hydrantach! - syknął Anglia. - Dla odmiany moglibyśmy w końcu wycofać się do centrum, zamiast stać na środku ulicy!
- No to na co czekasz? Prowadź – oświadczyła Węgry. - To twoja stolica, powinieneś znać najlepszą drogę.
- Och… no tak… - mruknął Arthur, nieco zbity z tropu. - Ekhm… w takim razie… Za mną! - zakomenderował. Na razie musieli się wydostać z tego tłumu i przy okazji wciąż uważać na pozostałych agentów MiT-u. - I na litość boską, pilnujcie żeby tych dwóch nie trzeba było znowu skądś wyciągać – dodał cicho.
- Słyszałem… - warknął Feliks, otrząsając się z wody. Wciąż czuł się otępiały, jakby nie mógł się do końca dobudzić, najchętniej po prostu spałby dalej. Jednak złość i buzująca w jego ciele adrenalina skutecznie trzymały go na nogach.
- Okej, wychodzi na to, że twój brat dorobił się super słuchu, jego chłopak prawdopodobnie też – szepnęła Węgry do Czech. - I jak mamy ich teraz obgadywać?
- Wiesz, biorąc pod uwagę, że mój brat dorobił się przy okazji ognistego oddechu, a ostatnio ma trochę słabe nerwy, myślę, że lepiej będzie chwilowo zmienić temat do plotek – odparła Czeszka, uśmiechając się promiennie i machając do Litwy, który spojrzał na nie z uniesionymi brwiami. - Na razie może jednak skupmy się na powrocie w bezpieczne miejsce.
- To jest jakiś obłęd… - westchnęła Chaaya, rozmasowując sobie skronie. Za nic by tego głośno nie przyznała, ale zaczynała rozumieć Williama i przyczyny dla których, mając do dyspozycji spory arsenał środków zapewnianych przez MiT i cały oddział uderzeniowy, złapanie dwóch personifikacji, które miały dostęp do o wiele skromniejszych środków i wsparcie dwóch kolejnych państw, przysporzyło tak wiele problemów, ostatecznie kończąc się fiaskiem, przejęciem sprawy przez jej ludzi i degradacją agenta. Może i personifikacje państw były silniejsze fizycznie od zwyczajnych ludzi, może i żyli znacznie dłużej, a ich ciała były odporniejsze na wszelkie choroby i dolegliwości, ale wciąż pozostawali ludźmi, pozbawionymi magicznej mocy, poza nielicznymi wyjątkami.
A przynajmniej tak sądziła do tej pory, bo teraz była niemal pewna, że każde uosobienie kraju posiadało pasywną zdolność sprawiania, że wszelkie zasady logiki przestawały obowiązywać, a ilość zdarzeń nieprawdopodobnych i niemożliwych znacznie wykraczała poza wszelkie możliwe normy. W dodatku wyglądało na to, że ta umiejętność się kumulowała, więc im więcej państw znajdowało się w jednym miejscu, tym było gorzej.
Innego wyjaśnienia dla tego co teraz się działo po prostu nie miała.
Wątek w tym o co tak właściwie Beilschmidt i ten drugi się kłócą już dawno zgubiła. A próby porozumienia się z nimi jak na razie nie odnosiły skutku, zupełnie jakby próbowała porozmawiać ze ścianą. Sprawy wcale nie ułatwiał gęstniejący z każdą sekundą tłum, który blokował ulice jeszcze bardziej i dorzucał swoje trzy grosze jeśli chodziło o niepotrzebne wrzaski. A już kompletny chaos zapanował w momencie, w którym cywile, oprócz wieszania psów na kłócących się państwach, zaczęli się wykłócać między sobą.
I tak oto zwykłe zamieszanie, w imponująco krótkim czasie, przerodziło się w pierdolony burdel, a nastroje w nim panujące wskazywały na to, że zaraz dojdzie do rękoczynów.
- A chciałam to załatwić na spokojnie – warknęła agentka przez zaciśnięte zęby. Nie była osobą łatwo tracącą opanowanie, ale absurd tej sytuacji… całej tej misji, która ciągnęła się w nieskończoność, połączony ze świadomością, że nie ma opcji by Stanford pozostawił to bez złośliwego komentarza, sprawiał, że po prostu się w niej gotowało. Nie miała jednak innego wyboru, jak poprosić o wsparcie i rozpędzić całe to zbiorowisko, przy użyciu wszelkich dostępnych środków. Na jej koncie nie było żadnego zadania, które skończyłoby się porażką i tak miało pozostać, w tym momencie przestała dbać o konsekwencje.
- Potrzebuje wsparcia – rzuciła do słuchawki, odwracając się w stronę furgonetki z cennym ładunkiem. Pomiędzy nią a samochodem zebrała się już grupka osób, utrudniająca dostęp, ale biada komukolwiek, kto będzie próbował stanąć jej na drodze.
- Cóż… z tym może być problem… - ku zdziwieniu Chaayi, w słuchawce nie rozległ się głos Stanforda. To musiał być któryś z jego ludzi… chyba ten który siedział za kierownicą, o ile pamięć jej nie zawodziła.
- Jak to 'problem'?! Gdzie jest Stanford? Znowu wyżywa się na Łukasiewiczu?
- Nawet gdyby tak było, to przy tym co tu się przed chwilą odwaliło, to byłby nasz najmniejszy problem.
Agentka odniosła wrażenie, jakby nagle do żołądka wpadła jej kula lodu. Po przeczytaniu raportów z dotychczasowych wyczynów Stanforda i tego czego sama była świadkiem przed chwilą, te słowa mogły zwiastować tylko tragedię.
- Pełny raport proszę… - wycedziła przez zęby.
- Tylna straż została unieszkodliwiona, oddział agenta Stanforda również... nie możemy skontaktować się z grupą która została w lokalu z którego zgarnęliśmy obiekty…
- Co?! Jak… co tam się w ogóle stało?!
- Coś w nas walnęło, szef poszedł to sprawdzić… szybko został unieszkodliwiony, a reszta oddziału znalazła się w sytuacji w której nic nie mogą zdziałać, napastnicy stale trzymają ich na muszce.
- Co z obiektami? - zapytała Chaaya, pełna jak najgorszych przeczuć. Cisza jaka zapadła w słuchawce była wystarczającą odpowiedzią na to pytanie. - Co tu się do cholery odpierdala?! Dlaczego jeszcze nie wysłałeś prośby o wparcie?!
- Próbowałem! Coś zakłóca łączność z siłami w porcie…
To nie mogło dziać się naprawdę… to musiał być jakiś pieprzony koszmar, z którego lada moment miała się obudzić.
- Czy mamy w odwecie jeszcze jakieś oddziały, z którymi moglibyśmy nawiązać kontakt? - spytała agentka, siląc się na spokój. Była już prawie przy samochodzie, bezlitośnie torując sobie drogę przez tłum gapiów.
- Mamy jeszcze kilku ludzi w pobliżu centrum. Mieli pilnować budynku i przechwycić ewentualną odsiecz.
- Przekaż im obecną sytuację i ogłoś pełną mobilizację – powiedziała Chaaya, darując sobie komentarz na temat tego z jaką skutecznością „ewentualna odsiecz" została powstrzymana. - Kod żółty… - urwała na chwilę, kiedy nagle w powietrze wystrzelił słup wody, wywołując jeszcze większe zamieszanie. - Czy sprzęt też nam przy okazji podprowadzili?
- Z informacji przekazanych przez grupę Stanforda wynika, że przechwycili tylko kilka karabinów dwufazowych.
- A sygnał GPS obiektów?
- Niewyraźny ale wciąż obecny.
- Przynajmniej jedna dobra wiadomość… i jeden ogarnięty człowiek z którym da się pracować – mruknęła agentka. Właśnie dlatego zazwyczaj wolała pracować sama, nie musiała polegać na innych i modlić się żeby przydzieleni jej ludzi okazali się kompetentni. - Prześlij mi topografię obszaru pomiędzy naszą obecną lokalizacją a centrum kongresowym. Już wystarczy tych zabaw, pora spoważnieć...
- Jesteś pewny, że wszystko w porządku? - zapytał Litwa, patrząc z niepokojem na słaniającego się na nogach Polskę. Sam nie czuł się najlepiej, kręciło mu się w głowie, pocił się jakby miał wysoką gorączkę, było mu niedobrze, a całe ciało bolało go tak, jakby jego skóra zrobiła się o kilka rozmiarów za mała, a na dodatek wciąż miał skute ręce, więc nie mógł poruszać się swobodnie. Mimo to jakoś był w stanie nadążyć za pozostałymi państwami, podczas gdy Feliks wyglądał jakby miał zaraz zejść z tego świata i ewentualnie zabrać ze sobą każdego kto odważy się do niego zbliżyć. Polak wlókł się prawie na samym końcu grupy, dość często przystając żeby nabrać oddechu. Za nim szły już tylko Węgry i Czechy (której Anglia oddał zdobytą przez siebie wcześniej broń), a to i tak tylko po to, żeby zabezpieczać tyły. Idący na czele Arthur, dość często oglądał się na nich, upewniając się czy aby na pewno nigdzie się po drodze zgubili, a jego mina jasno świadczyła, że wolałby żeby zwiększyli tempo.
- A wygląda ci na to żeby było w porządku? - odciął się Polska, podpierając się o latarnię, żeby nie osunąć się na chodnik.
- Wcześniej mówiłeś, że…
- Że „dam sobie radę", kiedy pytałeś czy potrzebuję pomocy z wyjściem z tamtej pierdolonej ciężarówki. - Feliks oparł czoło o metalowy słup z cichym zirytowanym warknięciem. Nadal był wściekły, ale zdecydowanie przecenił swoje możliwości.
- Hej! Wiem, że przydałby wam się odpoczynek – powiedział Arthur, zatrzymując się – ale to będzie musiało poczekać do momentu aż wrócimy w bezpieczne miejsce! Najlepiej zanim ktoś, poza tymi świrami, zwróci na nas uwagę! - Jak do tej pory mieli w tej kwestii szczęście. W całym tym chaosie nikt nie zwracał na nich większej uwagi, co było błogosławieństwem. Na tłumaczenia nie było ani czasu, ani Anglia nie miał na to żadnej ochoty, a już szczególnie w przypadku, w którym zaczepiłaby ich policja, a ich grupkę minęło już kilka radiowozów, zmierzających w kierunku miejsca z którego dopiero co się wycofali. Co do reszty ludzi… w świetle ostatnich… nieprzyjemnych incydentów mających miejsce w jego stolicy, Anglia doszedł do wniosku, że przechodniów przestało dziwić, że ktoś z wyraźnym pośpiechem oddala się od zamieszania. Albo po prostu bali się zaczepiać grupę podejrzanie prezentujących się osób, bo co do tego, że ich ekipa nie wyglądała na zwyczajną grupkę turystów, nie miał żadnych złudzeń.
- Czym się niby tak zmęczyli? - zapytał zdziwiony Alfred. - Cały czas siedzieli w ciężarówce…
- Alfred, błagam, wstrzymaj się chwilowo z pytaniami – szepnął Anglia. Wyjątkowo był wdzięczny MiT-owi za te kajdany, które sprawiały że Polska z Litwą pozostawali w swoich oryginalnych, ludzkich postaciach. Jednocześnie był świadomy, że obaj musieli odczuwać z tego powodu... dyskomfort, co zresztą było po nich widać. To czego z kolei nie był pewien, to czy te okowy miały jakiś limit, nie miał pojęcia z czego były zrobione i jak działały. Wiedział natomiast, że nie chce się przekonać, czy dodatkowe bodźce prowokujące przemianę sprawią, że w końcu magiczne więzy puszczą, a w centrum Londynu pojawią się dwa mityczne potwory. Do takich bodźców z pewnością należała irytacja, a to uczucie ostatnio chyba wszystkim towarzyszyło w nadmiarze.
Może z wyjątkiem Rosji, ten to sprawiał wrażenie jakby wybrał się na wycieczkę do lunaparku, a nie na potyczkę z jakąś szemraną organizacją o której prawie nic nie wiedzieli.
- Anglia ma rację, Feliks – powiedziała cicho Węgry, przystając obok Polski. - Musimy się sprężać, a tobie tempo spadło tak, że co żwawsi emeryci cię wyprzedzają.
- Masz na myśli Torisa, kogoś innego z naszego zacnego grona, czy takich zwykłych emerytów? - burknął Feliks, próbując zmusić się do zrobienia kolejnego kroku.
- W sumie każda z tych opcji by pasowała – stwierdziła Elizabeta. - Nie zmienia to jednak faktu, że jak nie przyspieszymy, to zaraz znów będziemy mieć tych świrów na karku. Chodź, wezmę cię na plecy, nie trzeba być geniuszem, żeby widzieć, że sam nie dasz rady.
- A mogę zachować chociaż resztki godności?
- Jak bardzo chcesz wrócić do tamtej uroczej ciężarówki i zostać wywiezionym przez nowych kolegów nie wiadomo gdzie i po co, to możesz jeszcze chwilę popróbować.
- Ja mogę… - zaczął Litwa, na co Węgry spojrzała na niego z politowaniem.
- Ty to jesteś w niewiele lepszym stanie od niego, więc w takim przypadku najprawdopodobniej przeszlibyśmy jeszcze kilkadziesiąt metrów i ciebie też trzeba by było nieść.
- Wtedy to chyba Rosja musiałby się za to zabrać, bo z tu obecnych tylko on i Ameryka są na tyle wysocy żeby w miarę wygodnie się przemieszczać i żeby przy okazji nic się nie wlekło po ziemi... a Alfred ma ręce zajęte tym fikuśnym karabinem – wtrąciła Czechy. - Wątpię żeby był skłonny oddać go Ivanowi.
- Ewentualnie Prusy… tylko że on i Bułgaria byli ostatnio zajęci zabawianiem przechodniów... – dorzuciła Elizabeta, udając zamyślenie.
- Okej, okej! Załapałem za pierwszym razem… - mruknął Toris, wznosząc oczy ku niebu. Nie miał zamiaru się kłócić, bo wiedział, że dziewczyny mają rację, a mimo wszystko wolał iść o własnych siłach, niż zasłabnąć i trafić w czułe objęcia Rosji… albo Prus gdyby nagle się znalazł, już nie miał pojęcia która z tych opcji byłaby gorsza.
- No już, wskakuj. - Węgry klepnęła Polaka w ramię i przykucnęła obok niego. - Starczy już marudzenia, oboje dobrze wiemy, że masz na koncie o wiele bardziej żenujące sytuacje, tego nawet nie będzie co wypominać. - Feliks westchnął z frustracją, ale skorzystał z oferty, mamrocząc pod nosem, że gorzej i tak już nie będzie.
Elizabeta zdążyła zrobić ledwie pół kroku, kiedy nagle coś wbiło się z hukiem w płytę chodnikową tuż obok niej.
- Musiałeś to powiedzieć – wymamrotała pobladła Czeszka. Reszta grupy odwróciła się w ich stronę, zaalarmowana hałasem. - I oczywiście tuż po tych słowach musiało się zrobić gorzej!
- Co się… - zaczął Słowacja ze zdziwioną miną.
- Nie wiem. Nie ważne. Spierdalamy! - krzyknęła Czechy ruszając pośpiesznie i popychając Litwę przed sobą.
- Chyba tym razem poważnie wkurzyliśmy tych gości – stwierdził Alfred, gdy w miejscu w którym przed chwilą stał Toris, kolejna płyta pękła z głośnym trzaskiem, wzbijając w powietrze małą chmurę pyłu. Żadne z państw nie miało złudzeń, że znaleźli się pod wrogim ostrzałem, na szczęście niezbyt intensywnym… przynajmniej na razie.
- Ja jestem zdania, że poważnie wkurzamy ich już od pierwszego spotkania w Warszawie! - syknął Arthur, gestem poganiając towarzystwo. Mimo swoich słów, Anglia nie mógł nie zgodzić się z Amerykaninem, zwłaszcza patrząc na to co działo się z chodnikiem. Ogłuszacze, którymi agenci MiT-u posługiwali się do tej pory nie były w stanie dokonać takich zniszczeń… a to mogło oznaczać tylko to, że teraz strzelano do nich z normalnej, ostrej amunicji. - Musimy zmienić trasę, pokluczyć nieco między budynkami!
- Może powinniśmy się rozdzielić? - zasugerował Słowacja.
- Absolutnie-nie-ma-mowy!
- Mniejszą grupę trudniej namierzyć – stwierdził Rosja. - Łatwiej wtopić się w tłum…
- Myślę że prędzej się wszyscy pogubimy, niż zgubimy pościg – odparł Anglia, skręcając w jedną z bocznych uliczek. - Mogę się założyć, że znów w jakiś sposób namierzają Feliksa i Torisa, więc jedyne co nam pozostało to jak najszybszy powrót do centrum i nie danie się zastrzelić po drodze.
- Tańczcie, tańczcie moje kukiełki – mruknęła Chaaya, obserwując grupkę personifikacji przez lunetę karabinu snajperskiego. Była to zwykła broń, zmodyfikowana tylko do tego stopnia, żeby odgłos wystrzałów ginął w wielkomiejskim hałasie i nie wywoływał niepotrzebnej paniki wśród cywili. Nie miała do niej amunicji ogłuszającej, więc sporo ryzykowała, ale ufała swoim umiejętnościom. - Szykujcie się, naganiam ich w waszą stronę… - mruknęła do słuchawki, po czym zarzuciła karabin na ramię i ruszyła biegiem po dachu. Musiała szybko zmienić pozycję, żeby popędzić swoje stadko w kierunku zasadzki, przygotowywanej przez oddział pozostawiony przy centrum kongresowym.
- Wygraliście jedną rundę, ale gra się jeszcze nie skończyła, potworki…
Hmm... zastanawiam się, czy będziecie usatysfakcjonowani tym, jak ta Pożal-się-Boże akcja ratunkowa się zakończy. Co mam nadzieję, że nastąpi już w następnym rozdziale.
Kawałek po kawałku jestem coraz bliżej końca tego fika, może nawet w przyszłym roku go skończę XD
Ale "bliskim" końcem tego opowiadania martwić się nie musicie, bo... hmm... jakby to ująć...
Może po prostu tak, że pomysłów mi nie brakuje... Druga część Fantastycznych też ma już swoje zarysy...
Tylko jak zwykle wena bywa kapryśna.
W związku z czym, swoim stałym czytelnikom dziękuję za wsparcie i za cierpliwość. Tak jak wspominałam, nie oczekuję komentarza do każdego rozdziału (ale jakby coś ktoś to ja się nie obrażę (¬‿¬) ), po prostu dajcie od czasu do czasu znać że żyjecie.
No i tak na zaś, bo nie wiem czy uda mi się cokolwiek wrzucić na czas - Wszystkiego najlepszego dla Państwa Polskiego i jego uosobienia, w setną rocznicę odzyskania niepodległości!
Nieważne jak bardzo nasz rząd i "patorioci" spierdzielą obchody, mnie i tak ten dzień będzie cieszył.
Fajerwerków może puszczać nie będę, ale tak po cichutku będę się cieszyć.
A na koniec tradycyjnie - Do zobaczenia w następnym rozdziale!
